|
Morderstwo ojca i dwóch córek w Franciszkowie |
||
|
Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza
|
Aktualizacja 29.11.2010 r. Dwa dożywocia za trzy życia Polskapresse | Środa, 18 października 2006 To była najsurowsza kara wydana w poznańskim sądzie od czasów wieszania zabójców. Wczoraj Arkadiusz i Ernest Fojutowie zostali skazani na dożywocie za zamordowanie Grzegorza K. i jego dwóch córeczek. O warunkowe przedterminowe zwolnienie mogą wystąpić po 45 latach. Arkadiusz będzie miał wtedy 67 lat. Jego brat - 69. Czy wczorajszy wyrok to wystarczająca gwarancja, że bracia Fojutowie już nikomu nie zrobią krzywdy? Orzeczenie jest nieprawomocne. Mecenasi z urzędu zaskarżą wyrok. Wczoraj jednak nie mogli znaleźć żadnych argumentów na korzyść swoich klientów . Nie było żadnych okoliczności łagodzących. Niczego, co można by przeciwstawić śmierci Grzegorza i jego córeczek. Sabina miała dwa latka, Emilka - sześć. Rekonstrukcja zbrodni Była niedziela, 2 października 2005 r. W dwóch domach, sąsiadujących ze sobą we Franciszkowie, każdy spędzał ten dzień po swojemu. Grzegorz K. naprawiał piec centralnego ogrzewania i doglądał córeczek. Jego żona poszła przebierać ziemniaki. Arkadiusz i Ernest na zmianę jeździli do sklepu po piwo. Kiedy każdy z braci wysączył może z osiem puszek, zachciało im się gdzieś wyjechać. Chociażby do pobliskiego Złotowa... Kiedy kombinowali, żeby z pobliskiego pagórka rzucać kamieniami w samochody, na podwórze zajechał sąsiad - Grzegorz K. Postanowili, że jeżeli ktoś będzie w domu, będą musieli go zabić - mówił wczoraj sędzia Paweł Spaleniak. Arkadiusz Fojut wziął toporek. Ernest Fojut - nóż. Drzwi otworzyła im starsza córka Grzegorza K. Mimo tego nie odstąpili od zamiaru zabójstwa. Arkadiusz Fojut bez słowa rzucił się z siekierą na Grzegorza K. Gospodarz bronił się. Wtedy Ernest zaszedł go z tyłu, przytrzymał i dźgał nożem, aż go połamał. Arkadiusz walił siekierą. Biegli medycy doliczyli się 16 ran. Emilka próbowała uciec. Ernest ją złapał. Potem wyjaśniał, że mówił dziewczynce, że jeżeli będzie cicho, nic jej się nie stanie. W tym czasie Arkadiusz w pokoju mordował dwuletnią Sabinę. Potem podszedł do brata i uderzył Emilkę siekierą w głowę. Gdy bracia plądrowali mieszkanie, dziewczynka podniosła się... Wtedy Arkadiusz kopnął Emilkę w buzię i leżącą dobił. Nie ma innej kary Nie ma dla nich żadnego usprawiedliwienia - mówił sędzia Spaleniak. Sąd nie mógł wymierzyć surowszej kary. Za każdą śmierć bracia z Franciszkowa dostali dożywocie i 10 lat bez praw publicznych. Wyrok łączny: kara dożywotniego pozbawienia wolności, z ograniczeniem ubiegania się o warunkowe przedterminowe zwolnienie - nie wcześniej niż po 45 latach odsiadki. Sąd zobowiązał ich też do zapłaty niespełna 135 tys. zł odszkodowania i zadośćuczynienia Katarzynie K. Życie tej kobiety legło w gruzach. Straciła najbliższych. Nie ma gdzie mieszkać. Nie jest zdolna do pracy, musi się leczyć - mówiła Agnieszka Świderska - Cieśla, adwokat reprezentujący żonę Grzegorza K. i matkę dziewczynek. Wczorajszy wyrok jest nieprawomocny. Oskarżeni milczeli. Arkadiusz warknął tylko: - Spie...!, gdy fotoreporter Gazety skorzystał z zezwolenia sądu na fotografowanie braci. Sprawiedliwy wyrok (Wiesława Stępień, Sołtys Franciszkowa) Ten wyrok ucieszył nas. Mordercy otrzymali najwyższą karę, jaka w naszym kraju jest możliwa i myślę, że to im się należało. Jednocześnie ogłoszenie wyroku przyjęliśmy z ulgą. Od września, kiedy rozpoczął się proces w Poznaniu, sprawa znowu ożyła. Kiedy patrzymy na dom, w którym wydarzyła się tragedia zawsze przechodzi nas dreszcz. Nikt tam nie mieszka i wątpię, czy kiedykolwiek ktoś będzie chciał tam się wprowadzić. Matka i żona zamordowanych tam osób nie mieszka już w Franciszkowie; wyprowadziła się także rodzina zabójców. Barbara Sadłowska, BOŻ Za serwisem WP z dn. 18.10.2006 r. Poznań: Dożywocie za zamordowanie ojca i córek Natalia Mazur, Poznań 2006-10-17, ostatnia aktualizacja 2006-10-17 17:13 Ernest i Arkadiusz Fojut zamordowali dwie siostry - dwu- i sześcioletnią, oraz ich ojca mieszkających w sąsiednim domu. Zabili, żeby okraść sąsiadów. Bracia Fojutowie najwcześniej za 45 lat będą mogli starać się o warunkowe zwolnienie z więzienia. Sąd uznając ich za wyjątkowo niebezpiecznych i nierokujących szans na poprawę, stwierdził, że jedyną słuszną karą będzie długotrwała izolacja od społeczeństwa. Rok temu, w niedzielę 2 października, 24-letni Ernest i 22-letni Arkadiusz, mieszkańcy Franciszkowa koło Złotowa, wymordowali rodzinę swoich sąsiadów. Zginął Grzegorz K. i jego dwie córki: sześcioletnia Emilia i dwuletnia Sabina. Motywem zbrodni był rabunek. Mężczyzna i dziewczynki zginęli, ponieważ Fojutowie nie chcieli mieć świadków kradzieży. Zbrodnia była zaplanowana. Na pomysł bracia wpadli po wypiciu kilku puszek piwa. W pierwszej wersji chcieli rzucać kamieniami w samochody, a