Przed Sądem Okręgowym
w Katowicach rozpoczął się wczoraj proces Sławomira P., oskarżonego
m.in. o dokonanie czterech zabójstw. Podsądny jest uważany za najgroźniejszego
i najbardziej bezwzględnego przestępcę lat 90. Razem z nim odpowiada
jeszcze osiem osób.
Już czterokrotnie
nie udało się rozpocząć procesu. Powody były różne: choroba Sławomira
P., brak policjantów do konwojowania oskarżonych, dwukrotne niestawienie
się oskarżonych odpowiadających z wolnej stopy. Również wczoraj zachodziła
obawa, że piąta próba rozpoczęcia procesu zakończy się niepowodzeniem,
gdyż przez ponad dwie godziny sąd czekał na adwokata, który nie mógł
dojechać.
Wczoraj prokurator
Dariusz Kawalec przez ponad trzy godziny odczytywał zarzuty i ich uzasadnienie.
Sławomir P., ps.
Leon Zawodowiec, odpowiada m.in. za cztery zabójstwa, sześć usiłowań
morderstw oraz podżeganie do zabójstwa. W sumie ciąży na nim 37 zarzutów,
a akt oskarżenia liczy 160 stron. Pierwszą ofiarą Sławomira P. był narkoman
Rafał N., którego zabił w 1997 r. w Niekłaniu Małym (woj. świętokrzyskie),
aby upozorować własną śmierć. W lutym 1998 r. zamordował na zlecenie
Bronisława P. z Mysłowic (żona ofiary zapłaciła mu 5 tys. zł). Jesienią
1998 r. w Jastrzębiu Zdroju zastrzelił emeryta, a w czerwcu następnego
roku - wracającego z pracy górnika Piotra P. Nie udały się dwa zlecone
mordercy zamachy bombowe: na tancerza go-go z Warszawy Arkadiusza K.
oraz właściciela wietnamskiej restauracji.
Oskarżony został
zatrzymany w czerwcu 1999 r. w centrum Katowic. Wraz z nim na ławie
oskarżonych zasiada m.in. szef jednego ze śląskich gangów Grzegorz P.
ps. Pokid. Odpowiada on za zlecenie zabicia tancerza erotycznego. Głównemu
oskarżonemu grozi dożywocie.
Zabijał dla pieniędzy
i dlatego, że lubił to robić. Cztery morderstwa, sześć prób zabójstwa,
rozboje, pobicia, kradzieże. Grozi mu dożywocie. Akt oskarżenia przeciwko
34-letniemu Sławomirowi P. trafił do Sądu Okręgowego w Kielcach.
Przez trzy lata wymykał się z policyjnych zasadzek: zmieniał uczesanie,
kolor włosów, zarostu, zaczął nosić okulary. Chytry i zły jak sam diabeł.
Kilkanaście godzin przed zatrzymaniem (czerwiec 1999), jego siostra,
Ewa, była przesłuchiwana w komendzie policji w Jastrzębiu Zdroju. Sławomir
P. zadzwonił na policję: - Jeżeli nie wypuścicie jej na wolność, będę
mordował dwie osoby na dobę - zagroził.
I spełnił groźbę. W nocy z 2 na 3 czerwca zastrzelił w Jastrzębiu Zdroju
górnika z kopalni "Jasmos". Nie znał go. Po prostu: podszedł i z pistoletu
z tłumikiem strzelił mu prosto w głowę. Po zabójstwie znów zadzwonił
do oficera jastrzębskiej policji.
- No, to macie trupa. Ciało zostawiam na ulicy. Na pewien czas
przestanę zabijać, bo rozpieprzył mi się tłumik.
Ten pierwszy
raz
"Prymitywny, pozbawiony
norm moralnych, popędliwy. Inteligentny. Nie posiada poczucia winy,
impulsywny, bez zahamowań. Pozbawiony więzi emocjonalnych. Cechuje go
dążenie do dominacji" - opisali Sławomira P. psycholodzy.
