|
|
|
|
Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza |
Aktualizacja 19.03.2005 r. Sąd: nie ma dowodów, że kobieta chciała zabić Łagodniejszy wyrok dla dzieciobójczyni 25 lat spędzi w więzieniu Jadwiga N., matka dzieci zamordowanych i ukrytych w beczkach w łódzkiej kamienicy. Sąd utrzymał natomiast karę dożywocia dla jej męża. Sąd Apelacyjny w Łodzi złagodził karę wobec 33-letniej Jadwigi N., gdyż uznał, że nie była ona współsprawcą zabójstwa, tylko narzędziem w rękach męża. Wyrok jest prawomocny. - To ojciec był złym duchem. On pierwszy stosował przemoc fizyczną wobec dzieci, zachowywał się brutalnie - uzasadniał wyrok sędzia Marian Baliński. - Nie ma dowodów, że matka chciała zabić. Są dowody, że się godziła. Ale chcieć a godzić się to jest różnica. Jeśli nie chcesz, a tylko się godzisz, to masz prawo mieć karę mniejszą - mówił sędzia. Dodał też, że kobieta była do wielu działań zmuszana przez męża tyrana. - Zabronił jej poruszać się w dzień, żeby nikt nie dostrzegł, że jest w ciąży. Dla wymuszenia posłuchu polał ją benzyną, próbował podpalić, podduszał. Dziecku do brzuszka i szyi przystawiał widelec. Ani obrońca, ani prokurator nie podjęli jeszcze decyzji, czy odwołają się do Sądu Najwyższego. Makabryczna zbrodnia wyszła na jaw w kwietniu 2003 roku. W szafie mieszkania kamienicy w centrum Łodzi policjanci znaleźli w plastikowych beczkach gnijące, zmumifikowane zwłoki czworga dzieci: dwóch noworodków i dwóch pięcioletnich bliźniaków, zamordowanych cztery lata wcześniej. Małżonkom zarzucano też, że usiłowali zabić najstarszą, kilkunastoletnią córkę Monikę. TOR Za: "Rzeczpospolita" z dn. 15.03.2005 r. Za zabicie dzieci Na karę dożywocia i 25 lat więzienia skazał Sąd Apelacyjny w Łodzi Krzysztofa i Jadwigę N. za zabójstwo swoich dzieci. Tym samym złagodzono karę dla matki dzieci, którą sąd pierwszej instancji skazał na dożywocie. Uzasadniając wyrok, sędzia Marian Baliński stwierdził, iż nie ma dowodów na to, że Jadwiga N. działała "jako współsprawca w rozumieniu kodeksu karnego". Sąd uznał, iż było to "pomocnictwo przez zaniechanie, a za pomocnictwo odpowiada ten, kto swoim zaniechaniem ułatwia drugiej osobie popełnienie przestępstwa". Zwłoki czwórki dzieci znaleziono pod koniec kwietnia 2003 r. w beczkach ukrytych w szafie w mieszkaniu w centrum Łodzi. 31-letniego Krzysztofa i o rok starszą Jadwigę N. oskarżono o zabójstwo pięcioletnich chłopców-bliźniaków (zamordowanych w 1999 r.) oraz dwojga noworodków. Małżonkom zarzucono też usiłowanie zabójstwa najstarszej córki Moniki. W czerwcu ubiegłego roku Sąd Okręgowy uznał ich winnymi dwóch zabójstw i jednego usiłowania zabójstwa. Uniewinnił natomiast małżeństwo od zarzutu zabójstwa jednego z noworodków oraz zmienił kwalifikację prawną czynu dotyczącego śmierci pierwszego z bliźniaków z zabójstwa na nieudzielenie pomocy choremu dziecku. Apelację od wyroku wnieśli zarówno prokuratura, jak i obrońcy małżeństwa N. - Materiał dowodowy sprawy pozwalał stwierdzić, że wiodącą rolę w tym dramacie sprawował mąż i ojciec. To on był złym duchem całego zła, które w tej rodzinie się wydarzyło. To on pierwszy stosował przemoc fizyczną wobec dzieci i wobec żony - powiedział dziś sędzia. Przypomniał, że wobec Krzysztofa N. prowadzone już było postępowanie o znęcanie się. To on był "motorem" wszystkich działań, a jedna zbrodnia pociągała za sobą pozostałe. Zdaniem sądu, nie ma dowodu, który pozwalałby przyjąć, że kobieta działała z "zamiarem bezpośrednim, że chciała". Są natomiast dowody na to, że godziła się na te działania. - Jeśli nie chcesz, a godzisz się, to masz prawo mieć karę mniejszą - podkreślił sędzia. Dzisiejszy wyrok Sądu Apelacyjnego jest prawomocny. Krzysztof N. będzie mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 35 latach więzienia. Nie wiadomo jeszcze, czy obrońcy i prokurator wniosą o kasację wyroku. W trakcie ubiegłorocznego procesu sąd I instancji zapoznał się m.in. z nagranymi na kasecie wideo zeznaniami córki oskarżonych - Moniki. Biegli psychologowie, którzy opiekowali się dziewczynką, potwierdzili, że jej zeznania są wiarygodne. Obecnie dziewczynka przebywa w rodzinie adopcyjnej we Włoszech. Za INTERIA.PL z dn. 14.03.2005 r. Prawomocny wyrok dla dzieciobójców Łódzki Sąd Apelacyjny utrzymał wczoraj karę dożywotniego więzienia dla Krzysztofa N., który zamordował swoje dzieci, a ich ciała ukrył w beczkach. Jego żonie Jadwidze taką samą karę obniżył do 25 lat. W kwietniu 2003 r. w ich mieszkaniu znaleziono ukryte w szafie plastikowe beczki, a w nich ciała pięcioletnich bliźniaków i dwójki noworodków. W czerwcu Sąd Okręgowy wymierzył obojgu rodzicom kary dożywotniego więzienia. Uznał ich za winnych dwóch zabójstw i próby uśmiercenia córki Moniki, a uwolnił od zarzutu zabójstwa jednego z noworodków. Sąd Apelacyjny obniżył karę dla Jadwigi N., bo uznał, że była jedynie pomocnikiem, a nie współsprawczynią zbrodni. Oskarżeni nie byli w sądzie podczas ogłoszenia wyroku. On będzie mógł się starać o warunkowe zwolnienie po 35, a ona po 15 latach. Zabili dzieci, teraz apelują Proces odwoławczy małżeństwa N., skazanych na karę dożywotniego więzienia za zabójstwo dwójki swoich dzieci i usiłowanie zabójstwa trzeciego, rozpoczął się dzisiaj przed Sądem Apelacyjnym w Łodzi. Zwłoki dzieci znaleziono pod koniec kwietnia 2003 r. w beczkach ukrytych w szafie w mieszkaniu w centrum Łodzi. W czerwcu ubiegłego roku Sąd Okręgowy uznał Jadwigę i Krzysztofa N. winnymi dwóch zabójstw i jednego usiłowania zabójstwa. Uniewinnił małżeństwo od zarzutu zabójstwa jednego z noworodków oraz zmienił kwalifikację prawną czynu dotyczącego śmierci pierwszego z bliźniaków z zabójstwa na nieudzielenie pomocy choremu dziecku. Za INTERIA.PL z dn. 10.03.2005 r. Dożywocie za zabójstwo własnych dzieci Nie potrafili kochać Na dożywotnie więzienie skazał w poniedziałek Sąd Okręgowy w Łodzi Jadwigę i Krzysztofa N. za zamordowanie swoich dzieci, których zwłoki trzymali w beczkach. O warunkowe zwolnienie przed upływem terminu kary Krzysztof N. będzie się mógł starać dopiero po 35 latach. Sąd skazał rodziców za zabójstwa dwojga - z czwórki nieżyjących - dzieci i za usiłowanie zabójstwa 11-letniej wówczas córki Moniki. - Nie były to zabójstwa z biedy. Psychiatrzy stwierdzili, że jesteście pozbawieni osobowości wyższych. Mówiąc wprost: nie potraficie kochać - stwierdził sędzia Marek Chmiela. Zbrodnia wyszła na jaw w kwietniu 2003 roku. Do mieszkania w kamienicy przy ulicy Radwańskiej w centrum Łodzi zapukali policjanci. W szafie znaleźli plastikowe beczki. Po uchyleniu pokrywy uderzył ich silny fetor. Zobaczyli gnijące, zmumifikowane zwłoki czworga dzieci: dwóch noworodków i pięcioletnich bliźniaków, zamordowanych cztery lata wcześniej. Do błędów, które doprowadziły do tak późnego ujawnienia tragedii, przyznała się policja. Opieszale wykonywali swoje czynności także sędzia i kurator rodzinna. Bierność instytucji podnosił w procesie obrońca Krzysztofa N., mec. Piotr Kuć. - Co robili kurator sądowy, MOPS, ZUS, policja - pytał i odpowiadał: - Nic. Każdy spełniał swoją rolę: pisali pisma, notatki, ale gdyby wykazali większą staranność, być może do tragedii by nie doszło. Obrońca Jadwigi N., Sławomir Szatkiewicz także podnosił ten argument: - Kilkadziesiąt osób mieszkających w tym samym domu nie zainteresowało się losem dzieci - mówił, a sąsiedzi świadkowie to potwierdzali: "Właściwie nikt z nas nic nie wiedział o tej rodzinie". "Izolowali się od sąsiadów. Wychodzili w nocy". "Ile mieli dzieci, dowiedziałam się z prasy". W procesie rodzice nie przyznawali się do winy. 31-letnia Jadwiga N., z zawodu włókiennik, próbowała się kreować na ofiarę męża. Za wszystko go obarczała. 