|
Morderstwo warszawskego taksówkarza dokonane przez policjanta |
||
|
Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza |
Aktualizacja 26.11.2010 Nie ma ciała, jest zbrodnia piot 2006-04-26, ostatnia aktualizacja 2006-04-26 00:00 Czy można udowodnić zabójstwo, jeśli nie udało się odnaleźć zwłok ofiary? Można. W listopadzie 2005 r. sąd skazał braci Zbigniewa i Pawła Bednarzów (pierwszy był dzielnicowym na Mokotowie) za zabójstwo taksówkarza Kazimierza Koseckiego. Jego ciała nie znaleziono do dziś. Były za to ślady krwi w skradzionym taksówkarzowi samochodzie i kluczowe, choć później odwołane, wyjaśnienia ze śledztwa. Tą sprawę, podobnie jak zabójstwo Edyty Wieczorek, także prowadziła żoliborska prokuratura. Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 26.04.2006 Dożywocie dla policjanta za zabójstwo taksówkarza Bogdan Wróblewski 2005-11-30, ostatnia aktualizacja 2005-12-01 00:00 Na dożywotnie więzienie skazał w środę warszawski sąd okręgowy Zbigniewa Bednarza, byłego dzielnicowego z Mokotowa. Policjant zabił taksówkarza, bo chciał mieć jego opla vectrę. Ciała ofiary do dziś nie odnaleziono Za pomoc w zbrodni młodszy brat policjanta - Paweł - dostał wyrok 15 lat więzienia. Oskarżeni przyjęli werdykt bez emocji. Były policjant i jego adwokat zapowiedzieli apelację. Brak ciała nie jest przeszkodą Sprawa jest niezwykła, bo nie ma corpus delicti, ciała ofiary - 55-letniego taksówkarza Kazimierza Koseckiego. - Brak głównego dowodu nie może być przeszkodą w wydaniu wyroku skazującego. Sąd nie ma wątpliwości, że oskarżeni popełnili zbrodnię. Otwarte pozostaje pytanie - gdzie jest ciało? - mówił w uzasadnieniu wyroku sędzia Tomasz Malinowski. Ostatnia podobna sprawa w Warszawie zdarzyła się przed ćwierćwieczem. Zygmunta Bielaja, rosyjskiego szpiega oskarżono o zabójstwo lekarki Kamińskiej. Jego poszlakowym procesem - toczył się 15 lat - żyła cała Polska. Bielaj był jedynym podejrzanym, bo to on odjechał trabantem z lekarką spod jej gabinetu. I ślad po kobiecie zaginął. Bielajowi nie udowodniono zabójstwa. Przed śmiercią w 1993 r. wyznał ponoć, że sterroryzował Kamińską, ukrył ją w bagażniku, ale zmarła sama. Zwłoki zagrzebał na śmietniku. Wydał go brat Kazimierz Kosecki w ostatni kurs wyruszył 18 października 2002 r. Żonie powiedział, że jedzie na zlecenie detektywa. Zostawił jego numer komórki. Policja po billingach odkryła, że telefon należy do dzielnicowego Zbigniewa Bednarza (28 lat). Został zatrzymany, potem jego brat. Były dzielnicowy wskazał garaż w Stalowej Woli, gdzie ukrył opla vectrę taksówkarza, a także miejsce przy szosie, gdzie leży jego zakrwawiony sweter. I tyle. Oskarżenie opiera się na pierwszym przesłuchaniu Pawła Bednarza (22 lata). Ten opisał podróż z Koseckim. Jak brat Zbigniew kazał taksówkarzowi zatrzymać się przy lesie. Wysiadł. A potem strzelił przez szybę do kierowcy. Ciało zakopali. Gdzie - nie powiedział. Potem wszystko odwołał. Zdaniem sędziów Paweł - "uzależniony emocjonalnie" i całkowicie podporządkowany bratu - celowo kłamał w śledztwie. Ale nie w pierwszych zeznaniach, gdy podał kilka szczegółów, które mógł znać tylko świadek, uczestnik zbrodni. Proces miał więc charakter poszlakowy. Przed sądem bracia nie przyznali się do winy. Szukał białego opla vectry Sędzia Leszek Hudała długie godziny budował wczoraj portret psychologiczny policjanta, który od dzieciństwa uwielbiał broń i zgromadził w domu pokaźny arsenał. Z pozoru