Egzekucja "publiczna" terrorysty, 168-krotnego mordercy Timothy'ego McVeigha

Aktualizacja 07.07.2001 r.
 

Serwis ZSRE czyli UE
Witryna uniosceptyków

Antysocjalistyczne Mazowsze

Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza

 

 

Dwugłos polemiczny w polskim dzienniku "Rzeczpospolita" nad egekucją terrorysty

 
Zwolennik KS: Powściągliwość jak najbardziej zrozumiała
Abolicjonista: Nadmiar wrażliwości



McVeigh już nie żyje

Lista ofiar mordercy Timothy'ego McVeighta
O 14.14 naszego czasu 33-letni Timothy McVeigh został stracony w więzieniu Terre Haute w stanie Indiana. Jego egzekucję obserwowało kilkaset osób - w większości członkowie rodzin ofiar oraz osoby, które przeżyły wybuch.

Uznany za jednego z najbardziej niebezpiecznych terrorystów w USA McVeigh zginął od zastrzyku trucizn - związków sodu, bromu i chlorku potasu. Egzekucję, dokonaną w specjalnym pawilonie więzienia, obserwowało bezpośrednio około 30 osób - pracowników wymiaru sprawiedliwości, dziennikarzy i 10 ludzi wskazanych przed samego McVeigha. Około 300 osób, w większości rodziny zabitych w Oklahoma City, oglądało egzekucję za pośrednictwem więziennej telewizji.
Przed egzekucją władze więzienia zadzwoniły do Departamentu Sprawiedliwości w Waszyngtonie, aby upewnić się, że egzekucja nie została odłożona. Ciało McVeigha zostanie spalone, a jego prawnicy, zgodnie z ostatnią wolą skazanego, rozsypią prochy w miejscu, którego nie ujawnią.

McVeigh sprawiał przed egzekucją wrażenie spokojnego i przygotowanego na śmierć. W ostatnich dniach życia rozmawiał z prawnikami, pracownikami więzienia i oglądał telewizję. Kilka dni temu zrezygnował z możliwości dalszego ubiegania się o apelację. Na ostatni posiłek zamówił, chrupki czekoladowe, lody i litr napoju z mięty.

W 1995 roku McVeigh podłożył bombę pod budynek federalny w Oklahoma City. 168 osób (w tym 19 dzieci) zginęło, a 500 innych zostało rannych.


Po wybuchu bomby mordercy
Kilkuset zwolenników kary śmierci i stracenia "wroga publicznego nr 1" demonstrowało w ciszy z transparentami "Pamiętajcie o ofiarach", "Nie powinieneś ani zabijać, ani żyć" lub z krótkim "168" przypominającym liczbę ofiar wybuchu.
Około 300 metrów dalej stanęła 120-osobowa grupa przeciwników egzekucji. "Przykro nam, Tim" - głosi jeden z ich plakatów.

Pomieszczenie egzekucyjne, w którym zginął McVeigh znajduje się w jednopiętrowym budynku w zachodniej części więzienia federalnego w miejscowości Terre Haute w stanie Indiana. Zostało wybudowane w 1995 roku, specjalnie po to, by wykonywać w nim wyroki śmierci wydane przez sądy federalne.

Obok centralnie położonego pomieszczenia z łożem śmierci składa się ono z trzech pokoi z lustrami weneckimi dla świadków (przedstawicieli rodzin ofiar, dziennikarzy i reprezentantów skazanego), celi dla skazanego, pomieszczenia dla strażników oraz specjalnego pomieszczenia, gdzie przygotowywana jest śmiertelna mieszanka.

Ostatnie godziny przed śmiercią Timothy McVeigh spędził w celi bezpośrednio sąsiadującej z pokojem egzekucji. Ściana pokoju, który wyposażony jest jedynie w łóżko, metalową toaletę i prysznic, ma również weneckie lustra. Dzięki temu pilnujący go strażnicy mieli cały czas podgląd, co robi skazany.

