|
Morderstwo b. ministra sportu Jacka Dębskiego w kwietniu 2001 r. |
||
|
Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza |
Aktualizacja 17.06.2001 r. Koniec procesu "Inki" Warszawski Sąd Okręgowy zamknął przewód sądowy w procesie Haliny G. - "Inki", oskarżonej o pomoc w zabójstwie byłego ministra sportu Jacka Dębskiego. 24 czerwca mowy końcowe mają wygłosić oskarżyciele i obrońcy, a także sama oskarżona. W poniedziałek sąd odczytywał ostatnie fragmenty zeznań świadków, których nie wzywano na rozprawy - m.in. nieżyjącego już Jeremiasza Barańskiego, mieszkającego w Austrii mafijnego bossa, oskarżonego o zlecenie zabójstwa byłego ministra. Twierdził on nadal, że "Inka", oskarżając go o to zlecenie daje dowód, że jest chora psychicznie, a sprawa ma tło polityczne. "Osoba, która spowodowała to zabójstwo usiłowała skierować śledztwo na tory polityki, ale jej się to nie udało" - tak zeznania "Baraniny" skomentował w rozmowie z dziennikarzami prokurator Andrzej Komosa. Sama "Inka" nie chciała ustosunkowywać się do twierdzeń Barańskiego. Powiedziała jedynie, że są one dla niej obraźliwe. Sąd odczytał też zeznania Jacka Dębskiego ze śledztwa, które on sam poniekąd spowodował. Pod koniec 2000 r. Dębski ujawnił w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej", że "wysocy funkcjonariusze AWS" żądali od niego, by w archiwach kierowanego przezeń Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki znalazł materiały obciążające Aleksandra Kwaśniewskiego, które miałyby potem zostać wykorzystane w kampanii prezydenckiej. W swoich zeznaniach Dębski nie ujawnił, kto tego od niego zażądał. Mówił, że są to publiczne osoby, które nadal zajmują wysokie stanowiska i mogą mu zaszkodzić. Sugerował też, że osoby te dały mu do zrozumienia, iż jeśli nie znajdzie "kwitów na Kwaśniewskiego", może mieć "problem lustracyjny". Szczegółów tego wątku nie udało się poznać, bo okazało się, że w dołączonym do akt sprawy "Inki" protokole przesłuchania Dębskiego brak jednej strony. Następnie sąd dokonał ostatniego przeglądu akt sprawy i zaliczenia poszczególnych dokumentów do materiału dowodowego. Po tej czynności sąd formalnie zamyka przewód sądowy i udziela głosu stronom - mowy końcowe wygłaszają: prokurator, pełnomocnik oskarżycielki posiłkowej (jest nią żona Dębskiego), obrońcy oskarżonej. Na końcu sama "Inka" ma wygłosić "ostatnie słowo". Jednocześnie sąd uprzedził strony, że zmianie może ulec kwalifikacja prawna czynu zarzuconego Halinie G. - z udzielenia pomocy w zabójstwie, na bezpośredni udział, tzw. współsprawstwo w tej zbrodni. Może to oznaczać przypisanie "Ince" tzw. zamiaru bezpośredniego zabójstwa - czyli współdziałania z pozostałymi sprawcami i chęć pozbawienia życia Dębskiego. Przypisane jej przez prokuraturę tzw. działanie w zamiarze ewentualnym oznacza jedynie, że mogła ona przewidywać zaistnienie przestępstwa i się z tym godziła. Ta zmiana nie wpływa bezpośrednio na możliwy wymiar kary - jest jedynie prawnym opisem przestępstwa (za udział w zabójstwie, tak jak za pomoc w dokonaniu tej zbrodni, grozi od 8 lat do dożywocia). Otwartą sprawą pozostaje ocena wyjaśnień "Inki" - czy sąd da jej wiarę w całości, a jeśli tak, to czy w związku z tym zastosuje nadzwyczajne złagodzenie kary. Według planów z poprzedniej rozprawy, prokurator miał wystąpić już w poniedziałek. Sędzia Janusz Jankowski poinformował jednak już na wstępie, że stanie się to 24 czerwca - wtedy głos zabiorą wszystkie strony. Jacek Dębski zginął w nocy z 11 na 12 kwietnia 2001 r. Bawił się wówczas ze swoimi znajomymi we włoskiej restauracji nieopodal mostu Poniatowskiego w Warszawie. Była z nim także "Inka" - jedyna kobieta w towarzystwie. Śledztwo wykazało, że "Baranina" przez cały wieczór dzwonił do "Inki", zaś Dębski telefonował do Barańskiego. Około północy Halina G. usłyszała od "Baraniny", że ma wyjść z Dębskim przed lokal, a w środku zostawić swój płaszcz i już tam nie wrócić. Według Jeremiasza Barańskiego, Dębski "musiał zostać ukarany, bo był nielojalny". Kula zabójcy dosięgła ministra kilkadziesiąt metrów od restauracji - Dębski nie przeżył postrzału w głowę. Halina G. jest obecnie jedyną osobą oskarżoną w związku z zabójstwem Dębskiego. W 2002 r. w celi warszawskiego aresztu powiesił się Tadeusz Maziuk, pseudonim Sasza, który według prokuratury zabił byłego ministra sportu. Prokurator Komosa zaprzeczył doniesieniom niektórych gazet z maja, by Maziuk zginął tuż po tym, jak zasygnalizował, że chce mówić o sprawie w zamian za "układ" między nim a prokuraturą. Z kolei oskarżony o zlecenie tego mordu Jeremiasz Barański, pseud. Baranina, popełnił samobójstwo w wiedeńskim areszcie tuż przed zakończeniem swego procesu, w którym odpowiadał za zlecenie tej zbrodni, a także inną działalność przestępczą. "W obecnej chwili to trudna sprawa pod względem prawnym" - ocenił prokurator Komosa. "Ince" grozi nawet dożywocie. Nie wiadomo jednak, czy prokurator nie weźmie pod uwagę całokształtu okoliczności sprawy, w tym tego, że Halina G. szeroko opisywała działalność "Baraniny", sama też stosunkowo szybko wskazała na niego jako zleceniodawcę zbrodni. Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 16.06.2003 r. ZLECENIODAWCA Z WIEDNIA Według polskiej policji, na rozkaz "Baraniny": - usiłowano zabić Andrzeja G. - początek lat 90. Andrzej G. był wspólnikiem Barańskiego - razem byli podejrzani o przemyt alkoholu w 1991 r. - oblano kwasem prokurator z Opola Wiolantynę Mataniak - marzec 1995 r. Prowadziła śledztwo w sprawie przemytu i przesłuchiwała Barańskiego. - zastrzelono Andrzeja Grzymskiego, ps. Junior - styczeń 1998 r. Zabity w przejściu podziemnym koło Marriotta. Godzinę wcześniej morderca zastrzelił w zakładzie fryzjerskim na Pradze 18-letniego chłopaka tylko dlatego, że był podobny do ochroniarza "Juniora". - porwano żonę "Sewera", właściciela kantoru z Warszawy - październik 1998 r. - zastrzelono Rafała Kanigowskiego - ochroniarza "Juniora" - wrzesień 1998 r. Zabity w Żabieńcu niedaleko Piaseczna. - zastrzelono Adama Szymańskiego, narzeczonego Haliny G., ps. Inka - grudzień 1998 r. Zabity w Lasach Sękocińskich. - postrzelono Roberta Ś. - grudzień 1998 r. Zarzut usiłowania zabójstwa postawiono Adamowi R., uważanemu za jednego z cyngli "Baraniny". Został zatrzymany w USA, skąd przed tygodniem w drodze ekstradycji trafił do Polski. Przebywa w areszcie. - zastrzelono Seweryna Parczewskiego, ps. Sewer, właściciela kantoru w Warszawie - październik 2000 r. Zabito go przed domem w Radości. - postrzelono Bolesława Krzyżostaniaka, ps. Bolo, działacza klubu sportowego Olimpia Poznań. - listopad 2000 r. Zarzut wykonania zlecenia prokuratura postawiła Robertowi W., wspólnikowi Tadeusza Maziuka, ps. Sasza. - zastrzelono Jacka Dębskiego - w nocy z 11 na 12 kwietnia 2001 r. Zarzut zabójstwa postawiono Tadeuszowi Maziukowi, ps. Sasza. Dzień później znaleziono go powieszonego w celi aresztu na Rakowieckiej. Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 08.05.2003 r. Przez lata skutecznie wodził za nos policje: Polski, Austrii i Niemiec Ostatnia gra podwójnego agenta Jeremiasz Barański, ps. Baranina, przez kilkadziesiąt lat wodził za nos policje i służby specjalne kilku krajów. Udając współpracę i sprzedając im informacje na temat konkurencyjnych, a nawet swoich grup przestępczych, jednocześnie pod ochroną policji sam kierował mafią. Całe życie grał podwójną rolę. Uchodząc za statecznego przedsiębiorcę, dobrego męża i ojca, był jednocześnie bezwzględnym bandytą. Nawet swoją śmierć w celi austriackiego aresztu przygotował - jak sądzą niektórzy - jak spektakl. Dzień przed samobójstwem przekazał żonie list, w którym twierdzi, że jest niewinny, zaszczuty i obawia się o własne życie. - Mogło to być przygotowanie do rozpowszechniania informacji przez jego otoczenie, że "Baranina" nie popełnił samobójstwa, ale ktoś mu w tym pomógł - skomentował nieoficjalnie jeden z austriackich policjantów. "Baranina" już miesiąc temu, po pierwszej próbie samobójczej (wypił środek czyszczący), twierdził, że to był zamach na niego. Uchodził za twardego człowieka i wiele osób wątpi, czy rzeczywiście popełnił samobójstwo. Jeremiasz Barański, nazywany przez znajomych "Leszkiem", urodził się 23 listopada 1945 roku w Sopocie. Z wojska został zwolniony jako "niezdolny do służby" po leczeniu psychiatrycznym, z rozpoznaniem "psychopatia". Po liceum studiował dwa lata na Akademii Ekonomicznej. - Leszek jest bardzo inteligentny. Zna trzy języki, niemiecki, angielski i polski. Na bieżąco interesuje się sytuacją w Polsce. Prenumeruje polską prasę. Czyta także książki, głównie kryminały. Jest obyty, posiada maniery, dosłownie nadawałby się na prezydenta RP - oceniała go później Halina G., ps. Inka. Oskarżona o pomoc w zabójstwie Dębskiego, przez kilka lat - jak zeznała - była uzależniona psychicznie od "Baraniny". Barański z Sopotu przeniósł się do Poznania, gdzie ożenił się z córką bogatego piekarza i zaczął pracę w jego piekarni. W 1977 r., po rozwodzie przeniósł się do Warszawy. W 1978 r. wyjechał do Austrii. Ożenił się z Krystyną, kelnerką polskiego pochodzenia. Pracował w firmie Kodak. Na początku lat 80. wyjechał z żoną do Monachium, a w 1982 r. do USA. Barański przez dwa lata był tam zarządcą na rancho niemieckiej rodziny. Biznesmen ze znajomościami w SB W 1984 r. wrócił do Warszawy, skąd ponownie wyjechał do Austrii. Wraz z austriackim wspólnikiem, kupił warsztat samochodowy w Himbergu pod Wiedniem. Jego żona nadal pracowała jako kelnerka. Wkrótce jednak Barański zaczął kupować i prowadzić lokale - m.in. Amadeusa w Himbergu, kawiarnię i klub bilardowy Andi w Gramatneusiedl, gdzie mieszkał. Kupował też kolejne restauracje, a także boiska tenisowe. Zatrudnienie na czarno w warsztacie i lokalach "Baraniny" znajdowali m.in. złodzieje samochodów i inni przestępcy z kraju. Barański wielokrotnie przyjeżdżał do Polski. W 1990 r. kupił fabrykę pończoch w Łodzi. Miał też udziały w łódzkiej firmie Eurobalex. Jerzy K., emerytowany pułkownik wojska, przesłuchany po zabójstwie Dębskiego zeznał, że poznał Barańskiego na przełomie lat 80. i 90. podczas organizowanego przez "Baraninę" spotkania "ludzi z firmy" (pracowników SB i milicji) oraz prokuratorów. - Było tam m.in. dwóch funkcjonariuszy SB z Łodzi. Barański