O 14.14 naszego
czasu 33-letni Timothy McVeigh został stracony w więzieniu Terre Haute
w stanie Indiana. Jego egzekucję obserwowało kilkaset osób - w większości
członkowie rodzin ofiar oraz osoby, które przeżyły wybuch.
Uznany za
jednego z najbardziej niebezpiecznych terrorystów w USA McVeigh zginął
od zastrzyku trucizn - związków sodu, bromu i chlorku potasu. Egzekucję,
dokonaną w specjalnym pawilonie więzienia, obserwowało bezpośrednio
około 30 osób - pracowników wymiaru sprawiedliwości, dziennikarzy i
10 ludzi wskazanych przed samego McVeigha. Około 300 osób, w większości
rodziny zabitych w Oklahoma City, oglądało egzekucję za pośrednictwem
więziennej telewizji.
Przed egzekucją władze więzienia zadzwoniły do Departamentu
Sprawiedliwości w Waszyngtonie, aby upewnić się, że egzekucja nie została
odłożona. Ciało McVeigha zostanie spalone, a jego prawnicy, zgodnie
z ostatnią wolą skazanego, rozsypią prochy w miejscu, którego nie ujawnią.
McVeigh sprawiał przed egzekucją wrażenie spokojnego i
przygotowanego na śmierć. W ostatnich dniach życia rozmawiał z prawnikami,
pracownikami więzienia i oglądał telewizję. Kilka dni temu zrezygnował
z możliwości dalszego ubiegania się o apelację. Na ostatni posiłek zamówił,
chrupki czekoladowe, lody i litr napoju z mięty.
W 1995 roku McVeigh podłożył bombę pod budynek federalny
w Oklahoma City. 168 osób (w tym 19 dzieci) zginęło, a 500 innych zostało
rannych.
Po wybuchu bomby mordercy
Kilkuset zwolenników
kary śmierci i stracenia "wroga publicznego nr 1" demonstrowało w ciszy
z transparentami "Pamiętajcie o ofiarach", "Nie powinieneś ani zabijać,
ani żyć" lub z krótkim "168" przypominającym liczbę ofiar wybuchu.
Około 300 metrów dalej stanęła 120-osobowa grupa przeciwników
egzekucji. "Przykro nam, Tim" - głosi jeden z ich plakatów.
Pomieszczenie egzekucyjne, w którym zginął McVeigh znajduje
się w jednopiętrowym budynku w zachodniej części więzienia federalnego
w miejscowości Terre Haute w stanie Indiana. Zostało wybudowane w 1995
roku, specjalnie po to, by wykonywać w nim wyroki śmierci wydane przez
sądy federalne.
Obok centralnie położonego pomieszczenia z łożem śmierci
składa się ono z trzech pokoi z lustrami weneckimi dla świadków (przedstawicieli
rodzin ofiar, dziennikarzy i reprezentantów skazanego), celi dla skazanego,
pomieszczenia dla strażników oraz specjalnego pomieszczenia, gdzie przygotowywana
jest śmiertelna mieszanka.
Ostatnie godziny przed śmiercią Timothy McVeigh spędził
w celi bezpośrednio sąsiadującej z pokojem egzekucji. Ściana pokoju,
który wyposażony jest jedynie w łóżko, metalową toaletę i prysznic,
ma również weneckie lustra. Dzięki temu pilnujący go strażnicy mieli
cały czas podgląd, co robi skazany.
W liście do niedzielnego "The Buffalo News" (niedaleko
Buffalo znajduje się rodzinna miejscowość terrorysty) McVeigh - weteran
wojny w Zatoce Perskiej - stwierdził, że jest mu przykro z powodu śmierci
168 osób, które zginęły w wysadzonym przez niego budynku w Oklahoma
City.
AP
P. Deb FerrelL Lynn obok "krzesła pamięci" jej kuzynki
Susan Ferrell w Narodowym Pomniku Oklahoma City - po egzekucji mordercy
McVeighta
Biskup Tadeusz
Pieronek porównał publiczną egzekucję na Timothym McVeighu do starożytnych
igrzysk oraz do obnażania się ludzi w telewizyjnym programie Big Brother.