W liście do niedzielnego "The Buffalo News" (niedaleko Buffalo znajduje się rodzinna miejscowość terrorysty) McVeigh - weteran wojny w Zatoce Perskiej - stwierdził, że jest mu przykro z powodu śmierci 168 osób, które zginęły w wysadzonym przez niego budynku w Oklahoma City.
AP
P. Deb FerrelL Lynn obok "krzesła pamięci" jej kuzynki Susan Ferrell w Narodowym Pomniku Oklahoma City - po egzekucji mordercy McVeighta
Biskup Tadeusz Pieronek porównał publiczną egzekucję na Timothym McVeighu do starożytnych igrzysk oraz do obnażania się ludzi w telewizyjnym programie Big Brother. "Im bardziej krwawe igrzyska, tym lepszy spektakl" - powiedział.
Komentując zapowiedź poniedziałkowego publicznego wykonania w USA wyroku na Timothym McVeighu, bp Pieronek powiedział: "Czynienie z tego spektaklu jest dla mnie rzeczą obrzydliwą". Podkreślił, że patrząc na to, co dzieje się dzisiaj w publicznych środkach masowego przekazu, na to obnażanie się ludzi w Big Brother nie dziwi się temu. "To jest tendencja chorej cywilizacji, która po prostu nie szanuje godności człowieka" - dodał.

Biskup przypomniał, że Kościół dzisiaj bardzo wyraźnie opowiada się przeciwko karze śmierci. "Robienie z egzekucji publicznego spektaklu to jak starożytne igrzyska - "panem et circenses" (chleba i igrzysk)" - powiedział. "Kto jak kto, ale takie państwo jak Stany Zjednoczone ma wystarczające środki, by zapobiec działaniom przestępców, mogąc ich zupełnie dobrze odizolować. I to jest jedyne słuszne rozwiązanie" - uważa biskup Pieronek.

 

Zwiedzający Narodowy Pomnik Oklahoma City czytają pozostawione uwagi przez innych 

AP
Rodziny zamordowanych w budynku federalnym w Oklahoma City w dniu egzekucji mordercy na terenie Narodowego Pomnika Oklahoma City


Więzienie federalne w Terre Haute

Według kwietniowego sondażu CBOS 69 proc. Polaków jest za przywróceniem kary śmierci. 21 proc. jest temu przeciwnych, a 10 proc. nie miało zdania na ten temat.

Za serwisem portalu Onet.pl
 

USA: Timothy McVeigh stracony
2001-06-11 (14:30)

W poniedziałek o godzinie 7:14 rano czasu nowojorskiego w USA została wykonana pierwsza od blisko 40 lat egzekucja federalna. Od śmiercionośnego zastrzyku zmarł największy w dziejach Stanów Zjednoczonych terrorysta, 33-letni obecnie Timothy McVeigh. 

W niedzielę skazańca przewieziono do specjalnego budynku, gdzie miał zostać stracony. Według przedstawicieli więzienia, w czasie transportu białą furgonetką do miejsca egzekucji nie doszło do żadnych incydentów. 

Pomieszczenie egzekucyjne znajdowało się w jednopiętrowym budynku w zachodniej części więzienia federalnego w miejscowości Terre Haute w stanie Indiana. Zostało wybudowane w 1995 r., by tam wykonywać federalne kary śmierci. 
Obok centralnie położonego pomieszczenia z łożem śmierci, składa się ono z trzech pokoi z lustrami weneckimi dla świadków (przedstawicieli rodzin ofiar, dziennikarzy i reprezentantów skazanego), celi dla skazanego, pomieszczenia dla strażników oraz specjalnego pomieszczenia, gdzie przygotowano śmiertelną miksturę. 

Po raz pierwszy egzekucję za pośrednictwem telewizji kablowej oglądało ponad trzysta osób - rodzin i krewnych ofiar zabitych w Oklahoma City w 1995 r. 

Ostatnie godziny przed śmiercią Timothy McVeigh spędził w celi bezpośrednio sąsiadującej z pokojem egzekucji. Ściana pokoju, który składa się jedynie z łóżka, metalowej toalety i prysznica, miała również weneckie lustra.

