Morderstwo żony w Opolu - luty 2004

Strona główna

Morderstwa z regionu:

Dolny Ślask

Antysocjalistyczne Mazowsze

Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza

Aktualizacja 29.11.2010 r.

Zabij mi żonę. Ta zbrodnia wstrząsnęła Opolem

Marek Świercz

dodano: 27 września 2009, 8:15

Ta historia daje argument zwolennikom surowych kar. Bo trudno o lepszy dowód na to, że wiara w skuteczną resocjalizację jest głęboko naiwna. Gdyby Zbigniew J. odsiedział swoje, nikt by nie zginął.

Ale wymiar sprawiedliwości postanowił dać mu drugą szansę. A on wykorzystał ją do dokonania kolejnej zbrodni.

Ta zbrodnia, jak przekonywał swojego kolegę spod celi Józefa B., miała być zbrodnią doskonałą. Ale to przekonanie mogło się narodzić wyłącznie w głowie kogoś, kto cierpiał nie tylko na deficyt uczuć wyższych, jak orzekli potem psychiatrzy, ale także na deficyt zdrowego rozsądku.

Bo Zbigniew J. z góry mógł założyć, że - z taką przeszłością, jaką miał - będzie od początku głównym podejrzanym. Zadziwiające jest też to, że wierzył w to, iż Józef B., znerwicowany alkoholik, zachowa dyskrecję. Tym bardziej, że do dokonania morderstwa musiał go przekonywać do ostatniej chwili. I gdyby nie pomógł alkohol, to Jerzy B. pewnie nigdy by się nie zgodził. Dodajmy, że właśnie alkohol, a właściwie jego brak, zadecydował o tym, że w osadzony na policyjnym dołku zabójca załamał się i zaczął mówić. To wszystko było do przewidzenia od samego początku.

A czy można było przewidzieć to, że Zbigniew J. zabije ponownie? Sędziowie, którzy wypuścili go na wolność nim jeszcze odsiedział połowę wyroku za pierwsze zabójstwo, tego nie przewidzieli.

Zeznania o północy

"Ta zbrodnia wstrząsnęła Opolem" - taka formułka pojawia się w prasie bardzo często. Ale tym razem tak właśnie było. Pod sklepem przy ul. Kołłątaja przez wiele dni paliły się znicze. Przynosili je zwykli opolanie, klienci sklepu, którzy doskonale pamiętali sympatyczną ekspedientkę Irenę J. Wiadomość, że została zamordowana, wstrząsnęła nimi naprawdę.

Wszystko rozegrało się w ciągu paru godzin wieczorem 9 lutego 2004 roku. W sklepie od kilku dni trwał remont. Około 21.30 pojawił się przed nim Zbigniew J. Portierowi powiedział, że niepokoi się o żonę, która została w sklepie, by posprzątać, ale nie wróciła do domu i nie odbiera telefonu. Ponieważ okazało się, że drzwi sklepu są zamknięte, Zbigniew J. powiedział, że jedzie do domu w podopolskiej wiosce po zapasowe klucze. Gdy odjechał, portier zajrzał do środka przez dziurkę od klucza i zobaczył nogi leżącej na podłodze kobiety. Wezwał policję.

Irena J. zginęła od ciosu w głowę. Zabójca uderzył ją od tyłu litrową butelką wina. Potem zadzierzgnął jej na szyi elektryczny kabel. Ze sklepowej kasy zniknęło - jak zeznał Zbigniew J. - około 600 złotych. Policja nie bardzo chciała jednak uwierzyć w to, że motywem zabójstwa był rabunek. Szybko ustalono, że w remoncie sklepu pomagał Józef B., znajomy Zbigniewa J. Widziano go tam feralnego 9 lutego, ale jeszcze tej samej nocy wyjechał z Opola i rano dotarł do mieszkania rodziców w Jarosławiu na Podkarpaciu. Ten nagły wyjazd wyglądał wyjątkowo podejrzanie, więc policja szybko namierzyła Józefa P. Został zatrzymany, przewieziony do Opola i osadzony w policyjnej izbie zatrzymań.