był wzorowym dzielnicowym, faktycznie wynosił do domu dokumenty, protokoły przesłuchań, w ten sposób sprawom nie nadawał biegu, dzięki czemu osiągał świetne wyniki. W 2001 r. Bednarz kupił rozbitego opla vectrę. Zarejestrował go, ale przechowywał tylko tablice rejestracyjne. Szukał - korzystając jako policjant z dostępu do zastrzeżonych baz danych - identycznego auta. Wytypował ich kilkanaście. Ostatni na liście był opel Koseckiego. Wiedział, jak zatrzeć ślady Rodzina taksówkarza zrobiła wszystko, żeby odnaleźć zwłoki, a policja zajęła się sprawą. - Gdyby nie wyjątkowa determinacja rodziny ofiary, może w ogóle nie znaleźlibyśmy się na tej sali - mówił sędzia Malinowski. Oskarżał też mokotowską policję: - Żaden z przełożonych Zbigniewa Bednarza nie był zainteresowany dogłębnym wyjaśnieniem tej sprawy. Z kolei Bednarz wykorzystał policyjną wiedzę, planując zbrodnię, ukrywając ciało. - Miał czas i znał reguły zatarcia śladów - mówił sędzia Malinowski. Sąd uznał, że to zbrodnia popełniona z "motywacji zasługującej na szczególne potępienie". Jeśli wyrok się utrzyma, były policjant będzie mógł się ubiegać o warunkowe zwolnienie dopiero po 30 latach. Słysząc to, matka obu braci wsparła się ciężko na sądowej ławie i załkała. Po wyjściu z sali rozpraw płakała rodzina Koseckiego. Dla nich sprawa zostanie zamknięta, gdy będą mogli zapalić świeczki na grobie. Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 30.11.2005 Czy policjant zabił taksówkarza? Bogdan Wróblewski 2005-11-24, ostatnia aktualizacja 2005-11-25 00:00 Znajdę go. Bo ojciec był za porządnym człowiekiem, żeby leżał zakopany gdzieś w lesie. Żeby świeczki za niego nie palić gdzieś pod publicznym krzyżem - mówi córka zamordowanego w październiku 2002 r. taksówkarza Kazimierza Kosewskiego. Ciała nie ma, są oskarżeni o zbrodnię Wczoraj zakończył się proces, jakiego w stolicy nie było od dziesięcioleci. Proces o zabójstwo, choć dotąd nie znaleziono ciała ofiary. Ława oskarżonych też jest niezwykła. 28-letni Zbigniew B. to były dzielnicowy z Mokotowa. Obok siedzi jego młodszy brat. Dla byłego policjanta prokurator zażądał kary dożywocia, dla brata - pomocnika w zbrodni - 12 lat więzienia. - Nie pałam żądzą zemsty, bo jestem wierząca. W sumieniu im wybaczyłam, ale to nie powód, by obaj nie zostali ukarani - mówi pani Halina, wdowa po taksówkarzu. Łudziłam się, że tata żyje Kazimierz Kosecki, taksówkarz korporacji Top Taxi, w ostatni kurs wyruszył 18 października 2002 r. nad ranem. Żonie powiedział, że jedzie pod Ostrowiec Świętokrzyski na zlecenie jakiegoś detektywa. Zostawił jego nazwisko i numer komórki. Policja w ciągu dwóch dni po billingach odkryła, że telefon "detektywa" należy do dzielnicowego Zbigniewa B. Został zatrzymany. Trzy dni później funkcjonariusze zatrzymali jego brata Pawła. Były dzielnicowy wskazał garaż w Stalowej Woli, gdzie ukrył opla vectrę taksówkarza, a także miejsce przy szosie, gdzie leży jego sweter. I tyle. Nie ma świadków zbrodni. Wczoraj w ostatnim słowie Zbigniew B. poprosił o uniewinnienie. To samo powtórzył jego brat. To dzięki pierwszym wyjaśnieniom Pawła B. w ogóle doszło do procesu. Opowiedział, że brat policjant w ustronnym miejscu zastrzelił taksówkarza. Ciało zakopali w dole. 48 godzin później wyparł się wszystkiego. Zostały tylko poszlaki: krew ofiary w vectrze, cztery zamiast sześciu nabojów w broni służbowej policjanta i fakt, że wskazał miejsce wyrzucenia swetra. Ciała