W liście do niedzielnego The Buffalo News (niedaleko Buffalo znajduje się rodzinna miejscowość terrorysty) McVeigh - weteran wojny w Zatoce Perskiej - stwierdził, że jest mu przykro z powodu śmierci 168 osób. Nie wyraził jednak skruchy, ani żalu z tego powodu. (jask)/an

 (PAP)

Za serwisem portalu Wirtualna Polska

Egzekucja Timothy'ego McVeigha - sprawcy śmierci 168 osób w Oklahoma City 

Terrorysta został stracony

 ANNA ROGOZIŃSKA-WICKERS Z NOWEGO JORKU

Timothy McVeigh zmarł w więzieniu w Terre Haute w Indianie 14 minut po siódmej czasu lokalnego. Nie wyraził skruchy z powodu śmierci 168 osób, które zginęły w kwietniu 1995 roku po zdetonowaniu przez niego bomby przed budynkiem rządowym w Oklahoma City. Określany największym terrorystą w historii USA, McVeigh nie skorzystał również z prawa do ostatniego słowa przysługującego skazanym na karę śmierci.
Zamiast tego pozostawił pisemne oświadczenie, wiersz XIX-wiecznego brytyjskiego poety Williama Henleya, zawierający słowa: "Moja głowa jest pokryta krwią, ale nie pochylonaÉ Jestem panem mego losu, jestem kapitanem mojej duszy". 33-letni terrorysta, który był katolikiem, otrzymał ostatnie namaszczenie. Zgodnie z życzeniem McVeigha, jego ciało zostanie poddane kremacji. 

Według relacji świadków, którzy oglądali egzekucję przez szyby komory śmierci, McVeigh umarł, nie okazując strachu przed czekającą go śmiercią. Bez oporu pozwolił przymocować się do specjalnego stołu-noszy i podłączyć do kroplówki, poprzez którą wprowadzono do jego żył trzy trujące substancje. Pierwsza z nich spowodowała rozluźnienie mięśni, druga - paraliż dróg oddechowych, a trzecia - wstrzymanie pracy serca. Ostatni dzień życia McVeigh spędził, pisząc listy i spotykając się z prawnikami. Na ostatni posiłek zażyczył sobie prawie kilogramową porcję lodów miętowo-czekoladowych.

Oprócz trzydziestu osób obecnych na miejscu egzekucji śmierć McVeigha obejrzało - dzięki zamkniętej transmisji telewizyjnej - ponad dwieście osób w Oklahoma City. Wśród nich członkowie rodzin osób, które zginęły podczas wybuchu, i ci, którym udało się przeżyć. Był tam również obecny prokurator generalny John Ashcroft - przeciwny dalszemu odkładaniu wykonania wyroku po znalezieniu przez FBI dodatkowych dokumentów dotyczących wybuchu.

Sprawa McVeigha, który uważał swój czyn za akt zemsty na rządzie federalnym, wznowiła dyskusję o słuszności kary śmierci. Przełożenie egzekucji, która początkowo miała odbyć się 16 maja, spowodowało jednak, że w Terre Haute pojawiło się mniej demonstrantów, niż oczekiwano. Około 150 osób modliło się w milczeniu, niektóre przez całą noc, aby zaprotestować przeciwko karze śmierci. Znacznie mniej, bo około 20 osób, czuwało przed więzieniem federalnym z napisem: "Ten, który zabija, nie powinien żyć".

W krótkim oświadczeniu z Białego Domu prezydent George W. Bush stwierdził, że egzekucja "jest aktem nie zemsty, ale sprawiedliwości". Stwierdził również, że McVeigh "sam wybrał swój los przed sześcioma laty". 

Mówi się jednak dużo o tym, że amerykański prezydent, który w dniu egzekucji udaje się w podróż do pięciu krajów europejskich, w tym do Polski, może spotkać się z silną krytyką w związku z poparciem, jakiego udziela karze śmierci, oraz z rekordową liczbą egzekucji w Teksasie, którego gubernatorem był przez sześć lat.