Długo nie wytrzymał. 13 lutego tuż po północy zaczął walić w drzwi i domagać się widzenia z prokuratorem. Profos potraktował to żądanie serio. Na policyjnym dołku zjawił się dyżurujący prokurator i do 4.20 słuchał zeznań skruszonego zabójcy, który opowiedział, że zamordował Irenę J. na zlecenie jej męża. Właściwie w ramach koleżeńskiej przysługi, choć Zbigniew J. obiecał mu także pomoc w załatwieniu pracy w Irlandii.

Panowie poznali się w zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich, gdzie obaj odsiadywali wyrok za zabójstwo. Józef B. jako młodociany zgwałcił i zamordował młodą kobietę. Zbigniew J. miał 25 lat, żonę i dwójkę dzieci, gdy udusił kochankę, która była z nim w szóstym miesiącu ciąży. Ta mroczna przeszłość pary morderców dodatkowo zaszokowała opinię publiczną. Pewnie niejeden czytelnik gazet zadawał sobie pytanie: jak można było takich zbrodniarzy wypuścić na wolność? Bo fakty były bulwersujące: Zbigniew J. dostał za zabójstwo 15 lat, wyszedł po sześciu.

Bo dobrze rokował

Do tej pierwszej zbrodni doszło w 1986 roku, w schyłkowym okresie Polski Ludowej. Zbigniew B. (nosił wtedy inne nazwisko, dopiero po wyjściu z więzienia przyjął nazwisko drugiej żony) pracował na kolei. Był już żonaty, miał dzieci, ale nie stronił od innych kobiet. Nawiązał romans z kasjerką, którą poznał na Dworcu Głównym PKP w Opolu. Dziewczyna zaszła z nim w ciążę i zaczęła go szantażować, zapowiadając, że o wszystkim opowie jego żonie. On kluczył, obiecywał, że znajdzie jakieś wyjście, w końcu umówił się z nią na rozstrzygającą rozmowę. Dziewczyna, która była już w szóstym miesiącu ciąży, miała akurat nocny dyżur na stacji PKP w Dąbrowie Niemodlińskiej. Zbigniew J. przyjechał tam późnym wieczorem z Opola. Rozmowa zamieniła się w awanturę i postawiony pod murem mężczyzna się wściekł. Złapał kabel od elektrycznego czajnika i udusił dziewczynę.

9 września 1987 Sąd Wojewódzki w Opolu skazał go za zabójstwo na 15 lat. Była to najwyższa przewidziana w ówczesnym kodeksie kara - za zabójstwo można było dostać od 8 do 15 lat. Kodeks przewidywał też karę śmierci, ale wymierzano ją tylko w szczególnych przypadkach. A tu na korzyść oskarżonego przemawiał młody wiek i fakt, że nie miał wcześniej zatargów z prawem.

Zbigniew B. musiał być spolegliwym więźniem, bo już w 1993 roku pozwolono mu na podjęcie pracy palacza w Polmozbycie. Tam poznał niespełna dwudziestoletnią Irenę J. i szybko zawrócił jej w głowie. Twierdził, że trafił za kratki, bo jako maszynista spowodował kolejowy wypadek. Taką wersję usłyszała też rodzina jego przyszłej żony.

W grudniu 1993 roku, a więc po sześciu latach odsiadki, sąd podjął decyzję o jego przedterminowym zwolnieniu. Niewykluczone, że argumentem za skróceniem kary był fakt, że Irena J. urodziła mu właśnie córeczkę. Jedenaście lat później tata kazał jej zadzwonić do mamy do sklepu. Ten telefon miał być sygnałem dla Józefa B., że może zabić. A dla Zbigniewa J. miał być doskonałym alibi, dowodem na to, że w chwili śmierci żony był z dziećmi w rodzinnym domu.

