Aktualizacja 20.08.2001
r.
19-20.08.2001
r.
Kara śmierci
w nauczaniu Kościoła
Z ks. prof.
Tadeuszem Ślipko SJ rozmawia Sławomir Skiba
Kara śmierci
to temat, który wzbudza wiele kontrowersji. Uwzględniając jedynie
nagłaśniane przez media wypowiedzi niektórych katolików, można odnieść
wrażenie, że Kościół katolicki w swym odwiecznym nauczaniu jest zdecydowanym
przeciwnikiem dopuszczalności takiej kary. Czy tak jest rzeczywiście?
O odpowiedź na to i inne pytania "Nasz Dziennik" poprosił
ks. prof. Tadeusza Ślipko - etyka, filozofa i autora książki "Kara
śmierci z teologicznego i filozoficznego punktu widzenia".
Kiedy na łamach
periodyków, które chcą uchodzić za katolickie, pojawia się problem
kary śmierci w kontekście nauczania Kościoła, zazwyczaj większość
"dyskusji" podsumowywana jest stwierdzeniem: "Kościół
jest przeciwny karze śmierci". Czy rzeczywiście mamy w tym przypadku
do czynienia z absolutnym potępieniem najwyższego wymiaru kary i czy
sprzeciwia się on etyce katolickiej?
- Przyznaję,
że stwierdzenie - a raczej slogan - "Kościół jest przeciwny karze
śmierci" - pojawia się dosyć często w ustach abolicjonistycznie
nastawionych katolików, ale ocenę tego zjawiska trzeba zróżnicować
odpowiednio do stopnia kompetencji wypowiadających się osób. Jeśli
opinię tę wygłasza starsza pani, której subtelność subiektywnych odczuć
nie pozwala spojrzeć w oczy surowej prawdzie, to nie pozostaje nic
innego, jak tylko kierować się spirezjańską zasadą: "Nie dziwić
się, nie oburzać się, ale zrozumieć". Gdy zaś tę samą opinię
podtrzymuje publicysta-dziennikarz - sprawa się komplikuje. Jego obowiązkiem
jest bowiem troska o rzetelność informacji. Tego typu wypowiedzi świadczą
więc bądź o braku odpowiedzialności za wygłaszane słowo lub też o
tym, że jest to wystąpienie kierowane ideologicznymi uprzedzeniami,
nieuwzględniające obiektywnego stanu rzeczy. Najgorzej wyglądałaby
sprawa, gdyby takie stwierdzenie padło z ust teologa. Świadczyłoby
to o braku rozumienia autentycznego sensu tej frazy ("Kościół
jest przeciwny karze śmierci"), po prostu byłby to błąd teologiczny.
Po tym wyjaśnieniu możemy zająć się istotą tej sprawy.
- Termin "Kościół" może przybierać różne znaczenia, odpowiednie
do zmieniających się kontekstów, w których bywa używany. W zdaniu
"Kościół przeciw" czy "za karą śmierci" chodzi
o moralny wymiar instytucji prawa karnego - jaką jest kara śmierci
- a więc o stwierdzenie, czy kara ta stanowi moralnie usprawiedliwiony
wymiar sprawiedliwości, czy też w jej wyrokowaniu, jak i wykonaniu,
zawarte jest jakieś immanentne zło moralne, konkretnie mówiąc, naruszenie
naturalnego prawa moralnego, chroniącego życie każdego człowieka,
nawet największego złoczyńcy. W tego rodzaju sprawach słowo "Kościół"
wyrażać może tylko "Kościół nauczający", dokładniej mówiąc
- "zwyczajne nauczanie Kościoła". To zaś nauczanie nie utożsamia
się ani z jednorazowym okolicznościowym wystąpieniem jakiegokolwiek
papieża, ani tym bardziej takiego czy innego Episkopatu bądź poszczególnych
teologów. Zwyczajne nauczanie Kościoła oznacza w gruncie rzeczy długotrwały
proces, zakorzeniony w dogmatycznej tradycji źródeł Objawienia, kontynuowany
przez wieki, aprobowany przez papieży, głoszony przez moralistów.
Jeśli jednak wytrzymuje próbę tych kryteriów, urasta ono do rangi
nauczania, w którym Kościół głosi także moralne zasady niezmienne
i nieodwołalne. Nie sprawdza się ta kwalifikacja jedynie w odniesieniu
do tych nauk Kościoła - w zakresie spraw moralnych - które nie spełniają
wymienionych warunków bądź dotyczą tematów natury historycznej, wyraźnie
umiejscowionych w czasie i przestrzeni.
To wszystko poparte jest autorytetem Jana Pawła II. Rzeczone sformułowania
Ojciec Święty potwierdził w Liście Apostolskim "Ad tuendam fidem"
("W obronie wiary"), aby je przypomnieć społeczności wiernych
jako szczególnie aktualne w czasach pomieszania pojęć i niepewności,
jakie współcześnie przeżywamy. To też niezbędnym warunkiem rzetelnego
i zgodnego z myślą Kościoła podejścia do kary śmierci jest klarowne
rozpoznanie zwyczajnego nauczania Kościoła na ten temat. Kiedy zaś
prześledzi się całokształt dostępnych w tym względzie danych, nie
ulega wątpliwości, że odnośnie do moralnej godziwości, a tym samym
dopuszczalności, kary śmierci Kościół głosił i nadal aprobuje tę zasadę
- czyli uznaje moralną godziwość i dopuszczalność kary śmierci.
- W tym założeniu stwierdzenie - "Kościół jest przeciw karze
śmierci" - na pewno jest zdaniem błędnym. Bronić się przed tą
konsekwencją w imię abolicjonistycznych uprzedzeń można tylko w ten
sposób, że przytaczane świadectwa ciągłości i autentyczności tego
nauczania poddaje się manipulacyjnym zabiegom, jak w artykule pana
Sporniaka w "Tygodniku Powszechnym", który został tak skonstruowany,
aby to, czego Kościół naucza, zredukować do rzędu teologicznych hipotez.
A wiadomo, że z hipotezą można sobie zawsze łatwo poradzić. Owszem,
są w tym artykule ślady innej, o wiele gorszej jeszcze manipulacji,
ale to dotyczy innego aspektu sprawy.
Jakie są korzenie
ruchu abolicjonistycznego na świecie? Skąd pochodzi to nowe spojrzenie
na karę śmierci jako zło?
- Pytanie jak
najbardziej na miejscu. Rozpowszechnia się bowiem mniemanie, że idea
zniesienia kary śmierci wypływa z chrześcijańskich źródeł inspiracji
jako logiczna konsekwencja prawdy o Bożym Miłosierdziu.
Otóż, prawdą o Bożym Miłosierdziu chrześcijaństwo żyło od początku
swego istnienia. Mimo to do połowy XVIII wieku we wszystkich swoich
historycznych postaciach - czy to katolicyzmu, czy prawosławia, czy
protestantyzmu nie żywiło wątpliwości, że prawda o Bożym Miłosierdziu
nie pozostaje w sprzeczności np. z prawdą o Bogu karzącym piekłem
zatwardziałego grzesznika. Ten stan rzeczy trwał aż do połowy XVIII
wieku, dokładniej mówiąc do roku 1767, w którym ukazało się dzieło
Cesare Beccaria pt. "O przestępstwach i karach" - powszechnie
uznawane za pierwszą jaskółkę abolicjonistycznej doktryny i ruchu.
Przytoczyć można na to niezbite dowody, tu m.in. przez samego Beccaria
napisany list do Morellet'a - tłumacza na język francuski wspomnianego
dzieła. W liście tym autor z emfazą wyznaje: "D'Alembert, Diderot,
Helvetius, Buffon, Hume - sławne nazwiska, których bez głębszego wzruszenia
nie podobna słuchać. Wasze nieśmiertelne dzieła są moją stałą lekturą,
przedmiotem moich prac w ciągu dnia i moich rozważań w milczeniu nocy".
Dalszy ciąg listu utrzymany jest w tym samym duchu, a więc nie ulega
wątpliwości, że korzenie doktryny i ruchu abolicjonistycznego tkwią
w antychrześcijańskich, opartych na materialistycznych i na skrajnie
indywidualistycznych przesłankach filozofii XVIII wieku, przede wszystkim
tzw. encyklopedystów i oświecenia.
Toteż u podstaw pierwszych wersji abolicjonizmu leżała zasada nienaruszalnej
wolności jednostki, mocą której w umowie społecznej życie ludzkie
zostało wyłączone spod kompetencji państwa.
Wspomniałem o tym mimochodem w mojej pracy "Kara śmierci z teologicznego
i filozoficznego punktu widzenia" na s. 103. Tam też znajduje
się dokumentacja, która wskazuje źródła potwierdzające prawdziwość
powyższych informacji. Dodam tylko, że abolicjonizm pojawił się na
gruncie katolickiej myśli teologicznej i filozoficznej dopiero po
Soborze Watykańskim II. Przyczyn tej zmiany frontu doszukiwać się
należy chyba w złym wykorzystaniu przez katolickich intelektualistów
wolności badań teologicznych.
Publicysta
"Tygodnika Powszechnego" sugerował, że pomija Ksiądz w swojej
książce nowotestamentowe podejście do miłosierdzia, a tym samym do
kary śmierci, oferując w zamian starotestamentową zasadę: "oko
za oko...". Zarzuca Księdzu tym samym niekonsekwentną i nielogiczną
postawę chrześcijanina. Czy mógłby Ksiądz Profesor odnieść się do
tych zarzutów?
- Problem stosunku
miłosierdzia do kary śmierci jest w ostatecznym rozrachunku problemem
stosunku porządku miłości do porządku sprawiedliwości. Ograniczę się
do konkluzji z uwagi na to, że nie możemy tutaj zająć się tym problemem
w całej rozciągłości. A więc: miłość o tyle zachowuje swój autentyczny
kształt miłości, o ile szanuje porządek sprawiedliwości. Zasada ta
nie traci na ważności również w odniesieniu do kary śmierci. Zadaniem
miłości w tym kontekście jest łagodzenie w uzasadnionych przypadkach
funkcjonowania kary śmierci, nie zaś podważanie podstawy jej moralnej
godziwości. Dlatego powszechnie akceptuje się w kodeksach prawa karnego
i w prawie zwyczajowym prawo łaski. Tym bardziej, że posłużył się
nim Pan Jezus w odniesieniu do, wspomnianej przez publicystę "Tygodnika
Powszechnego", wiarołomnej kobiety. Był to akt łaski, nie zaś
potępienie wymierzania kary.
Meritum omawianej sprawy kryje się gdzie indziej. Idzie bowiem o to,
że tekstów czy to Starego, czy Nowego Testamentu nie można traktować
wyrywkowo i selektywnie, jak to czyni, wspomniany przez Pana, publicysta.
Trzeba je rozważać w kontekście całokształtu doktryny źródeł Objawienia
na interesujący nas temat. Przy takim podejściu okazuje się, że także
w Nowym Testamencie jest miejsce dla zasady: "oko za oko",
jeśli ta skrócona formuła oznacza wymierzenie sprawiedliwej kary śmierci.
Sądzę jednak, że księgom Starego Testamentu nie była obca idea miłosierdzia,
skoro funkcjonowało tam prawo azylu, dające schronienie zagrożonym
śmiercią przestępcom.
Co w takim
razie z wyraźnym zakazem wyrażonym w przykazaniu "Nie zabijaj".
- Odnośnie do
interpretacji przykazania "Nie zabijaj" w kontekście problematyki
kary śmierci, należałoby zacząć od kwestii, czy ta forma odpowiada
hebrajskiemu oryginałowi. Jeżeli bowiem słuszna jest sugestia egzegetów,
że dokładniejszym wyrażeniem myśli byłoby sformułowanie: "Nie
dopuszczaj się morderstwa", w takim razie już w starotestamentowym
przekazie zawiera się ograniczenie piątego przykazania do pewnej kwalifikowanej
kategorii przestępstw. Sprawa na tym się jednak nie kończy. Idzie
o to, że trudność zawarta w pytaniu: "Co z przykazaniem: Nie
zabijaj?" odnosi się nie tylko do kary śmierci, ale także do
związanej z tą karą dopuszczalności, a niekiedy wręcz obowiązku, zabicia
człowieka we własnej obronie.