"Im bardziej krwawe igrzyska, tym lepszy spektakl" - powiedział.
Komentując zapowiedź poniedziałkowego publicznego wykonania
w USA wyroku na Timothym McVeighu, bp Pieronek powiedział: "Czynienie
z tego spektaklu jest dla mnie rzeczą obrzydliwą". Podkreślił, że patrząc
na to, co dzieje się dzisiaj w publicznych środkach masowego przekazu,
na to obnażanie się ludzi w Big Brother nie dziwi się temu. "To jest
tendencja chorej cywilizacji, która po prostu nie szanuje godności człowieka"
- dodał.
Biskup przypomniał, że Kościół dzisiaj bardzo wyraźnie
opowiada się przeciwko karze śmierci. "Robienie z egzekucji publicznego
spektaklu to jak starożytne igrzyska - "panem et circenses" (chleba
i igrzysk)" - powiedział. "Kto jak kto, ale takie państwo jak Stany
Zjednoczone ma wystarczające środki, by zapobiec działaniom przestępców,
mogąc ich zupełnie dobrze odizolować. I to jest jedyne słuszne rozwiązanie"
- uważa biskup Pieronek.
Zwiedzający Narodowy Pomnik
Oklahoma City czytają pozostawione uwagi przez innych
AP
Rodziny zamordowanych
w budynku federalnym w Oklahoma City w dniu egzekucji mordercy
na terenie Narodowego Pomnika Oklahoma City
Więzienie federalne w Terre
Haute
Według kwietniowego
sondażu CBOS 69 proc. Polaków jest za przywróceniem kary śmierci. 21
proc. jest temu przeciwnych, a 10 proc. nie miało zdania na ten temat.
USA: Timothy
McVeigh stracony
2001-06-11 (14:30)
W poniedziałek o godzinie 7:14 rano czasu nowojorskiego
w USA została wykonana pierwsza od blisko 40 lat egzekucja federalna.
Od śmiercionośnego zastrzyku zmarł największy w dziejach Stanów Zjednoczonych
terrorysta, 33-letni obecnie Timothy McVeigh.
W niedzielę skazańca przewieziono do specjalnego budynku,
gdzie miał zostać stracony. Według przedstawicieli więzienia, w czasie
transportu białą furgonetką do miejsca egzekucji nie doszło do żadnych
incydentów.
Pomieszczenie
egzekucyjne znajdowało się w jednopiętrowym budynku w zachodniej części
więzienia federalnego w miejscowości Terre Haute w stanie Indiana. Zostało
wybudowane w 1995 r., by tam wykonywać federalne kary śmierci.
Obok centralnie położonego pomieszczenia z łożem śmierci,
składa się ono z trzech pokoi z lustrami weneckimi dla świadków (przedstawicieli
rodzin ofiar, dziennikarzy i reprezentantów skazanego), celi dla skazanego,
pomieszczenia dla strażników oraz specjalnego pomieszczenia, gdzie przygotowano
śmiertelną miksturę.
Po raz pierwszy egzekucję za pośrednictwem telewizji kablowej
oglądało ponad trzysta osób - rodzin i krewnych ofiar zabitych w Oklahoma
City w 1995 r.
Ostatnie godziny przed śmiercią Timothy McVeigh spędził
w celi bezpośrednio sąsiadującej z pokojem egzekucji. Ściana pokoju,
który składa się jedynie z łóżka, metalowej toalety i prysznica, miała
również weneckie lustra.