Zabójstwo zamiast rozwodu

Dlaczego Zbigniew J. postanowił zamordować żonę? W uzasadnieniu wyroku opolski Sąd Okręgowy zasugerował, że jako osobnik skrajnie zdemoralizowany i pozbawiony uczuć wyższych uznał to za najlepszy sposób rozwiązania swoich rodzinnych problemów. Nie bez znaczenia były też jego wcześniejsze doświadczenia. Bo przecież już raz w taki właśnie sposób pozbył się uciążliwej kochanki.

Z zeznań świadków wynikało, że w małżeństwie Zbigniewa i Ireny dobrze się nie działo. Po opuszczeniu zakładu karnego wprowadził się do jej rodzinnego domu pod Opolem, ale nie pomagał w remontach i prowadzeniu gospodarstwa, bo twierdził, że nie będzie pracował na cudzym. Ale gdy w grudniu 1998 roku teściowie przepisali dom na młodych, przeprowadził się na kilka miesięcy do kochanki. Wrócił skruszony, ale i potem zdarzały mu się podobno skoki w bok. W 2002 r. urodziła mu się druga córka. Ale tylko pozornie pogodzone ze sobą małżeństwo weszło wtedy w etap stabilizacji. Bo z zeznań Józefa B., który przez cały czas utrzymywał kontakty z kolegą spod celi, to w tym okresie Zbigniew J. zaczął go nakłaniać do pomocy w zabiciu żony. Twierdził, że już nie może z nią wytrzymać, bo ciągle robi mu awantury o inne kobiety. A rozwieść się nie chciał, bo wtedy musiałby podzielić się z żoną majątkiem.

Józef B., który odwiedzał rodzinę J. i znał Irenę, nie chciał wystąpić w roli kata. Wahał się do ostatniej chwili, jeszcze w przeddzień zabójstwa powtarzał, że tego nie zrobi. Dopiero, gdy Zbigniew go upił, zaakceptował plan zbrodni rzekomo doskonałej. 9 lutego pomagał Irenie J. w sprzątaniu sklepu i czekał na telefon, który miał być sygnałem, że może uderzyć. Gdy skończyła rozmawiać ze starszą córką, zaszedł ją od tyłu i zadał cios butelką, którą wcześniej wskazał mu zleceniodawca. Gdy kobieta upadła, na wszelki wypadek zacisnął jej na szyi elektryczny kabel. Potem wyszedł ze sklepu, zamknął drzwi na klucz i popędził na dworzec na pociąg do Katowic. Tam o 2.00 nocy wsiadł w ekspres do Przemyśla i o 6.00 rano był już mieszkaniu rodziców w Jarosławiu.

"Jestem niewinny"

Opolski sąd skazał Józefa B. na 25 lat więzienia. Zbigniew J. dostał dożywocie, bo w takich przypadkach zleceniodawca jest karany surowiej niż wykonawca zbrodni. Będzie mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie dopiero po odsiedzeniu 30 lat.

Obaj skazani złożyli odwołali się od wyroku. Józef B. chciał obniżenia kary do 15 lat, Zbigniew J. domagał się uniewinnienia, przekonując, że żadnego morderstwa nie planował. Obie apelacje zostały oddalone.

Ale Zbigniew J. nie rezygnował. Gdy Sąd Najwyższy oddalił kasację jako bezzasadną, zwrócił się o pomoc do rzecznika praw obywatelskich, który ma uprawnienia do złożenia kasacji nadzwyczajnej. Biuro rzecznika praw obywatelskich poprosiło opolski sąd o przesłanie akt sprawy. W maju tego mroku odesłało je do Opola z informacją, że rzecznik nie będzie występował o kasację wyroku. Zbigniew J. może wystąpić o przedterminowe zwolnienie w 2034 roku. Będzie miał wtedy 73 lata.

Za "Nową Trybuną Opolską" z dn. 27.09.2009 r.