Za dziennikiem „Rzeczpospolita”
 

USA: Timothy McVeigh gotowy na śmierć
2001-06-11 (06:45)

W poniedziałek o godz. 8.00 rano czasu nowojorskiego w USA ma zostać wykonana pierwsza od blisko 40 lat egzekucja federalna. Od śmiercionośnego zastrzyku ma umrzeć największy w dziejach Stanów Zjednoczonych terrorysta, 33-letni obecnie Timothy McVeigh. 

W niedzielę skazańca przewieziono do specjalnego budynku, gdzie ma zostać stracony. Według przedstawicieli więzienia, w czasie transportu białą furgonetką do miejsca egzekucji nie doszło do żadnych incydentów. 
Pomieszczenie egzekucyjne znajduje się w jednopiętrowym budynku w zachodniej części więzienia federalnego w miejscowości Terre Haute w stanie Indiana. Zostało wybudowane w 1995 r., by tam wykonywać federalne kary śmierci. 

Obok centralnie położonego pomieszczenia z łożem śmierci składa się ono z trzech pokoi z lustrami weneckimi dla świadków (przedstawicieli rodzin ofiar, dziennikarzy i reprezentantów skazanego), celi dla skazanego, pomieszczenia dla strażników oraz specjalnego pomieszczenia, gdzie przygotowywana jest śmiertelna mikstura. 

Po raz pierwszy egzekucję za pośrednictwem zamkniętej telewizji kablowej będzie oglądało ponad trzysta osób - rodzin i krewnych ofiar zabitych w Oklahoma City w 1995 r. 

Ostatnie godziny przed śmiercią Timothy McVeigh spędza w celi bezpośrednio sąsiadującej z pokojem egzekucji. Ściana pokoju, który składa się jedynie z łóżka, metalowej toalety i prysznica, ma również weneckie lustra.

W liście do niedzielnego The Buffalo News (niedaleko Buffalo znajduje się rodzinna miejscowość terrorysty) McVeigh - weteran wojny w Zatoce Perskiej - stwierdził, że jest mu przykro z powodu śmierci 168 osób. Nie wyraził jednak skruchy, ani żalu z tego powodu. (jask) 

 (PAP)

Za serwisem portalu Wirtualna Polska


McVeigh nie zwróci się o zawieszenie wyroku śmierci
2001-06-08 (05:40)

Timothy McVeigh, skazany na śmierć za zamach w Oklahoma City, w którym zginęło 168 osób, nie zwróci się o zawieszenie wykonania wyroku śmierci do Sądu Najwyższego USA. 

McVeigh podjął taką decyzję po tym, jak Apelacyjny Sąd Federalny odrzucił jego prośbę o odroczenie wykonania wyroku. Sąd Apelacyjny orzekł, że o zawieszeniu wykonania egzekucji może zdecydować jedynie Sąd Najwyższy. 

Wyrok na Timothym McVeighu ma zostać wykonany w poniedziałek.

(mag) 

(IAR)

Za serwisem portalu Wirtualna Polska


Hakerzy udostępnią transmisję egzekucji?

Jeśli nie uda się zastosować odpowiednich zabezpieczeń, pierwszą w historii transmisję z egzekucji, zobaczy cały świat - pisze CNN.
Relację z egzekucji terrorysty Timothy’ego McVeigha 16 maja, który w kwietniu 1995 r. wysadził w powietrze biurowiec w Oklahoma City, zabijając 168 osób, mają prawo obejrzeć tylko rodziny ofiar zamachu i ci, którzy z niego ocaleli. Ostateczną decyzję podjął w czwartek prokurator generalny USA John Ashcroft. Projekcja odbędzie się w ściśle strzeżonym pomieszczeniu. Jest jednak obawa, że przekaz może zostać przechwycony przez hakerów i zaprezentowany całemu światu. Ostrzega przed tym ekspert od zabezpieczeń komputerowych Mark Rasch, prawnik z firmy Predictive Systems.