A policjanci dodali: - Działa sam. Używa kilku dowodów osobistych. Nie
pije, nie pali, nie zażywa narkotyków. Czujny, podejrzliwy, wciąż skupiony.
Sławomir P.: szczupły, ciemne oczy, włosy ciemnoblond. Wychowywał się
u babki w Niekłaniu Małym, wiosce na Kielecczyźnie. Miał 17 lat, kiedy
trafił do więzienia za kradzieże. Do 1997 (włamania, rozboje) spędził
za kratkami prawie 10 lat.
20 września 1997 r. wyszedł na przepustkę. Już z niej nie wrócił. Pojechał
do rodzinnej wioski. Po drodze spotkał Rafała F., młodego narkomana.
Postanowił go zabić, by upozorować własną śmierć. Strzela mu pistoletem
gazowym w oczy i uszy, wkłada palce do oczu, uderza siekierą. Maluje
jego krwią pasy na swojej twarzy. Zaciąga ciało do stodoły w lesie,
podkłada pod głowę ładunek wybuchowy i podpala stodołę.
Zawód morderca
Po zabójstwie P.
ucieka na Śląsk. Ukrywa się u Celiny Z. w Dąbrowie Górniczej - kobieta
od lat za pieniądze przechowuje bandytów. Z dwoma wspólnikami z Jastrzębia
znów napada na sklepy, domy, tartaki. Sława bandyty rośnie.
W lutym 1998 roku zabija Bronisława P., emeryta z Mysłowic. Dostał zlecenie
od jego żony. Strzela pięć razy w głowę na środku ulicy. W kwietniu
podkłada bombę pod garaż Wietnamczyka, właściciela restauracji w Jastrzębiu
Zdroju. Dotąd nie wiadomo, dlaczego. Ofiara cudem przeżyła.
W październiku 1998 r. koledzy Sławomira P. myją samochód na jednym
z osiedli w Jastrzębiu. Okoliczni mieszkańcy protestują. Wezwany przez
kumpli Sławomir P. przyjeżdża na pomoc i rani w nogę jednego z mieszkańców,
drugiemu strzela prosto w głowę.
Podkłada bomby i napada na ludzi. Gliwicki gangster Grzegorz P. wydaje
mu zlecenie na zabicie Arkadiusza K., znanego warszawskiego tancerza
go-go. Na szczęście bomba podłożona przez P. nie eksplodowała.
- To tylko niewielka lista jego "dokonań". Materiały wybuchowe, które
konstruował, miały nie tylko wysadzać, ale i sprawiać cierpienie. Dodawał
do nich np. tarcze szlifierskie - w czasie wybuchu siekają wszystko
na swojej drodze, potrafią odciąć głowę - tłumaczy prokurator Leszek
Goławski z Prokuratury Okręgowej w Katowicach.
Rodzina
Wanda K., matka
Sławomira P. Opuchnięte od płaczu oczy, zmęczona twarz. Założyła drugą
rodzinę. Ma opinię spokojnej, porządnej kobiety.
- Wyjechaliśmy na Śląsk. Ale ojciec Sławka, alkoholik, zostawił mnie
w Jastrzębiu z trójką dzieci. Na wakacje Sławek i Jarek pojechali do
babci, do Niekłania. Nie chcieli już wrócić do mnie. Sławek miał 13
lat. Powtarzał, że niepotrzebne mu uczucie, tylko swoboda. Sąd rodzinny
stwierdził, że chłopcy są emocjonalnie związani z babcią i u niej powinni
zostać. Jeździłam, odwiedzałam. Ale teściowa nastawiła synów przeciwko
mnie - opowiada. - Kiedy Sławek trafił do więzienia wypraszałam przepustki
dla niego, woziłam paczki. Błagałam, żeby zaczął normalnie żyć - opowiada.
Sławka kochałam najbardziej ze swoich dzieci - dodaje.
Siostra P., Ewa, ma inne zdanie: - Do matki miał żal. Nie potrafił się
z nią dogadać.
Mówi o bracie: Zawsze chodził własnymi drogami. Skryty, żył we własnym
świecie. Potrafił cały dzień siedzieć w pokoju i milczeć. Ale dla mnie
był kimś wyjątkowym: pomagał, doradzał. Nie wiedziałam, że jest mordercą.
