|
Morderstwo studentki w Kielcach |
||
|
Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza
|
Aktualizacja 29.11.2010 r. Proces od nowa? Nowy świadek zabójstwa Marcin Sztandera 2008-08-10, ostatnia aktualizacja 2008-08-10 18:04 Czy sąd wznowi proces w sprawie głośnego zabójstwa studentki na wiadukcie przy ul. 1 Maja w Kielcach? Po trzech latach od wyroku pojawił się świadek, który twierdzi, że odsiadujący karę 25 lat więzienia mężczyzna jest niewinny. Chodzi o wydarzenia z 11 listopada 2003 r. Sądy kolejnych instancji uznały, że tego dnia 22-letni Łukasz B. zepchnął z wiaduktu siedem lat starszą Ewę, studentkę Akademii Świętokrzyskiej. Kobieta wracała tamtędy do domu, nie przeżyła upadku. W śledztwie ustalono, że Łukasz B. i 30-letni Sebastian J. spotkali Ewę, gdy szli z centrum miasta. Byli po kilku piwach. Pierwszy z nich podszedł do kobiety i prawdopodobnie chciał wyrwać jej torebkę. Świadkowie - para młodych ludzi - słyszeli, jak Ewa wzywała pomocy. Widzieli też, jak napastnik przełożył kobietę przez barierkę i zrzucił w dół. Łukasza B. skazano na 25 lat więzienia, choć do winy się nie przyznał. Teraz sprawą znowu zajmie się Sąd Najwyższy. - 30 lipca wpłynął wniosek o wznowienie postępowania w tej sprawie - informuje Teresa Pyźlak z zespołu prasowego SN. Nie jest jeszcze znany termin posiedzenia w tej sprawie, ale do kieleckiego Sądu Okręgowego już wpłynął wniosek o wypożyczenie akt. Sąd najwyższy ma zdecydować, czy wznowić rozprawę, bo pojawił się świadek, który twierdzi, że widział całe zdarzenie, a wcześniej nie był przesłuchiwany. Oświadczenie mężczyzny z Kielc dołączono do wniosku sporządzonego przez jednego z kieleckich adwokatów. Kopię oświadczenia przysłał do redakcji "Gazety" z pińczowskiego więzienia Łukasz B. Po dwukrotnych wizytach w domu Witolda G. w końcu udało się z nim skontaktować. Do redakcji "Gazety" przyprowadziła go matka skazanego Łukasza B. Z pisemnego oświadczenia wynika, że wracał on w dniu zabójstwa około godz. 24 od znajomych. "Będąc na wiadukcie zauważyłem po drugiej stronie parę obściskującą się przy barierce. Ponieważ tej nocy była mgła ograniczająca widoczność zastanowił mnie fakt, że mężczyzna ściskający tak jakby próbował unosić ją na barierkę. Nie reagowałem gdyż uważałem, że jest to para bardzo dobrze znająca się gdzie w przeciwnym razie dziewczyna wzywałaby pomocy" - pisze mężczyzna. "Gazecie" opowiedział więcej szczegółów. - Dziewczynę zauważyłem przy wejściu na wiadukt. Szła po drugiej stronie ulicy, dosyć szybko. Zatrzymała się dopiero na szczycie i wtedy z drugiej strony doszedł do niej mężczyzna. Zaczęli się obejmować. To wyglądało jakby się obściskiwali, może szarpali. Nawet się zastanawiałem, czy nie zareagować, ale doszedłem do wniosku, że jak coś będzie się działo nie tak, to dziewczyna krzyknie. Ale nie krzyczała, a ja poszedłem dalej - opowiada Witold G. Gdy schodził z wiaduktu, odwrócił się. - Dziewczyny już nie było, jakby się rozpłynęła w powietrzu. Ale zaniepokoiło mnie, że mężczyzna, który z nią był, zbiega w dół, w stronę ul. Jagiellońskiej - mówi Witold G. Opowiada, że zauważył też kolejną parę idącą ul. Żelazną i opisuje wygląd dziewczyny oraz mężczyzny. Przyznaje jednak, że nie rozpoznałby go. - Ale to na pewno nie był Łukasz B., bo przecież grupa chłopaków szła pod wiaduktem - podkreśla. Powtarza to