30-letni Krzysztof N. (nie skończył podstawówki, hydraulik) najpierw przyznał, że zabijał, ale na procesie to odwołał. O śmierci syna mówił: - Kamila bolał brzuch, spał z nami w łóżku, a jak się obudziliśmy, już nie żył. Potem postanowił z żoną, że popełnią samobójstwo. Zaaplikowali wszystkim relanium. 5-letni Adaś się nie obudził, Monika przeżyła. Najbardziej wstrząsające były w procesie zeznania Moniki. - Czy twoim braciom było w domu dobrze, czy ktoś ich bił? - Byli bici przez tatę. Nieraz bił pasem, nieraz ręką. - Gdzie tata bił? - Wszędzie. Krzysztof N. zapewniał, że jego rodzina "była normalna". Błażej Torański Za: "Rzczpospolita" z dn. 22.06.2004 Dzieciobójcy skazani Sąd: Nie zasługują na miano matki i ojca Na dożywotnie więzienie skazał sąd małżeństwo Jadwigę i Krzysztofa N. oskarżonych o zabójstwo czwórki swoich dzieci. Ujawnienie zwłok ukrytych w beczkach zszokowało opinię publiczną. Sąd w Łodzi uznał 31-letnią Jadwigę i rok młodszego Krzysztofa N. winnymi dwóch zabójstw i usiłowania kolejnego zabójstwa. Zmienił również kwalifikację prawną czynu dotyczącego śmierci jednego z dzieci z zabójstwa na nieudzielenie pomocy choremu dziecku. Z ustaleń sądu wynika, że w 1999 r. małżonkowie nie udzielili pomocy chorującemu pięciolatkowi Kamilowi, jednemu z bliźniaków. Ciało chłopca włożyli do beczki w szafie. Później otruli drugiego z bliźniaków - Adama, podając mu tabletki relanium. Próbowali również otruć najstarszą córkę, siedmioletnią wówczas Monikę. Przeżyła, bo podano jej za małą dawkę relanium. Rok później rodzice udusili noworodka, dziewczynkę. Krzysztof N. zatkał jej drogi oddechowe kawałkami waty, a zwłoki schowano do kolejnej beczki. Sąd uniewinnił natomiast rodziców od zarzutu zabójstwa w 2001 roku kolejnego noworodka, chłopca, bo nie było dostatecznych dowodów, że dziecko urodziło się żywe. Według sądu, dożywocie to jedyna sprawiedliwa kara, biorąc pod uwagę ogrom zbrodni. "Nie potraficie kochać i daliście temu wyraz, dokonując tych zbrodni. Nie zasługujecie na miano matki i ojca. Jesteście zbrodniarzami własnych dzieci" - argumentował po ogłoszeniu wyroku sędzia Marek Chmiela. PLES, PAP Za: "Życie Warszawy" z dn. 22.06.2004 r. Zasłużyli na taką karę Dożywocie za dzieciobójstwo Jadwiga (31 l.) i Krzysztof N. (30 l.), dzieciobójcy z Łodzi, którzy przechowywali ciała dzieci w plastikowych beczkach, spędzą resztę życia w więzieniu. Wczoraj zapadł wyrok. Łódź Krzysztof N. ma zaostrzoną karę: może ubiegać się o warunkowe zwolnienie po 35 latach odsiadki. - To jest sprawiedliwa kara - podkreślił sędzia Marek Chmiela uzasadniając wyrok. W niebie nie będą - To rodzice dzieciom zgotowali ten okrutny los - mówił sędzia. - Nie tylko jako sędzia, ale jako człowiek i jako ojciec nie jestem w stanie zrozumieć, jak ojciec i matka mogą żyć pod jednym dachem ze zwłokami własnych dzieci w beczkach! Tragedia w rodzinie N. rozpoczęła się w 1997 r. Krzysztof N. został skazany za znęcanie się nad synem, 3-letnim Kamilem. Chłopiec chorował na nerki. Feralnej nocy, było to w połowie 1999 r., skarżył się na bóle brzuszka. N. dali mu tabletkę przeciwbólową i czekoladę. Rano chłopiec nie żył. Krzysztof N. bał się, że zostanie oskarżony o śmierć Kamila. Wymyślił, że schowa zwłoki do beczki, a on, żona, brat Kamila - Adaś i Monika, najstarsza córka, popełnią samobójstwo. Kupili nasenny lek i kazali dzieciom połknąć. Monika (12 l.) przeżyła, bo nie chciała wziąć relanium. - Matka tłumaczyła jej, że wszyscy spotkają się w niebie. Muszę uzmysłowić oskarżonym, że to miejsce jest dla nich zamknięte - mówił sędzia. Po zażyciu relanium nie przebudził się Adaś. Ojciec pochował go w beczce. Rok późnej urodziła się Karolina. Żyła kilka dni, potem Krzysztof N. udusił ją i schował do beczki. W następnym roku do plastikowego "grobu" trafił maleńki Maciej. Bez emocji Podczas ogłaszania wyroku Krzysztof N. chował głowę pod ławkę. Jadwiga N. siedziała bez ruchu, na jej twarzy pojawił się rumieniec. Prosiła sąd o najlżejszą karę. Chciała z siebie zrobić ofiarę męża. Sąd uznał, że to linia obrony. - Oskarżony był osobą dominującą, ale Jadwiga N. nic nie zrobiła, by chronić dzieci - mówił sędzia. Monika jest w rodzinie zastępczej. Jej siostra, którą Jadwiga N. urodziła za kratami, też ma nową rodzinę. - Oskarżony miał nadzieję, że żona wyjdzie z więzienia wcześniej i zaopiekuje się Moniką. Jak taka osoba może się kimś opiekować? - pytał sąd. - Ona nie zasługuje na miano matki, a oskarżony na miano ojca. Zasługujecie na miano: zbrodniarzy - oświadczył oskarżonym sędzia Marek Chmiela. Ten wyrok robi wrażenie Porucznik Dorota Wątła-Bechaj, psycholog, od 8 lat w więziennictwie: - Wyrok dożywotniego więzienia, najcięższy w naszym kodeksie, robi wrażenie na skazanych. Zawsze liczą na złagodzenie tego wyroku w postępowaniu odwoławczym. Jednak po uprawomocnieniu się wyroku wchodzą w fazę buntu, niegodzenia się na taką karę. Z czasem następuje faza przystosowania, aż wreszcie przygotowywanie się do wolności. O warunkowe zwolnienie można ubiegać się po 25 latach odsiadki, chyba że sąd, tak jak w tym przypadku, postanowi inaczej. Stosunek współwięźniów do skazanych za dzieciobójstwo jest jednoznaczny: nie tolerują ich. Dlatego służby więzienne muszą zadbać o zapewnienie im bezpieczeństwa. Niekoniecznie muszą mieć cele jednoosobowe, wystarczy tak dobrać współwięźniów, żeby sobie nie zagrażali. Wyrok dożywocia odsiaduje w Polsce 160 osób, w tym 5 kobiet. Dla kobiet jest to kara bardziej dolegliwa, ze względu m.in. na ich psychikę, narastające poczucie winy, rodziny pozostawione na wolności. autor: Monika Marczyńska Za: "Super Express" z dn. 22.06.2004 r. Dożywocie dla dzieciobójców Wtorek, 22 czerwca 2004r. Na kary dożywotniego więzienia skazał wczoraj Sąd Okręgowy w Łodzi dzieciobójców z ul. Radwańskiej, 30-letniego Krzysztofa N. i starszą o rok żonę Jadwigę. - Żadne z was nie zasłużyło na miano rodzica, jesteście zbrodniarzami własnych dzieci - podkreślił w uzasadnieniu sędzia Marek Chmiela. W wyroku znalazł się zapis, że oskarżony, który w tym małżeństwie odgrywał dominującą rolę, będzie się mógł ubiegać o wcześniejsze wyjście na wolność dopiero po 35 latach. Oboje wysłuchali wyroku ze spuszczonymi głowami. Horror w tej rodzinie zaczął się w 1997 roku, kiedy Krzysztof N. za znęcanie się nad jednym z bliźniaków skazany został na 2 lata więzienia z warunkowym zawieszeniem. Kiedy dwa lata później 5-letni, ciężko chory chłopczyk, poczuł się źle, rodzice nie wezwali lekarza. Kamil zmarł. Krzysztof N., w obawie przed odwieszeniem kary, umieścił zwłoki w beczce. Od tej pory plastikowe, niebieskie pojemniki stały się trumnami dla następnych dzieci - drugiego bliźniaka, Adama, któremu podano tabletki relanium i dwójki noworodków - Karoliny, urodzonej w 2000 r. i Maćka, który przyszedł na świat rok później. Na początku beczki stały na balkonie, potem w komórce, a kiedy w piwnicy zaczęli buszować złodzieje, ukryli je w szafie, w mieszkaniu. Z tej masakry ocalała tylko najstarsza ich córka 12-letnia dzisiaj Monika, której też zaaplikowano kupione na rynku środki psychotropowe. Od tej pory dziewczynka żyła w zupełnej izolacji. Nie chodziła do szkoły, nie bawiła się z rówieśnikami. Jej zeznania były wstrząsające. Była jedynym świadkiem okrutnego losu rodzeństwa i jej samej.Wyrok nie jest prawomocny. ----- Małżonkowie N. oskarżeni byli o zabójstwo czworga dzieci i próbę pozbawienia życia Moniki. Sąd zmienił kwalifikację prawną z zabójstwa na nieudzielenie pomocy choremu dziecku i za to skazał ich na kary po 3 lata więzienia (chodziło o Kamila). Z braku dostatecznych dowodów (rozkład zwłok nie pozwolił na