nie odnaleziono. Córka taksówkarza Agnieszka: - Najpierw łudziłam się, że tata żyje. Obdzwoniłam szpitale, pogotowia w całej Polsce. Wynajęłam helikopter, bo nie sposób było przejść 270 kilometrów [trasa między Warszawa a Stalową Wolą - red.] na piechotę. Potem, dopóki nie spadł pierwszy śnieg, codziennie wyjeżdżałam z domu o 4-5 rano i szukałam w lasach, na ile pozwoliły mi siły. Nie ma ciała - nie ma zabójstwa? Były dzielnicowy, broniąc się w śledztwie, wprowadził do sprawy tajemniczą postać - Stefana. Twierdził, że wynajął go, aby ten ukradł upatrzoną przez policjanta vectrę, pożyczył mu służbową broń. Prokuratura Stefana nie odnalazła, uznała, że to fikcja. Z kolei adwokaci oskarżonych braci długie godziny analizowali wyjaśnienia Pawła B. ze śledztwa, często sprzeczne, twierdząc, że nie są wiarygodne. Że zostały wymuszone przez policję. - Paweł B. miesza kłamstwo z prawdą, bo wykonuje polecenie starszego brata - odpowiadał na to prokurator Dariusz Tyszka. - Jeśli te pierwsze wyjaśnienia Pawła B. prokurator uznaje za wiarygodne, to ja twierdzę, że sprawcą był Czerwony Kapturek - ripostował mec. Tomasz Tałanda. I pytał prowokacyjnie sędziów: - A gdyby sąd miał tylko alternatywę: kara śmierci albo uniewinnienie, czy by skazał? - Żądanie, by nie skazywać tak długo, dopóki nie znajdą się zwłoki, to próba psychicznego nacisku - replikował mec. Czesław Jaworski, pełnomocnik córki i wdowy po taksówkarzu, oskarżycielek posiłkowych. - Też odwołam się do psychologii: jeżeli sąd powie, że nie można skazać bez ciała, 80 proc. zabójców w przyszłości może uniknąć odpowiedzialności. Reguła "nie ma ciała, nie ma zabójstwa" np. w Anglii przestała obowiązywać przed pół wiekiem. Wyrok w sprawie braci B. - w środę. Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 24.11.2004 Były dzielnicowy odpowiada za zabójstwo Przed sądem okręgowym rozpoczął się w środę proces byłego dzielnicowego z Mokotowa i jego brata oskarżonych o zabójstwo taksówkarza. Sprawa jest niezwykła, bo dotąd nie znaleziono ciała ofiary Obaj oskarżeni nie przyznali się do winy. Nie ma też świadków zbrodni. Proces oparty jest na poszlakach. Zbigniewa B., byłego dzielnicowego z Mokotowa, na salę rozpraw przyprowadził dawny kolega z oddziałów prewencji. 27-letni oskarżony w drucianych okularach, szarej marynarce i za dużych spodniach wyglądał niepozornie. Jego młodszy brat Paweł - drugi z oskarżonych - wręcz na ofiarę losu. Obu grozi dożywotnie więzienie. Jeden na 492 biliony - Mój brat nie ma nic wspólnego z tą sprawą, jest całkowicie niewinny. Dziwię się, że został aresztowany - oświadczył pewnym głosem były dzielnicowy, student SGH (w jego rewirze był akademik Sabinki). W zamkniętej dla widzów części rozprawy psychiatra mówił, że to człowiek zdrowy, choć o "nieprawidłowej osobowości" - skoncentrowany na sobie, metodycznie dążący do celu. Jego młodszemu bratu głos drżał, gdy zapewniał sędziów: - Nigdy nie popełniłem przestępstwa. Według prokuratury obaj winni są zamordowania 18 października 2002 r. Kazimierza Koseckiego, taksówkarza korporacji Top Taxi. Tego dnia Kosecki wyjechał z domu o 2.45. Żonie powiedział, że ma kurs pod Ostrowiec Świętokrzyski na zlecenie jakiegoś detektywa, zostawił numer jego komórki. Zniknął. Policja szybko doszła po billingach, że telefon "detektywa" należy do dzielnicowego Zbigniewa B. Został zatrzymany i szybko usunięty z szeregów funkcjonariuszy. Były dzielnicowy wskazał