gdy któryś się zatrzyma, przywiązać kierowcę do drzewa, a auto zabrać. W końcu jednak postanowili pójść do sąsiadów. Ustalili, że jeżeli ktokolwiek będzie w domu, zabiją go. Arkadiusz wziął ze sobą siekierę, Ernest nóż. Najpierw rzucili się na Grzegorza, potem na jego córki. Matka dziewczynek, Katarzyna K., przeżyła, bo nie było jej w domu. Fojutowie ukradli samochód, sprzęt RTV i narzędzia do majsterkowania. Samochód wkrótce podpalili, a resztę łupu wyrzucili. Obrona wnioskowała o złagodzenie kary dla Ernesta, który nie zadawał bezpośrednio ciosów, a pomagał bratu. Sąd przyznał, że sensowne byłoby jedynie takie zróżnicowanie kar, w której Arkadiusz dostałby wyższy wyrok od brata. Z braku wyższej sankcji oboje zostali więc ukarani dożywociem. Wyrok nie jest prawomocny. Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 17.10.2006 r. Bestie z Franciszkowa sobota, 23 września 2006 08:11 Jest ciąg dalszy bestialskiego morderstwa we wsi Franciszkowo. Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu rozpoczął się proces 22-letniego Arkadiusza F. i jego brata, 24-letniego Ernesta F. Jest ciąg dalszy bestialskiego morderstwa we wsi Franciszkowo. Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu rozpoczął się proces 22-letniego Arkadiusza F. i jego brata 24-letniego Ernesta F. Obaj bracia w październiku ubiegłego roku zarąbali siekierą trzy osoby, w tym dwójkę małych dzieci. Przypomnijmy, że bestialskiej zbrodni doszło w niedzielę, 2 października około godz. 17.30. Bracia F. - sąsiedzi ofiar pili alkohol od samego rana. Jeden z nich dodatkowo zażywał amfetaminę. W pewnym momencie któryś powiedział, że trzeba ukraść samochód sąsiada. Tak zaczął się cały dramat. W ubiegłym roku zbrodnią tą żyła cała Polska. Wiadomość o potrójnym zabójstwie poruszyła całym społeczeństwem. Wreszcie po niemal roku w Poznaniu rozpoczął się proces morderców. Wejście do największej sali poznańskiego sądu wyglądało jak twierdza. Każdy był dokładnie przeszukiwany przez policję. Oskarżeni usiedli razem na tej samej ławie oskarżonych. Obaj ubrani w czerwone, więzienne uniformy z rękami skutymi kajdankami. Mieli spuszczone na dół głowy. Obaj przyznali się morderstwa.- Sprawcy byli bardzo brutalni. Grzegorzowi K. zadali 16 obrażeń siekierą w głowę, powodując u niego m.in. złamanie kości czaszki, złamanie kręgosłupa, dłoni i barku - mówił prokurator. Ernest zapukał do drzwi. Otworzyła 6-latka. Zapytaliśmy gdzie jest tata. Powiedziała, że w pokoju. Gdy weszliśmy Grzegorz siedział w fotelu przed telewizorem. Dostał cios obuchem siekiery. Zaczął się szarpać. Zadałem mu jeszcze z 8 uderzeń siekierą - mówił beznamiętnie Arkadiusz F. Sprawcy działali jak w transie. Przerażone dziewczynki zaczęły krzyczeć. Wtedy Arkadiusz F. dobiegł do 2-letniej Sabinki. Zadał jej cios siekierą w głowę. Dziewczynka uklękła na kolana. Wtedy zwyrodnialec zadał jej jeszcze 2 ciosy. Starsza próbowała schronić się w łazience. Dorośli mężczyźni byli jednak szybsi. Złapali dziecko i uderzyli ją siekierą trzy razy, a następnie zaczęli kopać po całym ciele. Po zabójstwie sprawcy zabrali samochód Nissan Micra a z domu telewizor, video i inne sprzęty o łącznej wartości 7600 zł. Pojechali do lasu. Na zakręcie nie wyrobili i uderzyli w drzewo. Zabrane rzeczy schowali w krzakach około 100 metrów dalej. Samochód podpalili zapalniczką, a później wrócili do domu. - Przebraliśmy się w inne ciuchy, a rzeczy spaliliśmy w piecu - zeznał przed sądem Arkadiusz F. Jednocześnie przyznał, że od dawna, raz w tygodniu, bierze amfetaminę. Wraz z bratem często pili także alkohol. Szczególnie w weekend. - Nie czuję się uzależniony. Po amfetaminie czuję, że mam mniej zmartwień, jestem po niej bardziej wesoły - dodał Arkadiusz F. Obydwaj sprawcy nie potrafili odpowiedzieć na pytanie dlaczego zdecydowali się zabić całą trójkę.- Siekiera i nóż miały być tylko dla postraszenia. Tak ustalałem wcześniej z bratem. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie dlaczego zaatakowałem Grzegorza K. po wejściu do ich domu. Nie wiem w którym momencie pomyślałem, że zabiję. Po pierwszym ciocie w ogóle przestałem myśleć - dodał Arkadiusz F. Zdaniem prokuratora dziewczynki i ich ojciec zginęli, bo sprawcy nie chcieli zostawiać świadków. Katarzyna K. przeżyła tylko dlatego, że wtedy nie było jej w domu. Pracowała u sąsiadów przy ziemniakach. Obaj bracia zostali zatrzymani jeszcze tego samego dnia. Ukryli się w piwnicy. Gdy ppolicjanci próbowali tam wejść, Ernest F. rzucał w nich żarem z pieca. Po chwili jednak wyszli i oddali się w ręce policji. W drugim dniu procesu zeznania złożyła wdowa i matka zamordowanych dziewczynek - Katarzyna K. Ze względu na jej dobro, w tym czasie na sali nie było obecnych sprawców morderstwa. - Dzień zaczął się normalnie jak każdy - zaczęła opowiadać sądowi przebieg zdarzeń. - Pracowałam tego dnia przy ziemniakach. Około 18.00 