W liście do niedzielnego The Buffalo News (niedaleko Buffalo
znajduje się rodzinna miejscowość terrorysty) McVeigh - weteran wojny
w Zatoce Perskiej - stwierdził, że jest mu przykro z powodu śmierci
168 osób. Nie wyraził jednak skruchy, ani żalu z tego powodu. (jask)/an
(PAP)
Egzekucja Timothy'ego
McVeigha - sprawcy śmierci 168 osób w Oklahoma City
Terrorysta został stracony
ANNA
ROGOZIŃSKA-WICKERS Z NOWEGO JORKU
Timothy McVeigh
zmarł w więzieniu w Terre Haute w Indianie 14 minut po siódmej czasu
lokalnego. Nie wyraził skruchy z powodu śmierci 168 osób, które zginęły
w kwietniu 1995 roku po zdetonowaniu przez niego bomby przed budynkiem
rządowym w Oklahoma City. Określany największym terrorystą w historii
USA, McVeigh nie skorzystał również z prawa do ostatniego słowa przysługującego
skazanym na karę śmierci.
Zamiast tego pozostawił pisemne oświadczenie, wiersz XIX-wiecznego
brytyjskiego poety Williama Henleya, zawierający słowa: "Moja głowa
jest pokryta krwią, ale nie pochylonaÉ Jestem panem mego losu, jestem
kapitanem mojej duszy". 33-letni terrorysta, który był katolikiem, otrzymał
ostatnie namaszczenie. Zgodnie z życzeniem McVeigha, jego ciało zostanie
poddane kremacji.
Według relacji świadków, którzy oglądali egzekucję przez
szyby komory śmierci, McVeigh umarł, nie okazując strachu przed czekającą
go śmiercią. Bez oporu pozwolił przymocować się do specjalnego stołu-noszy
i podłączyć do kroplówki, poprzez którą wprowadzono do jego żył trzy
trujące substancje. Pierwsza z nich spowodowała rozluźnienie mięśni,
druga - paraliż dróg oddechowych, a trzecia - wstrzymanie pracy serca.
Ostatni dzień życia McVeigh spędził, pisząc listy i spotykając się z
prawnikami. Na ostatni posiłek zażyczył sobie prawie kilogramową porcję
lodów miętowo-czekoladowych.
Oprócz trzydziestu osób obecnych na miejscu egzekucji
śmierć McVeigha obejrzało - dzięki zamkniętej transmisji telewizyjnej
- ponad dwieście osób w Oklahoma City. Wśród nich członkowie rodzin
osób, które zginęły podczas wybuchu, i ci, którym udało się przeżyć.
Był tam również obecny prokurator generalny John Ashcroft - przeciwny
dalszemu odkładaniu wykonania wyroku po znalezieniu przez FBI dodatkowych
dokumentów dotyczących wybuchu.
Sprawa McVeigha, który uważał swój czyn za akt zemsty
na rządzie federalnym, wznowiła dyskusję o słuszności kary śmierci.
Przełożenie egzekucji, która początkowo miała odbyć się 16 maja, spowodowało
jednak, że w Terre Haute pojawiło się mniej demonstrantów, niż oczekiwano.
Około 150 osób modliło się w milczeniu, niektóre przez całą noc, aby
zaprotestować przeciwko karze śmierci. Znacznie mniej, bo około 20 osób,
czuwało przed więzieniem federalnym z napisem: "Ten, który zabija, nie
powinien żyć".
W krótkim oświadczeniu z Białego Domu prezydent George
W. Bush stwierdził, że egzekucja "jest aktem nie zemsty, ale sprawiedliwości".
Stwierdził również, że McVeigh "sam wybrał swój los przed sześcioma
laty".
Mówi się jednak dużo o tym, że amerykański prezydent,
który w dniu egzekucji udaje się w podróż do pięciu krajów europejskich,
w tym do Polski, może spotkać się z silną krytyką w związku z poparciem,
jakiego udziela karze śmierci, oraz z rekordową liczbą egzekucji w Teksasie,
którego gubernatorem był przez sześć lat.
USA: Timothy
McVeigh gotowy na śmierć
2001-06-11 (06:45)
W poniedziałek o godz. 8.00 rano czasu nowojorskiego w
USA ma zostać wykonana pierwsza od blisko 40 lat egzekucja federalna.