Mordercy ze sklepu na Kołłątaja prawomocnie skazani

Agnieszka Jukowska

2005-09-14, ostatnia aktualizacja 2005-09-14 00:00

Sąd Apelacyjny we Wrocławiu utrzymał w środę w mocy wyroki na zabójcę ekspedientki sklepu przy Kołłątaja i jej męża, który zbrodnię zaplanował i zlecił

Prawie pół roku temu Sąd Okręgowy w Opolu skazał męża Ireny J. na dożywocie. Jego kolega Jerzy B., który morderstwo wykonał dostał 25 lat.

Tragedia rozegrała się w sklepie u zbiegu Kołłątaja i Kościuszki pod wieczór 9 lutego ub. roku. Sprawców złapano po kilkudziesięciu godzinach. 43-letni Jerzy B. przyznał się do zamordowania Ireny J. i zdradził, że do morderstwa nakłonił go mąż ofiary Zbigniew J., który przygotował plan zabójstwa.

Na rozprawie apelacyjnej był tylko Zbigniew J. Domagał się uniewinnienia. Obwiniał o spisek prokuraturę, policję, świadków. Mówił, że Jerzy B. go pomawia. Jednak, jak zauważył sąd, nie podał powodów, dla których zabójca miałby to zrobić.

- Utrzymaliśmy oba wyroki w mocy - powiedział sędzia Witold Franckiewicz. - Zbigniew J. dopuścił się już w przeszłości morderstwa na kobiecie. Resocjalizacja nie odniosła skutku, skoro po odbyciu części kary ponownie zaplanował morderstwo z premedytacją. Należy go odizolować od społeczeństwa - podkreślił sędzia.

Zbigniew J. o przedterminowe zwolnienie będzie mógł się ubiegać dopiero po 35 latach odbytej kary. Będzie miał wówczas 79 lat.

Sąd nie uwzględnił też apelacji Jerzego B., który chciał obniżenia kary do 15 lat. - On także miał już na koncie morderstwo. Po przedterminowym zwolnieniu znów dokonał okrutnej zbrodni na kobiecie, przez co zostało osieroconych dwoje dzieci. Sąd uznał, że wyeliminowanie go ze społeczeństwa nie może być krótsze - podkreślił sędzia Fronckiewicz.

Jerzy B. i Zbigniew J. poznali się w więzieniu, gdzie odsiadywali wyroki za zabójstwo. Pierwszy w 1982 roku został skazany na 25 lat za uduszenie kobiety, wyszedł na wolność po dziesięciu latach. Zbigniew J. od 1985 roku odsiadywał 15 lat za zamordowanie swojej kochanki, która była z nim w ciąży (miał wtedy żonę i dwójkę dzieci). Po ośmiu latach sąd warunkowo go zwolnił. Od tamtej pory obaj utrzymywali kontakty.

Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 14.09.2005 r.


Dożywocie za zaplanowanie zabójstwa żony

Mariusz Lodziński

2005-03-29, ostatnia aktualizacja 2005-03-29 00:00

Za zaplanowanie morderstwa ekspedientki z ul. Kołłątaja jej mąż został we wtorek skazany na dożywocie, bo sąd uznał, że trzeba go odizolować od społeczeństwa. Morderca, który najpierw roztrzaskał kobiecie głowę, a potem udusił kablem, dostał 25 lat

Tragedia rozegrała się w popularnym sklepie na rogu Kołłątaja i Kościuszki pod wieczór 9 lutego ub. roku. Sprawców złapano po kilkudziesięciu godzinach. Proces zakończył się w zeszłą środę, sąd dał sobie jednak tydzień na przeanalizowanie wszystkich dowodów w sprawie.

Wczorajszy wyrok to niewątpliwie sukces prokuratury. Oskarżająca Anita Dąbrowa-Derda chciała właśnie takich kar.

43-letni Jerzy B. przyznał się do zamordowania Ireny J. Niemal od początku śledztwa współpracował z prokuraturą, opisał okoliczności zabójstwa i, co najważniejsze, zdradził, że do morderstwa nakłonił go mąż ofiary Zbigniew J., który przygotował plan zabójstwa.