ustalenie przyczyny śmierci) uniewinnił oskarżonych od zarzutu zabójstwa noworodka, Maćka. Za pozostałe zbrodnie - zabójstwo Adama i Karoliny, zasługujące, w ocenie sądu, na szczególne potępienie wymierzono im kary dożywotniego więzienia, a za usiłowanie pozbawienia życia Moniki - 25 lat. Łączna kara - dożywocie. (st) - Express Ilustrowany Za: "Express Ilustrowany" z dn. 22.06.2004 r. Makabryczne zabójstwo dzieci: Wyrok sądu Na karę łączną dożywotniego pozbawienia wolności skazał w poniedziałek Sąd Okręgowy w Łodzi małżeństwo Jadwigę i Krzysztofa N., oskarżonych o zabójstwo czworga swych dzieci i usiłowanie zabójstwa piątego. Sąd uznał ich za winnych dwóch zabójstw i jedno usiłowanie zabójstwa. Uniewinnił ich od zarzutu zabójstwa jednego z noworodków. Zmienił też kwalifikację prawną czynu dotyczącego śmierci pierwszego z bliźniaków z zabójstwa na nieudzielenie pomocy choremu dziecku. Biorąc pod uwagę dominującą rolę w dokonywaniu zbrodni Krzysztofa N., sąd zdecydował, że będzie on mógł ubiegać się o warunkowe przedterminowe zwolnienie dopiero po 35 latach więzienia. Uznał, że kobieta współdziałała ze swoim mężem, a oboje traktowali swoje dzieci jak przedmioty i zbędny bagaż. Zdaniem sądu, dożywocie to jedyna sprawiedliwa kara, biorąc pod uwagę ogrom zbrodni, a szczególnie przerażające jest to, że rodzice zgotowali swoim dzieciom tak okrutny los. "Nie potraficie kochać i daliście temu wyraz, dokonując tych zbrodni. Nie zasługujecie na miano matki i ojca. Jesteście zbrodniarzami własnych dzieci" - mówił po ogłoszeniu wyroku do oskarżonych sędzia Marek Chmiela. Oboje oskarżeni przyjęli wyrok, nie okazując emocji, ze spuszczonymi głowami. Zwłoki czwórki dzieci znaleziono pod koniec kwietnia ubiegłego roku w beczkach ukrytych w szafie w mieszkaniu w centrum Łodzi. 30-letniego Krzysztofa i o rok starszą Jadwigę N. oskarżono o zabójstwo pięcioletnich chłopców-bliźniaków, zamordowanych w 1999 r., oraz dwojga noworodków. Małżonkom zarzucono też usiłowanie zabójstwa najstarszej córki Moniki. Prokuratura oskarżyła ich też o znieważenie zwłok dzieci i oszustwa na szkodę m.in. ośrodka pomocy społecznej i ZUS. Przed sądem oskarżona nie przyznała się do zarzucanych jej czynów i obarczyła winą męża. Mężczyzna, który w prokuraturze początkowo przyznał się do wszystkich zbrodni, przed sądem przyznał się jedynie do przyczynienia się do śmierci pierwszego z bliźniaków. Prokurator domagał się dla nich kar dożywocia. Obrońcy wnosili o uniewinnienie bądź zmianę kwalifikacji prawnej czynów. Z ustaleń sądu wynika, że w 1999 r. małżonkowie nie udzielili pomocy chorującemu Kamilowi - jednemu z bliźniaków. Ciało chłopca włożyli do beczki. Później z motywów zasługujących na szczególne potępienie postanowili pozbawić życia dwójkę kolejnych dzieci. Otruli drugiego z bliźniaków - Adama - podając mu tabletki relanium. Próbowali też otruć najstarszą córkę - wtedy 7 letnią Monikę. Zamiar się nie powiódł z uwagi na zbyt małą dawkę leku. Oskarżeni utrzymywali, że podali dzieciom tabletki, bowiem chcieli, aby wszyscy popełnili samobójstwo po śmierci Kamila. Sąd uznał, że w przypadku dzieci nie może być mowy o samobójstwie. "Jeżeli rodzic decyduje się na podanie dziecku tabletek relanium to czyni to tylko po to, żeby je zamordować" - argumentował sędzia Chmiela. Według sądu, po śmierci drugiego z bliźniaków stworzyli w mieszkaniu enklawę strachu i zbrodni. Znęcali się nad Moniką psychicznie. Dziewczynka żyła w zamknięciu, była bardzo ściśle przez nich pilnowana i nie chodziła do szkoły. Spowodowało to uraz psychiczny i ogromne zaniedbanie środowiskowe dziecka. Jak ustalono rok później udusili noworodka płci żeńskiej. Mężczyzna zatkał mu drogi oddechowe kawałkami waty i włożył zwłoki do kolejnej beczki w szafie. Sąd uniewinnił ich natomiast od zarzutu zabójstwa w 2001 roku nowo narodzonego chłopca, bowiem - według sądu - nie było dostatecznych dowodów, że dziecko urodziło się żywe i że rodzice dokonali zbrodni. Sąd uznał, że nie ma żadnych podstaw, aby kwestionować poczytalność oskarżonych w chwili dokonywania zbrodni, a podnoszone przez oskarżoną fakty, że była bita i maltretowana przez męża, była to jej świadoma linia obrony. "Przez kilka lat miała czas, aby opuścić oskarżonego, powiadomić organy ścigania. Nic jednak nie zrobiła. Wykazała za to wiele zapobiegliwości w wyłudzaniu zasiłków na nieżyjące wtedy już dzieci" - mówił sędzia Chmiela. W trakcie procesu sąd przesłuchał kilkudziesięciu świadków - biegłych, sąsiadów, policjantów, pracowników opieki społecznej. Zapoznał się też z zeznaniami 12-letniej obecnie córki oskarżonych - Moniki, nagranymi na kasecie wideo. Biegli psychologowie, którzy opiekowali się dziewczynką potwierdzili, że jej zeznania są wiarygodne, choć idealizowała w nich swoją matkę. Sędzia Chmiela podkreślił, że obecnie Monika jest pod opieką psychologów i rodziny zastępczej odzyskuje swoją tożsamość i zaczyna normalnie funkcjonować. Wyraził również nadzieję, że w przyszłości dziecku uda się zapomnieć o tych tragicznych przeżyciach. Wyrok nie jest prawomocny. Obrońcy oskarżonych zapowiadają złożenie apelacji. Odwołania nie wyklucza także prokurator, która domagała się dożywocia za cztery zbrodnie. Za serwisem Onet.pl z dn. 21.06.2004 r. Dożywocie dla rodziców za zabójstwa dzieci? Kar dożywotniego pozbawienia wolności domaga się prokurator dla małżonków N. z Łodzi, oskarżonych o zabójstwo czwórki swych dzieci i usiłowanie zabójstwa piątego. Obrońca Krzysztofa N. wnosił o uniewinnienie swego klienta od większości zarzutów; obrońca Jadwigi N. - o uniewinnienie bądź zmianę kwalifikacji prawnej czynów. Wyrok 21 czerwca W poniedziałek w toczącym się przed Sądem Okręgowym w Łodzi procesie strony wygłosiły mowy końcowe. W ostatnim słowie oskarżona prosiła sąd o najniższy wymiar kary, jej mąż - o sprawiedliwą karę. Wyrok ma zostać ogłoszony 21 czerwca. Zwłoki czwórki dzieci znaleziono pod koniec kwietnia ub. roku w beczkach ukrytych w szafie w mieszkaniu w centrum Łodzi. 30- letniego Krzysztofa i o rok starszą Jadwigę N. oskarżono o zabójstwa pięcioletnich chłopców-bliźniaków, zamordowanych w 1999 r., oraz dwojga noworodków. Małżonkom zarzucono też usiłowanie zabójstwa najstarszej córki Moniki. Prokuratura oskarżyła ich też o znieważenie zwłok dzieci i oszustwa na szkodę m.in. ośrodka pomocy społecznej i ZUS. Dożywocie W poniedziałek sąd przesłuchał ostatnich świadków i zakończył przewód sądowy. Przed mowami końcowi uprzedził strony o możliwości zmiany kwalifikacji prawnej czynu dotyczącego śmierci pierwszego z bliźniaków z zabójstwa na nieudzielenie pomocy dziecku przez rodziców. Prokuratura wniosła o uznanie obojga oskarżonych winnymi wszystkich zarzucanych im czynów i wymierzenie im kar łącznych - dożywotniego pozbawienia wolności. Jej zdaniem, Krzysztof N. miał rolę dominującą we wszystkich zbrodniach, ale kobieta godziła się na to, co mąż chciał zrobić i w związku z tym jest współwinna tych wszystkich czynów. "Przez kilka lat nie szukała pomocy, nie próbowała uciec od męża i chronić własne dzieci. Godziła się na to, co robił jej mąż" - mówiła prokurator Małgorzata Misiak- Bieniaszczyk. To mąż Przed sądem oskarżona nie przyznała się do zarzucanych jej czynów i obarczyła winą męża. Mężczyzna, który w prokuraturze początkowo przyznał się do wszystkich zbrodni, przed sądem przyznał się jedynie do przyczynienia się do śmierci pierwszego z bliźniaków. Zdaniem obrońcy Jadwigi N., kobieta nie mogła przeciwstawić się mężowi, bo była tak samo sterroryzowana przez niego jak dzieci; przez kilka lat była bita i maltretowana. Jego zdaniem, kobieta nie wiedziała, że jej mąż zamierza zabić dwoje nowonarodzonych