Zastanawiając się nad tym zagadnieniem, od wieków pasjonującym teologów
i teologiczną myśl chrześcijańską, na wstępie trzeba jasno powiedzieć:
przedmiotem zwyczajnego nauczania Kościoła są zasady moralne, nie
zaś rozwiązywanie ewentualnych, powstających na tym gruncie dalszych
problemów. Odnośnie do dwu wymienionych uprzednio kategorii działań,
moralna doktryna Kościoła ogranicza się do stwierdzenia moralnej dopuszczalności
kary śmierci. Natomiast tradycyjna teologia katolicka, posługując
się w tym przypadku filozoficzną metodą myślenia, we wskazanym zakresie
skonstruowała wyjaśniającą teorię, której zadaniem jest te dwie moralne
normy uzgodnić z przykazaniem "Nie zabijaj". Przewodnią
ideą tego poglądu było wykazanie przy pomocy tzw. zasady podwójnego
skutku, że śmierć agresora stanowi uboczny skutek, ponadto pośrednio
tylko zamierzony przez broniącego się człowieka, a przez to nie podpada
pod zakaz przykazania piątego. Zasadę tę wprowadził św. Tomasz z Akwinu,
po dziś dzień ma ona licznych zwolenników wśród katolickich moralistów.
Podobnie ma się sprawa z karą śmierci. Tradycyjna teologia przypisywała
państwu atrybut stosowania kary śmierci jako środka niezbędnego dla
zabezpieczenia podstaw prawno-moralnego ładu życia społeczeństwa oraz
bezpieczeństwa publicznego, wobec czego kara śmierci pozostaje poza
zasięgiem obowiązywalności przykazania "Nie zabijaj".
Innymi słowy, obydwa przytoczone przypadki nie popadają w konflikt
z przykazaniem piątym za względu na wskazane odrębności ich moralnej
struktury. Obok naszkicowanej i powszechnie przyjmowanej tradycyjnej
koncepcji, historia chrześcijańskiej myśli etycznej zna inne rozwiązania
tych dwóch krańcowych sytuacji. W moim ujęciu taką właśnie kategorią
jest "idea ograniczenia moralnego zakresu wartości". Jej
sens istotny wyraża teza, w myśl której obiektywny porządek moralny
jest tak ukonstytuowany, że tworzące go wartości moralne pozostają
w stosunku hierarchicznej między sobą zależności. "Słabsza"
wartość, czyli wartość podporządkowana wyższej wartości, nie obejmuje
swym zasięgiem takiego działania, które by zakładało pogwałcenie wyższej
wartości. Tak ma się sprawa w przypadku agresji. "Słabszą"
wartością jest tu moralna wartość życia agresora, która jest ważna
we wszystkich okolicznościach, z wyłączeniem jednak z jej zakresu
aktu agresji. Dlatego ofiara agresji zabijając we własnej obronie
życia, które jest tu "silniejszą" wartością, nie narusza
w tym akcie moralnej wartości życia agresora, ponieważ agresor atakując
życie innego człowieka, stawia się poza granicami własnego moralnego
prawa do życia. A zatem pozostając nadal człowiekiem, jako byt psychofizyczny
nie jest człowiekiem chronionym przez moralne prawo zabraniające pozbawiać
człowieka życia.
Samym swoim
postępowaniem stawia się w tym momencie poza tym prawem?
- Tak, jego działanie
nie mieści się w porządku prawa do obrony życia ludzkiego. Czyli ten,
kto się broni, nie gwałci wartości moralnej, zabija człowieka, ale
nie narusza prawa moralnego, ponieważ to prawo nie obejmuje agresora.
I na tej podstawie państwo wkracza jako egzekutor prawa ofiary do
obrony i wymierzenia sankcji za pogwałcenie jej życia. Konsekwencją
tego wywodu jest stwierdzenie, że to nie Kościół nauczający przez
2000 lat swojej historii rzekomo "wikłał się w beznadziejnych
próbach usprawiedliwienia przekroczenia normy 'Nie zabijaj'"
w przypadku wykonywania kary śmierci", jak to z bólem serca sugeruje
wspomniany przez Pana publicysta "Tygodnika Powszechnego".
Nauka Kościoła była w tych dwóch sprawach jednoznacznie określona
i jednoznacznie głoszona, tylko na terenie teologii i etyki toczyły
się dyskusje, jak się ma sprawa z przykazaniem "Nie zabijaj"
w kwestii samoobrony czynnej i kary śmierci. Sprowadzając wszystkie
rozwiązania do wspólnego mianownika, można powiedzieć, że przykazanie
piąte jest przykazaniem obowiązującym niezmiennie, ale w ograniczonym
zakresie. Właściwością porządku moralnego jest to, że agresja nie
jest broniona prawem moralnym i dlatego obrona przed nią nie narusza
wartości moralnych.
Przeciwnicy
kary śmierci zarzucają, że jej zwolennicy nie dostrzegają nieodwracalnego
skutku, jaki niesie ze sobą i nie dają tym samym szansy nawrócenia
się skazanego mordercy. Czy może Ksiądz Profesor odnieść się do takiego
poglądu na temat "miłosierdzia"?
- Odnośnie do
chrześcijańskiego rozumienia miłosierdzia w jego relacji do porządku
sprawiedliwości, a w ramach tego porządku do kary śmierci, istotne
kwestie w tym zakresie poruszyłem już w odpowiedzi na Pańskie wcześniejsze
pytanie. Przeciwnicy kary śmierci jak zwykle posługują się metodą
absolutyzowania wtórnych aspektów zagadnienia, aby rzucić zasłonę
na sprawy istotne. Akt nawrócenia się skazańca jest aktem wolnej woli
i dlatego w tych samych warunkach jeden może się nawrócić, drugi zaś
trwać będzie nadal w swoim zbrodniczym uporze. Klasycznym przykładem
tego są dwaj łotrzy na krzyżu, ukrzyżowani razem z Panem Jezusem.
W tej samej sytuacji, w tym samym momencie mieli te same możliwości
nawrócenia się. Tymczasem jeden skorzystał z tej szansy, a drugi nie.
Istotne jest jednak to, że jeszcze przed wykonaniem wyroku skazaniec
zawsze może się nawrócić. Natomiast nie ma żadnych podstaw do twierdzenia,
że przez zniesienie kary śmierci stwarza się realne szanse nawrócenia
osób winnych wielkich przestępstw. Mając wolną wolę, mogą zawsze się
nawrócić, oczywiście aktem ekspiacji przed Bogiem.
Dlatego moralnym obowiązkiem wykonawcy kary śmierci jest zadbanie
o zapewnienie skazanemu kontaktu z duchownym, który by go dysponował
na śmierć.
Jednym z argumentów
abolicjonistów jest powoływanie się na wypowiedzi Ojca Świętego Jana
Pawła II. Czy nie powinny one powstrzymywać od stosowania kary śmierci
w katolickich społeczeństwach? Jakie winno być w takim razie stanowisko
katolika w tej kwestii? Czy politycy odwołujący się do odwiecznego
nauczania Kościoła mają moralne prawo do stawiania postulatu przywrócenia
kary śmierci?
- Pytaniem tym
dotyka Pan ważnego aspektu kary śmierci, który dotychczas pozostawał
w cieniu komentarzy do moich wypowiedzi, a dotyczy moralnej dopuszczalności.
Idzie o to, że nawet w założeniu dopuszczalności kary śmierci pozostaje
kwestią otwartą jej stosowanie. W rozważaniach teoretycznych problematyka
ta najczęściej występuje pod nazwą celowości kary śmierci albo też
jej użyteczności. Otóż, celowość kary śmierci charakteryzuje się przede
wszystkim tym, że zakłada odpowiednią ocenę ogólnej sytuacji społeczeństwa.
Jest przeto rzeczą możliwą, że w życiu określonego społeczeństwa mogą
zaistnieć warunki spokoju i stabilizacji, że doszło do znacznej redukcji
przypadków zbrodni kapitalnych przy równoczesnym wydoskonaleniu się
funkcjonowania instytucji penitencjarnych, a więc są realne przesłanki
dla ograniczenia stosowania wyroków kary śmierci bądź nawet jej zawieszenia
lub też całkowitego jej zniesienia. Takiej możliwości nie możemy wykluczyć.
Do tego właśnie zmierzają apele Ojca Świętego Jana Pawła II, które
są wyrazem tendencji do maksymalnego eliminowania w życiu społecznym
stosowania siły, stworzenia zaś w to miejsce atmosfery tolerancji
i szacunku dla moralnych wartości, w tym także ludzkiego życia. Dlatego
apele te zasługują na uznanie i poparcie.
Z tego jednak co powiedziałem widać, że zarówno realne możliwości
praktycznej realizacji tych wezwań i zachęt Papieża, jak i ogólnie
rozumiana celowość redukowania bądź znoszenia kary śmierci zakładają
przesłanki na wskroś historycznej i sytuacyjnej natury. Musi je poprzedzić
rzetelna ocena całokształtu aktualnych warunków życia społecznego
i dlatego ostateczny wynik tego oszacowania może w jednej sytuacji
społeczeństwa wypaść na korzyść łagodzenia stosowania kary śmierci
czy wręcz rezygnacji z niej. Natomiast w innych uzasadniać może decyzje
zachowania jej, zarówno w zapisie prawa karnego, jak i praktycznego
w granicach konieczności jej egzekwowania. To zadanie wszakże leży
w kompetencjach władzy państwowej i jej działań w obronie interesów
ogółu społeczeństwa. Dlatego politycy katoliccy mogą optować na rzecz
przywrócenia kary śmierci, jeśli mają ku temu wystarczające powody.
W odniesieniu do celowości kary śmierci nie ma rozstrzygnięć stałych
i niezmiennych, jak to ma miejsce w sprawie dopuszczalności kary śmierci.
Punkt ciężkości problemu przesuwa się w stronę edukacji społeczeństwa,
zmierzającej do podniesienia moralno-prawnej kultury społeczeństwa,
u piastujących zaś władzę państwową i w elitach do wyrabiania poczucia
odpowiedzialności i troski o dobro wspólne ogółu. Nauczanie Jana Pawła
II w odniesieniu do moralności kary śmierci nabiera pełnego, usankcjonowanego
posłannictwem sprawowanego przezeń urzędu, znaczenia. Chodzi o to,
aby całe społeczeństwo pracowało nad rozwojem kultury.
Jednym z "estetycznych"
argumentów przeciwko karze śmierci jest problem pod hasłem: "ktoś
musi być katem...". Według tego typu sądów, większość społeczeństwa
domaga się stosowania kary śmierci, ponieważ nie bierze pod uwagę
roli kata. Ich ocena, zdaniem owego poglądu, mogłaby ulec zmianie,
gdyby uświadomili sobie "straszne zadanie masowego zabójcy".
Jak Ksiądz Profesor mógłby skomentować ten problem?