Wszystko zależy od tego, jaki sposób przekazu obrazu zostanie wybrany i jak z kolei zabezpieczony. "Kiedy transmisja z egzekucji jest dokonywana przez Internet, nie ma sposobu, aby całkowicie ograniczyć grono jej odbiorców", mówi Rasch. Nie ma też absolutnej pewności, czy nie uda się przechwycić sygnału obrazu z satelity. Jeśli zostaną wykorzystane satelity rządowe, a sygnał odpowiednio zaszyfrowany, szanse na jego przejęcie są niewielkie. Ale jednak... Co więcej, jego przejecie może okazać się wtedy nie tylko możliwe, ale nawet legalne. "Jeśli hakerzy przejmą obraz przez komputer, wtedy będzie to przestępstwo komputerowe, ale gdy transmisja odbywa się przez satelitę i nie jest zaszyfrowana, to jej przejecie można traktować tak samo jak słuchanie radia", dodaje.

Najbezpieczniejsze wydaje się użycie jako nośnika kabla światłowodowego. Hakerzy muszą przejrzeć tysiące włókien, aby dostać się do sygnału. 

Za serwisem portalu Onet.pl



 

Polemiki

W tym, że zwolennicy kary śmierci nie chcą czynić z egzekucji spektaklu, nie ma niczego niekonsekwentnego

Powściągliwość jak najbardziej zrozumiała

JAN TRZCIŃSKI

Egzekucja tak, transmisja nie! - takie głosy usłyszeć można było po kontrowersyjnym spektaklu. (...) A właściwie dlaczego nie w blasku świateł? Czy aby zwolennicy kary śmierci nie popadają w niekonsekwencję? Czy przypadkiem nie opowiadają się za karą śmierci, a nawet przeciw? - napisał w "Rzeczpospolitej" ("Nadmiar wrażliwości", 19 czerwca) Janusz Wojciechowski, odnosząc się do okoliczności stracenia Timothy'ego McVeigha, mordercy z Oklahoma City.