Od śmiercionośnego zastrzyku ma umrzeć największy w dziejach Stanów
Zjednoczonych terrorysta, 33-letni obecnie Timothy McVeigh.
W niedzielę
skazańca przewieziono do specjalnego budynku, gdzie ma zostać stracony.
Według przedstawicieli więzienia, w czasie transportu białą furgonetką
do miejsca egzekucji nie doszło do żadnych incydentów.
Pomieszczenie egzekucyjne znajduje się w jednopiętrowym
budynku w zachodniej części więzienia federalnego w miejscowości Terre
Haute w stanie Indiana. Zostało wybudowane w 1995 r., by tam wykonywać
federalne kary śmierci.
Obok centralnie położonego pomieszczenia z łożem śmierci
składa się ono z trzech pokoi z lustrami weneckimi dla świadków (przedstawicieli
rodzin ofiar, dziennikarzy i reprezentantów skazanego), celi dla skazanego,
pomieszczenia dla strażników oraz specjalnego pomieszczenia, gdzie przygotowywana
jest śmiertelna mikstura.
Po raz pierwszy egzekucję za pośrednictwem zamkniętej
telewizji kablowej będzie oglądało ponad trzysta osób - rodzin i krewnych
ofiar zabitych w Oklahoma City w 1995 r.
Ostatnie godziny przed śmiercią Timothy McVeigh spędza
w celi bezpośrednio sąsiadującej z pokojem egzekucji. Ściana pokoju,
który składa się jedynie z łóżka, metalowej toalety i prysznica, ma
również weneckie lustra.
W liście do niedzielnego The Buffalo News (niedaleko Buffalo
znajduje się rodzinna miejscowość terrorysty) McVeigh - weteran wojny
w Zatoce Perskiej - stwierdził, że jest mu przykro z powodu śmierci
168 osób. Nie wyraził jednak skruchy, ani żalu z tego powodu. (jask)
(PAP)
Za serwisem portalu Wirtualna
Polska
McVeigh
nie zwróci się o zawieszenie wyroku śmierci
2001-06-08 (05:40)
Timothy McVeigh, skazany na śmierć za zamach w Oklahoma
City, w którym zginęło 168 osób, nie zwróci się o zawieszenie wykonania
wyroku śmierci do Sądu Najwyższego USA.
McVeigh podjął taką decyzję po tym, jak Apelacyjny Sąd
Federalny odrzucił jego prośbę o odroczenie wykonania wyroku. Sąd Apelacyjny
orzekł, że o zawieszeniu wykonania egzekucji może zdecydować jedynie
Sąd Najwyższy.
Wyrok na Timothym McVeighu ma zostać wykonany w poniedziałek.
(mag)
(IAR)
Za serwisem portalu Wirtualna
Polska
Hakerzy
udostępnią transmisję egzekucji?
Jeśli nie
uda się zastosować odpowiednich zabezpieczeń, pierwszą w historii transmisję
z egzekucji, zobaczy cały świat - pisze CNN.
Relację z egzekucji terrorysty Timothyego McVeigha 16
maja, który w kwietniu 1995 r. wysadził w powietrze biurowiec w Oklahoma
City, zabijając 168 osób, mają prawo obejrzeć tylko rodziny ofiar zamachu
i ci, którzy z niego ocaleli. Ostateczną decyzję podjął w czwartek prokurator
generalny USA John Ashcroft. Projekcja odbędzie się w ściśle strzeżonym
pomieszczeniu. Jest jednak obawa, że przekaz może zostać przechwycony
przez hakerów i zaprezentowany całemu światu. Ostrzega przed tym ekspert
od zabezpieczeń komputerowych Mark Rasch, prawnik z firmy Predictive
Systems.