- Oczywiście,
jeśli kara śmierci ma być wykonywana, to ktoś musi być katem. Wiązanie
zaś tej funkcji "ze strasznym zadaniem masowego zabójcy"
jest znowu zwykłym chwytem abolicjonistycznym. "Straszne zadanie
masowego zabójcy" przybiera rzeczywiście tragiczne oblicze nie
przy wykonywaniu kary śmierci, która ma z reguły czysto indywidualny
charakter, ale tam, gdzie mają miejsce zbrodnie sądowe, kiedy nadużywa
się kary śmierci do celów, np. politycznych. Z historii wiadomo, że
do tych masowych nadużyć dochodziło zazwyczaj w toku krwawych rewolucji,
jaką była, np. Wielka Rewolucja Francuska, gdzie ścinano głowy tak
często, iż gilotyna stępiała i trzeba było wymieniać ostrza. Ale to
nie było żadne wykonywanie kary śmierci - było to po prostu niszczenie,
tak jak w Rosji w czasie rewolucji komunistycznej. To są zbrodnie,
które nie były żadnym wykonywaniem kary śmierci według norm moralnych,
obowiązujących w przypadku tego wymiaru kary. Problem kata polega
na czymś innym. Sprowadza się on do pytania, które musi sobie zadać
sam kat, czy ma wykonać wyrok sprawiedliwie wydany, czy też moralnie
naganny (jak w przypadku powyżej wymienionych zbrodni) albo przynajmniej
ma obawy, czy jest to wyrok sprawiedliwy. Rozwiązanie tych realnych
kazusów nie ma nic wspólnego z dopuszczalnością kary śmierci.
Oponenci wskazują
jednak na jakiś problem sytuacji stresowej dla kata, który musi wykonywać
wyrok.
- To jest problem
wchodzący w zakres zainteresowań i kompetencji psychologa, nie zaś
etyka. Jeśli zaś nikt z uczonych uprawiających profesjonalnie badania
psychologiczne nie zajął się zbadaniem stresowych, o ile takie istnieją,
napięć kata, to nie mamy wiarygodnych w tym względzie ustaleń. A obawy
abolicjonistów można "między bajki włożyć".
Serdecznie
dziękuję Księdzu Profesorowi za rozmowę.
Za dziennikiem
"Nasz
Dziennik" z
dn. 19-20.08.2001 r.
24.07.2001
r.
Zwolennicy kary śmierci i jej przeciwnicy odmiennie pojmują nauczanie
Kościoła
Prawa różnych
mieczy
BEATA ZUBOWICZ
Czy chrześcijanin
może być zwolennikiem kary śmierci? Czy kara ta jest zgodna z nauczaniem
Chrystusa? A może Kościół katolicki, który od blisko dwu tysięcy lat
dopuszcza najwyższy wymiar kary, jest w błędzie? Na te pytania coraz
rzadziej udaje się uzyskać jednoznaczną odpowiedź. Zwolennicy kary
śmierci i jej przeciwnicy różnie bowiem pojmują nie tylko filozoficzny
i prawny wymiar kary głównej, ale inaczej też podchodzą do nauczania
Kościoła w tym zakresie. Poczucie niepewności wzmagają również wypowiedzi
Jana Pawła II, który coraz dobitniej sprzeciwia się najwyższemu wymiarowi
kary.
Do takich wniosków skłania lektura dwóch (24. i 26.) numerów "Tygodnika
Powszechnego". W pierwszym publicysta Artur Sporniak dokonał krytycznej
analizy książki emerytowanego profesora etyki, księdza Tadeusza Ślipki,
zatytułowanej "Kara śmierci z teologicznego i filozoficznego punktu
widzenia" . W drugim ksiądz Ślipko, który chyba jako pierwszy katolicki
teolog publicznie ogłosił opinie odmienne od wypowiedzi papieża, odpierał
zarzuty.
Choć temat był wyraźnie określony - kara śmierci a nauka Kościoła
katolickiego - nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że polemiści poruszają
się w dwu różnych, odległych od siebie sferach.
Że nie zgadzają się co do filozoficznego wymiaru kary śmierci, nie
dziwi. Publicysta "TP" doszukuje się sprzeczności w koncepcji nazwanej
przez księdza Ślipkę ograniczonym zakresem moralnej wartości ludzkiego
życia. Wynika z niej, że - w uproszczeniu - agresor, zadając ofierze
śmierć, ogranicza moralną wartość swego życia. Nie zgadzając się z
tym twierdzeniem, recenzent popada jednak w demagogię, sprowadzając
wywód etyka do zasady "oko za oko". Za pomocą tego dyżurnego argumentu
abolicjoniści starają się wykazać, że zwolennicy kary śmierci, aby
być konsekwentni, powinni stosować prawo Hammurabiego.
Spór o ewangeliczne
przesłanie
Źródłem sporu
stała się jednak przede wszystkim Biblia, z której ksiądz profesor
czerpie dowody na dopuszczalność kary śmierci, a jego adwersarz -
na jej niesłuszność.
Najwięcej chyba polemicznych argumentów dostarczył święty Paweł swym
"prawem miecza" z "Listu do Rzymian". "Rządzący nie są postrachem
dla uczynku dobrego, ale dla złego. A chcesz nie bać się władzy? Czyń
dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę. Jest ona bowiem dla ciebie narzędziem
Boga (prowadzącym) ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj się,
bo nie na próżno nosi miecz" - przestrzega. Przez blisko dwa tysiące
lat nikt nie miał wątpliwości, że święty Paweł dał tym samym władzy
prawo do orzekania kary, w tym kary śmierci. Takie też wnioski wysnuwa
ksiądz Ślipko: "Chodzi o doktrynę - pisze - poświadczoną przez długą
tradycję teologiczną, która stwierdza, że Kościół, opierając się na
orzeczeniu św. Pawła jako jednym ze źródeł Objawienia, przyjął dopuszczalność
kary śmierci w głoszonej przez siebie doktrynie moralnej".
Przeciwnego zdania jest Artur Sporniak: "Żadna, nawet najsubtelniejsza
gramatyczna analiza nie zmieni faktu, że św. Paweł nie mówi wprost
o karze śmierci, tylko o Çprawie mieczaČ, czyli po prostu o ówczesnym
porządku prawnym. A przecież rozumienie porządku prawnego z czasem
się rozwija" - dowodzi. Recenzent zarzuca też księdzu Ślipce, że,
czerpiąc z Biblii, nie wspomina o dwóch - fundamentalnych dla abolicjonistów
- tekstach: z Księgi Rodzaju o Kainie i Ablu ("Ktokolwiek by zabił
Kaina siedmiokrotną pomstę poniesie") i z Ewangelii św. Jana o jawnogrzesznicy
("Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem").
Gdy dla księdza Ślipki dowodem na dopuszczalność kary głównej jest
i to, że uznawali ją Ojcowie Kościoła, m.in. święty Augustyn (nauczał,
iż Bóg w określonych przypadkach ogranicza przykazanie "nie zabijaj")
oraz święty Tomasz (za godnych śmierci uznawał na przykład zatwardziałych
grzeszników, jeśli "okazują się szkodliwi lub niebezpieczni dla społeczeństwa"),
to publicysta "TP" ich argumentację kwituje krótko: "Czyż można takie
poglądy pogodzić z Ewangelią?".
Jego uznania nie zdobyli też kolejni papieże (m.in. Innocenty III,
Pius XI, Pius XII), którzy niezmiennie potwierdzali prawo władzy do
orzekania kary śmierci dla złoczyńców. Nauka ta przetrwała do naszych
czasów, a Urząd Nauczycielski Kościoła oparł się tendencjom abolicjonistycznym.
Jeszcze pięćdziesiąt lat temu Pius XII tłumaczył, że przestępcy sami
pozbawiają się "prawa do życia", a państwo pozbawia ich tylko "dobra
życia". "Jest jakimś gorzkim paradoksem - utyskuje Sporniak - że to
nie Kościół, tylko oświeceniowi humaniści upomnieli się o zasady tak
mocno zakorzenione w ewangelicznym przesłaniu".
Ksiądz Ślipko przekonuje, że z uwagi na nieprzerwaną ciągłość nauczania
oraz aprobatę Stolicy Apostolskiej problem dopuszczalności kary śmierci
wchodzi w zakres nieodwołalnie pewnego nauczania Kościoła. I w tym
przypadku publicysta "TP" się z nim nie zgadza, twierdząc, że problematyka
ta nigdy nie została jednoznacznie orzeczona przez Magisterium.
Nowe spojrzenie
Polemiści zgadzają
się tylko co do tego, że nowe spojrzenie na karę śmierci wniósł papież
Jan Paweł II. To jedno stwierdzenie wyczerpuje jednak możliwości porozumienia.
Dla publicysty "TP" wielokrotne apele Ojca Świętego o darowanie życia
skazanym na śmierć mordercom wyznaczają drogę do całkowitego zniesienia
kary śmierci. Papież - utrzymuje recenzent - daje do zrozumienia,
że najwyższy wymiar kary jest sprzeczny z godnością człowieka. "Zwyczajnego
nauczania Kościoła nie można utożsamiać z indywidualną wypowiedzią
jednego papieża" - odpowiada na to ksiądz Ślipko, zwracając uwagę,
że wypowiedzi Jana Pawła II na temat celowości kary śmierci zostały
zakwalifikowane do kategorii nauk zmiennych. Podkreśla jeszcze jeden
aspekt, który umyka zazwyczaj w polemicznym ferworze. W encyklice
"Evangelium vitae" Jan Paweł II napisał, że władza nie powinna sięgać
po najwyższy wymiar kary "poza przypadkami absolutnej konieczności,
to znaczy, gdy nie ma innych sposobów obrony społeczeństwa". "Dzisiaj
jednak (...) przypadki ostatecznej konieczności usunięcia winowajcy
są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale".
Zdaniem księdza Ślipki tak jednoznaczne określenie ram czasu i miejsca
narzuca ocenę społecznych warunków życia oraz skuteczności działania
instytucji penitencjarnych. Nie narusza przy tym kościelnej nauki
o dopuszczalności kary głównej.
Inne treści odnajduje w słowach papieża publicysta "TP". Jan Paweł
II - dowodzi - naucza, że przestępcę można pozbawić życia tylko wtedy,
gdy inaczej nie da się przed nim obronić społeczeństwa. Dziś jednak
społeczeństwo dysponuje środkami, by skutecznie izolować zbrodniarzy.
Nie ma więc potrzeby, by ich zabijać w majestacie prawa. "Jest całkiem
prawdopodobne - przypuszcza - że przyszłe pokolenia doczekają się
rachunku sumienia Kościoła także z aprobowania przez tak długi czas
kary śmierci".
Wykluczyć tego oczywiście nie sposób, choć zdumiewa łatwość, z jaką
publicysta "TP" rozprawia się z wielowiekowym nauczaniem i tradycją
Kościoła. Zdumiewa też beztroska, z jaką traktuje nauki Ojców Kościoła
i poprzednich papieży. Zdumiewa wreszcie kategoryczne stwierdzenie,
że poprzednie nauczanie Kościoła było błędne, a to prawdziwe zaczęło
się dopiero przed kilkunastoma laty. -
Za dziennikiem
Rzeczpospolita
z dn. 24.07.2001 r.
07.02.2001 r.
Dyskusja z dziennika Dziennik Bałtycki
Najwyższy
wymiar sprawiedliwości
Kara śmierci
wzbudza wiele emocji oraz kontrowersji. Dyskusja w tej sprawie toczy
się już od wielu lat. Przeciwnicy kary pytani o potencjalną możliwość
jej wprowadzenia odpowiadają, że jej przywrócenie może przeszkodzić
nam w wejściu do Unii Europejskiej. Zwolennicy podkreślają, że przywraca
ona elementarne poczucie sprawiedliwości.
Przypomnijmy, że w Polsce najwyższy wymiar kary zniósł formalnie kodeks
karny który wszedł w życie z dniem 1 września 1998 r. Karę śmierci
zastąpiło dożywocie. Wyroków nie wykonywano jednak już od polowy 1988
r., kiedy to Sejm przyjął moratorium w tej sprawie.
Najwyższy wymiar kary ma coraz liczniejsze grono zwolenników, którzy
uważają, iż odstrasza ona potencjalnych przestępców Obecne, prawie
80 proc. Polaków opowiada się za przywróceniem kary śmierci. Przypomnijmy
także, iż Lech Kaczyński, minister sprawiedliwości, pub1icznie wielokrotnie
domagał się przywrócenia kary śmierci. Postulat związany jest z postępującą
brutalizacją życia społecznego. Jego oponenci zarzucili mu populizm
oraz grę pod publikę. W Polsce jest mur przeciwko karze śmierci
ripostował minister Kaczyński. Trzeba go jednak zburzyć w imię sprawiedliwości.