dzieci. To on też zmusił ją oraz dwójkę dzieci do wzięcia tabletek relanium - wtedy zmarł jeden z bliźniaków. Kobieta - mówił - nie może też odpowiadać za zabójstwo pierwszego z bliźniaków, ale jedynie za nieudzielenie mu pomocy w związku z tym, że nie leczyła go. Winna znieczulica Obrońca Krzysztofa N. wniósł o uniewinnienie swego klienta od zarzutów zabójstwa. Zwrócił wagę na nieprawidłową, niemal psychopatyczną osobowość oskarżonego. Obrońcy mówili również o panującej w sprawie tej rodziny znieczulicy społecznej oraz o odpowiedzialności instytucji, które sprawowały nadzór lub miały opiekować się rodziną m.in. kuratora, opieki społecznej czy szkoły. W trakcie procesu sąd przesłuchał kilkudziesięciu świadków - biegłych, sąsiadów, policjantów, pracowników opieki społecznej. Zapoznał się też z zeznaniami 12-letniej obecnie córki oskarżonych - Moniki, nagranymi na kasecie wideo. Wynika z nich, że to ojciec był sprawcą zbrodni. Matka wiedziała, co się dzieje, ale nic nie robiła, bo bała się ojca. Biegli psychologowie, którzy opiekowali się dziewczynką potwierdzili, że jej zeznania są wiarygodne. Większość sąsiadów małżeństwa zeznała natomiast, że nie utrzymywała z tą rodziną kontaktów, ale nie widzieli, ani nie słyszeli nic szczególnego. Relanium dla dzieci Z ustaleń prokuratury wynika, że w 1999 r. małżonkowie nie udzielili pomocy chorującemu Kamilowi - jednemu z bliźniaków - i w ten sposób doprowadzili do jego śmierci. Ciało chłopca włożyli do beczki. Później postanowili pozbawić życia dwójkę kolejnych dzieci. Otruli drugiego z bliźniaków - Adama, podając mu tabletki relanium. Próbowali też otruć relanium najstarszą córkę - Monikę. Rok później - jak twierdzi prokuratura - udusili noworodka płci żeńskiej, zatykając mu górne drogi oddechowe kawałkami waty. Ostatniej zbrodni dokonali w 2001 r. Zabili swe nowo narodzone dziecko - tym razem był to chłopiec. Po urodzeniu włożyli noworodka do foliowego worka, ten zakleili taśmą i włożyli do beczki. Badający ich biegli psychiatrzy orzekli, że Krzysztof N. był poczytalny w chwili popełniania zbrodni, a jego żona tylko w nieznacznym stopniu miała ograniczoną poczytalność w odniesieniu do dwóch zarzucanych jej czynów. We wrześniu ub. r. sąd rodzinny odebrał im władzę rodzicielską nad Moniką i Sandrą, urodzoną już w więziennym szpitalu. Obie dziewczynki przebywają obecnie w rodzinach zastępczych. Za serwisem WP z dn.14.06.2004 r Wstrząsające zeznania 12-letniej Moniki: - Widziałam, jak tata mordował - Widziałam, jak tata morduje moje rodzeństwo. Widziałam, jak ich zwłoki chowa do beczek - wyznaje 12-letnia Monika, jedyny świadek potwornych zbrodni Krzysztofa (30 l.) i Jadwigi N. (31 l.). Małżeństwo z Łodzi oskarżone jest o zabójstwo i ukrycie w plastikowych beczkach czwórki swoich dzieci: Kamila i Adasia (5-letnich bliźniaków) oraz noworodków Karoliny i Macieja. Wczoraj w łódzkim Sądzie Okręgowym odbyła się druga rozprawa w tym procesie. Głównym świadkiem jest w nim Monika. Dziewczynka nie musiała jednak przychodzić do sądu. Składała wyjaśnienia w specjalnym pokoju przesłuchań dla dzieci w obecności psychologa i sędziego. Jej zeznania były filmowane. W ten sposób ofiarom przestępstw, przede wszystkim dzieciom, oszczędza się dodatkowego stresu. Nie muszą być w sądzie. Dusił swojego synka Wczoraj odtworzono taśmę z tych przesłuchań. Zeznania Moniki są przerażające. Jej rodzice słuchali i oglądali je bez żadnych emocji. - Kamil sam umarł - opowiada spokojny, dziecięcy głosik. - Nie mógł oddychać, jęczał. W końcu zrobił się siny. Tata się zdenerwował. Włożył Kamila do beczki, takiej niebieskiej, plastikowej. A potem dał mi i Adasiowi jakieś tabletki. Nie wiedziałam co to za leki, ale je wzięłam. Bałam się, że tata mnie udusi. Bo bił nas często. Połknęłam te tabletki i zasnęłam. Gdy się obudziłam, zobaczyłam, że Adaś leży na podłodze. Nie żył już, ale tata jeszcze go dusił. Włożył mu na głowę reklamówkę i zacisnął na szyi. Potem włożył go do wersalki. Przeleżał tam kilka dni. Później tata przeniósł zwłoki do beczki. Umył i zabił Zabójstwa Karoliny nie widziała. - Byłam wtedy u babci - mówi. Ale zobaczyła jeszcze jedną śmierć: chłopczyka. - Przeżył tylko kilka godzin - opowiada dziewczynka. - Zaraz po porodzie tata go umył, a potem włożył mu do przełyku watę. Chłopczyk się udusił. Tata też go włożył do beczki. Początkowo beczki były w komórce, ale gdy było tam włamanie, tata przeniósł je do mieszkania. Włożył do szafy. Bała się zasnąć Na to, co dzieje się w domu, nie poskarżyła się nikomu. Miała zakazane. - Nie mówiłam nikomu o tym, bo tata nie pozwalał. Często pił, wtedy bił nas pasem, kopał. Sąd przyznał naszej rodzinie kuratora, ale się przed nim ukrywaliśmy. Nie wpuszczaliśmy go. Tata bał się, że pójdzie do więzienia... Żyła więc w jednopokojowym mieszkaniu, obok trupów braci i siostry, ukrytych w beczkach, w szafie... Dziś dziewczynka wychowuje się w rodzinie zastępczej. Zdaniem Krystyny Pasek, psychologa, pod którego jest opieką, jest optymistycznie nastawiona do świata. - Jeszcze wiele czasu minie, nim zacznie żyć normalnie. Nie wiadomo też, czy koszmary z dzieciństwa nie odezwą się w niej dopiero, gdy sama będzie już dorosła - mówi Katarzyna Korpolewska, psycholog. TO POTWORY Jadwidze i Krzysztofowi N. przedstawiono zarzuty czterech zabójstw: 5-letnich bliźniaków, zamordowanych w 1999 r. oraz dwóch noworodków: chłopczyka i dziewczynki. W toku postępowania ustalono treść aktów urodzenia i przyjęto, że noworodek płci żeńskiej to Karolina, a chłopiec - Maciej. Dziewczynkę zamordowali w 2000 r.: po urodzeniu zatkali jej watą usta i nos. Chłopiec, który przyszedł na świat rok później, został po porodzie zapakowany do worka foliowego, okręcony taśmą klejącą i włożony do beczki. Małżonków oskarżono też o usiłowanie piątego zabójstwa - Moniki. Odpowiedzą też za psychiczne znęcanie się nad dziewczynką. Są także oskarżeni o wyłudzanie zasiłków, m.in. z ZUS-u i MOPS-u. Nie zgłosili, że bliźnięta nie żyją i cały czas brali na nie pieniądze. autor: Łódź | Dariusz Kucharski, Monika Marczyńska Zeznania 12-latki: Ojciec sprawcą zbrodni Podczas rozprawy w toczącym się w Łodzi procesie małżeństwa N., oskarżonego o zabójstwo czwórki swych dzieci i usiłowanie zabójstwa piątego, sąd zapoznał się z zeznaniami ich 12-letniej córki Moniki nagranymi na kasecie wideo. Sąd odczytał także protokół z przesłuchania Moniki. Z jej zeznań wynika, że to ojciec był sprawcą zbrodni i to on zmusił rodzinę - jednego z bliźniaków, ją oraz matkę - do wzięcia tabletek relanium. Matka wiedziała, co się dzieje, ale nic nie robiła, bo bała się ojca. Nie broniła bliźniaków. Dziewczynka opowiadała także, jak ojciec udusił jednego z noworodków oraz bił matkę i jej braci. Mówiła też, że prosiła, aby matka zadzwoniła na policję, ale ona nie chciała. Przesłuchanie dziewczynki odbyło się w ubiegłym roku w specjalnym pokoju, jakim dysponuje jedna z łódzkich fundacji. Dzięki temu dziecko nie musiało być powtórnie przesłuchane przed sądem. Oprócz sędziego i prokuratora, przy przesłuchaniu był też obecny psycholog. Podczas odtwarzania zeznań córki oskarżona Jadwiga N. rozpłakała się. Zwłoki czwórki dzieci znaleziono pod koniec kwietnia ubiegłego roku w beczkach ukrytych w szafie w mieszkaniu w centrum Łodzi. 