twierdził, że razem z oficerami SB prywatyzował Bistonę w Łodzi, ale potem go wyrolowali - zeznał Jerzy K. Przemytnik z kwasem W 1991 r. na przejściu granicznym Głuchołazy-Mikulowice wykryto przemyt alkoholu. O jego zorganizowanie i o przekupywanie strażników granicznych podejrzany był m.in. Barański. Rozesłano za nim list gończy. W 1992 r. podczas kłótni z żoną został przez nią postrzelony. Przeszedł skomplikowaną operację ręki. Barański nie przyznał się oficjalnie do współpracy z SB, ale mówił o swoich związkach z tajnymi służbami. - W latach 90. popełniłem wielki błąd i zorganizowałem przemyt alkoholu. Zarobiłem na tym dobrze i kierownik tajnej służby pułkownik N. zagadnął mnie, abym założył fundację. Ta fundacja miała udostępniać funkcjonariuszom polskiego MSW kantyny, mieszkania, samochody - powiedział później austriackim prokuratorom "Baranina". W jego zeznaniach są informacje o przyjaźni z biznesmenami Aleksandrem Żaglem i Andrzejem Kuną, znanymi w Polsce m.in. z zatrudniania Ałganowa (oficer KGB). W 1994 r., na podstawie listu gończego Barański został zatrzymany w Belgii i wydalony do Polski. 7 lipca 1994 r. po przesłuchaniu w Opolu przez prokurator Wiolantynę Mataniak, trafił do aresztu. Przy przesłuchaniu był obecny znany adwokat Tadeusz de Virion. Adwokat ten dostarczył później sfałszowane dokumenty lekarskie, na podstawie których "Baranina" opuścił areszt. Wkrótce potem doszło do bulwersującego zdarzenia - prokurator Wiolantyna Mataniak została oblana kwasem solnym. - Kazał zrobić mi "prysznic" - zeznała niedawno na procesie "Baraniny" przed austriackim sądem. Tajny współpracownik W 1995 roku Barański został aresztowany w Hanowerze pod zarzutem udziału w zorganizowanej grupie przemycającej papierosy. Sąd skazał go jednak zaledwie na dwa lata w zawieszeniu i grzywnę. Stało się tak dlatego, że "Baranina" zgodził się na współpracę z niemiecką policją i wydał 49 członków swojej grupy. W tym samym czasie został też współpracownikiem austriackiej policji EDOK. Przez kilka lat uchodził za cennego informatora pomagającego w walce z mafiami wschodnimi i dostawał za to pieniądze. W 1998 r. policjanci pomogli mu załatwić austriackie obywatelstwo. W tym czasie Barański już się w Polsce nie pokazywał, ale utrzymywał kontakty w świecie przestępczym Warszawy i na południu kraju. Do jego gangu należeli m.in. Andrzej Grzymski, ps. Junior, Rafał Kanigowski, Tadeusz Maziuk, ps. Sasza - wszyscy już nie żyją - oraz np. Adam R. (niedawno zatrzymany w USA). "Baranina" kontrolował "Pruszków" przez swoich ludzi w tej grupie. Jego informatorem był m.in. właściciel jednego z warszawskich lokali, w którym spotyka się mafia. Barański miał uchodzić w Austrii za przedsiębiorcę. Był właścicielem firmy przewozowej Cargo Express Trading w Belgii i konsulem honorowym Liberii w Bratysławie. Wybudował drugi dom. Opiekował się siostrą w Polsce, wspomagając ją finansowo. W czerwcu 2000 r. Barańskich spotkało nieszczęście. W wypadku zginął ich jedyny syn. Pokój "Kukiego", jak nazywano go w domu, pozostał od tego czasu niezmieniony. Barański sprzedał lodziarnię i apartament na Florydzie, zarejestrowane na syna. Regularnie odwiedzał grób syna na małym cmentarzu w pobliżu domu. W Polsce przypisywano mu zlecenie wielu zabójstw, jednak brakowało dowodów na jego związek ze zbrodniami. Uchodził za szefa polskiej mafii w Wiedniu, związani z nim ludzie handlowali śmiercionośnymi