W sprawach bestialskich morderstw taka kara to jedyny wyrok, który
będzie dostatecznym zadośćuczynieniem dla ofiar.
Jednak polski parlament ma być gwarancją, że kara śmierci nie będzie
już wykonywana. Tylko kilka krajów należących do Rady Europy nie ratyfikowało
tego dokumentu: Rosja, Gruzja i Albania.
Na Ukrainie, zanim ratyfikowano protokół, karę śmierci wykonywano
bardzo często w latach 1991-97 stracono przez rozstrzelanie około
800 osób. Kara śmierci obowiązuje m.in. w 38 stanach USA. Od 1976
r. wykonano prawie 500 wyroków, a ponad 3 tys. więźniów oczekuje na
egzekucję w tzw. celach śmierci. W samym tylko roku 1998 na całym
świecie wykonano 1625 egzekucji najwięcej, bo ponad 1 tys. w Chinach.
W Polsce przywrócenia kary śmierci oprócz ministra Kaczyńskiego konsekwentnie
domagają się politycy UPR. Janusz Korwin-Mikke, lider UPR, porównał
przeciwników kary śmierci do "stada łagodnych owiec, które oszalały
do takiego stopnia, iż chcą dyktować warunki pasterskim psom, a nie
zdają sobie sprawy że wówczas zjedzą je wilki".
Przeciwnikiem kary śmierci jest Papież Jan Pawel
Zdecydowana większość polskiego społeczeństwa opowiada się za przywróceniem
kary śmierci.
Z Tadeuszem Kilianem,
posłem AWS oraz Zbigniewem Kozakiem, politykiem UPR, rozmawiają
Henryk Piec i Jacek Pauli
- Lech Kaczyński,
minister sprawiedliwości powiedział ostatnio, iż odkąd zaczął myśleć,
jest zwolennikiem kary śmierci. Czy najwyższy wymiar kary jest atrybutem
barbarzyńców, czy też narzędziem ludzi cywilizowanych?
Tadeusz Kilian:
Tak sprawy stawiać nie wolno. Prawda leży gdzieś pośrodku, a my przecież
nie chcemy poruszać się po skrajnościach.
Zbigniew Kozak:
Trudno nazwać Stany Zjednoczone państwem barbarzyńców. Chcę przypomnieć,
że w USA zniesiono jakiś czas temu najwyższy wymiar kary, ale gdy
tylko zauważono, że jest to ślepa uliczka, droga donikąd, natychmiast
przywrócono orzekanie i wykonywanie najwyższego wymiaru kary. Jestem
bardzo zadowolony że minister sprawiedliwości podziela poglądy UPR
oraz znakomitej większości społeczeństwa.
T.K.: Wśród prawników
toczy się wielowiekowy spór o sens kary śmierci...
Z.K.: Nie zauważyłem,
by ów dyskurs miał wielowiekową tradycję. Problem ten podnoszony jest
od kilkudziesięciu lat. Moderatorem owej debaty są kręgi, które ja
nazwałbym środowiskiem politycznie poprawnym.
T.K.: Rozumiem,
że uważa pan, iż wcześniej po świecie chodzili jedynie ludzie akceptujący
karę śmierci?
Z.K: Tak.
T.K.: Na takie
spojrzenie nie ma mojej zgody. Chcę podkreślić, że nie należę do zaciętych
abolicjonistów. Będąc przeciwnikiem kary śmierci, jestem jednocześnie
zwolennikiem orzekania wysokich wyroków. Mój pogląd w tej materii
można scharakteryzować powiedzeniem: "Popełniłeś zbrodnię zgnijesz
w więzieniu". A więc opowiadam się za dożywociem, bez możliwości wcześniejszego
zwolnienia.
- Zdecydowana
większość społeczeństwa opowiada się za przywróceniem kary śmierci.
Czy politycy nie słyszą tego głosu, czy też go bagatelizują?
T.K.: Pewnych
kwestii, w tym przypadku ludzkiego życia nie wolno poddawać pod głosowanie.
Przesłanie Jana Pawła II jest w tej materii jasne - człowiek nie ma
prawa innemu człowiekowi odebrać życia.
Z.K.: Zgoda w
sprawie głosowania. Natomiast Kościół katolicki dotychczas nie wydal
żadnego oficjalnego dokumentu, w którym by zabraniał wykonywania kary
śmierci...
- Jan Paweł
II opowiedział się jasno i wyraźnie przeciwko najwyższemu wymiarowi
kary.
Z.K.: Minister
Kaczyński jest zwolennikiem kary śmierci, ale przecież z tego powodu
jego podwładni sędziowie nie ferują wyroków śmierci. Dla sędziów ważny
jest kodeks karny, a nie opinia ministra sprawiedliwości, choćby nie
wiem jak bardzo się z nią solidaryzowali. Natomiast w Katechizmie
Kościoła Katolickiego możemy przeczytać: "Kiedy tożsamość i odpowiedzialność
winowajcy są w pełni uzasadnione, tradycyjne nauczanie Kościoła nie
wyklucza stosowania kary śmierci, jeżeli jest ona jedynym dostępnym
sposobem skutecznej ochrony ludzkiego życia przed niesprawiedliwym
napastnikiem".
T.K.: Chyba nie
jest naturalne, że w Stanach Zjednoczonych niektórzy skazani oczekują
na egzekucję 20 lat w celach śmierci.
Z.K.: Zgadzam
się.
T.K.: Ostatnio,
stosując nowe metody naukowe, udowodniono że ponad 15 skazanych zostało
straconych niewinnie.
Z.K.: No dobrze,
ale ten argument przemawia raczej na korzyść zwolenników kary śmierci.
Nauka uczyniła tak ogromne postępy, że w praktyce możliwość wydania
przypadkowego wyroku bliska jest zeru.
- Czy jest
możliwe przywrócenie wykonywania kary śmierci w Polsce?
T:K.: Wątpię.
Polska musiałaby wypowiedzieć art. 6 Konwencji Ochrony Praw Człowieka.
Taki krok poważnie osłabiłby pozycję naszego kraju w negocjacjach
o przyjęcie Polski do Unii Europejskiej.
Z.K.: Zupełnie
nie rozumiem, dlaczego Polska musi spełniać wszystkie, nawet najbardziej
absurdalne, postulaty UE. Zresztą w tej materii trudno uchwycić logikę
wielu innych zdarzeń. Warto przypomnieć, że kara śmierci obowiązywała
w polskim prawie do 1998 r., ale przez 10 lat nie była wykonywana,
gdyż obowiązywało jakieś moratorium...
- Moratorium
na wykonywanie kary śmierci ogłoszono w 1988 r.
Z.K.: No dobrze,
ale co to za zwierzę, owe moratorium? Chciałbym wiedzieć, gdzie ma
ono swoje umocowanie prawne? Powtarzam i będę bez końca powtarzał,
że kara śmierci jest konieczna. Nie wolno zapominać o ofiarach i ich
rodzinach, o ich godności. W USA z morderców czyni się gwiazdy medialne,
przeprowadza z nimi wywiady, zabójcy mają swoje strony internetowe!
Jakie to musi być poniżające dla ofiar...
T.K.: Między
nami nie sporu co do tego, że ofiara nie może być na dalszym planie.
Powtarzam jednak, że opowiadam się za dożywotnim więzieniem, bez możliwości
przedterminowego zwolnienia. Kiedy zamknie się za nim więzienna krata,
to jest to już żywy trup. Chcę powiedzieć, że nawet nie musimy zmieniać
istniejącego prawa, bo już dzisiaj sędziowie mogą orzekać okres, po
którym skazany może opuścić więzienie. Jeżeli sędzia zadecyduje, że
jest to np. 50 lat, to tak będzie.
- Jeszcze
nie słyszeliśmy o takim wyroku. Dlaczego sędziowie nie strzelają z
takich armat?
T.K.: Nie wiem.
- Panie prezesie,
również Leszek Miller, przewodniczący SLD, opowiada się za przywróceniem
kary śmierci. Czy to nie jest zaskakujące zestawienie, gdy w tak delikatnej
materii, to samo mówią politycy prawicy jak i lewicy?
Z.K. : Sądzę,
że pan Miller, sprawny polityk, uważnie wsłuchuje się w glos opinii
publicznej. Ale być może lider SLD faktycznie jest za przywróceniem
najwyższego wymiaru kary? Nie wiem. Nie siedzę w głowie pana Millera.
T.K.: Politycy
prawicy często płyną pod prąd opinii publicznej, potrafią bronić słusznej
sprawy wbrew opinii znacznej części społeczeństwa. Obawiam się, że
kwestia kary śmierci będzie wykorzystywana podczas referendum o przystąpieniu
do UE.
Z.K.: Faktycznie
istnieje możliwość, że pod wpływem emocji społeczeństwo odrzuci integrację
ze strukturami UE. UPR chodzi o merytoryczną debatę o integracji,
a nie opartą na emocjach. Nie ma sensu drażnić społeczeństwa - przywróćmy
karę śmierci!
T.K.: Stara Europa
odchodzi od kary śmierci. Nie ma sensu płynąć samotnie, gdyż wszyscy
nasi sąsiedzi, bliżsi i dalsi, podążają w przeciwnym kierunku.
- Dziękujemy
za rozmowę.
Uczestnicy naszej dyskusji Tadeusz Kilian, poseł AW"S" (z
lewej) oraz Zbigniew Kozak, polityk UPR nie doszli do porozumienia.
Fot. Robert Kwiatek
Za wydaniem papierowym dziennika "Dziennik
Bałtycki"
Po ogłoszeniu
ponownej inicjatywy UPR w sprawie przywrócenia KS do polskiego prawodawstwa:
Nowela o zabijaniu
Przywrócenie kary śmierci mogłoby wywołać poważne konsekwencje
polityczne dla Polski
Nawet zwolennicy
kary śmierci przyznają, że jej przywrócenie w Polsce jest niemożliwe.
Minister sprawiedliwości chce jednak namówić komisję kodyfikacyjną,
by egzekucje pojawiły się w przygotowywanej nowelizacji prawa karnego.
Temat przywrócenia
egzekucji powraca przy każdym głośnym zabójstwie. Po raz pierwszy
jednak walkę o zapisanie kary śmierci w kodeksie karnym zapowiedział
przedstawiciel rządu. W Polsce po raz ostatni powieszono skazańca
w 1988 r. Uznano go winnym zabójstwa, usiłowania zabójstwa, gwałtu
i kradzieży. Od tamtego czasu obowiązywało moratorium na karę śmierci.
Nawet jeżeli ją orzekano, to nie była wykonywana. Kodeks karny z 1997
r. ostatecznie zniósł egzekucję. Skazanym na karę śmierci zmieniono
wyroki na dożywotnie więzienia.
Minister przyznaje, że morderstwo 4-letniego Michała w Warszawie było
dla niego "przesłanką", że wprowadzenie egzekucji jest jednak konieczne.
- To kara "inna jakościowo" od pozostałych, ale i zabójstwo różni
się od pozostałych przestępstw - tłumaczy minister sprawiedliwości.
Podobnie uważa Unia Polityki Realnej, która po śmierci chłopca zaczęła
zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem nowelizacji kodeksu
karnego. Zakłada on wykonanie egzekucji w przypadku zabójstwa z premedytacją.