wróciłam do domu. Zdziwiłam się, bo na podwórku nie było samochodu. Spojrzałam przez okno i zauważyłam, że nie ma też telewizora. Zaniepokoiłam się. Próbowałem zadzwonić do męża na komórkę, jednak numer nie odpowiadał. Wróciłam po sąsiadów. Gdy wróciliśmy jeszcze raz zajrzałam do mieszkania. Przez okno zauważyłam Grzesia leżącego na podłodze - szlochała kobieta. - Zaczęłam szarpać drzwi, bo były zakluczone. Próbowałem dzwonić na policję. W końcu sąsiad otworzył drzwi. Nie chcieli mnie tam wpuścić. Gdy na chwilę odeszli weszłam do domu. W pokoju leżał mój mąż. Poszłam do starszej córki Emilki, która leżała w korytarzu. Błagałam ją żeby coś do mnie powiedziała. Miała rozwaloną główkę, strasznie - tu po raz kolejny kobieta zaczęła znów płakać. Po dłuższej chwili zaczęła ponownie opowiadać o najgorszym dniu w jej życiu. - Nie widziałam młodszej córeczki Sabinki. Wołałem ją ale nie odpowiadała. Miałam nadzieję, że może gdzieś się schowała. Zaczęłam jej szukać. Leżała w moim pokoju pod telewizorem. Zaczęłam płakać. Myślałam, że nie będę w stanie wyjść z domu. Wyczołgałam się i usiadłam na schodach - zakończyła swoje zeznania Katarzyna K. Samo przyjście jej do sądu to dla niej bardzo duży wysiłek. Traumatyczne przeżycia sprzed roku wróciły, a wraz z nimi ból, rozpacz i smutek. Na rozprawę zostali wezwali także rodzice oskarżonych: Małgorzata i Władysław F. To dla nich także ciężkie chwile. - Nie damy rady zeznawać - zwrócił się do sądu Władysław F. - ojciec zwyrodnialców. Zgodnie z prawem rodzice mogli odmówić składania zeznań. Gdy opuszczali gmach sądu, jeszcze ostatni raz zerknęli na synów. W ich oczach były łzy. Oskarżeni nie zdradzali najmniejszych emocji. Głowy mieli spuszczone. Arkadiuszowi i Ernestowi F. grozi dożywocie. Proces trwa. KRZYSZTOF DĘGA Za serwisem "7 dni - Piła" z dn. 23.09.2006 r. Bestie zapłacą za mord Bracia F. przyznali się do winy Bracia F. podczas rozprawy mieli spuszczone głowy. Na twarzach ani śladu emocji. Schlani jak świnie poszli ukraść samochód. Przy okazji zarąbali siekierą sąsiada i jego dwie córeczki. Nawet ich adwokat nie ma pomysłu, jak ich bronić. Dla takiego bestialstwa nie może być żadnego wytłumaczenia. Bracia Arkadiusz i Ernest F. z zimną krwią zamordowali siekierą dwie maleńkie dziewczynki i ich ojca. Wczoraj krwawi bracia stanęli przed sądem. Grozi im dożywocie. Emilka właśnie zaczynałaby pierwszą klasę, a Sabinkę mama prowadziłaby do przedszkola. Ale Katarzyna K. może tylko zapalić świeczkę na mogiłkach swoich córeczek. Bo na ich drodze stanęły dwie bestie w ludzkiej skórze. 2 października 2005 roku bracia F. chlali od samego rana. Arkadiusz raczył się też amfetaminą. Kilka minut po godz. 17 postanowili, że ukradną sąsiadowi zza płotu starego nissana micrę. Wychodząc, Ernest zabrał nóż, a Arkadiusz siekierę. Trzy śmierci Drzwi otworzyła im 6-letnia Emilka. Bracia spytali o ojca, dziecko odpowiedziało, że tata jest w pokoju. Grzegorz K. siedział w fotelu. Tam dopadł go Arkadiusz. Obuchem siekiery uderzył w głowę. Grzegorz K. zaczął się szarpać. Wtedy posypały się kolejne ciosy. Ernest przewrócił swoją ofiarę na podłogę. Jego brat zadał 16 ciosów siekierą. Dzieci zaczęły krzyczeć. Arkadiusz F. dopadł 2-letnią Sabinkę. Zadał jej 3 ciosy obuchem siekiery. - Kiedy dostała po raz pierwszy, przyklęknęła, ale dorwałem ją i jeszcze zadałem jej 2 ciosy siekierą w głowę - opowiadał podczas przesłuchania Arkadiusz F. Starsza próbowała schować się w łazience. Tam dopadli ją bracia. Zginęła od dwóch ciosów siekierą w głowę. Ciała męża i córeczek znalazła Katarzyna K. Wczoraj sala rozpraw poznańskiego sądu wyglądała jak twierdza. Obawiano się, że na rozprawę przyjadą mieszkańcy Franciszkowa, którzy zapowiadali samosąd. Jednak nie przyjechali. Nie było też Katarzyny K. Kobieta nie była w stanie znieść widoku morderców swojej rodziny. Zrobiłem głupotę Bracia F. mieli spuszczone głowy. Na twarzach śladu emocji. Obaj przyznają się do winy. - Teraz myślę, że zrobiłem największą głupotę w swoim życiu. Po amfetaminie i alkoholu zawsze mi odbijało. Po nich czułem się weselszy i nie pamiętałem o codziennych problemach. Amfetaminę brałem raz w tygodniu, przeważnie w weekend. Tego dnia piłem także dużo alkoholu - opowiadał Arkadiusz F. - Wzięliśmy nóż i siekierę tylko dla postraszenia. Nie chcieliśmy ich zabić. Nie wiem, dlaczego tak się stało - idiotycznie tłumaczył się przed sądem. - Trudno tu mówić o obronie. Ja jestem tu po to, by zadbać o to, by prawo było przestrzegane. Mój klient mówił, że bardzo żałuje swojego czynu - mówi Zygfryd Grzelak, obrońca z urzędu Arkadiusza F. Obu braciom grozi dożywocie. Dziś zeznania ma złożyć Katarzyna K. i mieszkańcy Franciszkowa. Krzysztof Dęga, Poznań Za "Super Expressem" z dn. 20.09.2006 r. Rozpoczął się proces zabójców z Franciszkowa pap, nat, rre 2006-09-19, ostatnia aktualizacja 2006-09-20 00:00 Zabili mężczyznę