wynajęty garaż w Stalowej Woli, gdzie ukrył opla vectrę taksówkarza. Wskazał także miejsce przy szosie, gdzie leżał sweter zaginionego. W oplu były ślady krwi. Analiza DNA potwierdziła, że była to krew taksówkarza. Prawdopodobieństwo pomyłki jest jak jeden na 492 biliony. - Nie ma wątpliwości, że ten człowiek został zamordowany - mówił wczoraj pełnomocnik rodziny Kazimierza Koseckiego mec. Czesław Jaworski. Brakuje koronnego dowodu - ciała. Stefan, którego nie było Zbigniew B. przedstawił w śledztwie kilka wersji zdarzeń. W każdej umieścił postać Stefana, znajomego z baru przy ul. Ząbkowskiej. Ponoć wynajął go, by ukradł ("załatwił") mu opla vectrę. Dał Stefanowi służbową broń. W noc zabójstwa miał obserwować podróż Stefana z Koseckim z Warszawy do Stalowej Woli. Widział, jak taksówka się zatrzymuje, a Stefan coś wynosi do lasu. Prokuratura opowiadanie o Stefanie uznała za niewiarygodne. Nie odnalazła takiego mężczyzny. Telefon do Stefana okazał się numerem do budki telefonicznej. - Gdy tego słucham, aż się we mnie gotuje - wyrzuciła z siebie w przerwie rozprawy wdowa po taksówkarzu, oskarżyciel posiłkowy. Zbigniew B. odmówił wczoraj ustosunkowania się do słów ze śledztwa. Obaj z bratem przyjęli jedną taktykę obrony - milczenie. Paweł B., brat byłego policjanta, złożył tylko krótkie oświadczenie. Tłumaczył, dlaczego zaraz po zatrzymaniu powiedział policji, że był przy tym, jak Zbigniew zastrzelił Koseckiego. Do takich wyjaśnień policja miała namówić go biciem i prośbą, żeby "pomógł bratu, bo im więcej będzie oskarżonych, tym niższy wyrok". Dziś dalszy ciąg procesu. Bogdan Wróblewski Za serwisem dziennika "GW" z dn. 16.09.2004 r. Bez cienia skruchy Ruszył proces w sprawie zabójstwa taksówkarza Dumny i wyniosły. Na twarzy ani skruchy, ani strachu przed grożącą mu karą. Były dzielnicowy Zbigniew B. stanął wczoraj przed sądem. Jest oskarżony o zabójstwo taksówkarza. Zbigniew B. i jego młodszy brat Paweł przyjechali wczoraj do sądu w eskorcie policji. Ręce skute kajdankami. Obaj w marynarkach, pod krawatem. W dłoniach plik kartek. Ich proces jest wyjątkowy. Oskarżenie opiera się na samych poszlakach, nie znaleziono ciała taksówkarza. 27-letni Zbigniew B., były dzielnicowy z Mokotowa, latami uchodził za człowieka o nienagannej opinii. Dziś z pracy w policji zwolniony dyscyplinarnie. Paweł B. ma 21 lat i nieukończone technikum. Przed zatrzymaniem był uczeniem II klasy. Na schodach czekała na nich drobna kobieta w czerni. Na widok zakutych mężczyzn wybuchnęła płaczem. To matka braci B. Były dzielnicowy nawet nie silił się na to, by zrobić dobre wrażenie. Był dumny i wyniosły. Nie chciał złożyć wyjaśnień, odmówił komentarza do protokołów z jego przesłuchań przed policją i prokuratorem. I ten ironiczny uśmiech, który co jakiś czas pojawiał się na jego twarzy i znikał w chwili, kiedy fotoreporterzy kierowali w jego stroną obiektywy swoich aparatów. - Ciała taksówkarza nie znaleziono to cieszy się, że nie zostanie skazany - komentował zachowanie byłego dzielnicowego funkcjonariusz policji sądowej. W oczach Pawła B. widać było przerażenie. Kiedy mówił do sądu, ręce mu drżały. Ze wstydem zerkał w stronę zapłakanej matki. Co chwilę patrzył na Halinę Kosecką, wdowę po zamordowanym taksówkarzu. Kobieta nie chciała wczoraj rozmawiać z dziennikarzami. - Nie dzisiaj - prosiła. - Jak słyszę, co oni mówią, to się we mnie gotuje - dodaje. Zbigniew i Paweł B. stanęli wczoraj przed sądem pod zarzutem zabójstwa pracownika korporacji Top Taxi Kazimierza Koseckiego. Motyw - zwykły rabunek. Zdaniem oskarżenia chodziło o białego opla vectrę, jakim jeździł Kosecki. 