Nie wiem, jak mógł być zdolny do takich okrucieństw.
Dodaje: - Kochał broń. Czytał na jej temat wiele książek.
Matka: - Był spokojnym dzieckiem. Do piątej klasy podstawówki dobrze
się uczył. Nie dostrzegałam w nim agresji. Zawsze zrobił, o co poprosiłam.
Grzeczny, uczynny.
Skąd więc tyle okrucieństwa w dobrym dziecku?
- Nie wiem - wybucha płaczem. - Zniszczył go alkoholizm ojca.
Sam wśród lasów
W Niekłaniu Małym
nikt głośno nie wymawia nazwiska Sławomira P. Kiedy policja przyjechała
przeprowadzić wizję lokalną, po wsi poszła fama, że P. uciekł z więzienia.
Ludzie ze strachu pochowali się w domach.
Jedna z sąsiadek tak opowiada: - Rodzice Sławka? To była wielka miłość.
Heniek (nie żyje od trzech lat) na rękach nosił Wandę, adorował. Swój
chłop. Porządny, jak mało który. Czyjegoś nie ruszył. Ale między nim
i Wandą popsuło się. Został z synami: Sławkiem i Jarkiem. Rozpił się,
zszedł na dno, po denaturat sięgał. Dzieciakami babcia się zajmowała.
Od buzi sobie odejmowała, żeby mieli co jeść.
Babcia Sławomira P. mieszka sama w starej, drewnianej chałupie pod lasem.
W tej samej, w której wychował się Sławomir P. Nie chce rozmawiać. -
Żal jej serce rozrywa - tłumaczą ludzie. - Sławusia najbardziej z wnuków
kochała.
Salomea Okła była wychowawczynią Sławomira P. w przedszkolu: - Spokojny,
normalny dzieciak. Nie mogę uwierzyć, że to on zrobił te wszystkie okropne
rzeczy - mówi. - To był samotnik. Nigdy nie miał kolegów. Jak trochę
dorósł, zaczął kraść rowery, motocykle. Rozbierał na części i w lesie
zakopywał. Dziwny był, dziki jakiś - opowiada sąsiad.
Zbigniew Ferensztajn, dyrektor Szkoły Podstawowej w Niekłaniu, dobrze
pamięta Sławka P. - Średni uczeń. Trójki, czwórki, poprawne zachowanie.
- Ale miał naturę samotnika. Odizolował się. Jakby źle się czuł wśród
ludzi - przypomina sobie Anna Rurarz, nauczycielka.
Od najmłodszych lat Sławomir P. miał pasję: materiały wybuchowe. Zbierał
niewybuchy po lasach, później detonował. W 1997 r. od eksplozji materiału
wybuchowego zginął młodszy brat Sławomira P., Jarosław.
Kilkanaście dni po jego pogrzebie Sławomir P. zabił pierwszy raz.
Możemy przeprosić
- Obserwowałem
go podczas wizji lokalnej. Zdawał sobie sprawę, że jest w centrum zainteresowania.
Doskonale się z tym czuł. Opowiadał o swoich zbrodniach jakby mówił
o czynach, które popełniła inna osoba - wspomina jeden z policjantów.
- Zmarnował życie całej rodzinie - mówi siostra Ewa. - Wstydzimy się
wyjść na ulicę i spojrzeć ludziom w oczy. Co możemy zrobić? Przeprosić
tych, którym wyrządził krzywdę - dodaje łkając. Po chwili zamyśla się
i mówi: - Często powtarzał, że są w nim dwie osobowości. Jedna, kiedy
jest normalnym człowiekiem. I druga, która wstępuje w niego nagle i
nie potrafi jej opanować. Czasami uśmiechał się dziwnie i mówił: "Wiesz,
we mnie jest diabeł".
* Niektóre imiona bohaterów reportażu zostały zmienione.
DOROTA KOWALSKA Za dziennikiem Super Express z dn 16.01.2001 r.