i jego dwie córki, bo nie chcieli mieć świadków kradzieży. Do morderstwa doszło w październiku ubiegłego roku. 21-letni Arkadiusz F. i jego starszy o dwa lata brat Ernest, postanowili okraść swojego sąsiada. Aby pozbyć się świadków, zamordowali trzy osoby: 29-letniego mężczyznę i jego dwie córki, dwuletnią Emilię i sześcioletnią Sabinę. Ciosy zadawali siekierą. Ojciec dziewczynek został uderzony 16 razy. Matka dziewczynek nie zginęła, ponieważ tego wieczora nie było jej w domu. To właśnie ona znalazła ciała swojej rodziny. Bracia F. oskarżeni są o potrójne zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Wczoraj poznański Sąd Okręgowy odczytał akt oskarżenia. Obaj sprawcy przyznali się do winy. Podczas wczorajszej rozprawy młodszy wziął całą winę na siebie. Bracia nie potrafili wyjaśnić, dlaczego zabili. Twierdzili, że siekierę wzięli ze sobą tylko po to, by postraszyć sąsiada. Zabójcy ukradli z domu sąsiada samochód, sprzęt AGD i narzędzia o łącznej wartości 7,6 tys. zł. Auto wkrótce po kradzieży spalili. Obydwaj byli pijani. Jeden z nich był także pod wpływem narkotyków. Sąd zastosował wczoraj szczególne środki ostrożności, spodziewając się, że na rozprawę przyjadą mieszkańcy Franciszkowa. Rok temu, kiedy sprawcy byli zatrzymywani, przed prokuraturą w Złotowie zgromadziło się ponad 200 osób. Tłum domagał się wtedy kary śmierci dla braci F. Policja w obawie przed linczem musiała zabezpieczyć teren. Wczoraj specjalna ochrona nie była potrzebna. Braciom F. grozi dożywocie. Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 19.09.2006 r. Bestie z Franciszkowa - odcinek 2 24.10.2005 Franciszkowo to mała i cicha wieś w Wielkopolsce. Do niedawna wszyscy wiedzieli tu o sobie właściwie wszystko. Byliśmy tu już trzy tygodnie temu . Życie mieszkańców Franciszkowa zmieniło się wtedy na zawsze. Do Grzegorza K. przyszli dwaj mężczyźni. Gdy otworzył drzwi - zaatakowali. Niemal zmiażdżyli mu głowę obuchem siekiery. Potem ten sam los spotkał jego dwie malutkie córeczki. Emilka miała 6 lat. Sabinka... zaledwie dwa. Sprawców bestialskiego morderstwa schwytano już następnego dnia. Okazali się nimi dwaj najbliżsi sąsiedzi ofiar. Bracia Ernest i Arkadiusz F. Kiedy prokuratura przesłuchała morderców, okazało się że jeden z nich był już w więzieniu. Parę miesięcy wcześniej odsiadywał wyrok za spowodowanie wypadku oraz dotkliwe pobicie swojego czteroletniego syna. Wyszedł jednak po odbyciu połowy kary. Sąd udzielił mu przedterminowego zwolnienia. Kiedy Ernest F. złożył wniosek o przedterminowe zwolnienie, rozpatrujący sprawę sąd penitencjarny zwrócił się do władz więzienia o opinię na ten temat. Była jednoznaczna: "Wniosku o warunkowe zwolnienie nie popiera się". Mimo to, sąd przychylił się do prośby przyszłego mordercy. Już pierwszego dnia po warunkowym zwolnieniu z więzienia, Ernest F zaczął łamać jego warunki. Zanim dojechał do domu wszczął bójkę w pociągu. Potem wybił szybę i dziurę w drzwiach mieszkania swej konkubiny. Dozorujący go kurator sądowy nie zrobił w tej sprawie nic. Kiedy Ernest i Arkadiusz F. zadawali śmiertelne ciosy, sześcioletnia Emilka próbowała uciekać. Potem Ernest F. zadał jej kilkanaście ciosów siekierą i nożem. Dziś obydwu braciom grozi dożywocie. Ale nawet jeśli taki wyrok zapadnie, to za kilkanaście lat może im przysługiwać kolejne przedterminowe zwolnienie. Rafał Zalewski Za serwisem INTERII z dn. 24.10.2005 r. Przyszli, żeby zabić 13.10.2005, MF BARTOSZ JANKOWSKI ZBRODNIA Przyszli, żeby zabić Stałam w progu. Zobaczyłam ciało dziewczynki. Sama mam dzieci. Zabrakło mi sił, żeby wejść do tego domu - opowiada policjantka. Choć od zbrodni we Franciszkowie minęły prawie dwa tygodnie, policja wciąż pilnuje spokoju we wsi Na pogrzeb ofiar makabrycznej zbrodni przyszli prawie wszyscy mieszkańcy okolicy Katarzyna i Grzegorz, młode małżeństwo z małą Emilką, sprowadziło się do Franciszkowa cztery lata temu. Tutaj już urodziła się ich druga córeczka - Sabinka. - Śliczne i wesołe dziewczynki - mówią sąsiedzi. Katarzyna zajmowała się dziećmi i domem. Grzegorz dorabiał jako budowlaniec. Nie byli bogaci. Jak przeciętne młode małżeństwo. - Zamieszkali w moim domu, a za to mieli o niego dbać. Ja już dawno wyprowadziłem się ze wsi. Nie brałem od nich pieniędzy, bo uważałem, że, jak to młodzi, muszą najpierw do czegoś dojść. To byli wspaniali ludzie. Grzegorz był "złotą rączką", wszystko potrafił zrobić - opowiada Kazimierz Litwinienko, daleki krewny Katarzyny. Tuż obok mieszkali bracia - Ernest (23 lata) i Arkadiusz (21 lat). Obaj bezrobotni. Pracowali dorywczo. Awanturnik i narkoman Ernest niedawno wyszedł z więzienia. Żył z konkubiną, miał czworo dzieci. Został skazany za bicie najmłodszego - gdy go zdenerwował, chwycił dziecko za nóżki i uderzył głową w kaloryfer. W czerwcu zwolniono go warunkowo za dobre sprawowanie. - To awanturnik i narkoman - mówią o nim mieszkańcy Franciszkowa. Wcześniej siedział za potrącenie kobiety, gdy jechał na motorze. Jego młodszy brat Arkadiusz był spokojniejszy. W konflikt z prawem wszedł dwa razy: brał udział w pobiciu i pijany jechał rowerem. - On był zawsze uczynny. Jego szkoda. Ma dziewczynę w ciąży - opowiadają mieszkańcy Franciszkowa. Dodają, że w rodzinnym domu braci awantury były na porządku dziennym. - Ojciec bił matkę, ich samych i siostrę - mówią. 