30-letniego Krzysztofa i o rok starszą Jadwigę N. oskarżono o zabójstwa pięcioletnich chłopców-bliźniaków, zamordowanych w 1999 r., oraz dwojga noworodków. Małżonkom zarzucono też usiłowanie zabójstwa córki Moniki. Prokuratura oskarżyła ich również o znieważenie zwłok dzieci i oszustwa na szkodę m.in. ośrodka pomocy społecznej i ZUS. Obojgu grozi kara dożywotniego więzienia. Przed sądem oskarżona matka dzieci nie przyznała się do winy. Mężczyzna, który w prokuraturze początkowo przyznał się do wszystkich zbrodni, przed sądem przyznał się jedynie do przyczynienia się do śmierci pierwszego z bliźniaków. Badający ich biegli psychiatrzy orzekli, że Krzysztof N. był poczytalny w chwili popełniania zbrodni, a jego żona tylko w nieznacznym stopniu miała ograniczoną poczytalność w odniesieniu do dwóch zarzucanych jej czynów. Z ustaleń prokuratury wynika, że w 1999 r. małżonkowie nie udzielili pomocy chorującemu Kamilowi - jednemu z bliźniaków - i w ten sposób doprowadzili do jego śmierci. Ciało chłopca włożyli do beczki. Później postanowili pozbawić życia dwójkę kolejnych dzieci. Otruli drugiego z bliźniaków - Adama - podając mu tabletki relanium. Próbowali też otruć tabletkami relanium najstarszą córkę - Monikę. Rok później - jak twierdzi prokuratura - udusili noworodka płci żeńskiej, zatykając mu górne drogi oddechowe kawałkami waty. Ostatniej zbrodni dokonali w 2001 r. Zabili swe nowo narodzone dziecko - tym razem był to chłopiec. Po urodzeniu włożyli noworodka do foliowego worka, ten zakleili taśmą i włożyli do beczki. We wrześniu ub. r. sąd rodzinny odebrał im władzę rodzicielską nad Moniką i Sandrą, urodzoną już w więziennym szpitalu. Obie dziewczynki przebywają obecnie w rodzinach zastępczych. Za serwisem Onet.pl z dn. 04.06.2004 r. Mordował na jej oczach Tata dał Kamilkowi tabletkę, później usnęliśmy, a kiedy się obudziłam brat był już siny. Tata powiedział, że nie żyje, a mama później powiedziała, że Kamil jest w beczce - to zeznania 12-letniej Moniki z Łodzi. Łódzki sąd obejrzał dziś taśmę wideo z nagraniem zeznań 12-letniej dziewczynki, córki małżeństwa oskarżonego o zabicie czwórki swoich dzieci (5-letnich chłopców bliźniaków oraz dwójki noworodków) i ukrycie ich w beczkach. Prokuratura zarzuca im także usiłowanie zabójstwa piątego dziecka - Moniki. Sprawa wyszła na jaw w kwietniu ubiegłego roku. Policjanci znaleźli wtedy w domu małżeństwa N. szczelnie zamknięte beczki, a w nich ciała czworga dzieci. Na filmie, w obecności sędziego i psychologa, 12-letnia Monika opowiada historie mrożące krew. Z jej relacji wynika, że widziała śmierć trójki rodzeństwa. Sąd odczytał także protokół z przesłuchania Moniki. Z jej zeznań wynika, że to ojciec był sprawcą zbrodni i to on zmusił rodzinę - jednego z bliźniaków, ją oraz matkę - do wzięcia tabletek relanium. Matka wiedziała, co się dzieje, ale nic nie robiła. Dziewczynka opowiadała także, jak ojciec udusił jednego z noworodków i bił matkę. Nagranie będzie bardzo ważnym dowodem w sprawie. Biegli orzekli, że dziewczynka nie ma skłonności do zmyślania. - Ona jest prawidłowo rozwinięta intelektualnie, oczywiście z wyjątkiem licznych zaniedbań, ponieważ dziecko było całe lata izolowane od społeczeństwa i żyło tylko z matką, ojcem, ukrywając się w zasadzie - mówi psycholog Czesław Michalczyk. Psycholog nie potrafi przewidzieć jaka będzie przyszłość Moniki. W tej chwili dziewczynka mieszka u rodziny zastępczej i jest pod stałą opieką psychiatryczną. Matka dzieci nie przyznaje się do winy, ojciec do spowodowania śmierci jednego z dzieci. Obojgu grozi dożywocie. (PAP) Za serwisem INTERIA.PL z dn. 04.06.2004 r. Widziała, jak tata zabijał Tata dał Kamilkowi tabletkę, później usnęliśmy, a kiedy się obudziłam brat był już siny. Tata powiedział, że nie żyje, a mama później powiedziała, że Kamil jest w beczce - to zeznania 12-letniej Moniki z Łodzi. Łódzki sąd obejrzał dziś taśmę wideo z nagraniem zeznań 12-letniej dziewczynki, córki małżeństwa oskarżonego o zabicie czwórki swoich dzieci (5-letnich chłopców bliźniaków oraz dwójki noworodków) i ukrycie ich w beczkach. Prokuratura zarzuca im także usiłowanie zabójstwa piątego dziecka - Moniki. Sprawa wyszła na jaw w kwietniu ubiegłego roku. Policjanci znaleźli wtedy w domu małżeństwa N. szczelnie zamknięte beczki, a w nich ciała czworga dzieci. Na filmie, w obecności sędziego i psychologa, 12-letnia Monika opowiada historie mrożące krew. Z jej relacji wynika, że widziała śmierć trójki rodzeństwa. Sąd odczytał także protokół z przesłuchania Moniki. Z jej zeznań wynika, że to ojciec był sprawcą zbrodni i to on zmusił rodzinę - jednego z bliźniaków, ją oraz matkę - do wzięcia tabletek relanium. Matka wiedziała, co się dzieje, ale nic nie robiła. Dziewczynka opowiadała także, jak ojciec udusił jednego z noworodków i bił matkę. Nagranie będzie bardzo ważnym dowodem w sprawie. Biegli orzekli, że dziewczynka nie ma skłonności do zmyślania. - Ona jest prawidłowo rozwinięta intelektualnie, oczywiście z wyjątkiem licznych zaniedbań, ponieważ dziecko było całe lata izolowane od społeczeństwa i żyło tylko z matką, ojcem, ukrywając się w zasadzie - mówi psycholog Czesław Michalczyk. Psycholog nie potrafi przewidzieć jaka będzie przyszłość Moniki. W tej chwili dziewczynka mieszka u rodziny zastępczej i jest pod stałą opieką psychiatryczną. Matka dzieci nie przyznaje się do winy, ojciec do spowodowania śmierci jednego z dzieci. Obojgu grozi dożywocie. (PAP) Za serwisem INTERIA.PL z dn. 04.06.2004 r. Proces dzieciobójców: Różne wersje tragedii Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces małżeństwa N. oskarżonego o zabójstwo czwórki swych dzieci i usiłowanie zabójstwa piątego. Zwłoki dzieci znaleziono pod koniec kwietnia ubiegłego roku w beczkach ukrytych w szafie w mieszkaniu w centrum Łodzi. 30-letniego Krzysztofa i o rok starszą Jadwigę N. oskarżono o zabójstwa pięcioletnich chłopców-bliźniaków, zamordowanych w 1999 r., oraz dwojga noworodków. Małżonkom zarzucono też usiłowanie zabójstwa 12-letniej obecnie córki Moniki. Prokuratura oskarżyła ich również o znieważenie zwłok dzieci i oszustwa na szkodę m.in. ośrodka pomocy społecznej i ZUS. Po śmierci chłopców rodzice nadal pobierali na nich zasiłki. Oboje oskarżeni zostali doprowadzeni na salę sądową z aresztu. Przed odczytaniem aktu oskarżenia sąd odrzucił wniosek Krzysztofa N. o wyłączenie jawności procesu. Przed sądem oskarżona matka dzieci nie przyznała się do winy. Nie chciała składać wyjaśnień ani odpowiadać na pytania sądu. W związku z tym sąd odczytywał jej wyjaśnienia z prokuratury. Kobieta utrzymuje w nich, że pierwszy z bliźniaków zmarł w sposób naturalny, ponieważ chorował m.in. na nerki. Po jego śmierci ojciec dzieci postanowił, że on i żona oraz dwójka pozostałych dzieci popełnią samobójstwo zażywając tabletki relanium. Kobieta utrzymuje, że ona nie chciała popełniać samobójstwa. Po zażyciu tabletek zmarł drugi z bliźniaków. Według oskarżonej, to także mąż kazał jej ukrywać kolejne ciąże i on odebrał jeden z porodów. Martwe noworodki mężczyzna ukrywał w beczkach. Krzysztof N. przyznał się jedynie do zarzutu przyczynienia się do śmierci pierwszego z bliźniaków. On także odmówił składania wyjaśnień i odpowiadał tylko na pytania obrońcy. W prokuraturze początkowo przyznał się do wszystkich zbrodni, bo, jak twierdzi, było mu wszystko jedno i chciał wziąć całą winę na siebie. Przed sądem powiedział, że czuje się winny śmierci tylko pierwszego z bliźniaków, ponieważ - jak mówił - mimo jego choroby nie chodził z nim do lekarza. Mężczyzna podaje inną wersję okoliczności próby samobójstwa. Według niego, było to wspólne postanowienie małżonków i to jego żona kupiła tabletki relanium i podała je dzieciom. Oskarżony dodał, iż powiedział później córce Monice, że jeśli komuś o tym powie, to ją zabiorą od rodziców, a ona bała się tego. Oskarżeni zostali poddani obserwacji psychiatrycznej. Badający ich biegli psychiatrzy orzekli, że Krzysztof N. był poczytalny w chwili popełniania zbrodni, a jego żona tylko w