Minister przekonuje, że kara śmierci ma wymiar prewencyjny. - To złudzenie,
że zabójcy pochowają się, słysząc o karze śmierci. Nie będzie ona
miała żadnych walorów odstraszających - ripostuje Stanisław Waltoś,
profesor prawa karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prof. Waltoś
jest przekonany, że wprowadzenie propozycji ministra Kaczyńskiego
w Polsce jest niemożliwe. - Nasz kraj ratyfikował 6. protokół do Europejskiej
Konwencji Praw Człowieka, która zakazuje kary śmierci - tłumaczy.
Dokument jest więc częścią obowiązujących w Polsce przepisów. Prawnicy
wskazują, że minister musiałby też walczyć o zmianę Konstytucji RP,
która nie zezwala na egzekucje.
Według Kaczyńskiego suwerenne państwo może zawsze wypowiedzieć umowę
międzynarodową. - Zniesienie kary śmierci nie jest warunkiem wejścia
do Unii Europejskiej - argumentuje.
- Odstąpienie od systemu prawnego Rady Europy wywołałoby poważne następstwa
polityczne dla Polski, która jest jej członkiem - odpowiada prof.
Waltoś.
Kaczyński chce przedstawić swoje argumenty za wprowadzeniem kary śmierci
na najbliższym posiedzeniu komisji kodyfikacyjnej, która debatuje
nad szeroką nowelizacją prawa karnego. Komisja powinna zakończyć pracę
za miesiąc. Wtedy ostatecznie dowiemy się, czy propozycja ministra
znajdzie się w projekcie kodeksu karnego.
Czy będzie miała szanse na poparcie w Sejmie? Raczej niewielkie. Przeciwnicy
kary śmierci jednym tchem wyliczają argumenty przeciwko egzekucjom.
Najważniejszy: nikt nie ma prawa zabierać życia drugiemu człowiekowi.
Tuż za nim pojawia się argument o ostateczności kary śmierci.
- Jest ona nienaprawialna. Minister Kaczyński wskazuje na USA jako
kraj, gdzie ta kara jest wykonywana. Trzeba jednak pamiętać, ile przeprowadzono
tam rehabilitacji osób skazanych na karę śmierci - tłumaczy prof.
Waltoś. W ubiegłym roku gubernator Illinois ogłosił moratorium na
wykonywanie kary śmierci. Okazało się, że w ciągu 12 lat z cel śmierci
zwolniono w tym stanie 13 osób. Ich niewinność potwierdziły przede
wszystkim testy DNA. W jednym przypadku skazanego na śmierć uratowały
wyjaśnienia prawdziwego zabójcy. Morderca przyznał się do winy dwa
dni przed wykonaniem wyroku na niewinnym człowieku.
Zwolennicy kary śmierci ripostują, że każdy poważny zabieg chirurgiczny
niesie za sobą ryzyko błędu i śmierci operowanego. Przekonują, że
pomyłki sądowe są niezwykle rzadkie (z wyjątkiem spraw politycznych
w Polsce nie było przypadku rehabilitacji skazanych na karę śmierci).
Jednak nawet entuzjaści kary śmierci przyznają, że jej przywrócenie
jest raczej niemożliwe. Ewentualne konsekwencje polityczne zrażą Sejm
do poparcia egzekucji. Takiej nowelizacji kodeksu karnego nie podpisze
też prezydent Aleksander Kwaśniewski, który zawsze deklarował się
jako przeciwnik kary śmierci.
Za dziennikiem "Życie"
z dn. 27-28.01.2001 r.
Garść artykułów z tygodnika "Najwyższy
CZAS!":
Artykuł z "NCz!"
nr 4 (453) 23 stycznia 1999 r.
"PAPIEŻ
TEŻ CZŁOWIEK"
DARIUSZ HYBEL
Jan Paweł II
podczas bożonarodzeniowego błogosławieństwa Urbi et Orbi wyraził życzenie
zniesienia kary śmierci. Choć słowa Papieża mieszczą się w nurcie
Jego zwykłego nauczania jako teologa i moralisty, przeciwnicy kary
śmierci prezentują je niczym ostateczny głos Rzymu w tej sprawie i
wykorzystują do potwierdzenia swego stanowiska. Niektórzy zwolennicy
kary śmierci zachwiali się natomiast w swych poglądach - zupełnie
niesłusznie.
Mam tu na myśli np. Jarosława Kaczyńskiego (złożył w Sejmie projekt
nowelizacji kodeksu karnego przywracający najwyższy wymiar kary),
który publicznie wyraził zwątpienie w sensowność własnych działań
czy Stefana Niesiołowskiego, który z kolei zmienił poglądy - ze zwolennika
kary śmierci stał się jej przeciwnikiem. Z pewnością wahania sumienia
przeżyło wielu polskich wiernych Kościoła katolickiego - a dzięki
nim demokratyczny werdykt w sprawie kary głównej jest bardzo jasny
(może raczej nie demokratyczny werdykt, lecz zmysł moralny): w 1998
roku ponad 75 procent obywateli Rzeczypospolitej opowiadało się konsekwentnie
za wprowadzeniem kary śmierci. Co prawda nasi rodzimi demokraci będący
u władzy akurat ten sondaż równie konsekwentnie lekceważyli i wyciszali,
hołdując chyba zasadzie, że - owszem - demokracja demokracją, ale
najlepiej gdy jest ona... sterowana.
NIEZMIENNA
TRADYCJA
Niedawna wypowiedź
papieża to nie pierwszy przypadek, gdy w ostatnim czasie z Rzymu dochodzą
głosy będące wyrazem negowania zasady sprawiedliwości, jaką jest niewątpliwie
kara śmierci. Wystarczy choćby przypomnieć wstawiennictwo Jana Pawła
za znaną morderczynią Carlą F. Tucker straconą mimo tego w lutym ubiegłego
roku w Stanach Zjednoczonych. Głosy te występują wbrew potężnej, liczącej
dwa tysiące lat, tradycji Kościoła, która od początku chrześcijaństwa
uzasadniała - religijnie i racjonalnie - oraz dopuszczała stosowanie
najwyższego wymiaru kary.
Wypada tu np. wspomnieć św. Tomasza z Akwinu - ów znany powszechnie
teolog i filozof w pozbawieniu życia mordercy odnajdywał właściwy
sposób wymierzania sprawiedliwości wobec jednostek szkodliwych dla
dobra ogółu. Jednostki takie przez swój czyn pozbawiają się ludzkiej
godności i stają się gorsze od bestii - można więc je stracić (Summa
Theologica 2,2, q 64, a 2).
Wyrazem wielowiekowego nauczania Kościoła jest ostatni Katechizm Kościoła
katolickiego (podpisany przez Jana Pawła II w 1992 roku!!!) zawierający
przyzwolenie na wykonywanie kary śmierci. Stosowny akapit (nr 2267)
brzmi: "Kiedy tożsamość i odpowiedzialność winowajcy są w pełni
udowodnione, tradycyjne nauczanie Kościoła nie wyklucza zastosowania
kary śmierci, jeśli jest ona jedynym dostępnym sposobem skutecznej
ochrony ludzkiego życia przed niesprawiedliwym napastnikiem".
W tym kontekście słowa papieża wypowiedziane podczas ostatnich świąt
Bożego Narodzenia brzmią co najmniej dziwnie...
Jednocześnie domagają się one jasnej kwalifikacji teologicznej. W
świadomości przeciętnego wiernego wciąż funkcjonuje schemat, iż każdą
wypowiedź papieża jest on skłonny bezwiednie uznawać za nieomylną,
np. na skutek samodzielnej decyzji wynikającej z niewiedzy albo na
skutek delikatnej sugestii mediów.
Wypowiedź Jana Pawła II przeciwko karze śmierci znamion nieomylności
w ogóle nie posiada - a zatem nie wiąże ona sumienia katolika. Mieściła
się natomiast w ramach zwyczajnego nauczania papieskiego, które swym
zakresem obejmuje m.in. encykliki, dekrety, przemówienia, etc. W historii
znaleźć zresztą można dużo przykładów, gdy papieże jako zwykli teolodzy
czy moraliści głosili błędy, czy wręcz herezje. Ale trzeba wyraźnie
zaznaczyć, że występowali wtedy nie jako pasterze całego Kościoła,
którzy rozstrzygali ostatecznie dane kwestie (powołując się na nadprzyrodzony
charyzmat nieomylności).
RZADKI PRZYPADEK
Kiedy zatem wypowiedź
Papieża jest nieomylna? (dogmat o nieomylności został ogłoszony na
Soborze Watykańskim I w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Pastor
aeternus). Ano wtedy, gdy Ojciec Św. czyni akt uroczystego nauczania
ex cathedra, który zawiera w sobie jednocześnie cztery istotne warunki.
Po pierwsze Papież występuje jako nauczyciel wszystkich wiernych,
a nie jako np. osoba prywatna czy biskup diecezji rzymskiej bądź Patriarcha
Zachodu. Po drugie głowa Kościoła działa na mocy najwyższej władzy
apostolskiej (jej pełni). Po trzecie Ojciec Św. ogłasza prawdę jako
powszechnie i ostatecznie wiążącą definicję doktrynalną, a nie w formie
zalecenia, wykładu, perswazji czy życzenia (taki właśnie charakter
miała wypowiedź Jana Pawła II: "Niech dzięki Bożemu Narodzeniu
umocni się na świecie poparcie dla stosownych i pilnie potrzebnych
działań, które (...) pozwolą strzec ludzkiego życia, znieść karę śmierci).
Po czwarte wreszcie Papież podaje prawdę wiary i moralności, a nie
np. naukową czy polityczną.
Oprócz tego spełnione musza być warunki elementarne, np. biskup Rzymu
cieszyć się powinien odpowiednią wolnością, dokonuje wcześniej gruntownego
studium problemu, opiera się na świadomości (zmyśle wiary) całego
Kościoła, odwołuje się do dotychczasowych decyzji Urzędu Nauczycielskiego
Kościoła. I rzecz najważniejsza, papieże niezwykle rzadko korzystają
z przywileju nieomylności - ostatni taki przypadek miał miejsce w
1950 roku, kiedy Pius XII ogłosił dogmat Wniebowzięcia Błogosławionej
Dziewicy Maryi.
Wypowiedź Jana Pawła II na temat kary śmierci, która narobiła tyle
szumu - co widać już teraz wyraźnie - nie ma charakteru nieomylnej
i jest prywatnym nauczaniem papieża nie zobowiązującym katolika w
sercu i umyśle. Z drugiej strony jest ona wyrazem lewicowej tendencji
panującej w Rzymie, co rzeczywiście budzi niepokój. Tym większy, że
generalnie do wypowiedzi Ojca Świętego w sprawach wiary i moralności
należy się odnosić co najmniej z szacunkiem.
Nie mniej jednak z perspektywy 2000 lat chrześcijaństwa, słowa Jana
Pawła II o zniesieniu kary śmierci to właściwie epizod. Jarosław Kaczyński
może więc spokojnie prowadzić działania nad wprowadzeniem do kodeksu
karnego kary śmierci, a Stefan Niesiołowski wcale nie musi zmieniać
poglądów. No, chyba że panom z centroprawicy chodzi o coś jeszcze
niż o swoje sumienia, np. mają w perspektywie koniunkturalne zachowanie
społeczno-polityczne. Wiadomo przecież, że z większością polityków
jest jak z chorągiewkami na wietrze. Poczekamy do kolejnej krwawej,
okrutnej zbrodni... i wtedy zobaczymy.
Artykuł z "NCz!" nr 4 (453) 23 stycznia 1999 r.
"KARA ŚMIERCI
W TRADYCJI KATOLICKIEJ"
ROBERT NOGACKI
Kara śmierci
jest najstarszą znaną społecznościom ludzkim sankcją prawną. Od samego
początku miała też swój wymiar religijny, będąc czymś więcej niż zwykłą
dolegliwością - nie tylko usunięciem szkodliwej jednostki ze społeczności,
ale także daniem jej szansy mistycznego odkupienia przewinień poprzez
złożenie ofiary ze swojego życia.