2 października około 17 bracia zapukali do domu Katarzyny i Grzegorza. Otworzyła im sześcioletnia Emilka. Spytali, czy są rodzice. Dziewczynka wpuściła ich do środka. Grzegorz oglądał telewizję. Siedział tyłem do drzwi. Wtedy dostał pierwszy raz siekierą. Uderzenie okazało się za słabe. Mężczyzna próbował się bronić. Bandyci bili dalej. Grzegorz otrzymał 16 ciosów siekierą i kilkanaście nożem. Potem przyszła kolej na dwuletnią Sabinkę. Śmiertelne ciosy dosięgnęły ją, gdy spała w łóżeczku. Starsza dziewczynka, Emilka, próbowała uciec przed oprawcami, jednak ją dopadli. Najpierw obuchem siekiery uderzyli w głowę. Potem skopali na śmierć. Dom we krwi Zbrodniarze zabrali telewizor, magnetowid, wieżę i samochód - nissana micrę. Wsiedli do auta, ale daleko nie odjechali. Porzucili je i spalili w pobliskim lesie. Wieczorem Katarzyna wróciła od przyjaciół. Nie mogła dostać się do domu. Zapukała, ale nikt nie otwierał. Pobiegła po znajomych. Pomogli wyważyć jej drzwi. Zobaczyła cały dom we krwi. - Nigdy nie widzieliśmy tak makabrycznej zbrodni - opowiadają policjanci. Podejrzewają, że bracia mogli być pod wpływem narkotyków. - Przyszli, żeby zabić, bo z domu zabrali siekierę - mówią. - Jak Ernest wyszedł z więzienia, to zaczęły się narkotyki. Słyszeliśmy, że się leczył psychiatrycznie i bierze środki psychotropowe, ale byliśmy przekonani, że wreszcie rozumu nabierze - dodają mieszkańcy We wsi niespokojnie Franciszkowo to wieś w gminie Złotów w Wielkopolsce. Mieszka tu około 200 osób. Nie ma biedy i pijaństwa. - Wieś jak wiele w Polsce. Mieszkają tu głównie rolnicy i robotnicy leśni. Najwyżej trzy rodziny korzystają z pomocy społecznej - mówi Kazimierz Trela, wójt Złotowa. Mieszkańcy niechętnie rozmawiają o tym, co się wydarzyło. Boją się zemsty. - Co będzie, jak się okaże, że oni wyjdą z więzienia, choć nie powinni? Kto nas przed nimi obroni? Kto wie, co jeszcze mają w głowie? - pytają. I dodają: Słyszeli, że Arkadiusz i Ernest mogą nie dożyć rozprawy. Półświatek przestępczy wydał już na nich wyrok śmierci. Gdy bracia składali zeznania w złotowskiej prokuraturze, przed budynkiem zgromadził się 200osobowy tłum. Ludzie chcieli ich zlinczować. Skandowali: kara śmierci dla zbrodniarzy. Rodzice braci wyprowadzili się zaraz po przesłuchaniu przez policję. - Wyjechali. Mieli do kogo pójść, bo krewnych mają w całej Polsce. W życiu się nikomu nie przyznają ,dokąd wyjechali - opowiadają mieszkańcy Franciszkowa. Policja czuwa Teraz problemy mają sąsiedzi morderców - cały czas dostają pogróżki. - Zaczęło się, gdy pokazano nasz dom w telewizji. Od tej pory wiele osób myśli, że mamy coś wspólnego z tą zbrodnią - mówi Jan, syn właścicielki domu, w którym mieszkały także rodziny morderców. - To nieprawda. Mało tego, to właśnie mój brat pomógł policji złapać zabójców - dodaje. Nieopodal domu przez długi czas stał policyjny nieoznakowany radiowóz, który pilnował spokoju i porządku. - Ludzie ciągle przeżywają tę tragedię. Pilnujemy, żeby nikt nikomu nie zrobił krzywdy - mówi Jacek Czechowski, rzecznik złotowskiej policji. Podczas wizji lokalnej bracia chłodno opowiadali o szczegółach zbrodni. Prokuratura przedstawiła im zarzuty potrójnego morderstwa ze szczególnym okrucieństwem. Resztę życia prawdopodobnie spędzą w więzieniu. MONIKA FILIPOWSKA Za "Rzeczpospolitą" z dn. 13.10.2005 r. Chcieli ich zlinczować! 2005-10-11 13:43:36 - Na stos z nimi! Na krzesło! - krzyczał wzburzony tłum, kiedy zabójcy wychodzili z sądu. Ludzie żądali śmierci: za Grzegorza, za Emilkę, za Sabinkę... Katarzyna K. miała bardzo zajętą niedzielę. Poszła do sąsiadów wybrać sobie ziemniaków na zimę. - Czemu Kasiu dzieci z sobą nie wzięłaś? - zapytała sąsiadka. - Grzesiek jest w domu - odpowiedziała - to przypilnuje. Załatwiłam z mamą, że na obiad pojadą do niej do Złotowa. A do wieczora to już wrócę. Około osiemnastej Kasia była już po pracy. Gospodarze zaproponowali jej kolację, ale odmówiła. Spieszyła się do domu. Za firanką Rodzina K. mieszkała w Franciszkowie od około pięciu lat. Nie mieli własnego domu, wynajmowali. Grzegorz przez dwa lata jeździł w delegacje. Ostatnio jednak pracował już w Złotowie. Z zawodu budowlaniec, ale - jak opowiadają mieszkańcy - potrafił zrobić wszystko. Taka złota rączka. 