podczas rozmowy kilka razy. Witold G. przyznaje, że przed tą rozmową spotkał się z matką skazanego. Ale utrzymuje, że to on szukał kontaktu z rodziną skazanego. Dlaczego dopiero teraz się ujawnił? - Miałem spore kłopoty rodzinne, chorowała mi matka, którą się trzeba było opiekować. Sam się leczę. Miałem sporo na głowie, ale ta sprawa też mi ciągle chodziła po głowie - mówi Witold G. Dopiero dwa lata temu zaczął szukać rodziny skazanego. - Udało się przez znajomych, pół roku temu. Na policję nie poszedłem, bo wie pan jak to jest, czasem człowiek się zgłosi jako świadek, a potem odpowiada jak oskarżony - mówi. Zaprzecza, że mu cokolwiek obiecano za ujawnienie się. Przyznaje, że już kilka lat temu mówił członkom swojej rodziny, że widział to zdarzenie. Potwierdza do brat Witolda: - Brat już chyba ze dwa lata temu wspominał, że widział to zdarzenie na moście. Policja zna tego świadka. - Czasem się awanturuje, ale nie był zamieszany w większe sprawy. Można go na pewno traktować jako świadka, choć trudno coś powiedzieć o jego wiarygodności - usłyszeliśmy od jednego z policjantów w komendzie miejskiej. Kielecka prokuratura i sąd sprawy nie komentują. - Przypadki, gdy świadkowie pojawiają się po kilku latach, są bardzo rzadkie - mówi sędzia Artur Adamiec, rzecznik kieleckiego Sądu Okręgowego. - Ja informacje świadka, który pojawia się po pięciu latach, traktuję bardzo ostrożnie. Nie zapominajmy, że sąd bez żadnych wątpliwości odtworzył mechanizm zdarzenia, który nie pokrywa się z tym, co mówi ten świadek. Inni świadkowie zeznali, że widzieli idącą dziewczynę i biegnącego za nią mężczyznę - przypomina jeden z sędziów znających sprawę. Dodaje, że to nie pierwszy świadek, na którego powołuje się Łukasz B. po skazaniu. - Z tego co pamiętam, na policję stawił się już mężczyzna, który oświadczył, że jest zabójcą. Potem okazało się, że w tym czasie przebywał on w szpitalu psychiatrycznym - dodaje sędzia. Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 10.08.2008 r. Zwrot w sprawie zabójstwa na wiadukcie? marc 2007-08-13, ostatnia aktualizacja 2007-08-13 00:00 Dwa lata po skazującym wyroku prokuratura znowu bada, czy to rzeczywiście Łukasz B. zepchnął studentkę z wiaduktu przy ul. 1 Maja w Kielcach. Chodzi o wydarzenia z 11 listopada 2003 roku. Sądy kolejnych instancji uznały, że 22-letni Łukasz B. zepchnął z wiaduktu siedem lat starszą Ewę, studentkę Akademii Świętokrzyskiej. Kobieta wracała tamtędy do domu, zginęła na miejscu. W śledztwie ustalono, że Łukasz B. i 30-letni Sebastian J. spotkali Ewę, gdy szli z centrum miasta. Byli po kilku piwach. Pierwszy z nich podszedł do kobiety i prawdopodobnie chciał wyrwać jej torebkę. Świadkowie - para młodych ludzi - słyszeli, jak Ewa wzywała pomocy. Widzieli też, jak napastnik przełożył kobietę przez barierkę i zrzucił w dół. Łukasza B. skazano na 25 lat więzienia, choć do winy się nie przyznał. Od kilku dni prokuratura znowu zajmuje się tą sprawą. - Pismo złożyła matka skazanego. Twierdzi, że w szpitalu neuropsychiatrycznym w Kielcach był mężczyzna, który przyznał się do morderstwa. Brakuje bliższych szczegółów, ale sprawę badamy - mówi Sławomir Mielniczuk, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Kielcach. Przypomina, że sprawa jest na bardzo wczesnym etapie, a wyrok skazujący zapadł po apelacji. - Nie lekceważymy takich sygnałów, które zazwyczaj pochodzą od rodzin skazanych - dodaje prokurator. Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 13.08.2007 r. Zapadł wyrok w sprawie zabójstwa na wiadukcie Agnieszka Drabikowska 2005-07-04, ostatnia aktualizacja 2005-07-04 00:00 - Łukasz Bałchanowski dołączy do nas wtedy, gdy będzie dorosłym, zresocjalizowanym mężczyzną. To i tak wiele wobec nieodwracalności tego, co spotkało Ewę G. - mówił w poniedziałek sędzia Adam Kabziński po ogłoszeniu wyroku w sprawie zabójstwa na wiadukcie przy ul. 1 Maja w Kielcach Sąd nie miał wątpliwości, że to 22-letni Łukasz Bałchanowski 11 listopada 2003 roku zepchnął z wiaduktu 29-letnią Ewę, studentkę Akademii Świętokrzyskiej. Skazał go wczoraj na 25 lat więzienia. - Oskarżony działał z zamiarem zabójstwa. Bo jeżeli taki człowiek trzyma w rękach osobę, która się broni, woła "ratunku", to ma czas na zastanowienie. I jeśli zrzuca ją potem z wiaduktu głową w dół, to znaczy, że chce zabić. To nie jest impuls, chwila, zepchnięcie kogoś jedną ręką w przepaść. To zabójstwo walczącego o życie człowieka - podkreślał w uzasadnieniu wyroku sędzia Kabziński. Motywu zbrodni nie udało się ustalić. Na pięć lat więzienia sąd skazał wczoraj kolegę Bałchanowskiego, 30-letniego Sebastiana Jabłońskiego, który był z nim tragicznego wieczoru i nie powiadomił policji o zbrodni. Składał też fałszywe zeznania w śledztwie dotyczącym zabójstwa Ewy, twierdząc m.in., że nie wie, kto zepchnął ją z wiaduktu. Głównym dowodem przeciw oskarżonym były zeznania naocznych świadków zdarzenia, pary młodych ludzi, którzy widzieli, jak Bałchanowski przełożył Ewę przez barierkę i zrzucił w dół. To, że mogą rozpoznać zabójcę, powiedzieli jednak policji dopiero miesiąc później. Tłumaczyli, że bali się Jabłońskiego, który był kiedyś sąsiadem dziewczyny i na miejscu zbrodni, gdzie, jak tłumaczył, znalazł się przypadkowo, natarczywie wypytywał ją, czy widziała, kto to zrobił. Próbował ją też zastraszyć. - To klasyczne zachowanie osoby zainteresowanej rozstrzygnięciem. Z punktu widzenia sprawcy to był kardynalny błąd wracać na miejsce zdarzenia. To ta pana zuchwałość, panie Jabłoński, doprowadziła was na ławę oskarżonych - oskarżał sędzia Kabziński. Zwrócił też uwagę na "gigantyczną ilość zaniedbań" w początkowej fazie śledztwa. - Policja przyjęła wersję, że za zabójstwem mógł stać narzeczony Ewy. Wersję, która prowadziła na manowce. I zamiast szukać prawdziwego sprawcy, koncentrowała się na wydumanym wątku romansowym - podkreślał sędzia. Pochwalił natomiast czynności, które przeprowadził prokurator Cezary Luciński z Prokuratury Okręgowej w Kielcach, m.in. eksperyment na wykrywaczu kłamstw sprawdzający, czy świadkowie rzeczywiście mogli rozpoznać sprawcę na wiadukcie. Wyrok nie jest prawomocny. Powiedzieli po wyroku Ojciec zamordowanej Ewy: Mojemu dziecku nic już życia nie wróci, a wyrok jest wyrokiem. Ale dobrze, że oskarżeni nie zrobią nikomu już krzywdy. Prokurator Cezary Luciński: Jestem zadowolony z wyroku. Sąd zgodził się z przyjętą przez prokuraturę kwalifikacją i wnioskami co do kar. Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 04.07.2005 r. Zakończył się proces w sprawie zabójstwa na wiadukcie przy ulicy 1 Maja ada 2005-06-28, ostatnia aktualizacja 2005-06-28 00:00 - To nie jest proces poszlakowy. Bezpośrednim dowodem w tej sprawie są zeznania świadków, którzy widzieli jak sprawca przekładał Ewę przez barierkę i zarzucał z 10-metrowego wiaduktu - mówił wczoraj prokurator Cezary Luciński na procesie w głośnej sprawie zabójstwa na wiadukcie przy ul. 1 Maja w Kielcach. Wczoraj sąd wysłuchał głosów końcowych stron. Według prokuratury, nie ma żadnych wątpliwości, że to 22-letni Łukasz B. 11 listopada 2003 roku zepchnął z wiaduktu 29-letnią Ewę, studentkę Akademii Świętokrzyskiej. Dziewczyna wracała tamtędy do domu. W śledztwie ustalono, że B. i 30-letni Sebastian J. spotkali ją, gdy szli z centrum miasta. Byli po kilku piwach. Pierwszy z nich podszedł do dziewczyny i prawdopodobnie chciał wyrwać jej torebkę. Świadkowie - para młodych ludzi - słyszeli, jak wzywała pomocy. Widzieli też, jak napastnik przełożył Ewę przez barierkę i zrzucił w dół. To, że mogą rozpoznać zabójcę powiedzieli jednak policji dopiero miesiąc później. Tłumaczyli, że bali się Sebastiana J., który był kiedyś sąsiadem dziewczyny i na miejscu zbrodni natarczywie wypytywał ją, czy widziała, kto to zrobił i próbował zastraszyć. - Nie ma podstaw, by podważać ich wiarygodność. Sąd uprzedzał, że od ich zeznań zależy wolność tych ludzi. I nie wycofali się z nich - podkreślał prokurator Luciński. Jego zdaniem, mocnym dowodem na winę oskarżonych jest też badanie na tzw. wykrywaczu kłamstw. - Pierwszy raz spotykam się z tak jednoznaczną opinią. Biegły, który przeprowadzał badanie na wariografie, kategorycznie stwierdził, że to Łukasz B. zrzucił Ewę z wiaduktu, a Sebastian J. był tam i widział kto to zrobił - mówił prokurator. Zażądał dla Łukasza B. kary 25 lat więzienia, a dla jego towarzysza 5 lat. Obrona chce natomiast uniewinnienia oskarżonych, którzy od początku nie przyznawali się do zarzutów. Podnosiła m.in., że zeznania głównych świadków są niewiarygodne, bo zawierają zbyt wiele sprzeczności. - Gdyby, tak jak mówili świadkowie, oskarżony chciał wyrwać Ewie G. torebkę, to nie byłoby powodu aby piękną, młodą kobietę zrzucać z wiaduktu - argumentowała adwokat Sebastiana J. - Nie mam z tą sprawą nic wspólnego. Nigdy nie wyrządziłbym nikomu krzywdy. Jestem niewinny - powiedział w ostatnim słowie Łukasz B. Wyrok 4 lipca. Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 28.06.2005 r. Kończy się proces w sprawie zabójstwa na wiadukcie ada 2005-06-21, ostatnia aktualizacja 2005-06-21 00:00 - Rozmowa podniesionymi głosami trwała 5-10 minut. Potem usłyszałem przeraźliwy krzyk kobiety - opowiadał wczoraj przed sądem pracownik kolei, zeznając w głośnej sprawie morderstwa na wiadukcie przy ul. 1 Maja w Kielcach. Wiaduktem 11 listopada 2003 roku 29-letnia Ewa, studentka Akademii Świętokrzyskiej, wracała wieczorem do domu. I stamtąd została zepchnięta. Nie miała szans, by przeżyć. Wczoraj przed sądem zeznawał pracownik kolei, który tragicznej nocy prawdopodobnie słyszał jej krzyki. Budynki kolejowe, w których przebywał, znajdują się niedaleko wiaduktu. - Gdyby ta kobieta krzyczała "ratunku!", to byśmy zareagowali. Ale to był taki krzyk kłótni kobiety z mężczyzną. Potem zapanowała cisza i niedługo pojawiło się pogotowie - relacjonował. Nie potrafił jednak powiedzieć, czy osoba, która krzyczała, znajdowała się na wiadukcie, czy też pod nim. Miejsca, gdzie zrzucono Ewę, nie było widać z okien budynku, w którym pracuje mężczyzna. Według prokuratury