Autor wyraża zaskoczenie, że "tymczasem zwolennicy kary śmierci nieoczekiwanie krzywią się i nie chcą widowiska", sarkastycznie zauważa, że "publiczna egzekucja stanowi znakomite pocieszenie dla niektórych pokrzywdzonych, świadczą o tym obrazki z USA" i konstatuje, iż "my, współcześni Polacy, popieramy stosy, ale już nie chcemy ich oglądać. I dziwimy się Amerykanom, że chcą". Po lekturze tekstu Janusza Wojciechowskiego mam wrażenie, że posłużył się dla zilustrowania swych przemyśleń uproszczeniami, czego efektem jest wprowadzenie czytelników w błąd co do istoty okoliczności egzekucji zamachowca oraz nieumyślna, jak wierzę, obraza uczuć rodzin ofiar zamachu.
Zacznijmy od ustalenia, czy stracenie McVeigha rzeczywiście było "egzekucją publicznie transmitowaną" i "kontrowersyjnym spektaklem". Prawdą jest, że minister sprawiedliwości USA John Ashcroft zgodził się na transmisję - tyle że przekaz z celi straceń więzienia w Terra Haute został zakodowany, a obraz był dostępny wyłącznie dla 232-osobowej grupy bliskich 168 ofiar tragedii z 1995 roku. Nie było więc w ogóle mowy o jakimkolwiek upublicznieniu egzekucji terrorysty, choć McVeigh sam domagał się swego czasu, by jej świadkiem było - właśnie poprzez telewizję - całe społeczeństwo.
Decyzja Ashcrofta była moim zdaniem bezdyskusyjnie słuszna. Zastanawiam się czasem, czy gdybym stracił z rąk mordercy kogoś bliskiego, chciałbym być świadkiem egzekucji sprawcy jego śmierci. Zastanawiam się - i nie znajduję na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Nie ma w tym nic dziwnego - szalenie trudno uzmysłowić sobie do końca, co naprawdę czuje i czego pragnie w takiej chwili człowiek, któremu zbrodniarz odebrał kochaną osobę. Wiem natomiast na pewno, że gdybym nie daj Bóg znalazł się w tak straszliwej sytuacji, to chciałbym mieć wybór, a obowiązkiem państwa byłoby zapewnienie mi tego wyboru. 
Minister Ashcroft dał bliskim ofiar wybór i ci, którzy chcieli, mogli w zamkniętej sali w Oklahoma City, tysiąc kilometrów od Terra Haute, oglądać na ekranie ostatnie chwile życia McVeigha (jedynie kilkoro wylosowanych osób mogło przyglądać się egzekucji na miejscu, w więzieniu).
Co wówczas czuli? Czy widok umierającego mordercy był dla nich "znakomitym pocieszeniem"? Dla wielu - zapewne tak. Natomiast dla niektórych oznaczał zamknięcie najboleśniejszego pewnie rozdziału w ich życiu. Cokolwiek nimi kierowało - nie nam to oceniać, nie mamy do tego żadnego - ale to żadnego - prawa.
Drugą sprawą jest rzekoma "kontrowersyjność spektaklu" i wiążąca się z tym aspektem odpowiedzialność mediów w relacjonowaniu tak spektakularnego wydarzenia. Niezbywalnym i fundamentalnym prawem społeczeństwa jest prawo do informacji, oczywiście z wyłączeniem wiadomości, których ujawnienie zagrażałoby bezpieczeństwu państwa i jego obywateli. Takiego zagrożenia w rozpatrywanym przez nas przypadku nie było. Informacje, które otrzymywaliśmy, nie naruszały również niczyjej godności, choć duża ich część mogła być dla wielu widzów i czytelników szokująca, a nawet okrutna.