25-letnia Kasia zajmowała się domem i wychowaniem dwóch córeczek: dwuletniej Sabinki i sześcioletniej Emilki. Nie byli zbyt majętni. Mieli samochód i kilka sprzętów w domu. To wszystko. Kiedy w niedzielę, 2 października, Kasia wróciła do domu, drzwi były zamknięte. Sąsiadka (głowa wsparta na dłoni, łzy na policzkach): - Ona pomyślała, że Grzesiek z dziewczynkami jeszcze nie przyjechał z miasta. Nie było przecież samochodu. Obeszła dom i zauważyła uchyloną firankę. Wtedy zobaczyła, że nie ma telewizora. Wpadło jej do głowy, że może telewizor się zepsuł i Grzesiek pojechał z nim do naprawy. Dzwoniła na komórkę, ale nie odbierał, dzwoniła do rodziny w Złotowie. Mówili, że około czwartej pojechał do domu. Wróciła do nas, opowiedziała o wszystkim, wypiła herbatę i poszła z powrotem z myślą, że może już przyjechali. Drzwi nadal były zamknięte. Kasia jeszcze raz zajrzała przez uchylona firankę. Wtedy zauważyła, że na podłodze leży jej mąż. Śmierć Sąsiad: - Poszliśmy do kopca załadować ziemniaki. Po jakichś 20 minutach zadzwoniła Kasia. Płakała. Ledwie zrozumiałem, co mówi. Usłyszałem: Grzesiek leży na podłodze, a drzwi są zakluczone. Prosiła, żeby pomóc otworzyć dom. Rzuciłem wszystko i pojechałem (chwila milczenia, czerwone oczy). - Otworzyliśmy te drzwi - opowiada dalej. - Tragedia. Ogromna tragedia (głębokie westchnienie, potem chwila ciszy). Wielkie nieszczęście. Sześcioletnia Ewelinka leżała w korytarzu. Miała buzię calutką jakby zamalowaną, nawet oczy. W pierwszej chwili nie mogłem jej rozpoznać. To była krew. Nigdy w życiu nie zapomnę tego widoku. Nie wiedziałem, gdzie dzwonić, na pogotowie czy na policję. Zabite dziecko, wielki szok. Tego po prostu nie można opowiedzieć. Z korytarza widziałem, że mieszkanie było splądrowane. Szafki pootwierane. Ktoś czegoś szukał. Dalej jednak nie wchodziłem, to nie na moje zdrowie (ciężkie westchnienie i znowu chwila milczenia). W pokoju na podłodze leżał we krwi Grzegorz. Dwuletnia Sabinka z rozbitą główką na piętrowym łóżku. Obydwoje martwi. Chodźcie, zabierzcie ich Tragedia wstrząsnęła całym Franciszkowem. W niedzielny wieczór słychać było tylko lament. Kasię w głębokim szoku zabrała karetka. Pytanie zasadnicze brzmiało: kto zabił i dlaczego? Jeden z mieszkańców wsi: - Niektórzy z nas wiedzieli, kto to może być. Od razu padło podejrzenie na tych skurczybyków. No i mieliśmy rację (krótkie milczenie) Tylko co po naszej racji, kiedy troje ludzi, w tym dwoje małych dzieci, bestialsko pozbawiono życia? (wzruszenie). A ta mała Sabinka, takie fajne dziecko, dziadek na mnie wołała, chociaż ja dla niej żadna rodzina. Na Boga, jak można było... (rozpacz). Jeszcze w niedzielę wieczorem policja ujęła podejrzanych o morderstwo dwóch braci F. z sąsiedztwa: 23-letniego Ernesta i 21-letniego Arkadiusza. Mieszkańcy mówią, że wydał ich ojciec, kiedy palili w piwnicy ubrania splamione krwią swych ofiar. Miał rzekomo powiedzieć: - Chodźcie, zabierzcie ich. Spalony samochód, nóż, siekiera W pobliskim lesie w kierunku na Radawnicę policja znalazła spalonego nissana micrę, należącego do zamordowanego 29-letniego Grzegorza K. Niedaleko szczątków auta ukryty był sprzęt RTV, który bracia zabrali z sobą po opuszczeniu domu zamordowanych. Arkadiusz i Ernest w chwili zatrzymania nie byli trzeźwi. Jeden miał 0,53 promila alkoholu, drugi 1,06. Niewykluczone, że znajdowali się także pod wpływem narkotyków. To jednak wykażą dopiero odpowiednie ekspertyzy. Policja odzyskała skradziony telefon komórkowy. Zabezpieczono szereg dowodów, w tym narzędzia zbrodni: siekierę oraz nóż z 30-centymetrowym ostrzem. Tylko dokumentów Grzegorza K. nie udało się odzyskać. Zostały spalone razem z zakrwawioną odzieżą. Śmierć za śmierć Po zbrodni w sercach ludzkich pojawiła się nienawiść do morderców. Część z nich okazała ją we wtorek, na ulicy Norwida, przed złotowską prokuraturą rejonową. Wtedy przywieziono podejrzanych na przesłuchanie. - Na stos z nimi! Zlinczować ich! Dajcie ich nam! Pokażcie twarze sk...syny! - krzyczał tłum kiedy prowadzono dwóch ogolonych chłopaków ze spuszczonymi głowami. Policja, obawiając się, że może dojść do samosądu, ściągnęła dodatkowe siły, które stworzyły mur, by oddzielić rozwścieczony tłum. Kilka minut po 12. Ernest i Arkadiusz zostali wyprowadzeni. Już nie jako podejrzani o dokonanie zbrodni, lecz oskarżeni. Tłum krzyczał: - Na krzesło z nimi! Śmierć za śmierć! Zlinczować ich! Policja szybko prowadziła oskarżonych w stronę samochodów. Kordon ledwie powstrzymał napierający tłum. Zebrani komentowali później: - Coś w tym kraju musi się wreszcie zmienić. Karać, karać i jeszcze raz karać... Śmierć za śmierć... Sk...syny nie boją się niczego. Za łagodnie się z takimi postępuje. Czują się bezkarni. Pójdą do więzienia, zrobią sobie nowe tatuaże, podatnicy będą ich żywić... Dla takich krzesło powinno być, to może by się jeden z drugim zastanowił. Może by się powstrzymał... Płacz, Erneście, płacz Złotowska prokurator rejonowa Anna Pacholik postawiła Arkadiuszowi i Ernestowi zarzut potrójnego zabójstwa dokonanego ze szczególnym okrucieństwem i motywacją