Występowała w wielu odmianach. Najstarszą było po prostu orzeczenie
śmierci przez czarownika. Nasi prymitywni, ale głęboko religijni,
przodkowie do tego stopnia wierzyli swoim kapłanom, że gdy ci stwierdzali,
że bogowie nakazują im umrzeć, po prostu wykonywali ten rozkaz. Do
dziś etnografowie w odległych zakątkach ziemi opisują setki przypadków
takich zgonów, pozbawionych jakiejkolwiek przyczyny, poza klątwą czarownika.
Później pojawiła się kolejna odmiana najwyższego wymiaru kary - wygnanie
ze społeczności. Osobnik, którego to spotkało, umierał z głodu i pragnienia.
Nie dlatego, że nie byłby w stanie samodzielnie zdobyć pokarmu, ale
ponieważ nie umiał żyć samotnie. Posiadał najgłębszą świadomość faktu,
że swoje człowieczeństwo może realizować tylko we wspólnocie z innymi.
Jej utrata, to zarazem zniknięcie sensu życia. ("Widziałem w
mym życiu Francuzów, Niemców, Rosjan, ale oświadczam, że nigdy nie
spotkałem człowieka" - pisał wiele lat później hr. de Maistre).
Potem pojawiły się wykonywane wyroki śmierci. W czasach starożytnych
i średniowiecza, kiedy kary więzienia były dużo okrutniejsze niż natychmiastowa
śmierć, stosowano je wobec szerokiej gamy przestępstw. Paradoksalnie,
za zabójstwo nieczęsto orzekano najwyższy wymiar kary. Wykonywano
ją tylko wtedy, gdy zabójca nie był w stanie uiścić główszczyzny,
czyli odszkodowania za spowodowanie śmierci (dodajmy, że za obcięcie
mężczyźnie jąder trzeba było zapłacić tyle samo, co za poderżnięcie
gardła). Prawo w owych czasach - ujmując sprawę eufemistycznie - było
dużo bardziej klarowne niż współczesne: "a teraz dowiedźcie się
o zbrodniarzach jak bywają sądzone. Złodzieja wieszać trzeba, (...)
Kto człowieka zabija lub uwięzi albo obrabuje, albo spali, zgwałci
kobietę lub dziewczynę, pokój złamie, albo zostanie pojman na cudzołóstwie
- wszystkim należy ścinać głowę" - czytamy w "Zwierciadle
saskim" (1220-35). Ów przepis o cudzołóstwie przypomina nam,
że w dawnych czasach istniał cały szereg przestępstw dziś zapomnianych,
a dotyczących moralności. Tak więc za nieuszanowanie autorytetu ojca
w rozmowie można było stracić język (kodeks Hammurabiego), a za uderzenie
go - rękę (tamże). Do kategorii owych przestępstw przeciw moralności
należało także uwiedzenie osoby stanu duchownego, karane oszpeceniem
przez ucięcie nosa i 15 latami ścisłego postu (Ekloga, Zakon Sudnyj
Liudem). Kolejnym - dosyć osobliwym - przykładem wzajemnego przenikania
się sfery religii i prawa w średniowieczu były ordalia, czyli Sądy
Boże. Wyobraźmy sobie, o ileż prostsza byłaby lustracja, gdyby zamiast
szperać w życiorysie posła Gadzinowskiego, po prostu wrzucić go do
wody i czekać czy wypłynie na powierzchnię! (Gwoli ścisłości dodajmy,
że Kościół zabraniał tego rodzaju praktyk).
Tak ostre kryteria prawne okazywały się niejednokrotnie zbawienne.
Na przykład prawo babilońskie przewidywało ucięcie ręki każdemu chirurgowi,
który źle wykona operację oraz zburzenie domu każdemu murarzowi, jeśli
postawiony przez niego budynek się zawali (gdyby zginęły w nimi jakieś
osoby, to w burzonym domu należy umieścić analogicznych członków rodziny
murarza). Efekt był taki, że Babilonia miała najlepszych murarzy i
chirurgów w tamtych czasach. Selekcja naturalna potrafi działać cuda!
Na szczególną uwagę zasługuje podejście do aborcji, która nie była
uważana za odrębne przestępstwo. Traktowano ją na równi z zabiciem
urodzonego już dziecka, i to dzieciobójstwo było karane kwalifikowaną
postacią kary śmierci. To ironia losu: wtedy sądzono, że dziecko może
pochodzić z wystawiania się na działania wiatru północnego albo kąpieli
w morzu - jak twierdzili współcześni Homerowi (choć zdarzały się efektowne
wyjątki - jak podaje kronika Galla Anonima Bolesław Krzywousty został
poczęty w wyniku modłów do św. Idziego) - a mimo to potrafiono docenić
życie płodu. Dziś wiemy, że zajście w ciążę wymaga szeregu daleko
bardziej wyczerpujących czynności, a ta świadomość rzeczywistego pochodzenia
płodu najwyraźniej zmniejszyła do niego szacunek. Dziś "wyskrobanie"
dziecka jest karane dużo łagodniej niż kopnięcie psa na ulicy.
Warto podkreślić, że okres tak częstego stosowania kary śmierci częściowo
pokrywa się czasowo z istnieniem katolickich państw wyznaniowych,
a co więcej: nie sposób zauważyć, aby ich powstanie i rozwój miały
jakikolwiek wpływ na stosowanie kary śmierci. Bowiem chrześcijaństwo
- od czasów Abrahama, który jak pamiętamy, chciał złożyć w ofierze
swego syna, aż po Jana Pawła I - w pełni uznawało ją za część swojej
moralności, choć surowo tępiło jej nadużywanie czy pochopne orzekanie.
W Starym Testamencie najwyższym wymiarem kary nie jest pozbawienie
życia doczesnego, ale wymazanie z Księgi Żywych - sankcja, którą mógł
wykonywać tylko sam Jahwe. Ale ponieważ i wtedy nie brakowało ludzi,
na których taka groźba nie robiła wrażenia, władza otrzymała odbicie
tej mocy w postaci prawa do odebrania ziemskiego życia. "Jeśli
kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana jego krew, bo
człowiek został stworzony na obraz Boga" - jak mówi Pismo (Rdz
9,6). Tak więc raison dętre kary śmierci nie stanowiła zemsta, jak
to się dziś insynuuje, ale cześć dla Boskiego autorytetu.
Stary Testament podkreśla nie tylko wychowawczy charakter kary śmierci
wobec całego społeczeństwa, ale i jej uzdrawiające działanie wobec
samego skazanego: "gdy ich zabijał, szukali Go, nawracali się
i znów szukali Boga. Przypominali sobie, że Bóg jest dla nich skałą,
że Bóg Najwyższy jest ich Zbawicielem" (Ps 78, 34). Wielu duchownych,
którzy pracowali z więźniami, podkreślało, że kara śmierci czyniła
z dusz skazanych i ich współwięźniów glebę na której Słowo Boże dawało
wspaniałe plony (Widok trupa powoduje, że każdy człowiek staje się
skromniejszy - Emil Cioran), podczas gdy dożywocie doszczętnie ich
demoralizowało (kilka lat temu na łamach "NCz!" wyczerpująco
pisał o tym Dariusz Hybel).
Nowy Testament w żadnym miejscu nie zaprzecza temu dawnemu prawu.
Pełne rozwinięcie stosunku do kary śmierci znajdziemy w patrystyce,
czyli pismach Ojców i Doktorów Kościoła oraz ius decretalium, czyli
prawie wydawanym przez papieży. Jako pierwszy bardzo dobitnie postawił
ten problem św. Augustyn, domagając się, aby państwo było "biczem
Bożym". Kościół - wynika to z jego prac - powinien domagać się
nawet szerszego stosowania najwyższego wymiaru kary niż tylko do spraw
kryminalnych. Otóż "odebrać komuś życie", z punktu widzenia
teologii, to także skazać go na wieczne potępienie, przez przekonanie
do jakiejś herezji. Kacerze "szkodzą bliźnim bardziej niż jakikolwiek
korsarz lub rozbójnik, gdyż zabijają duszę. Dla zatwardziałych heretyków
jest dobrodziejstwem, że usuwani są z tego życia. Albowiem, im dłużej
żyją, tym więcej wymyślają błędów, tym większą deprawują liczbę ludzi
i zyskują sobie tym sroższe potępienie" - jak tłumaczył kard.
Robert Bellarmin, teolog z XVII w.
Na tej samej zasadzie kary śmierci domagał się św. Tomasz z Akwinu:
jest rzeczą o wiele poważniejszą psuć wiarę niż fałszować monetę,
która służy tylko potrzebom ciała. Jeśli fałszerze i inni złoczyńcy
słusznie karani są przez książąt świeckich, z tym większą słusznością
powinni być heretycy oskarżeni o herezję, nie tylko ekskomunikowani,
lecz ukarani śmiercią.
Kościół najpierw okazuje swe miłosierdzie, ażeby zbłąkanych nawrócić;
nie potępia ich, aż dopiero po pierwszym lub drugim napomnieniu. Lecz
gdy winny zacina się w uporze, Kościół, zwątpiwszy o jego nawróceniu
i w trosce o zbawienie innych, wyklucza go z Kościoła wyrokiem ekskomuniki
i oddaje sądowi świeckiemu, ażeby przez śmierć został z tego świata
usunięty. Albowiem, jak mówi św. Hieronim "członki gnijące powinny
być odcięte, a owca parszywa usunięta z trzody, z obawy, by cały dom,
całe ciało, cała trzoda, nie uległy zarazie, zepsuciu, zgniliźnie
i zgubie".
Dodajmy jednak, że Kościół szybko się wycofał z pomysłu karania heretyków
śmiercią (dużo wcześniej niż protestanci!), a wbrew potocznej opinii
trybunały inkwizycyjne nie miały kompetencji do jej orzekania (co
najwyżej stwierdzały zaistnienie herezji, a jeśli w danym państwie
świeckie prawo karało taki stan faktyczny śmiercią, to państwowi kaci
wykonywali wyrok).
Podczas 2000 lat trwania swojej nauczycielskiej misji następcy Apostołów
nigdy nie sprzeniewierzyli się wezwaniu księgi Rodzaju (Rdz 9,6).
Artykuł z "NCz!" nr 4 (453) 23 stycznia 1999 r.
"MESSORI O
KARZE ŚMIERCI"
Autor NN
Wiktor Messori,
włoski dziennikarz, zasłynął jako autor bestsellerowych rozmów z papieżem
Janem Pawłem II wydanych przed dwoma laty pod tytułem "Przekroczyć
próg nadziei". Watykan i sam papież uznają go za człowieka rzetelnego,
godnego zaufania oraz za doskonałego publicystę. Oto co Messori ma
do powiedzenia na temat kary śmierci:
Kościół katolicki
(...) nigdy nie zaprzeczał, że prawa władza ma moc karania śmiercią.
Propozycja papieża Innocentego II, potwierdzona na Soborze Laterańskim
IV w 1215 roku, według której władza świecka może bez grzechu nakładać
karę śmierci zawsze wtedy, kiedy motywem działania jest sprawiedliwość,
a nie gniew czy zemsta, działając roztropnie i bez próby dyskryminacji,
stanowi przedmiot wiary. Ta deklaracja (...) do dziś nie została zmodyfikowana
żadnym innym uroczystym orzeczeniem Magisterium Kościoła.
(...) W Starym Testamencie Bóg nie tylko zezwolił na karę śmierci,
ale nawet ją nakazał. I to do tego stopnia, że ustalona przez nauczycieli
Tory (będącej normatywną wykładnią pisma) przewidywała karę śmierci
za 35 przestępstw od cudzołóstwa po pogwałcenie szabatu, od bluźnierstwa
po odstępstwo czy sprzeniewierzenie się (chociażby tylko słowne) rodzicom.
Spośród wielu możliwych biblijnych cytatów na ten temat wystarczy
przytoczyć słowa przymierza Noachowego. Jahwe mówi do Noego (Księga
Rodzaju 9,6):
Jeśli kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego,
bo człowiek został stworzony na obraz Boga.