18 października 2002 r. taksówkarz wyruszył w długi kurs poza Warszawę. Nigdy z niego nie wrócił. Zdaniem prokuratury, został zamordowany. Prawdopodobnie dostał dwie kule w głowę. Tak przynajmniej zeznał podczas pierwszego przesłuchania brat byłego policjanta Paweł. Z jego relacji wynika, że taksówkarz został zakopany w jakimś lesie, w przygotowanym wcześniej rowie. Wczoraj Paweł B. wypierał się tej wersji zdarzeń. ANETA POLAK Za serwisem dziennika "Życie Warszawy" z dn. 16.09.2004 r. Taksówkarze już nie pamiętają Niewielu kierowców z Top Taxi pamięta nazwisko Kosecki. Reagują dopiero na hasło zabójstwo. - Straszna sprawa - mówią. - Nawet braliśmy udział w poszukiwaniu jego ciała. Ale na tym ich pamięć się kończy. Żaden z pytanych przez nas kierowców nie wyraził chęci uczestnictwa w procesie. - Przyznam szczerze, że o tym nie myślałem - przyznaje Zbigniew Kostencki. - Znałem pana Koseckiego, ale nie byliśmy zaprzyjaźnieni. - Proszę się nie dziwić, czas leczy rany - mówi wiceprezes korporacji Krzysztof Michalik. - Początkowo mieliśmy kontakt z rodziną Kazia. O rozpoczęciu procesu dowiaduję się od pani. Kazimierza Koseckiego zapamiętał jako człowieka niezwykle sympatycznego i grzecznego. - Życzyłbym sobie, by każdy nasz taksówkarz był taki - dodaje. POL Za serwisem dziennika "Życie Warszawy z dn. 16.09.2004 r. Niezwykła zagadka kryminalna. Zabójstwo bez ciała? Takiego procesu nie było w Warszawie od 30 lat. Dziś przed sądem staną były dzielnicowy z Mokotowa i jego brat oskarżeni o zabójstwo taksówkarza. Ciała ofiary nie odnaleziono. - Czas przełamać stereotyp: nie ma ciała, nie ma zabójstwa - mówi prokurator Zbigniew Ordanik. To on przez 17 miesięcy przetrząsał lasy od Warszawy po Stalową Wolę, szukając ciała ofiary. - Uważam, że zrobiłem wszystko, co było można, by ciało odnaleźć, ale cały czas o tym myślę - powiedział wczoraj "Gazecie". Kazimierz Kosecki, taksówkarz korporacji Top Taxi, w ostatni kurs wyruszył 18 października 2002 r. o godz. 3 rano. Żonie powiedział, że jedzie pod Ostrowiec Świętokrzyski na zlecenie jakiegoś detektywa. Zostawił jego nazwisko i numer komórki. Kobieta po całym dniu telefonowania zgłosiła zaginięcie męża. Policja w ciągu dwóch dni po billingach odkryła, że telefon "detektywa" należy do 27-letniego Zbigniewa B., dzielnicowego na Mokotowie. Został zatrzymany. Trzy dni później funkcjonariusze zatrzymali młodszego brata dzielnicowego Pawła B. Były dzielnicowy wskazał wynajęty garaż w Stalowej Woli, gdzie ukrył opla vectrę taksówkarza, a także miejsce przy szosie, gdzie leży jego sweter. Ale nigdy nie przyznał się do zabójstwa. Jego brat Paweł w pierwszym przesłuchaniu powiedział, że to Zbigniew B. w ustronnym miejscu zastrzelił kierowcę. Ciało zakopali we wcześniej przygotowanym dole. 48 godzin później wyparł się wszystkiego. To jedna z najtrudniejszych spraw kryminalnych w historii warszawskiej prokuratury. W czerwcu tego roku zdecydowała się ona oskarżyć obu braci o zabójstwo. Poza odwołanymi wyjaśnieniami Pawła B. są tylko poszlaki: krew ofiary w odnalezionej vectrze, cztery zamiast sześciu nabojów w broni służbowej policjanta, fakt, że wskazał on miejsce wyrzucenia swetra. - Układają się w jedną jedyną wersję zdarzeń, nie było podstaw do umorzenia