Wszystko zależy od tego, jaki sposób przekazu obrazu zostanie
wybrany i jak z kolei zabezpieczony. "Kiedy transmisja z egzekucji jest
dokonywana przez Internet, nie ma sposobu, aby całkowicie ograniczyć
grono jej odbiorców", mówi Rasch. Nie ma też absolutnej pewności, czy
nie uda się przechwycić sygnału obrazu z satelity. Jeśli zostaną wykorzystane
satelity rządowe, a sygnał odpowiednio zaszyfrowany, szanse na jego
przejęcie są niewielkie. Ale jednak... Co więcej, jego przejecie może
okazać się wtedy nie tylko możliwe, ale nawet legalne. "Jeśli hakerzy
przejmą obraz przez komputer, wtedy będzie to przestępstwo komputerowe,
ale gdy transmisja odbywa się przez satelitę i nie jest zaszyfrowana,
to jej przejecie można traktować tak samo jak słuchanie radia", dodaje.
Najbezpieczniejsze wydaje się użycie jako nośnika kabla
światłowodowego. Hakerzy muszą przejrzeć tysiące włókien, aby dostać
się do sygnału.
W tym,
że zwolennicy kary śmierci nie chcą czynić z egzekucji spektaklu,
nie ma niczego niekonsekwentnego
Powściągliwość
jak najbardziej zrozumiała
JAN TRZCIŃSKI
Egzekucja tak,
transmisja nie! - takie głosy usłyszeć można było po kontrowersyjnym spektaklu.
(...) A właściwie dlaczego nie w blasku świateł? Czy aby zwolennicy kary
śmierci nie popadają w niekonsekwencję? Czy przypadkiem nie opowiadają
się za karą śmierci, a nawet przeciw? - napisał w "Rzeczpospolitej" ("Nadmiar
wrażliwości", 19 czerwca) Janusz Wojciechowski, odnosząc się do okoliczności
stracenia Timothy'ego McVeigha, mordercy z Oklahoma City.
Autor wyraża zaskoczenie,
że "tymczasem zwolennicy kary śmierci nieoczekiwanie krzywią się i nie
chcą widowiska", sarkastycznie zauważa, że "publiczna egzekucja stanowi
znakomite pocieszenie dla niektórych pokrzywdzonych, świadczą o tym obrazki
z USA" i konstatuje, iż "my, współcześni Polacy, popieramy stosy, ale już
nie chcemy ich oglądać. I dziwimy się Amerykanom, że chcą". Po lekturze
tekstu Janusza Wojciechowskiego mam wrażenie, że posłużył się dla zilustrowania
swych przemyśleń uproszczeniami, czego efektem jest wprowadzenie czytelników
w błąd co do istoty okoliczności egzekucji zamachowca oraz nieumyślna,
jak wierzę, obraza uczuć rodzin ofiar zamachu.
Zacznijmy od
ustalenia, czy stracenie McVeigha rzeczywiście było "egzekucją publicznie
transmitowaną" i "kontrowersyjnym spektaklem". Prawdą jest, że minister
sprawiedliwości USA John Ashcroft zgodził się na transmisję - tyle że przekaz
z celi straceń więzienia w Terra Haute został zakodowany, a obraz był dostępny
wyłącznie dla 232-osobowej grupy bliskich 168 ofiar tragedii z 1995 roku.
Nie było więc w ogóle mowy o jakimkolwiek upublicznieniu egzekucji terrorysty,
choć McVeigh sam domagał się swego czasu, by jej świadkiem było - właśnie
poprzez telewizję - całe społeczeństwo.
Decyzja Ashcrofta
była moim zdaniem bezdyskusyjnie słuszna. Zastanawiam się czasem, czy gdybym
stracił z rąk mordercy kogoś bliskiego, chciałbym być świadkiem egzekucji
sprawcy jego śmierci. Zastanawiam się - i nie znajduję na to pytanie jednoznacznej
odpowiedzi. Nie ma w tym nic dziwnego - szalenie trudno uzmysłowić sobie
do końca, co naprawdę czuje i czego pragnie w takiej chwili człowiek, któremu
zbrodniarz odebrał kochaną osobę. Wiem natomiast na pewno, że gdybym nie
daj Bóg znalazł się w tak straszliwej sytuacji, to chciałbym mieć wybór,
a obowiązkiem państwa byłoby zapewnienie mi tego wyboru.