(...) Z kolei przykazanie "Nie zabijaj" z Dekalogu oznacza:
"nie zabijaj niesprawiedliwie" i nie odnosi się do oficjalnej
kary śmierci, ponieważ jest skierowane do indywidualnych osób, a nie
do kogoś kto przez prawo został upoważniony do jej wymierzenia.
(...) Oczywiście, można zamknąć problem, mówiąc, że Nowy Testament
przewyższa Stary, ale przecież duch Ewangelii odwołuje się do Prawa
Mojżeszowego. Jak więc nie respektować słów Chrystusa, który powiedział
wyraźnie: Nie przyszedłem znieść Prawa, lecz je wypełnić, dodając,
że ani jedna jota w Prawie nie przeminie.
Sam Chrystus nie sprzeciwia się Piłatowi, przypomina mu jedynie, skąd
pochodzi jego władza (którą uznaje), kiedy namiestnik pyta: Czy nie
wiesz, że mam władzę uwolnić Ciebie i mam władzę Ciebie ukrzyżować?
(J 19,10). Według św. Łukasza Pan Jezus nie sprzeciwia się też słowom
"dobrego łotra", któremu czyni ponadto wielkie przyrzeczenie,
kiedy ten wyznaje, że zarówno on, jak i drugi łotr sprawiedliwie cierpimy,
ponieważ odbieramy słuszną karę za nasze uczynki.
Z kolei w Dziejach Apostolskich (5, 1-11) pierwotna wspólnota chrześcijańska
nie odrzuciła natychmiastowej kary śmierci. Kiedy przed św. Piotrem
stawili się małżonkowie Ananiasz i Safira, oskarżeni o nadużycie i
kłamstwo przeciwko braciom w wierze, zostali ukarani śmiercią.
Głównie jednak św. Paweł przyzwolił na ius gladii czyli prawo używania
miecza przez katów książęcych, których nazwał sługami Boga karzącymi
niegodziwców i skazującymi ich na śmierć, jeśli jest to konieczne.
Nie można też zapominać o trzynastym rozdziale z Listu do Rzymian,
tak dobrze znanym w innych czasach, a ostatnio pomijanym milczeniem,
w którym znajdujemy następujące słowa: A chcesz nie bać się władzy?
Czyń dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę. Jest ona bowiem dla ciebie
narzędziem Boga (prosto) ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj
się, bo nie na próżno nosi miecz". (Rz 13, 3-4).
(...) wykazaliśmy (co zresztą nie wymagało wielkiego wysiłku,
bo jasność tekstów jest oczywista), iż praktykowanie kary śmierci
pochodzi z ustanowienia Bożego, co znajdujemy w Prawie Starego Testamentu,
potwierdzonym przez Jezusa i apostołów w Nowym Testamencie.
(...) Trzeba jednocześnie zauważyć istotną różnicę między Starym
i Nowym Testamentem. Prawo nadane Noemu i Mojżeszowi uważa wykonywanie
wyroku na tym, kto dopuszcza się pewnych przestępstw, za obowiązek
i wyraz posłuszeństwa wobec woli Bożej. Tymczasem w Nowym Testamencie
(tak tą kwestię rozumiała Tradycja już od czasów Ojców Kościoła) kara
śmierci w pewnych wypadkach jest słuszna, choć nie zawsze uważa się
ją za odpowiednią. Zależy ona od sądu, który zmienia się w zależności
od czasów.
(...) Sprzeciwiający się karze śmierci uznają jednak prawo do zamykania
kryminalistów w więzieniach. Rodzi się jednak następne pytanie: skoro
Bóg stworzył człowieka jako istotę wolną, czy ktokolwiek może pozbawić
go tej wolności?
(...) Z perespektywy naszej wiary, jak i według nauki Kościoła,
kara śmierci jest dopuszczalna. Można jednak postawić pytanie, czy
jest stosowna? Najlepiej tłumaczy nam tendencję do odrzucania kary
śmierci w naszych czasach Romano Amerio: "Kara śmierci wydaje
się barbarzyństwem dla środowiska areligijnego, które żyjąc tylko
doczesnością nie uznaje możliwości pozbawienia życia człowieka, gdyż
stanowi ono dla niego główne dobro".
Zatem "nie" wobec kary śmierci nie może być motywowane wiarą,
lecz niewiarą, pokładającą swoje nadzieje tylko w życiu doczesnym.
Tymczasem kara śmierci to koncepcja usprawiedliwionej obrony, której
każda jednostka ma prawo oczekiwać zarówno od jednostek jak i całego
społeczeństwa.
Od red. Cytaty
pochodzą ze zbioru publicystyki Wiktora Messoriego wydanej w 1998
roku przez Księgarnię św. Jacka pod tytułem "Czarne karty Kościoła".
Artykuł z nr. 9 (458) 27 lutego 1999 r.
"JESZCZE O
KARZE ŚMIERCI W PERSPEKTYWIE TEOLOGICZNEJ"
MARIUSZ SPYCHALSKI
Począwszy od
nr. 4 "Najwyższego CZASU!" z 23 stycznia br., mogliśmy czytać
zapowiadane już wcześniej artykuły dotyczące religijnego aspektu kary
śmierci. Dobrze rozumiem niepokój, jaki wśród katolickich konserwatystów
wywołały zarówno wypowiedzi papieża, jak i ich spodziewane konsekwencje
- nietrudno odgadnąć, że w wielu środowiskach katolickich poglądy
abolicjonistyczne będą uznawane za naturalne przedłużenie wiary, co
z góry podważy samą możliwość ich dyskutowania. Tym bardziej należałoby
zachować ostrożność w podejmowaniu tego zagadnienia.
Moje wątpliwości dotyczą dość różnych spraw, skoncentruję się jednak
na artykułach z nr. 4 - autorstwa pp. D. Hybla i R. Nogackiego. Z
grubsza akceptuję obecne tam konkluzje, niemniej w trakcie lektury
zauważyłem opinie, z którymi nie mogę się solidaryzować. Otóż autorzy
głoszą (bądź co najmniej sugerują) następujące tezy:
1) stosunek współczesnego Kościoła (innymi słowy: hierarchii oraz
reprezentatywnych teologów) jest odzwierciedleniem nurtujących dzisiejsze
społeczeństwa - a zwłaszcza intelektualne elity - tendencji lewicowych;
2) Kościół zawsze akceptował karę śmierci, a ostatnio przeszedł na
stanowisko abolicjonistyczne.
Pierwsza teza wydaje się wariantem trącącej skrajnym banałem konstatacji,
że Kościół nie jest niezależny od społeczeństwa, w którym funkcjonuje
i spośród którego rekrutują się jego członkowie. Takiemu stwierdzeniu
nie sposób zaprzeczyć, a dla osób pesymistycznie oceniających aktualnie
zachodzące przemiany społeczne (do których zaliczam się zarówno ja
sam, jak i publicyści "NCz!") może ono - choć nie musi -
być podstawą do czarnowidztwa w sprawach przyszłości chrześcijaństwa.
Tu jednak przydatne byłoby inne spostrzeżenie. Otóż Kościół w zasadzie
nigdy nie powielał mentalności dominującej w danym czasie, ale - przyjmując
ją - zarazem ją modyfikował, przekształcając zgodnie z czymś, co można
by nazwać swoistym algorytmem chrystianizacji. Mówię: w zasadzie,
gdyż uwaga ta nie jest jednakowo oczywista we wszystkich sprawach
(np. wymóg monogamii czy wyrzeczenia się praktyk uznawanych za bałwochwalcze
był znacznie jaśniej sformułowany niż stosunek do niewolnictwa). To,
co określiłem mianem algorytmu chrystianizacji, obejmuje zarówno wymiar
ściśle doktrynalny, jak i najszerzej rozumiane uwarunkowania kulturowe.
Te dwie kwestie można i trzeba rozróżniać, ale ich pełna izolacja
nie jest możliwa. Głównie dlatego, że w przekazie wiary nie można
do końca oddzielić istotnych treści od teoretycznych założeń, umożliwiających
ich akceptację.
Sądzę, że te uwagi są niezbędne przy próbach rozwikłania stosunku
Kościoła do kary śmierci. Tutaj przechodzimy do drugiego punktu streszczenia
poglądów, z którymi muszę polemizować. Proste przeciwstawienie krzepiącej,
2000-letniej tradycji obecnym kontrowersjom uważam za symplifikację.
Powoływanie się dodatkowo na prawo Mojżeszowe o tyle komplikuje sprawę,
że chrześcijaństwo, zrodzone wewnątrz judaizmu, wykrystalizowało się
w opozycji do obowiązującej postaci tegoż judaizmu.
Niemniej warto zacząć od judaizmu. Stanowisko Tory jest jednoznaczne:
kara śmierci ma być szeroko stosowana. Zbrodnia była przede wszystkim
zniewagą wyrządzoną Bogu, dlatego jej sprawca nie mógł liczyć na ułaskawienie
bądź złagodzenie kary przez władcę. Nie istniało żadne gremium władne
zmieniać przepisy Tory - wszak pochodziły one od samego Boga. Jakąś
furtkę w tym - na pozór - bardzo spójnym i zamkniętym systemie stanowiło
pojęcie Tory ustnej, istniejącej obok Tory pisanej i łącznie z tą
ostatnią przekazanej na górze Synaj. Żydzi nie byli zgodni co do tej
koncepcji, ale nawet środowiska, które ją zdecydowanie odrzucały,
zaakceptowały uzupełnianie Tory - tyle że komentarzami zapisanymi.
Tak więc z czasem prawo żydowskie zaczęło różnić się od tego, co możemy
znaleźć na kartach Pięcioksięgu. Część przepisów złagodzono (np. zastąpiono
rygorystycznie rozumianą zasadę talionu odszkodowaniem za spowodowanie
kalectwa). Jak przystało na naród skłonny do pluralizmu, pojedynczy
zwolennicy pierwotnej surowości trafiali się jeszcze w końcu I w.
po Chr.
Ale najistotniejsza była odwrotna tendencja. Dlatego w traktatach
Talmudu pojawia się następujące stwierdzenie: "Sanhedryn, który
jeden raz w ciągu siedemdziesięciu lat wydał wyrok śmierci, otrzymał
przydomek ťmorderczyŤ, a Rabbi Akiwa i Rabbi Tarfon mawiali, że gdyby
byli wchodzili w skład tego trybunału, nie zapadłby nigdy wyrok śmierci"
(Sanhedrin 2; Makkot 7 a).
Traktat "Bawa Mecia" (30 b) zawiera nawet stwierdzenie:
"Jerozolima została zburzona, ponieważ Żydzi stosowali się do
surowego prawa Tory".
Pojawienie się chrześcijaństwa wprowadziło dalsze zmiany. Sprawą
najwyższej wagi była reinterpretacja Tory. Nadejście Mesjasza częściowo
zdezaktualizowało prawo Mojżeszowe, a nie było do końca jasne, co
ma być wciąż ważne. W zajmującej nas tutaj kwestii nie ulegało przynajmniej
wątpliwości, że nakaz uśmiercania przestępców nie jest ostatnim słowem
Boga. Chrystus całym swoim dziełem potwierdził nauczanie proroka Ezechiela,
głoszącego w imieniu Jahwe: "Ja nie pragnę śmierci występnego,
ale jedynie tego, aby występny zawrócił ze swej drogi i żył"
(Ez. 33,11; formuła ta oznacza tylko, że nakazów prawa mojżeszowego
nie należy absolutyzować - nie ma to żadnego bezpośredniego związku
z problemem kary śmierci).
Istotne jest też, że chrześcijanie wszędzie stanowili mniejszość
i nie mogli mieć wpływu na stanowienie prawa. Wreszcie odrzucenie
chrześcijaństwa przez zdecydowaną większość narodu wybranego i ewangelizacja
pogan stworzyły nową sytuację, w której stopniowo coraz mniej istotna
miała być relacja Prawo - Ewangelia.