zarzutu zabójstwa - mówi prokurator Ordanik, dziś zastępca prokuratora okręgowego. Policjant za obrońcę ma byłego szefa stołecznej prokuratury. - Czy podpisałby pan oskarżenia o zabójstwo, gdy nie ma ciała ofiary? - To bardzo trudne pytanie. Myślę, że ręka by mi zadrżała i bym tego podpisu nie złożył - odpowiada Włodzimierz Ostaszewski, dziś adwokat. - Mówi to pan jako były prokurator czy adwokat? - Jako człowiek - odpowiada. Bogdan Wróblewski Za serwisem dziennika "GW" z dn. 15.09.2004 r. Policjant przed sądem Dziś rusza proces w sprawie zabójstwa warszawskiego taksówkarza Nie wiem, jak spojrzę tym mordercom w oczy - mówi nam żona zamordowanego przed dwoma laty taksówkarza Halina Kosecka. Rozpoczyna się proces dzielnicowego oskarżonego o zabójstwo jej męża. Przeciwko niemu są tylko poszlaki, bo ciała taksówkarza nigdy nie odnaleziono. Wdowa po Kazimierzu Koseckim ma przytłumiony głos. - Ostatnio nie mogę zasnąć. - mówi. - Czeka mnie pięć koszmarnych dni i o niczym innym nie potrafię myśleć. Znów rozdrapywanie ran - dodaje. Ostatni raz widziała męża 18 października 2002 r. Wyszedł o 3 rano, miał umówiony wcześniej długi kurs do Ożarowa k. Ostrowca Świętokrzyskiego. Obiecał zadzwonić za trzy godziny. Zaraz po dojechaniu na miejsce. Nie zadzwonił, a jego telefon milczał. Halina Kosecka co godzinę wykręcała jego numer. Za każdym razem słyszała tylko nagranie na poczcie głosowej. Nie wytrzymała napięcia. Zawiadomiła policję o zaginięciu męża. Śledczy natychmiast przystąpili do poszukiwań. Kiedy było jasne, że w grę nie wchodzi wypadek samochodowy, sięgnęli po bilingi i numer klienta, który zamówił feralny kurs. Trop, jaki wskazały, przeraził. Telefon komórkowy, z którego dzwonił klinet Koseckiego, należał do dzielnicowego z Mokotowa Zbigniewa B. Biling z rozmów telefonicznych potwierdził ślad. Pierwszy telefon w sprawie wyjazdu do Ożarowa wykonano z mokotowskiego komisariatu. Zbigniew B. został zatrzymany. Codziennie odnajdywano nowe dowody przeciwko niemu. W jego rodzinnym domu odkryto mały arsenał broni, on sam wskazał miejsce ukrycia tablic rejestracyjnych auta Kazimierza Koseckiego i jego zakrwawiony sweter. Młodszy brat B., w pierwszym przesłuchaniu wyjawił, że to Zbigniew zabił taksówkarza. Motyw - biały opel vectra, którym jeździł taksówkarz, a którego właścicielem chciał zostać policjant. B. nigdy jednak do winy się nie przyznał. Ciała Koseckiego też nigdy nie odnaleziono. - Był wyjątkowo agresywny - wspomina dziś policjant, który uczestniczył w przesłuchaniu Zbigniewa B. - Żadnego załamania ani skruchy. Stawiał się, zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Zupełnie inaczej mówią o oskarżonym policjanci z komisariatu na Mokotowie. Zapamiętali go jako człowieka spokojnego i koleżeńskiego. - Do dziś jestem w szoku - mówi jeden z dzielnicowych, który siedział z B. w jednym pokoju, biurko w biurko. - Był spokojny, grzeczny i taki przyjacielski. - Zdarzało się, że pracowaliśmy razem - dodaje Tomasz R., też dzielnicowy - Taki zwykły, normalny człowiek. Zbigniew B. miał dobrą opinię. Lubiany przez kolegów, nagradzany przez przełożonych. Pochodził z okolic Niska (kotlina sandomierska), w Warszawie zajmował pokój w policyjnym hotelu. Kiedy postawiono mu zarzuty, miał 25 lat. Przeciwko niemu są tylko poszlaki. Nie ma ciała ofiary, nie ma przyznania się do winy. Nawet brat B., też oskarżony w sprawie, odwołał wcześniejsze zeznania. Halina Kosecka nie potrafi powiedzieć, czy będzie występować jako oskarżyciel posiłkowy. - Nie wiem, jak ja mam spojrzeć tym mordercom w oczy - mówi. Aneta Polak Za "Życiem Warszawy" z dn. 15.09.2004 r. Za zabicie taksówkarza Były policjant Zbigniew B. i jego brat Paweł, oskarżeni o zabójstwo w 2002 roku warszawskiego taksówkarza, odmówili dziś przed Sądem Okręgowym w Warszawie odpowiedzi na pytania oskarżyciela posiłkowego i prokuratora. 