Minister Ashcroft
dał bliskim ofiar wybór i ci, którzy chcieli, mogli w zamkniętej sali w
Oklahoma City, tysiąc kilometrów od Terra Haute, oglądać na ekranie ostatnie
chwile życia McVeigha (jedynie kilkoro wylosowanych osób mogło przyglądać
się egzekucji na miejscu, w więzieniu).
Co wówczas czuli?
Czy widok umierającego mordercy był dla nich "znakomitym pocieszeniem"?
Dla wielu - zapewne tak. Natomiast dla niektórych oznaczał zamknięcie najboleśniejszego
pewnie rozdziału w ich życiu. Cokolwiek nimi kierowało - nie nam to oceniać,
nie mamy do tego żadnego - ale to żadnego - prawa.
Drugą sprawą
jest rzekoma "kontrowersyjność spektaklu" i wiążąca się z tym aspektem
odpowiedzialność mediów w relacjonowaniu tak spektakularnego wydarzenia.
Niezbywalnym i fundamentalnym prawem społeczeństwa jest prawo do informacji,
oczywiście z wyłączeniem wiadomości, których ujawnienie zagrażałoby bezpieczeństwu
państwa i jego obywateli. Takiego zagrożenia w rozpatrywanym przez nas
przypadku nie było. Informacje, które otrzymywaliśmy, nie naruszały również
niczyjej godności, choć duża ich część mogła być dla wielu widzów i czytelników
szokująca, a nawet okrutna.
Amerykańska agencja
Associated Press (przykład pierwszy z brzegu) poinformowała zatem, jak
wyglądał ostatni dzień życia McVeigha, na który składało się między innymi
spotkanie z dwoma obrońcami i wysłuchanie z ust naczelnika szczegółowej
instrukcji o procedurze egzekucji. Dowiedzieliśmy się też, że skazaniec
oglądał telewizję, w nocy spał z przerwami, a na ostatni posiłek zamówił
sobie bardzo dużą porcję lodów miętowych z kawałkami czekolady. Przed śmiercią
rozmawiał z księdzem, ale nie wiadomo, czy w ostatniej chwili wyraził żal
za grzechy. Wiemy za to, że miast ostatniego słowa, wydał swego rodzaju
oświadczenie, w którym, posługując się słowami XIX-wiecznego poety Williama
Ernesta Henleya, nazwał się panem swego losu i kapitanem swej duszy. Tuż
po egzekucji dziennikarz AP, naoczny świadek, opisał, jak umierał McVeigh,
któremu zaaplikowano po kolei trzy zastrzyki - usypiający, rozluźniający
mięśnie i zatrzymujący pracę serca.
Być może część
przekazanych społeczeństwu przez władze i media informacji przysłużyła
się zaspokojeniu najniższych instynktów gawiedzi "popierającej stosy",
a amerykański gmin byłby jeszcze bardziej ukontentowany, gdyby egzekucję
rzeczywiście transmitowano publicznie. Ale gmin byłby taką gratką ukontentowany
pod każdą szerokością geograficzną, bo taka jest gminu natura. I daję głowę,
że również w Polsce znaleźliby się ludzie, którzy - wbrew optymistycznej
ocenie Janusza Wojciechowskiego - chcieliby oglądać ów "stos".
Szczęśliwie i
władzom USA, i znakomitej większości reporterów udało się w tym dniu zachować
umiar i takt. Szczególną uwagę zwraca fakt, jak wiele miejsca poświęcono
w przekazach ofiarom zbrodni McVeigha oraz tym, którzy tuż przed jego straceniem
modlili się w śródmieściu Oklahoma City, czcząc minutą ciszy pamięć każdej
ze 168 osób zamordowanych przezeń przed sześciu laty. Dziennikarze uszanowali
również prywatność nieszczęsnego ojca terrorysty, który wyjechał w dniu
egzekucji w nieznanym kierunku, nie chcąc publicznie zmagać się ze swą
tragedią.