Odłączanie się chrześcijaństwa od judaizmu uległo przyspieszeniu
po stłumieniu powstania żydowskiego i zdobyciu Jerozolimy przez Rzymian
w r. 70. Odtąd chrześcijanie, coraz częściej nie-Żydzi, żyli w państwie
rzymskim opartym na etosie w zasadniczych punktach obcym tradycji
judeochrześcijańskiej. Dla pogan ludzkie życie znaczyło znacznie mniej
niż dla Żydów. Ten i inne względy (np. względnie długa słabość intelektualnych
elit Kościoła, także powracające prześladowania) sprawiły, że naturalnym
odruchem społeczności chrześcijańskiej stała się nieufność wobec wszelkich
instytucji Cesarstwa (w tym, rzecz jasna, wobec sądownictwa).
Wtedy w pełni wykształciło się, istotne w kulturze chrześcijańskiej,
tabu krwi. Zgodnie z nim, odbieranie komukolwiek z ludzi życia poważnie
kolidowało z pełnym zaangażowaniem religijnym. Nigdy nie odrzucono
całkowicie służby wojskowej: przypadki takie, jak męczeństwo św. Maksymiliana
(północnoafrykańskiego chrześcijanina, który wybrał śmierć, aby uniknąć
wcielenia do wojska) wynikały z inspiracji jednostek, mniejsza o to
czy bardziej niekompetentnych, czy fanatycznych. Niemniej nie należy
zapominać o takich dokumentach kultury wczesnego chrześcijaństwa,
jak choćby uchwały synodalne przewidujące dożywotnią ekskomunikę (nie
wyłączając chwili śmierci) dla chrześcijan, którzy przyczynią się
do cudzej śmierci wskutek współpracy z rzymskimi sądami (synod w Elwirze
z r. 303). Innym przykładem mogą być listy o pokucie św. Bazylego,
jednego z najbardziej czczonych Ojców Kościoła, który zalecał kilkuletnią
rezygnację z przyjmowania Eucharystii tym spośród wiernych, którzy
jako żołnierze zabijali grasujących zbójców. Można by podać jeszcze
inne przykłady.
Można również zinterpretować wzmiankowane powyżej przypadki w sposób
możliwie najbardziej zgodny z oczekiwaniami chrześcijańskich retencjonistów
(gdyby nie brak miejsca, sam bym to chętnie uczynił w niniejszym artykule).
Można wreszcie powiedzieć - i tego już nie da się zakwestionować -
że chrześcijanie zawsze wierzyli, iż władza państwowa pochodzi od
Boga i spełniane przez tę władzę akty (łącznie z ius gladii) mieszczą
się w Boskich planach. Chrześcijanie, nawet gdy sami nie chcieli nikogo
zabijać, mogli nie odmawiać państwu prawa do karania śmiercią (i to
właśnie czynili). Takie stanowisko z pewnością nie jest wewnętrznie
sprzeczne.
Istotne dla prezentowanego tu toku wywodów wydaje mi się coś
zupełnie innego - rozterki chrześcijan epoki patrystycznej przyczyniły
się do ukształtowania pewnego modelu kultury chrześcijańskiej, który
zachował aktualność właściwie do dziś. Dawał on o sobie znać w praktyce
moralnej, w intelektualnych debatach, w głęboko utrwalonych stereotypach,
wreszcie - w prawie kanonicznym.
P. R. Nogacki powołuje się na św. Augustyna i św. Tomasza. Ale dlaczego
nie przypomnieć Kodeksu Prawa Kanonicznego promulgowanego w 1917 r.
opierającego się na kilkunastowiekowej tradycji, w którym wśród nieprawidłowości
(tzn. trwałych przeszkód) do uzyskania święceń wymienia się (w kan.
984) defectus lenitatis (brak łagodności). Brak łagodności chrześcijańskiej
zachodził w sytuacji, gdy kandydat kiedykolwiek (po przyjęciu chrztu)
wydał wyrok śmierci (jeżeli był sędzią) bądź też przyjął zajęcie kata
albo był dobrowolnym i bezpośrednim pomocnikiem w wykonywaniu wyroków
śmierci. W myśl przyjętej przez kanonistów interpretacji, przepis
ten rozciągał się na uczestników trybunału kolegialnego głosujących
za karą śmierci, prokuratora domagającego się tej kary, asesorów,
pisarzy wyroku, a także świadków bez przymusu zeznających przeciw
oskarżonemu.
Warto zwrócić uwagę, że przepis nie obejmował nie tylko żołnierzy
walczących na froncie (o ile pobór był przymusowy), ale i żołnierzy
plutonów egzekucyjnych oraz oficerów dowodzących przy rozstrzeliwaniu
. Im nie zarzucano braku chrześcijańskiej łagodności, ponieważ wykonywali
rozkaz. Mniej istotne jest, że defectus lenitatis nie występuje w
Kodeksie Prawa Kanonicznego z 1983 r. Istniejące przez stulecia (i
wytrwale omijane) normy prawne były ściśle związane z chrześcijańskim
tabu krwi. Cóż stąd, że w tym wydaniu odnosiły się wyłącznie do duchowieństwa?
Łatwo zauważyć, iż w pewien sposób odzwierciedlały sytuację Kościoła
pierwotnego, szybko zdezaktualizowaną. To wtedy wyznawcy Chrystusa
żyli w państwie, z którym nie chcieli dobrowolnie współpracować, ale
- wiedzeni instynktem przetrwania - łatwo godzili się na różne kompromisy,
np. zabijając na wyraźny rozkaz władzy (przecież pochodzącej od Boga).
Te okoliczności i towarzysząca im mentalność znalazły wyraz
w dziełach Ojców Kościoła, bardzo dobrze oddawało je pisarstwo św.
Augustyna. Ten święty Doktor Kościoła nie chciał, aby chrześcijanie
zabijali kogokolwiek, choćby i w obronie koniecznej, w jednym z listów
wysunął nawet argument, że życie ziemskie jest dobrem niższym, wobec
czego niedobrze byłoby bronić go za cenę morderstwa. Przywilej zabijania
wolał zachować dla żołnierzy bądź urzędników, przy czym szeregowych
wykonawców uwalniał od wszelkich wątpliwości, pisząc w dziele "O
państwie Bożym": "Nie ten zabija, kto musi wykonać wyrok,
podobnie jak miecz w ręku kata".
Z drugiej strony u Augustyna akceptacja silnej władzy, odwołującej
się do represji, jest bardziej jednoznaczna niż akceptacja kary śmierci.
Nie zalecał jej wobec schizmatyków i heretyków, ponieważ chciał, aby
mieli czas na pokutę. Zwolennicy krwawej rozprawy z odstępcami religijnymi,
aczkolwiek obecni już w IV w., długo stanowili mniejszość. Św. Tomasz
wyraża tradycję - w swoich czasach - stosunkowo nową.
A jeżeli już jesteśmy przy św. Tomaszu - to czemu nie zajrzeć do artykułu
7 kwestii 64 tegoż traktatu "O sprawiedliwości", gdzie czytamy:
"Wszelkie zabójstwo, choćby bezgrzeszne, stanowi pewną nieprawidłowość,
nawet gdy chodzi o sędziego, który sprawiedliwie skazał kogoś na śmierć.
Dlatego duchowny, jeśliby zabił kogoś, choćby we własnej obronie,
popada w tę nieprawidłowość, nawet gdyby zmierzał nie do zabicia,
ale do samoobrony".
Wracając do tematu: wobec licznych danych historii chrześcijaństwa
(i historii judaizmu) trudno bronić tezy, że tendencje abolicjonistyczne
w Kościele (i w Kościołach) są wyłącznie koniunkturalnie propagowanym
i gorszącym nowatorstwem. Głęboko zakorzeniony w tradycji judeochrześcijańskiej
szacunek dla życia, a także typowo chrześcijańska nadzieja na nawrócenie
grzeszników, z góry obdarzonych niezbędną w tym celu łaską, od początku
przysparzały rozmaitych wątpliwości. Dlatego nie mogę się zgodzić
z p. D. Hyblem, że wstawiennictwo Jana Pawła II za Carlą F. Tucker
jest sprzeczne z tradycją Kościoła ani też, że oznacza "negowanie
zasady sprawiedliwości". We wczesnym chrześcijaństwie powszechnie
znany był zwyczaj wstawiennictwa biskupów u władz (intercessio) w
celu złagodzenia kar dla przestępców: uwolnienia od tortur, a niekiedy
nawet darowania życia.
Co do drugiego zarzutu - czym innym jest negowanie sprawiedliwości,
czym innym absolutyzowanie ludzkich możliwości jej wymierzenia. Wyjątkowe
potraktowanie przestępcy nie stanowi problemu - co innego, gdy wyjątek
staje się regułą. Abolicjonizm jako konkretny program polityczny jest
wynalazkiem Oświecenia i z pewnością trudniej go uzasadnić w oparciu
o Ewangelię. Przez dłuższy czas był propagowany głównie przez środowiska
wrogie chrześcijaństwu, ale chrześcijaństwo w pewien sposób przygotowało
mu grunt. Uważam, że nie należy pomijać tego faktu milczeniem tylko
po to, by ocalić jakąś budującą, monolityczną wizję Kościoła. Średniowieczni
inkwizytorzy, zgodnie z prawem kanonicznym przekazujący kacerzy władzy
świeckiej (w myśl zasady: Ecclesia abhorret a sanguine), chcąc nie
chcąc, współtworzyli pewien typ wrażliwości obecny w naszej kulturze
- a zatem i oni mogą być uznani za prekursorów dzisiejszego abolicjonizmu.
W kontekście wzmiankowanych problemów bardzo na miejscu jest, dokonane
przez p. D. Hybla, przypomnienie warunków nieomylności wypowiedzi
papieskich. Oczywiscie, że mimochodem wyrażone życzenia tych warunków
nie spełniają. Ale nie można im przypisywać wyłącznie charakteru prywatnego.
W rzeczywistości są one częścią zwyczajnego nauczania, które również
winno być przyjmowane przez katolików z należytym szacunkiem oraz
- w miarę możliwości - w posłuszeństwie serca i umysłu. Z pewnością
też wszystkie te kontrowersyjne wypowiedzi papieża nie są deklaracjami
wyłącznie politycznymi. Ewentualne wątpliwości wobec nich winny być
w pełni przemyślane i umotywowane na gruncie chrześcijańskiego światopoglądu.
W przypadku kary śmierci sprawa nie wydaje się szczególnie trudna.
Ani wypowiedzi Jana Pawła II, ani żadne historyczne zaszłości nie
mogą po prostu unieważnić argumentów przemawiających za stosowaniem
tej kary. Repertuar retencjonistycznej argumentacji jest wystarczająco
bogaty. Można też przywołać szereg ściśle religijnych racji o podobnej
wymowie.
Sądzę jednak, że przy okazji należałoby z góry odrzucić eklezjologię
lefebrystyczną, ponieważ jej założenia nie dają się pogodzić z wymogiem
krytycznego stosunku do chrześcijańskiej tradycji. Oznacza to programową
rezygnację z oddzielania specyficznie religijnych aspektów kerygmatu
od szeroko rozumianych uwarunkowań kulturowych. Z tego właśnie powodu
tradycjonaliści niepotrzebnie zaostrzają krytykę różnych zjawisk w
Kościele współczesnym i łączą ją z koncepcją idealnego Kościoła przeszłości,
który naprawdę istnieje tylko w ich wyobraźni. A że fundamentalizmy
regresywne i progresywne bywają sobie bliskie - tego może dowodzić
choćby ostatnia deklaracja p. J. Fijora ("Sabotaż w Saint Louis",
"NCz!" nr 7, 13 lutego 1999 r.).