Amerykańska agencja Associated Press (przykład pierwszy z brzegu) poinformowała zatem, jak wyglądał ostatni dzień życia McVeigha, na który składało się między innymi spotkanie z dwoma obrońcami i wysłuchanie z ust naczelnika szczegółowej instrukcji o procedurze egzekucji. Dowiedzieliśmy się też, że skazaniec oglądał telewizję, w nocy spał z przerwami, a na ostatni posiłek zamówił sobie bardzo dużą porcję lodów miętowych z kawałkami czekolady. Przed śmiercią rozmawiał z księdzem, ale nie wiadomo, czy w ostatniej chwili wyraził żal za grzechy. Wiemy za to, że miast ostatniego słowa, wydał swego rodzaju oświadczenie, w którym, posługując się słowami XIX-wiecznego poety Williama Ernesta Henleya, nazwał się panem swego losu i kapitanem swej duszy. Tuż po egzekucji dziennikarz AP, naoczny świadek, opisał, jak umierał McVeigh, któremu zaaplikowano po kolei trzy zastrzyki - usypiający, rozluźniający mięśnie i zatrzymujący pracę serca.
Być może część przekazanych społeczeństwu przez władze i media informacji przysłużyła się zaspokojeniu najniższych instynktów gawiedzi "popierającej stosy", a amerykański gmin byłby jeszcze bardziej ukontentowany, gdyby egzekucję rzeczywiście transmitowano publicznie. Ale gmin byłby taką gratką ukontentowany pod każdą szerokością geograficzną, bo taka jest gminu natura. I daję głowę, że również w Polsce znaleźliby się ludzie, którzy - wbrew optymistycznej ocenie Janusza Wojciechowskiego - chcieliby oglądać ów "stos".
Szczęśliwie i władzom USA, i znakomitej większości reporterów udało się w tym dniu zachować umiar i takt. Szczególną uwagę zwraca fakt, jak wiele miejsca poświęcono w przekazach ofiarom zbrodni McVeigha oraz tym, którzy tuż przed jego straceniem modlili się w śródmieściu Oklahoma City, czcząc minutą ciszy pamięć każdej ze 168 osób zamordowanych przezeń przed sześciu laty. Dziennikarze uszanowali również prywatność nieszczęsnego ojca terrorysty, który wyjechał w dniu egzekucji w nieznanym kierunku, nie chcąc publicznie zmagać się ze swą tragedią.
I na koniec: czy to, że wielu zwolenników kary śmierci nie chciałoby, mając możliwość bycia świadkiem egzekucji, oglądać aktów jej wykonywania, jest - jak sugeruje Janusz Wojciechowski - popadaniem w niekonsekwencję? Czy rezygnacja z transmisji to "niezrozumiała powściągliwość"? Czy "skryta likwidacja skazanego w więziennej piwnicy, w ciasnej klitce, z hakiem na suficie i podobną do kibla zapadnią w podłodze, to przecież zmarnowanie efektu prewencyjnego"? Nie sądzę. Egzekucji bandyty dokonuje wszak - jak zauważa sam Wojciechowski - państwo. Można kwestionować słuszność istnienia kary śmierci w kodeksie karnym, ale trudno zaprzeczyć, iż to właśnie państwo - tu: amerykańskie - uczyniło wszystko, by wykonanie wyroku było właśnie "konsekwencją".
Minister Ashcroft, który podjął decyzję o zakodowaniu transmisji ze stracenia McVeigha, kierował się przy tym "powściągliwością" jak najbardziej zrozumiałą: była zbrodnia i była kara, nie było zaś igrzysk dla gminu. Być może właśnie gdyby nie ta powściągliwość i Ashcroft, i cały naród upodobniliby się do "kapitana swej duszy", który swą własną śmierć chciał uczynić spektaklem na miarę swej zbrodni, czyniąc państwo swoim wspólnikiem.-