I na koniec:
czy to, że wielu zwolenników kary śmierci nie chciałoby, mając możliwość
bycia świadkiem egzekucji, oglądać aktów jej wykonywania, jest - jak sugeruje
Janusz Wojciechowski - popadaniem w niekonsekwencję? Czy rezygnacja z transmisji
to "niezrozumiała powściągliwość"? Czy "skryta likwidacja skazanego w więziennej
piwnicy, w ciasnej klitce, z hakiem na suficie i podobną do kibla zapadnią
w podłodze, to przecież zmarnowanie efektu prewencyjnego"? Nie sądzę. Egzekucji
bandyty dokonuje wszak - jak zauważa sam Wojciechowski - państwo. Można
kwestionować słuszność istnienia kary śmierci w kodeksie karnym, ale trudno
zaprzeczyć, iż to właśnie państwo - tu: amerykańskie - uczyniło wszystko,
by wykonanie wyroku było właśnie "konsekwencją".
Minister Ashcroft,
który podjął decyzję o zakodowaniu transmisji ze stracenia McVeigha, kierował
się przy tym "powściągliwością" jak najbardziej zrozumiałą: była zbrodnia
i była kara, nie było zaś igrzysk dla gminu. Być może właśnie gdyby nie
ta powściągliwość i Ashcroft, i cały naród upodobniliby się do "kapitana
swej duszy", który swą własną śmierć chciał uczynić spektaklem na miarę
swej zbrodni, czyniąc państwo swoim wspólnikiem.-
Za dziennikiem
Rzeczpospolita
z dn. 30.06. 01.07.2001 r.
Popieramy stosy,
ale już nie chcemy ich oglądać. I dziwimy się Amerykanom, że chcą
Nadmiar wrażliwości
JANUSZ WOJCIECHOWSKI
Terrorysty McVeigha
nikt nie żałował. Ten człowiek uczynił rzecz straszną, w jednej sekundzie
zabijając i raniąc setki ludzi. Jeśli protestowano przeciw jego straceniu,
to w imię generalnego sprzeciwu wobec kary śmierci, nie wobec tego konkretnego
przypadku.
Zwolennicy kary
śmierci przyjęli egzekucję z oczywistym zrozumieniem, jednak zdawali się
zniesmaczeni widowiskiem, jakie urządzono w więzieniu Terra Haute. Egzekucja
tak, transmisja nie! - takie głosy usłyszeć można było po kontrowersyjnym
spektaklu. Państwo ma prawo wymierzyć karę śmierci, ale nie powinno tego
robić w blasku świateł i przed obiektywami kamer - napisał na łamach "Życia"
Łukasz Warzecha.
A właściwie -
dlaczego nie w blasku świateł? Czy aby zwolennicy kary śmierci nie popadają
w niekonsekwencję? Czy przypadkiem nie opowiadają się za karą śmierci,
a nawet przeciw? Ich koronny argument na rzecz stryczka, krzesła elektrycznego
czy trucizny sprowadza się przecież do przekonania, że kara śmierci odstrasza
potencjalnych zbrodniarzy, odstręcza ich od targnięcia się na życie lub
zdrowie drugiego człowieka. W takim razie transmisja z egzekucji powinna
być mile widziana, jako spektakl wywołujący strach przestępców. Skryta
likwidacja skazanego w więziennej piwnicy, w ciasnej klitce, z hakiem w
suficie i podobną do kibla zapadnią w podłodze, to przecież zmarnowanie
efektu prewencyjnego. Nikt tego nie oglądał, poza katem, kilkoma strażnikami,
prokuratorem i księdzem. Żadnej kamery przy tym nie bywało. Co innego egzekucja
publicznie transmitowana. Każdy wtedy może zobaczyć, co go czeka w razie,
gdy zbroi coś ciężkiego. Uśpią go za to i wyprawią na tamten świat, jak
McVeigha. Jeśli się jeden, drugi czy dwudziesty napatrzy na egzekucję,
wtedy prewencyjno-wychowawcza funkcja kary śmierci osiągnie pełną moc.