27-letni Zbigniew B., były policjant z komisariatu na warszawskim Mokotowie, powiedział, że będzie odpowiadał tylko na pytania sądu i swego obrońcy. Jego brat zgodził się jedynie na ewentualne pytania swego obrońcy. Rozpoczęty dziś proces uznawany jest przez prawników za trudny. Do dziś bowiem nie znaleziono ciała zamordowanego taksówkarza Kazimierza Koseckiego. Zeznania oskarżonych złożone w śledztwie różnią się też na kolejnych jego etapach. Pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych, Czesław Jaworski powiedział jednak dziennikarzom, iż jego zdaniem, chociaż Zbigniew B. przedstawił kilka wersji wydarzeń, to tworzą one spójną całość i "można mu na pewno postawić zarzut współudziału w zabójstwie". Za serwisem INTERII z dn. 15.09.2004 r. Chciał nowe auto Policjant oskarżony o zabójstwo taksówkarza Miał rozbitego białego opla. Mokotowski dzielnicowy chciał jednak jeździć nowym autem. Wytypował 12 właścicieli białych opli, wśród których znalazł się taksówkarz Kazimierz Kosecki. Jego ciała do dziś nie odnaleziono. Taksówkarz warszawskiej korporacji TopTaxi Kazimierz Kosecki zaginął 18 października 2002 r. Wyjechał w długi kurs poza Warszawę, zamówiony przez telefon. Do domu nigdy nie wrócił. Zdaniem prokuratury, został zamordowany. O zabójstwo został oskarżony były dzielnicowy z Mokotowa Zbigniew B. i jego młodszy brat Paweł. Akt oskarżenia w tej sprawie trafił właśnie do sądu. Proces, którego początek zaplanowano po wakacjach, będzie nie lada wyzwaniem dla sędziów. Zabójstwo taksówkarza to sprawa poszlakowa. Choć istnieją dowody, które obciążają oskarżonych, to jednak ciała Kazimierza Koseckiego nie odnaleziono. Do tego koronny dowód świadczący przeciwko byłemu policjantowi - zeznania jego młodszego brata - został odwołany. B. obciążają m.in. bilingi telefoniczne (to on zamawiał kurs) i fakt wskazania przez niego miejsca ukrycia białego opla vectry, którym jeździł taksówkarz. Czy to wystarczy do uznania jego winy, okaże się przed sądem. Policjant nigdy do zabójstwa się nie przyznał. Zbigniew B. ma 27 lat. W policji pracował 4 lata, ostatnio jako dzielnicowy na Mokotowie. Jak wynika z aktu oskarżenia, do tragedii doszło z powodu białej vectry, którą chciał zdobyć dzielnicowy. Dokładnie takim autem jeździł Stanisław Kosecki. Plan policjanta zakładał kradzież auta i przebicie w nim numerów. Samochód miał być dostosowany do dokumentacji rozbitej białej vectry, którą Zbigniew B. kupił za grosze. Dzielnicowy wytypował więc 12 białych aut tej samej marki i koloru jeżdżących po Warszawie. W trakcie procesu prawdopodobnie okaże się, czy korzystał w tym celu z baz danych policji. To, że spośród wytypowanych samochodów wybrał vectrę Stanisława Koseckiego, prawdopodobnie było przypadkiem. Od początku planował zabójstwo. Zgodnie z pierwszymi zeznaniami brata oskarżonego, ciało taksówkarza zostało zakopane w przygotowanym wcześniej dole. POL Za dziennikiem "ŻW" z dn. 06.07.2004 r. |
|
|
Proszę
wybrać przejście:
strona utworzona 26.11.2010 r. |
||