zasługującą na szczególne potępienie: - Obaj - mówi prokurator Pacholik - przyznali się do popełnienia zarzucanych im czynów. Został im także przedstawiony zarzut kradzieży mienia, której dokonali już po zabójstwie. W toku przesłuchania bracia oświadczyli, że żałują tego, co zrobili. Starszy płakał. Grozi im kara od 12 lat do dożywocia włącznie. Marna to pociecha dla Katarzyny K., która utraciła męża i dwoje dzieci. Obecnie przebywa u rodziny w Złotowie. Jest w głębokiej depresji, funkcjonuje na lekach uspokajających. Alicja Fidler, rzecznik prasowy KPP w Złotowie mówi, że kobieta cały czas znajduje się pod opieką psychologa. Z Franciszkowa wyjechali rodzice Arkadiusza i Ernesta. We wtorek wieczorem sąd zdecydował o tymczasowym aresztowaniu braci F. Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Poznaniu Mirosław Adamski oświadczył, że ze względu na powagę sprawy zaraz po decyzji o areszcie śledztwo przejęła Prokuratura Okręgowa w Poznaniu. Zabili dla samochodu We wtorek przed bramą domu rodziny K. paliły się znicze. Policja ogrodziła teren biało-czerwoną taśmą. To na potrzeby wizji lokalnej. Na podstawie informacji z prokuratury oraz innych relacji można założyć, że zdarzenia owej tragicznej niedzieli mogły przedstawiać się następująco: Bracia pili tego dnia piwo. Od słowa do słowa zrodził im się pomysł, by wyrwać się z Franciszkowa, wyjechać gdzieś, zmienić otoczenie. Ale nie mieli samochodu. A sąsiad miał. Wtedy postanowili, że go zabiją, ukradną samochód i wyjadą. Wzięli nóż i siekierę. Zapukali do drzwi. Otworzyła im Emilka. Od razu poszli do pokoju. Grzegorz pewnie siedział w fotelu i oglądał telewizor. Został zaatakowany, zaczął się bronić, ale był bez szans. Oni mieli nóż, siekierę... Później zabili dziewczynki. Porozbijali im głowy tępym końcem siekiery. Sabince być może we śnie, bo leżała na piętrowym łóżku. Otrzymała dwa ciosy. Sekcja zwłok wykazała, że ofiarom zadano 16 ran. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że jedna z dziewczynek została dobita, bo po zadaniu ran wciąż żyła. Po wszystkim bracia zamknęli drzwi na klucz, klucz wyrzucili do pobliskiej studzienki. Ze zrabowanym sprzętem RTV wsiedli w samochód, by wyruszyć w świat. Po około 600 metrach jazdy rozbili jednak auto na drzewie. Sen o wyjeździe nagle się skończył... Łupy ukryli w lesie, a samochód podpalili. Następnie wrócili do domu. Kiedy zatrzymała ich policja, niszczyli dowody zbrodni. Zabójstwo na warunkowym Ernest i Arkadiusz F. mieli już wcześniej konflikt z prawem. Byli karani, m.in. za przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu. Starszy z braci do niedawna odsiadywał w Czarnem wyrok za znęcanie się nad dzieckiem i spowodowanie wypadku pod wpływem alkoholu. Jeden z mieszkańców wsi mówi, że chłopak uderzył dzieckiem o kaloryfer, bo mu przeszkadzało. W czerwcu br. został jednak warunkowo zwolniony. Sąd wyznaczył mu kuratora, nakazał poddanie się leczeniu odwykowemu. Kierownictwo zakładu karnego utrzymuje dziś, że miało poważne zastrzeżenia co do słuszności decyzji sędziego. Mieszkańcy wsi twierdzą, ze chłopak tuż po wyjściu z więzienia zdemolował mieszkanie konkubiny, czym mógł naruszyć warunkowe zwolnienie. Ale cieszył się wolnością aż do 2 października. Na zgubę rodziny K... Nie udało się jeszcze ustalić, który z braci kogo zabił. Potrzebne są do tego ekspertyzy. Prokurator Pacholik może tylko powiedzieć, że zabijali obaj. Grzegorz miał dopiero 29 lat. Wydawało się, że przed nim kawał życia. Pewnie by tak było, gdyby nie zamieszkał z rodziną obok braci F. Kasia uniknęła śmierci, ale mieszkańcy Franciszkowa nawet nie próbują zgadnąć, co może dzisiaj czuć. Tego po prostu nie sposób wyrazić. Mówią, że też by zginęła, gdyby była w domu. Emilka miesiąc temu poszła do zerówki. Sabinkę zamordowano zanim nauczyła się wymawiać słowo "życie". Płacz i gniew W gminie Złotów od wtorku do soboty trwała żałoba. W oknach domów pojawiły się flagi z kirem. Gmina zadeklarowała pomoc materialną rodzinie pomordowanych. Pogrzeb odbył się w czwartek. Towarzyszyły mu płacz i gniew. W ceremonii wzięło udział około tysiąc osób z Franciszkowa i terenu gminy. Na nabożeństwie za dusze zmarłych ksiądz powiedział: - Żegnamy Sabinkę i Emilkę, które dopiero rozpoczęły swoje życie. Pozostały po nich puste miejsce, zabawki i dziecinne pamiątki. Żegnamy również ich ojca, Grzegorza, który nigdy już nie zasiądzie przy rodzinnym stole... Ciała dziewczynek w białych trumienkach spoczęły przy ojcu w jednym grobie. Za "Dzienikiem Nowym" z dn. 11.10.2005 r. Cisza nad trumnami dziewczynek i ich ojca W niemal zupełnej ciszy tysięczny tłum uczestniczył wczoraj w Złotowie w uroczystościach pogrzebowych zamordowanych w minioną niedzielę 2-letniej Sabinki, 6-letniej Emilki i ich 29-letniego ojca Grzegorza. W przyszpitalnej kaplicy, około 12.30, zebrała się rodzina i bliscy zamordowanych. Wszyscy