Zwolennicy kary
śmierci powołują się często na uczucia pokrzywdzonych. Nie żałujcie bandyty,
tylko jego ofiar, niech wyrok będzie dla nich moralnym zadośćuczynieniem
- mówią. Publiczna egzekucja stanowi znakomite pocieszenie dla niektórych
pokrzywdzonych, świadczą o tym obrazki z USA. W Polsce, gdy jeszcze obowiązywała
kara śmierci, wieszało się skazanych cichaczem, zamieszczając potem w gazetach
trzylinijkowy komunikat. Jakiż to był niepotrzebny uszczerbek prewencji
oraz należnej pokrzywdzonym satysfakcji!
Tymczasem zwolennicy
kary śmierci nieoczekiwanie krzywią się i nie chcą widowiska. Owszem, trzeba
było przestępcę zabić, ale nie przed obiektywami kamer. Niezrozumiała powściągliwość.
Jeśli w rzeczy samej zabicie mordercy, w majestacie surowego prawa, nie
jest złe, to również obraz tego zabijania nie powinien budzić obrzydzenia
i sprzeciwu. Przecież zabijając bandytę państwo czyni rzecz dobrą i słuszną,
niech więc się tego nie wstydzi! Chyba... chyba, że jest jednak w wykonaniu
kary śmierci coś nieludzkiego, czego wrażliwe oczy oglądać nie powinny?
Owszem, jesteśmy zwolennikami kary śmierci, ale coś nas jednak porusza
w tym widoku egzekucji, coś niepokoi. Lepiej niech się to stanie gdzieś
ukradkiem, poza zasięgiem naszego postrzegania. Czego oczy nie widzą, tego
sercu nie żal.
Czyżbyśmy trochę
jednak żałowali skazańca? Może dostrzegliśmy w nim coś ludzkiego, nawet
jeśli zabił 168 osób? Jakoś nieswojo, że przed chwilą jeszcze żył, rozmawiał,
nawet uśmiechał się cynicznie, a teraz właśnie urzędnicy państwowi wypuszczają
z niego życie i przekształcają w nieboszczyka. Nie chcemy oglądać tej śmierci,
bo oglądając moglibyśmy stracić dla niej akceptację. Jesteśmy przecież
społeczeństwem cywilizowanym, ludźmi dwudziestego pierwszego wieku, a nie
gawiedzią sprzed stuleci, dla której egzekucje skazańców i palenie na stosie
czarownic były jedyną bodaj dostępną rozrywką. My, współcześni Polacy,
popieramy stosy, ale już nie chcemy ich oglądać. I dziwimy się Amerykanom,
że chcą.
W głębi duszy
boimy się śmiertelnego widowiska. Obawiamy się, że nam zaszkodzi. Spowoduje
wstrząs, utrudni spokojne zasypianie. Opowiadamy się za karą śmierci, ale
instynktownie czujemy w niej zło, w którym nie chcemy uczestniczyć.
Jedna z kamer
w celi straceń zepsuła się, co spowodowało opóźnienie egzekucji. Skazaniec
zyskał dzięki temu kilkanaście minut życia. Trzeba było usunąć awarię,
żeby niczego nie uronić z widowiska. Gdy McVeigh stał się martwy, kamery
wyłączono. A może nie należało wyłączać? Niechby przedstawienie trwało
i obejmowało dalsze etapy destrukcji skazanego?
Chętnych do oglądania
by nie brakło.
Autor jest prezesem
NIK.
Za dziennikiem
Rzeczpospolita
z dn. 30.06. 01.07.2001 r.
Proszę wybrać przejście:
strona utworzona 13.04.2001
r.
UPR Unia Polityki Realnej kara śmierci
partia konserwatyzm prawica bandytyzm,morderstwo, dożywocie, główna, szafot,
stryczek, recydywa,
death penalty Poland sprawiedliwość
wymiar sprawiedliwości sąd, jurysdykcja, prewencja, zbrodnia, mord