Skład sędziowski, któremu przewodniczył sędzia Dariusz Kita, potraktował to jako okoliczność łagodzącą. Zgodził się z oskarżeniem, że 25 lat więzienia będzie wystarczającą karą dla mordercy, który z zimną krwią w bestialski sposób zgładził Irenę J.

Bezlitosny okazał się sąd dla Zbigniewa J. - Był już raz skazany za morderstwo. Kolejna zbrodnia dowodzi, że nie ma już szans na resocjalizację. Dlatego powinien być odizolowany od społeczeństwa - tłumaczył wyrok dożywocia sędzia Dariusz Kita.

Zbigniew J. będzie mógł się starać o zmniejszenie kary dopiero za 35 lat. Będzie miał wtedy 79 lat.

Sąd nie znalazł dowodów, które uwiarygodniłyby jego wersję, że Jerzy B. obciążył go nieprawdziwymi zeznaniami, by uzyskać złagodzenie swej kary.

Wyrok nie jest prawomocny. - Na pewno się odwołamy - zapowiedział obrońca Zbigniewa J. Kazimierz Rosak, który był nieobecny podczas odczytania wyroku. - Mój klient nie przyznaje się do winny. Uważa, że proces był stronniczy i wierzy, że kiedy sprawa będzie rozpatrywana poza Opolem, sąd będzie dla niego przychylniejszy - dodał mecenas. Przyznał, że podstawą apelacji przed sądem we Wrocławiu będzie wykazanie uchybień zarówno w śledztwie, jak i w postępowaniu sądowym.

Prokuratura nie będzie się zażalać na wyrok, choć wnosiła o to, by Zbigniew J. mógł wyjść z więzienia najwcześniej za 45 lat oraz by obaj przestępcy zostali pozbawieni praw obywatelskich na 10 lat, na co sąd się nie zgodził.

- Ja również jestem zadowolony z wyroku. Nie powinien on dziwić, wszak materiały dowodowe były bardzo mocne - powiedział mecenas Zdzisław Muszyński, pełnomocnik matki zamordowanej, która w procesie występowała w roli oskarżyciela posiłkowego.

Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 29.03.2005 r.


Proces oskarżonych o morderstwo przy ul. Kołłątaja

juka 2005-02-03, ostatnia aktualizacja 2005-02-03 00:00

- Prosiłam Irenę, by zakończyła ten związek, bo to może się źle dla niej skończyć - zeznała w czwartek przed sądem pierwsza żona Zbigniewa J., oskarżonego o zaplanowanie i zlecenie morderstwa swojej drugiej małżonki w sklepie na rogu Kołłątaja i Kościuszki

Przed sądem zeznawała rodzina zamordowanej, na stałe mieszkająca w Niemczech. Stamtąd na rozprawę przyjechała również była małżonka Zbigniewa J. - Gabriela S.

- Zbyszek nawiązał ze mną kontakt w 1999 roku. Chciał spotkać się z dziećmi - zeznawała. - Przyjechał z Ireną i córką. Myślałam, że się zmienił, że nauczył się żyć, jak należy. Jednak już wtedy było widać, że między nimi nie ma uczucia, on nawet z nią nie rozmawiał. Potem przyjechaliśmy z mężem do Polski na urlop, odwiedziliśmy ich. Po spotkaniu Irena poprosiła mnie o rozmowę.

Świadek mówiła, że Irena płakała wyznając, że mąż ma inne kobiety, że ją wyśmiewa i bije. - Zapytałam ją, czy wie, za co siedział w więzieniu. Odparła, że za wypadek na kolei. Wtedy powiedziałam, że zamordował swoją kochankę w szóstym miesiącu ciąży. Prosiłam ją, by zakończyła ten związek, bałam się, że on zrobi jej krzywdę, bo pamiętałam, jak mnie bił - mówiła pierwsza żona oskarżonego.