Za dziennikiem „Rzeczpospolita” z dn. 30.06. – 01.07.2001 r.


Popieramy stosy, ale już nie chcemy ich oglądać. I dziwimy się Amerykanom, że chcą

Nadmiar wrażliwości

JANUSZ WOJCIECHOWSKI

Terrorysty McVeigha nikt nie żałował. Ten człowiek uczynił rzecz straszną, w jednej sekundzie zabijając i raniąc setki ludzi. Jeśli protestowano przeciw jego straceniu, to w imię generalnego sprzeciwu wobec kary śmierci, nie wobec tego konkretnego przypadku. 

Zwolennicy kary śmierci przyjęli egzekucję z oczywistym zrozumieniem, jednak zdawali się zniesmaczeni widowiskiem, jakie urządzono w więzieniu Terra Haute. Egzekucja tak, transmisja nie! - takie głosy usłyszeć można było po kontrowersyjnym spektaklu. Państwo ma prawo wymierzyć karę śmierci, ale nie powinno tego robić w blasku świateł i przed obiektywami kamer - napisał na łamach "Życia" Łukasz Warzecha.
A właściwie - dlaczego nie w blasku świateł? Czy aby zwolennicy kary śmierci nie popadają w niekonsekwencję? Czy przypadkiem nie opowiadają się za karą śmierci, a nawet przeciw? Ich koronny argument na rzecz stryczka, krzesła elektrycznego czy trucizny sprowadza się przecież do przekonania, że kara śmierci odstrasza potencjalnych zbrodniarzy, odstręcza ich od targnięcia się na życie lub zdrowie drugiego człowieka. W takim razie transmisja z egzekucji powinna być mile widziana, jako spektakl wywołujący strach przestępców. Skryta likwidacja skazanego w więziennej piwnicy, w ciasnej klitce, z hakiem w suficie i podobną do kibla zapadnią w podłodze, to przecież zmarnowanie efektu prewencyjnego. Nikt tego nie oglądał, poza katem, kilkoma strażnikami, prokuratorem i księdzem. Żadnej kamery przy tym nie bywało. Co innego egzekucja publicznie transmitowana. Każdy wtedy może zobaczyć, co go czeka w razie, gdy zbroi coś ciężkiego. Uśpią go za to i wyprawią na tamten świat, jak McVeigha. Jeśli się jeden, drugi czy dwudziesty napatrzy na egzekucję, wtedy prewencyjno-wychowawcza funkcja kary śmierci osiągnie pełną moc.
Zwolennicy kary śmierci powołują się często na uczucia pokrzywdzonych. Nie żałujcie bandyty, tylko jego ofiar, niech wyrok będzie dla nich moralnym zadośćuczynieniem - mówią. Publiczna egzekucja stanowi znakomite pocieszenie dla niektórych pokrzywdzonych, świadczą o tym obrazki z USA. W Polsce, gdy jeszcze obowiązywała kara śmierci, wieszało się skazanych cichaczem, zamieszczając potem w gazetach trzylinijkowy komunikat. Jakiż to był niepotrzebny uszczerbek prewencji oraz należnej pokrzywdzonym satysfakcji!
Tymczasem zwolennicy kary śmierci nieoczekiwanie krzywią się i nie chcą widowiska. Owszem, trzeba było przestępcę zabić, ale nie przed obiektywami kamer. Niezrozumiała powściągliwość. Jeśli w rzeczy samej zabicie mordercy, w majestacie surowego prawa, nie jest złe, to również obraz tego zabijania nie powinien budzić obrzydzenia i sprzeciwu. Przecież zabijając bandytę państwo czyni rzecz dobrą i słuszną, niech więc się tego nie wstydzi! Chyba... chyba, że jest jednak w wykonaniu kary śmierci coś nieludzkiego, czego wrażliwe oczy oglądać nie powinny? Owszem, jesteśmy zwolennikami kary śmierci, ale coś nas jednak porusza w tym widoku egzekucji, coś niepokoi. Lepiej niech się to stanie gdzieś ukradkiem, poza zasięgiem naszego postrzegania. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
Czyżbyśmy trochę jednak żałowali skazańca? Może dostrzegliśmy w nim coś ludzkiego, nawet jeśli zabił 168 osób? Jakoś nieswojo, że przed chwilą jeszcze żył, rozmawiał, nawet uśmiechał się cynicznie, a teraz właśnie urzędnicy państwowi wypuszczają z niego życie i przekształcają w nieboszczyka. Nie chcemy oglądać tej śmierci, bo oglądając moglibyśmy stracić dla niej akceptację. Jesteśmy przecież społeczeństwem cywilizowanym, ludźmi dwudziestego pierwszego wieku, a nie gawiedzią sprzed stuleci, dla której egzekucje skazańców i palenie na stosie czarownic były jedyną bodaj dostępną rozrywką. My, współcześni Polacy, popieramy stosy, ale już nie chcemy ich oglądać. I dziwimy się Amerykanom, że chcą.
W głębi duszy boimy się śmiertelnego widowiska. Obawiamy się, że nam zaszkodzi. Spowoduje wstrząs, utrudni spokojne zasypianie. Opowiadamy się za karą śmierci, ale instynktownie czujemy w niej zło, w którym nie chcemy uczestniczyć.
Jedna z kamer w celi straceń zepsuła się, co spowodowało opóźnienie egzekucji. Skazaniec zyskał dzięki temu kilkanaście minut życia. Trzeba było usunąć awarię, żeby niczego nie uronić z widowiska. Gdy McVeigh stał się martwy, kamery wyłączono. A może nie należało wyłączać? Niechby przedstawienie trwało i obejmowało dalsze etapy destrukcji skazanego?

Chętnych do oglądania by nie brakło. 

Autor jest prezesem NIK.

Za dziennikiem „Rzeczpospolita” z dn. 30.06. – 01.07.2001 r.

Proszę wybrać przejście:

strona utworzona 13.04.2001 r.

UPR Unia Polityki Realnej kara śmierci partia konserwatyzm prawica bandytyzm,morderstwo, dożywocie, główna, szafot, stryczek, recydywa,
death penalty Poland sprawiedliwość wymiar sprawiedliwości sąd, jurysdykcja, prewencja, zbrodnia, mord