dziewczynę zrzucił z wiaduktu 22-letni Łukasz B. Był pijany, wracał z centrum miasta z kolegą - 29-letnim Sebastianem J. Prawdopodobnie chciał wyrwać jej torebkę. Świadkowie - para młodych ludzi - słyszeli, jak wzywała pomocy. Widzieli też, jak ściskała w ręku torebkę i jak potem napastnik przełożył dziewczynę przez barierkę i zrzucił w dół. Łukasz B. został oskarżony o zabójstwo, Sebastian J. o niezawiadomienie o przestępstwie i składanie fałszywych zeznań, gdy był przesłuchiwany jako świadek. Obaj nie przyznają się do winy. Proces przeciwko nim dobiega już końca, prawdopodobnie w przyszłym tygodniu sąd wysłucha głosów końcowych stron. Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 21.06.2005 r. Wizja lokalna w sprawie zabójstwa na wiadukcie Agnieszka Drabikowska 2005-04-12, ostatnia aktualizacja 2005-04-12 00:00 Poniedziałek, godz. 23, wiadukt na ul. 1 Maja w Kielcach. Chodnikiem idzie ładna, młoda dziewczyna, wraca do domu. Policjanci proszą, by przeszła na drugą stronę - trwa właśnie wizja lokalna. Bo półtora roku temu tą samą drogą szła 29-letnia Ewa. Ale ona nie dotarła do domu - została zepchnięta z wiaduktu. - Jeżeli sąd myli się raz na tysiąc razy, to w 99 przypadkach omyłka sądu bierze się z wadliwego rozpoznania przez świadków. Podstawą jest wiec zweryfikowanie wiedzy świadków w każdy możliwy sposób - mówi sędzia Adam Kabziński, który przewodniczy składowi sędziowskiemu w tym procesie. Dlatego zarządził wizję lokalną - by każdy ze świadków i oskarżonych, stojąc w tym samym miejscu co w dniu zdarzenia, opowiedział, co wtedy widział i co zapamiętał. Był 11 listopada 2003 roku. Tak samo ciemno, zimno i ponuro jak w poniedziałek, gdy rozpoczęto wizję. 29-letnia Ewa, studentka Akademii Świętokrzyskiej, wracała do domu. Ale nie dotarła, bo została zepchnięta z 10-metrowego wiaduktu. Nie miała szans, by przeżyć. Według prokuratury zrzucił ją stamtąd 22-letni Łukasz B. Był pijany, wracał z centrum z kolegą, 29-letnim Sebastianem J. Podszedł do Ewy, bo prawdopodobnie chciał wyrwać jej torebkę. Świadkowie - para młodych ludzi - słyszeli, jak wzywała pomocy. Widzieli też, jak ściskała w ręku torebkę i jak potem napastnik przełożył dziewczynę przez barierkę i zrzucił w dół. Dziewczyna i chłopak wezwali policję. Napastnik i jego kompan przyszli wtedy w okolice miejsca, gdzie leżała dziewczyna. Świadkowie nie powiedzieli jednak policji, że mogą rozpoznać zabójcę. Tłumaczyli później, że bali się Sebastiana J., który był kiedyś sąsiadem dziewczyny i na miejscu zbrodni natarczywie wypytywał ją, czy widziała, kto to zrobił. Poza tym widzieli, że policja kazała się oddalić obu napastnikom. Sprawcę wskazali miesiąc później w czasie tzw. okazania. Łukasz B. został oskarżony o zabójstwo Ewy, Sebastian J. o niezawiadomienie o przestępstwie i składanie fałszywych zeznań, gdy był przesłuchiwany jako świadek. Obaj nie przyznają się do winy. Twierdzą, że znaleźli się na miejscu tragedii, pod wiaduktem, gdy Ewa była już martwa. Wizja lokalna trwała od godz. 22 do 2 nad ranem. Pod wiaduktem leżał manekin - w tym samym miejscu, gdzie znaleziono Ewę. Na górze stała dziewczyna, tzw, pozorantka. Na sygnał krzyczała: raz, dwa, trzy. Żeby sprawdzić, czy świadkowie mogli usłyszeć, jak Ewa krzyczała tuż przed śmiercią. |
|
|
Proszę
wybrać przejście:
strona utworzona 29.11.2010 r. |
||