nieznacznym stopniu miała ograniczoną poczytalność w odniesieniu do dwóch zarzucanych jej czynów. Według psychiatry Janusza Bieli, Krzysztof N. nie realizuje norm społecznych, jest nadpobudliwy i skłonny do samoagresji. Kobieta zaś jest ociężała umysłowo i nie ma wykształconej uczuciowości wyższej. Według biegłego, była matką właściwie tylko dla jednego dziecka - Moniki - którą oboje rodzice na swój sposób kochali. Kolejna rozprawa odbędzie się w piątek. Wtedy też zeznawać będą biegli z zakresu medycyny sądowej; sąd zapoznać się ma też z nagraniem zeznań 12-letniej Moniki. Pod koniec kwietnia ubiegłego roku w szafie w mieszkaniu małżeństwa N. policja znalazła szczelnie zamknięte beczki, w których ukryte były zmumifikowane zwłoki czwórki dzieci. W mieszkaniu zatrzymano matkę dzieci, która była w szóstym miesiącu ciąży. Ojciec został zatrzymany w policyjnej obławie kilkanaście godzin później w parku w pobliżu swojego domu. Z ustaleń prokuratury wynika, że w 1999 r. małżonkowie nie udzielili pomocy chorującemu Kamilowi - jednemu z bliźniaków - i w ten sposób doprowadzili do jego śmierci. Ciało chłopca włożyli do beczki. Później postanowili pozbawić życia dwójkę kolejnych dzieci. Otruli drugiego z bliźniaków - Adama - podając mu tabletki relanium. Według prokuratury, działali z motywacji zasługującej na szczególne potępienie, dokonując zabójstwa własnego dziecka dla ukrycia dokonanej wcześniej zbrodni. Próbowali też otruć tabletkami relanium najstarszą córkę - Monikę. Zamiar się nie powiódł z uwagi na zbyt małą dawkę leku. Od tego czasu znęcali się nad nią psychicznie. Monika praktycznie żyła w zamknięciu, była bardzo ściśle przez nich pilnowana i nie chodziła do szkoły. Spowodowało to uraz psychiczny i ogromne zaniedbanie środowiskowe dziecka. Rok później - jak twierdzi prokuratura - małżonkowie udusili noworodka płci żeńskiej, zatykając mu górne drogi oddechowe kawałkami waty. Ostatniej zbrodni dokonali w 2001 r. Zabili swoje nowo narodzone dziecko - tym razem był to chłopiec. Po urodzeniu włożyli noworodka do foliowego worka, ten zakleili taśmą i włożyli do beczki. Obojgu grozi kara dożywotniego więzienia. We wrześniu ub. r. sąd rodzinny odebrał im władzę rodzicielską nad Moniką i Sandrą, urodzoną już w więziennym szpitalu. Obie przebywają obecnie w rodzinach zastępczych. Bulwersujące w tej sprawie było również to, że małżonkowie N. od 1997 r. mieli ograniczoną władzę rodzicielską i ustanowionego kuratora. Kurator od września 1999 r. nie miał jednak z rodziną kontaktu, bo nie mógł jej zastać w mieszkaniu. Na początku 2000 r. wystąpił do sądu o umieszczenie dzieci w domu dziecka. Rodzice nie stawiali się na posiedzenia i nie odbierali wezwań. Sąd rodzinny postanowił jednak nie zmieniać środka zapobiegawczego. Sędzia rodzinna, która zajmowała się sprawą, stanęła przed sądem dyscyplinarnym. Dobrowolnie poddała się karze i została ukarana naganą. Po wyjściu na jaw okoliczności sprawy Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej zwolnił dyscyplinarnie za zaniedbanie obowiązków służbowych pracownika socjalnego, który opiekował się tą rodziną. Pracę stracił także jego przełożony. Do błędów przyznała się też policja. Za serwisem Onet.pl z dn. 02.06.2004 r. Proces za dzieciobójstwo W Łodzi rozpoczął się proces małżeństwa N. oskarżonego o zabójstwo czwórki swych dzieci i usiłowanie zabójstwa piątego. Zwłoki dzieci zostały znalezione w beczkach. Małżeństwu grozi dożywocie. 30-letniego Krzysztofa i o rok starszą Jadwigę N. oskarżono o zabójstwa pięcioletnich chłopców-bliźniaków, zamordowanych w 1999 r., oraz dwojga noworodków. Małżonkom zarzucono też usiłowanie zabójstwa 12-letniej obecnie córki Moniki. Prokuratura oskarżyła ich również o znieważenie zwłok dzieci i oszustwa na szkodę m. in. ośrodka pomocy społecznej i ZUS. Po śmierci chłopców rodzice nadal pobierali na nich zasiłki. Oboje oskarżeni zostali doprowadzeni na salę sądową z aresztu. Przed odczytaniem aktu oskarżenia sąd odrzucił wniosek Krzysztofa N. o wyłączenie jawności procesu. Przed sądem oskarżona matka dzieci nie przyznała się do winy. Nie chciała składać wyjaśnień ani odpowiadać na pytania sądu. W związku z tym sąd odczytywał jej wyjaśnienia z prokuratury. Kobieta utrzymuje w nich, że pierwszy z bliźniaków zmarł w sposób naturalny, ponieważ chorował m. in. na nerki. Po jego śmierci ojciec dzieci postanowił, że on i żona oraz dwójka pozostałych dzieci popełnią samobójstwo zażywając tabletki relanium. Kobieta utrzymuje, że ona nie chciała popełniać samobójstwa. Po zażyciu tabletek zmarł drugi z bliźniaków. Według oskarżonej, to także mąż kazał jej ukrywać kolejne ciąże i on odebrał jeden z porodów. Martwe noworodki mężczyzna ukrywał w beczkach. Krzysztof N. przyznał się jedynie do zarzutu przyczynienia się do śmierci pierwszego z bliźniaków. On także odmówił składania wyjaśnień i odpowiadał tylko na pytania obrońcy. W prokuraturze początkowo przyznał się do wszystkich zbrodni, bo, jak twierdzi, było mu wszystko jedno i chciał wziąć całą winę na siebie. Przed sądem powiedział, że czuje się winny śmierci tylko pierwszego z bliźniaków, ponieważ - jak mówił - mimo jego choroby nie chodził z nim do lekarza. Mężczyzna podaje inną wersję okoliczności próby samobójstwa. Według niego, było to wspólne postanowienie małżonków i to jego żona kupiła tabletki relanium i podała je dzieciom. Oskarżony dodał, iż powiedział później córce Monice, że jeśli komuś o tym powie, to ją zabiorą od rodziców, a ona bała się tego. Oskarżeni zostali poddani obserwacji psychiatrycznej. Badający ich biegli psychiatrzy orzekli, że Krzysztof N. był poczytalny w chwili popełniania zbrodni, a jego żona tylko w nieznacznym stopniu miała ograniczoną poczytalność w odniesieniu do dwóch zarzucanych jej czynów. Według psychiatry Janusza Bieli, Krzysztof N. nie realizuje norm społecznych, jest nadpobudliwy i skłonny do samoagresji. Kobieta zaś jest ociężała umysłowo i nie ma wykształconej uczuciowości wyższej. Według biegłego, była matką właściwie tylko dla jednego dziecka - Moniki - którą oboje rodzice na swój sposób kochali. Kolejna rozprawa odbędzie się w piątek. Wtedy też zeznawać będą biegli z zakresu medycyny sądowej; sąd zapoznać się ma też z nagraniem zeznań 12-letniej Moniki. Pod koniec kwietnia ubiegłego roku w szafie w mieszkaniu małżeństwa N. policja znalazła szczelnie zamknięte beczki, w których ukryte były zmumifikowane zwłoki czwórki dzieci. W mieszkaniu zatrzymano matkę dzieci, która była w szóstym miesiącu ciąży. Ojciec został zatrzymany w policyjnej obławie kilkanaście godzin później w parku w pobliżu swojego domu. Z ustaleń prokuratury wynika, że w 1999 r. małżonkowie nie udzielili pomocy chorującemu Kamilowi - jednemu z bliźniaków - i w ten sposób doprowadzili do jego śmierci. Ciało chłopca włożyli do beczki. Później postanowili pozbawić życia dwójkę kolejnych dzieci. Otruli drugiego z bliźniaków - Adama - podając mu tabletki relanium. Według prokuratury, działali z motywacji zasługującej na szczególne potępienie, dokonując zabójstwa własnego dziecka dla ukrycia dokonanej wcześniej zbrodni. Próbowali też otruć tabletkami relanium najstarszą córkę - Monikę. Zamiar się nie powiódł z uwagi na zbyt małą dawkę leku. Od tego czasu znęcali się nad nią psychicznie. Monika praktycznie żyła w zamknięciu, była bardzo ściśle przez nich pilnowana i nie chodziła do szkoły. Spowodowało to uraz psychiczny i ogromne zaniedbanie środowiskowe dziecka. Rok później - jak twierdzi prokuratura - małżonkowie udusili noworodka płci żeńskiej, zatykając mu górne drogi oddechowe kawałkami waty. Ostatniej zbrodni dokonali w 2001 r. Zabili swoje nowo narodzone