Podczas jej zeznań Zbigniew J. to się śmiał, to nerwowo poruszał, a kiedy wyszła z sali złożył oświadczenie, że Gabriela S. kłamie jak zawsze. - Poza tym Irena jej nie lubiła, więc nie mogła z nią na takie tematy rozmawiać - stwierdził.

Rodzina zamordowanej mówiła przed sądem jak Zbigniew J. zareagował na doniesienia mediów, że znalazł się morderca jego żony.

- Powiedział, że to koniec. Wziął Justynę na ręce i mówił, że będzie musiał na długo wyjechać - powiedziała Anna J., ciotka zamordowanej.

W sprawie oskarżonych wypowiadali się również biegli, stwierdzając, że nie ma podstaw do kwestionowania poczytalności oskarżonych. U obu stwierdzono zaburzenia osobowości.

Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 03.02.2005 r.


ZEZNANIA PORTIERA POGRĄŻAJĄ MĘŻA ZAMORDOWANEJ

Zachowywał się dziwnie

W Sądzie Okręgowym w Opolu odbyła się wczoraj druga rozprawa dotycząca mordu w sklepie na ul. Kołłątaja w Opolu, do którego doszło 9 lutego 2004 r.

Do zabójstwa Ireny J. przyznał się Jerzy B., kolega męża zamordowanej, poznany przez niego w więzieniu. Stwierdził, że zabójstwo zlecił i zaplanował mąż Zbigniew J. Ten utrzymuje jednak, że jest niewinny. Rodzina mu wierzy.

- Tworzyli normalne małżeństwo - tłumaczyła Grażyna S., siostra oskarżonego. - Brat zrobił jeden skok w bok, ale potem wszystko wróciło do normy. Kochał córki, starszą woził na angielski, młodsza łapała go za nogawkę, jak wracał z pracy, bo świata za nim nie widziała. Dbał o dom, remontował, starał się. Przecież nie zamieniłby tego wszystkiego na klatkę dwa na trzy metry!

Rodzina Zbigniewa J. jest przekonana o jego niewinności. Jego brat na sądowym korytarzu obrażał nawet ciotkę zmarłej Ireny, która powiedziała "NTO", że od początku czuła, że zrobił to Zbigniew i życzy mu, by skończył tak, jak zmarła, w kałuży krwi. Musiał interweniować ochroniarz.

Jednak zeznania kolejnego świadka, portiera Aleksandra Z., świadczą, że Zbigniew J. uczestniczył w zaplanowaniu zbrodni. Portier widział o godzinie 20 przez szybę sklepową, jak Irena układa soki na półkach, podawane jej przez mężczyznę w szarej bluzie. - To był ten mężczyzna - wskazał na Jerzego B., zabójcę.

Jakieś 30 minut później do portiera zapukał Zbigniew J., mówiąc, że szuka żony, bo przyjechał po nią do sklepu, ale drzwi są zamknięte, a klucze zostały w środku.

- Powiedziałem mu, że widziałem o 20 jego żonę, jak wykłada soczki z jakimś mężczyzną, a on powiedział: "to byłem ja" i nawet rozpiął bluzę, żeby pokazać, ubranie, jakie ma pod spodem - zeznawał portier. - Zdziwiło mnie jego zachowanie, bo wiem, że to nie był on, ale nic już nie powiedziałem - opowiada portier.

Przypomnijmy: zdaniem prokuratury oskarżeni chcieli upozorować morderstwo na tle rabunkowym. Jerzy B. po zabiciu Ireny zamknął sklep i wyjechał z Opola. Gdyby zwłoki zostały znalezione rano, trudniej byłoby dojść do sprawcy. Jednak koło godziny 21, gdy Zbigniew J. odjechał do domu, portier zajrzał przez dziurkę od klucza na zaplecze sklepu i odkrył zwłoki Ireny.

Ewa Kosowska-Korniak

Za dziennikiem "NTO" z dn. 15.10.2004 r.

Proszę wybrać przejście:

strona utworzona 14.12.2004 r.