zgromadzili się, aby po raz ostatni pożegnać się ze zmarłymi. Kiedy zamknięto trumny, do kaplicy pozwolono wejść wszystkim uczestnikom pogrzebu. Po ostatnim pożegnaniu i odmówieniu różańca, kondukt żałobny w ciszy ruszył do kościoła pw. św. Piotra i Pawła w Złotowie. Na mszę świętą odprawianą za duszę zmarłych przewieziono trumny ze zwłokami bestialsko zamordowanych. Dwie białe trumienki ustawiono w kościele po bokach trumny z ciałem ich taty. - Żegnamy Sabinkę i Emilkę, które dopiero rozpoczęły swoje życie. Pozostanie po nich puste miejsce, zabawki i dziecinne pamiątki. Żegnamy również ich ojca - Grzegorza, który nigdy już nie zasiądzie przy rodzinnym stole. Wierzymy, że dziewczynki są z aniołami i patrzą na nas mówiąc: Dobrze nam tam, czekamy na Was - mówił w kazaniu ksiądz koncelebrujący mszę. Matka dziewczynek nie była w stanie z nikim rozmawiać. Wciąż jest pod opieką psychologa. Aby móc uczestniczyć w pogrzebie, musiała przyjąć duże dawki środków uspokajających. Tłum, który przyszedł na pogrzeb, nie mieścił się w świątyni. Kilkuset ludzi musiało stać na placu wokół kościoła. Na zewnątrz porządku pilnowała policja. Cała trasa przejazdu konduktu pogrzebowego była obstawiona policyjnymi patrolami. Ciała dziewczynek spoczęły przy ojcu, w jednym wielkim grobie. Matka dziewczynek była tak wycieńczona, że nie była w stanie zbliżyć się do grobu. Płakała nie tylko najbliższa rodzina, ale także zgromadzony tłum. Było też widać wiele matek z dziećmi, które wraz ze swoimi pociechami przyszły pożegnać "małe aniołki". Mogiła, w której spoczęli, z minuty na minutę coraz bardziej tonęła w białych kwiatach. Na koniec szloch tłumu przerwała melodia "Cisza". Mordercy w więzieniu Dwaj bracia, zabójcy rodziny z Franciszkowa, trafili do więzienia we Wronkach - po tym, jak sąd nakazał 3-miesięczny areszt. Ich sprawą zajmie się poznańska prokuratura okręgowa. Okazuje się jednak, że jeden z braci z więzienia niedługo przed zabójstwem dopiero wyszedł, choć... przeciwna była dyrekcja zakładu. W więzieniu w Czarnem, w województwie pomorskim, odsiadywał podwójny wyrok za spowodowanie wypadku po pijanemu i za znęcanie się nad swoim dzieckiem. - Co do decyzji o jego przedterminowym zwolnieniu mieliśmy poważne zastrzeżenia - powiedział Radiu Gdańsk dyrektor więzienia, Franciszek Tarasewicz. Sąd Okręgowy w Słupsku tych zastrzeżeń nie uznał i w czerwcu wypuścił przestępcę na wolność. Sąd tłumaczy to brakiem problemów wychowawczych z osadzonym. Alicja Dęga Za serwisem WP i "Gazetą Poznańską z dn. 08.10.2005 r. Bracia z Franciszkowa z zarzutem potrójnego morderstwa Robert Rewiński 2005-10-04, ostatnia aktualizacja 2005-10-04 00:00 Prokuratura w Złotowie uznała we wtorek, że mordercy ojca i dwóch córek z Franciszkowa w Wielkopolsce zabijali z niskich pobudek i ze szczególnym okrucieństwem. Podczas przesłuchania sprawców przed budynkiem dwieście osób domagało się krzesła elektrycznego dla nich Bracia F. (23-letni Ernest i 21-letni Arkadiusz) zabili w niedzielę siekierą rodzinę sąsiadów: 29-letniego ojca oraz jego córki: 2-letnią Emilię i 6-letnią Sabinę. Motywem zabójstwa była kradzież samochodu, który potem spalili. Mężczyźni przyznali się do winy. Grozi im dożywocie. - Sekcja zwłok potwierdziła, że śmierć spowodowały uderzenia narzędziem tępokrawędziastym. Mężczyźni byli nietrzeźwi, teraz czekamy na wynik ekspertyzy pod kątem narkotyków. Sprawcy odpowiadają na pytania, przedstawiają swoje wersje zdarzeń - wyjaśnia Mirosław Adamski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Starszy z przesłuchiwanych krótko przed zbrodnią wyszedł z więzienia za dobre sprawowanie. Przed prokuraturą w Złotowie zebrało się wczoraj ok. dwustu osób. Wejście zabezpieczyła policja. Kiedy sprawcy byli wprowadzani i wyprowadzani, ludzie domagali się dla nich kary śmierci. - Zlinczować ich! Na krzesło elektryczne! - wykrzykiwali. Jarosław Szemerluk z biura prasowego wielkopolskiej policji: - Spodziewaliśmy się ludzi, bo sprawa jest bulwersująca. Zabezpieczyliśmy to miejsce, by nie dopuścić do samosądu - wyjaśnia. Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 04.10.2005 r. Wielkopolska: Zamordowano ojca i jego 2 córki 29-mężczyzna i jego dwie córki w wieku 2 i 6 lat zostali zamordowani w nieznanych okolicznościach, prawdopodobnie w niedzielę we Franciszkowie - poinformował nadkom. Jarosław Szemerluk z zespołu prasowego wielkopolskiej policji "Wszelkie przesłanki wskazują na to, że morderstwa dokonano tępym narzędziem w niedzielę po południu" - oświadczył PAP nadkom. Szemerluk. Policja ze względu na dobro śledztwa nie ujawnia szczegółów. Nieoficjalnie wiadomo, że zwłoki znalazła żona zabitego i matka dzieci. Na miejscu zdarzenia pracuje prokurator, policja oraz fachowcy z policyjnego laboratorium. Za serwisami Onet i INTERIA z dn. 02.10.2005 r. |
|
|
Proszę
wybrać przejście:
strona utworzona 29.11.2010 r. |
||