dziecko - tym razem był to chłopiec. Po urodzeniu włożyli noworodka do foliowego worka, ten zakleili taśmą i włożyli do beczki. Obojgu grozi kara dożywotniego więzienia. We wrześniu ub. r. sąd rodzinny odebrał im władzę rodzicielską nad Moniką i Sandrą, urodzoną już w więziennym szpitalu. Obie przebywają obecnie w rodzinach zastępczych. Bulwersujące w tej sprawie było również to, że małżonkowie N. od 1997 r. mieli ograniczoną władzę rodzicielską i ustanowionego kuratora. Kurator od września 1999 r. nie miał jednak z rodziną kontaktu, bo nie mógł jej zastać w mieszkaniu. Na początku 2000 r. wystąpił do sądu o umieszczenie dzieci w domu dziecka. Rodzice nie stawiali się na posiedzenia i nie odbierali wezwań. Sąd rodzinny postanowił jednak nie zmieniać środka zapobiegawczego. Sędzia rodzinna, która zajmowała się sprawą, stanęła przed sądem dyscyplinarnym. Dobrowolnie poddała się karze i została ukarana naganą. Po wyjściu na jaw okoliczności sprawy Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej zwolnił dyscyplinarnie za zaniedbanie obowiązków służbowych pracownika socjalnego, który opiekował się tą rodziną. Pracę stracił także jego przełożony. Do błędów przyznała się też policja. (PAP) Za serwisem INTERIA.PL z dn. 02.06.2004 r. Łodź: Rodzice chcieli zabić też piąte dziecko Małżeństwu z Łodzi podejrzanemu o zabójstwo czwórki swoich dzieci zarzuca się usiłowanie jeszcze jednej zbrodni. Okazało się, że rodzice usiłowali zamordować także 11-letnią córkę - podało radio RMF. Prokuratura postawiła już taki zarzut ojcu dzieci, a wkrótce przedstawi go matce. "Po śmierci pierwszego dziecka, małżeństwo postanowiło odebrać życie sobie, córce Monice i jednemu z bliźniaków, który wtedy jeszcze żył. Próba samobójcza się nie powiodła. Rodzice zabili później chłopca i kolejne dzieci, które przychodziły na świat. Ich ciała ukryli w beczkach" - podaje RMF. Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 16.05.2003 r. Formalnie wszystko było prawidłowo. Może jednak w takiej sytuacji sąd powinien podejmować działania nierutynowe? - zastanawia się sędzia Ewa Chałubińska. Nikt nie dochodził, dlaczego dzieci znikały HARALD KITTEL - Zapytałem tę kobietę, gdzie podziała swoje dzieci, gdzie one zniknęły? A ona odpowiedziała, że oddała je do ośrodka, bo były niepełnosprawne. I ja jej uwierzyłem. A teraz wiem, że ten ośrodek, to były te niebieskie beczki w szafie - mężczyzna zakrywa dłonią twarz. - Podszedłem do tej kobiety na podwórzu i pytam ją, a gdzie to pani ma swoje dzieci? - wspomina mieszkaniec kamienicy, emeryt. - Oddałam dzieci, oddałam, bo niepełnosprawne były - odpowiedziała mu młoda matka. - Nie pytałem więcej. Nie pytałem, bo dlaczego miałbym? - mówi starszy mężczyzna. - Mam dzieci, mam wnuczęta - zamyśla się. - Ona się tymi dziećmi opiekowała, ładna z niej była kobieta, tylko że cały czas w ciąży. Dziesięć dni temu na podwórze łódzkiej kamienicy przyszło dwóch policjantów. Byli w cywilnych ubraniach. Stali w bramie lekko schowani. Zadzierali głowy, patrzyli na białe drzwi balkonu na drugim piętrze oficyny. Drzwi były uchylone. Policjanci czekali na jakiś ruch. W mieszkaniu na drugim piętrze pod numerem dwudziestym siódmym mieszkało małżeństwo N. On 29 lat, z Warszawy, ona o rok starsza, miejscowa. Mieszkanie mieli nieduże, jeden pokój przedzielony na pół meblościanką z szafą. Po jednej stronie nieduży pokój, po drugiej - kącik dla Moniki. Dziewczynka ma jedenaście lat, nie chodziła do szkoły, nie wiadomo, czy umie czytać i pisać. - W tę sobotę, kiedy do mieszkania weszli policjanci, w kąciku leżał zeszyt dziecka. W środku były nabazgrane rozwlekłymi literami "mama" i "tata". To było napisane przez kogoś, kto nie umie pisać - mówi emeryt. Milczenie sąsiadów W kamienicy panuje cisza. Na dzwonek otwiera sąsiad z pierwszego piętra. - Nie chcę mieć z tą sprawą nic wspólnego - mężczyzna ucina rozmowę, zanim jeszcze pada pytanie. Podobnie reaguje sąsiad z parteru: - Nie będę rozmawiał, nie będę nic mówił. Kamienica stoi przy ulicy Radwańskiej pod numerem 47. W okolicy dużo bezrobocia i biedy. Nie słychać kroków na schodach, nie słychać rozmów. Ktoś przemyka chyłkiem, na widok obcego przyspiesza. Trzasnęły drzwi. - Byli raczej biedni, skromnie ubrani. Ale nosili się czysto - przypomina sobie emeryt, który dorabia jako stróż na łódzkim targowisku Manhattan. Jedyny lokator, który godzi się na rozmowę z dziennikarzem, choć nie chce, żeby jego nazwisko pojawiło się w gazecie. Para zajmowała się roznoszeniem ulotek dużych sklepów. - Koło czwartej po południu wychodzili z plecakami na miasto. To była dziwna procesja. Najpierw szedł on. W czarnej czapce z daszkiem, miał włosy obcięte przy samej skórze, chyba nawet łysiał, chodził lekko zgarbiony. Potem szło dziecko. Nigdy nie słyszałem, żeby coś powiedziało. Na końcu szła matka. Szli w stronę ulicy Wróblewskiego i dalej ku Piotrkowskiej - emeryt ma tę scenę przed oczami. - Bardzo skryci byli. Z nikim nie rozmawiali. Kiedyś późno wracałem z pracy, dostrzegłem ich w bramie, wyglądali zza załomu, jakby się bali. Na mój widok zerwali się jak oparzeni i uciekli - stróż przypomina sobie wieczorne spotkanie. Policjanci czekali cierpliwie, po długich minutach się rozdzielili. Jeden wszedł na drugie piętro i zadzwonił do drzwi prowadzących do wspólnego korytarza. Odpowiedzi nie było. Policjanta musiała na korytarz wpuścić sąsiadka. Mężczyzna zapukał. Usłyszał ruch w mieszkaniu. Ale nikt nie otworzył. - Mieliśmy oko na tego Krzysztofa N. Był za nim list gończy za udział we włamaniach. Policjanci wiele razy próbowali go namierzyć, ale on się ukrywał - mówi podinspektor Witold Kozicki z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Policjanci z pomocą strażaków dostali się do mieszkania przez balkon. - Kobieta powiedziała, że męża nie ma i nie wie, gdzie jest. Zaczęliśmy przeszukiwać mieszkanie - mówi Kozicki. - Byłem tam, nawet czysto, kasetony na suficie, dobry telewizor, biedy tam nie było - emeryt spogląda na swój kilkunastoletni odbiornik. Szafa z dziećmi Po uchyleniu drzwi szafy w segmencie policjanci zobaczyli trzy duże niebieskie beczki z plastiku. Kobieta wyjaśniła, że w beczkach trzyma brudne ubrania. Policjant otworzył dużą beczkę, której wieko było uchylone. Pozostałe miały wieka uszczelnione silikonem i zaklejone taśmą. Na wierzchu leżały brudne ubrania, ale zapach wskazywał, że jest coś jeszcze. - Wszedłem do ich mieszkania. Zobaczyłem włosy i główkę dziecka. To był widok straszny, te beczki... Wyszedłem oblany potem - emeryt drżącą ręką sięga po papierosa. - Z kobiety wyciągnęliśmy tylko, że w beczkach są jej dzieci - mówi Kozicki. Policjanci znaleźli w beczkach zwłoki czworga dzieci, dwóch noworodków i dwóch starszych bliźniaków, których imiona były wpisane do dowodu osobistego matki. Jadwiga N. pojechała z policjantami do szpitala, jest w szóstym miesiącu ciąży, potem trafiła do aresztu. Natychmiast przyjechało trzech prokuratorów, przyjechali policjanci z komendy miejskiej i wojewódzkiej. Beczki zabrano do Zakładu Medycyny Sądowej. Pojawiło się pytanie: gdzie jest ojciec i dziecko? Kozicki: - Rozesłaliśmy szczegółowy rysopis do wszystkich jednostek, całe miasto rozglądało się za Krzysztofem N. i jedenastoletnią Moniką. Wiadomość podało radio. W nocy z niedzieli na poniedziałek policja otrzymała sygnał, że jakiś mężczyzna z dzieckiem kręci się po parku Poniatowskiego. Park został otoczony, zatrzymano Krzysztofa N. i Monikę. Dziewczynka trafiła do szpitala, pod opiekę psychologów. Małżeństwo N. zostało aresztowane na trzy miesiące. Teraz emeryt na rodzinę z drugiego piętra patrzy inaczej. - Pamiętam, jak tu zamieszkałem sześć lat temu. Dziewczynka już była na świecie, miała kilka lat - emeryt pali papierosa, popiół strzepuje do popielniczki. - Później pojawił się na świecie chłopak, który zniknął. Potem ta kobieta znowu była w ciąży. Urodziła się dwójka bliźniaków. Woziła ich po podwórzu w podwójnym wózku na takich małych kółkach. Kiedy zniknęły bliźniaki, urodziło się jeszcze jedno dziecko. I z nim też wychodziła na podwórze. - On miał kontakt z ludźmi z marginesu - mówi emeryt. - Pił, ale awantur nie było. Krzysztof N. po zatrzymaniu opowiedział o zbrodniach. W prokuraturze zeznał, że dzieci topił. W przełyku jednego dziecka lekarz znalazł kłębki waty. Po odkryciu zbrodni różne urzędy i instytucje zaczęły prześcigać się w zapewnianiu, że nie popełniły błędu, nie zaniedbały swojej pracy. Od siedmiu lat rodzice mieli ograniczoną władzę rodzicielską, mieli też ustanowionego kuratora. Przed sześcioma laty Krzysztof został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu za znęcanie się nad rodziną. Na czas postępowania sądowego dzieci znalazły się w domu dziecka. Ale gdy proces się zakończył, wróciły do domu, wtedy też sąd wyznaczył kuratora. Kurator Anna Klimowicz odwiedzała rodzinę regularnie, ale po dwóch latach zaczęła zastawać drzwi zamknięte. Opisała sytuację w raportach dla sądu rodzinnego. Trzy lata temu wystąpiła o ponowne umieszczenie dzieci w domu dziecka. Ale sąd do wniosku się nie przychylił. Prezes Sądu Okręgowego w Łodzi Ewa Chałubińska ustaliła, że w 2000 roku sąd rodzinny cztery razy prosił policję o ustalenie miejsca pobytu rodziny. Policja odpowiadała, że miejsce pobytu Krzysztofa i Jadwigi N. oraz ich dzieci jest nieznane. Papierowe zainteresowanie Pracownik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej napisał w raporcie, że dzieci są głodne i zaniedbane w czasie, kiedy mogły już nie żyć. Może zafałszował raport? Dziećmi interesowała się szkoła. - Miasto co roku dostarcza nam listę dzieci w naszym rejonie, które zaczyna obejmować szkolny obowiązek. Dwa lata temu bliźniacy Kamil i Adam nie przyszli we wrześniu do szkoły. Goniec zaniósł pismo na ich adres, potem wysyłaliśmy monity pocztą. Wreszcie wysłaliśmy pismo do policji. W zeszłym roku znowu była taka sama sytuacja - mówi dyrektor Szkoły Podstawowej nr 46 Jadwiga Zbrojewska. Policja odpowiedziała, że pod podanym adresem rodzina N. nie przebywa. - Chłopcy byliby dziś w drugiej klasie - mówi Zbrojewska, która zaznacza, że zrobiła wszystko, co mogła. - Wysłałam pedagoga, żeby osobiście z nimi rozmawiał. Nie zastał nikogo. - Była zawiadamiana szkoła, ale nie było skuteczności - mówi łódzki kurator oświaty Jerzy Posmyk. Sędzia Ewa Chałubińska odkryła w dokumentach, że w 1999 roku sąd odwiesił karę Krzysztofowi N., bo ten znów znęcał się nad rodziną, miał trafić do więzienia. Było to w tym samym czasie, kiedy Jadwiga i Krzysztof przestali wpuszczać kuratora. W 2001 roku wydano list gończy, policja miała mężczyznę odnaleźć, ale nie odnalazła. - Policja przysyłała pisma, że pod wskazanym adresem nikt nie przebywa - twierdzi Chałubińska. - Rocznie policja w Łodzi poszukuje kilku tysięcy osób - rozkłada ręce Kozicki. - Mam wątpliwości, czy przypadkiem nie zwyciężyła rutyna. Od strony formalnej wszystko było prawidłowo. Jednak kiedy dzieci zniknęły, kiedy ze sprawozdań kuratorów wynikało, że jest to niepokojące, może powinno to zobowiązać sąd do podejmowania działań nierutynowych? - zastanawia się sędzia Ewa Chałubińska. To oznacza, że urzędnik popełnił błąd. Trwa sprawdzanie dokumentów w sądzie i policji oraz ustalanie faktów w opiece społecznej. - Ja ich widywałem, a urzędy ich nie widziały? - emeryt kręci głową. Za dziennikiem Rzeczpospolita z dn. 05.05.2003 r. Łódź: Przyznali się do zabicia dzieci Zarzuty dokonania zabójstw swoich dzieci przedstawiła dzisiaj łódzka prokuratura 29-latkowi, w mieszkaniu którego znaleziono beczki ze zwłokami czwórki dzieci - poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania. Dodał, że mężczyzna jest obecnie przesłuchiwany w prokuraturze. - Do czasu zakończenia przesłuchań prokuratura nie informuje, jakiej liczby dzieci dotyczą zarzuty - wyjaśnił Kopania. W prokuraturze przesłuchiwana będzie również 30-letnia matka dzieci. Według nieoficjalnych informacji, podczas przesłuchania przez policję mężczyzna przyznał, że wraz z żoną zabili trójkę swoich dzieci. Jedno - według podejrzanego - miało umrzeć śmiercią naturalną. Rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi podinspektor Witold Kozicki powiedział jedynie, że Krzysztof N. "złożył obszerne wyjaśnienia, z których wynika, że dzieci zmarły śmiercią gwałtowną w wyniku działań obojga rodziców". Według ustaleń policji w beczkach znajdowały się zmumifikowane zwłoki czwórki dzieci; dwóch chłopców bliźniaków, którzy prawdopodobnie zginęli cztery-pięć lat temu, oraz dwójki noworodków, które zabito tuż po urodzeniu. Zwłoki przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej. Dokładna przyczyna zgonu dzieci będzie znana po przeprowadzeniu sekcji zwłok. Według policji, konieczne będą również badania DNA. 29-latek został zatrzymany w policyjnej obławie dzisiaj w nocy wraz z 11-letnią córką w parku w pobliżu swojego domu. Dziewczynka jest cała i zdrowa, ale przebywa w szpitalu na obserwacji. W sobotę policja zatrzymała 30-letnią matkę dzieci. Szczelnie zamknięte beczki, w których ukryte były zwłoki dzieci, znaleziono w szafie w mieszkania przy ul. Radwańskiej w Łodzi. 30-latka przyznała podczas przesłuchania, że były w nich zwłoki jej dzieci. Kobieta, która jest w szóstym miesiącu ciąży, odmówiła jednak wyjaśnień na temat okoliczności ich śmierci. Z dowodu osobistego wynika, że kobieta miała troje dzieci; dziewczynkę w wieku 11 lat i dwóch urodzonych 9 lat temu chłopców - bliźniaków. Za serwisem informacyjnym portalu INTERIA.PL z dn. 28.04.2003 r. Makabryczne odkrycie w łódzkim mieszkaniu Makabrycznego odkrycia dokonano w sobotę wieczorem w jednym z mieszkań w centrum Łodzi. W trzech beczkach policjanci znaleźli zwłoki dziecka oraz dwa pakunki, w których prawdopodobnie znajdują się ludzkie szczątki. W mieszkaniu policjanci zatrzymali 30-letnią kobietę, która - jak ustalono - jest matką trójki dzieci, 11-letniej dziewczynki i dwóch 9-letnich chłopców. Trwa ustalanie, czy to ich szczątki znaleziono w beczkach. Policjanci weszli przez balkon do mieszkania przy ul. Radwańskiej w poszukiwaniu mężczyzny podejrzanego o kradzieże i włamania. W jednej z szaf znaleźli trzy beczki z tworzywa sztucznego. Zwłoki dziecka oraz szczątki zostały przewiezione do Zakładu Medycyny Sądowej, gdzie zostaną przeprowadzone badania i ekspertyzy. Matka dzieci, która jest w szóstym miesiącu ciąży trafiła do policyjnej izby zatrzymań. Trwają poszukiwania ojca dzieci. (mk) Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualnej Polski z dn. 26.04.2003 r. Łódź: Znaleziono poćwiartowane zwłoki dzieci Makabrycznego odkrycia dokonano w jednym z mieszkań w centrum Łodzi. W trzech beczkach policjanci znaleźli rozczłonkowane zwłoki dzieci. Policjanci weszli do mieszkania przy ul. Radwańskiej w poszukiwaniu mężczyzny. W szafie znaleziono trzy beczki. Po ich otwarciu okazało się, że są tam rozczłonkowane zwłoki dzieci - poinformował nadkomisarz Dariusz Krawczyk. W mieszkaniu była matka dzieci, którą przewieziono na razie do szpitala. Lekarz ma zdecydować, czy może zostać zatrzymana przez policję. Według ustaleń policji, rodzina ta miała troje dzieci: 11-letnią dziewczynkę i bliźniaki w wieku 9 lat. Policja poszukuje ojca. Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 26.04.2003 r. |
|
Proszę
wybrać przejście:
strona utworzona 01.06.2003 r. |
|