tabletkami extasy, a jednocześnie był bezkarny. Spotykał się z prokuratorami i adwokatami z Polski. Nie do końca rozpoznane są jego kontakty biznesowe i polityczne. Zlecenie na kuzyna W 2000 roku poznał Jacka Dębskiego i wmówił mu pokrewieństwo. Obiecywał wspólne interesy. Dębski za pośrednictwem "Inki" przekazał mu 400 tys. dolarów. Poznał go też ze swoim maklerem (Ryszard Cz., zamieszany w aferę z fundacją salezjańską w Legnicy). Cz. stwierdził, że zainwestował kilka milionów dolarów w firmie WFT , która zbankrutowała. Kiedy "Rz" pisała kilka lat temu o tej spółce, dziennikarze naszej gazety byli zastraszani, a policja ostrzegła, że firma powiązana jest z "Pruszkowem". Barański zadeklarował odnalezienie jej założycieli w Jugosławii i ściągnięcie długu w zamian za 50 proc. i kilkadziesiąt tysięcy dolarów zaliczki z góry. Według polskiej i austriackiej policji, w kwietniu 2001 r. Barański telefonicznie kierował zabójstwem Jacka Dębskiego w Polsce. Dziennikarze "Rz" kilka dni po zabójstwie Dębskiego jako pierwsi odnaleźli Barańskiego w jego domu. "Baranina" telefonicznie kazał sobie zdawać relacje z tego, co pisaliśmy o sprawie. Barańskiego obciążały zeznania "Inki" i podsłuchane przez Austriaków rozmowy. Barański, próbując skierować śledztwo na inne tory i odwrócić uwagę od siebie, dzwonił do polskich policjantów osobiście i przez pośredników w tym Jerzego K. Nie udało się. Latem 2001 r. został aresztowany. Austriacy podsłuchiwali także jego rozmowy, prowadzone przez komórkę z celi aresztu, w czasie których próbował sterować zeznaniami swoich ludzi. Świadkowie zeznawali jednak przeciwko niemu. Groziło mu dożywocie. Anna Marszałek Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 08.05.2003 r. Samobójstwo supergangstera Zleceniodawca zabójstwa ministra Jacka Dębskiego Jeremiasz B. powiesił się w celi wiedeńskiego aresztu. Polskich komentatorów i polityków dziwi seria samobójstw w tej sprawie. Martwego Jeremiasza B. znaleziono wczoraj o godz. 5 rano w jego jednoosobowej celi aresztu śledczego na wiedeńskim Josefstadt. Według wstępnych ustaleń gangster powiesił się na pasku od spodni. O śmierci Walter Geyer, prokurator oskarżający "Baraninę", dowiedział się w drodze na lotnisko. Miał lecieć do Warszawy na przesłuchanie świadków właśnie w procesie Jeremiasza B. Zamiast niego przyleciało dwóch policjantów. Sam prokurator nie był zdziwiony informacją o śmierci oskarżonego. - Z podsłuchów rozmów, jakie z przemyconego do celi telefonu wykonywał Jeremiasz B., zorientować można się było, że bierze pod uwagę możliwość popełnienia samobójstwa - komentował prokurator Geyer. - Jego stan psychiczny był jednak ostatnio normalny. Wiedział, że trwające postępowanie może zmierzać w niewłaściwym dla niego kierunku. To był niezwykle inteligentny człowiek. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wypuszczenie go na wolność jest coraz mniej realne. Można powiedzieć, że była przed nim tylko ściana. Rzeczniczka resortu sprawiedliwości Elisabeth Zacharia poinformowała, że we wtorek nie było żadnych oznak świadczących o tym, jakoby "Baranina" planował samobójstwo. Miesiąc wcześniej, 9 kwietnia, Jeremiasz B. został przewieziony do szpitala z objawami zatrucia. Według austriackiej policji, wypił środek czyszczący podłogi. Sam "Baranina" twierdził później, że to policja chciała go otruć i dlatego jeden ze strażników dolał mu do kubka z zieloną herbatą trujący płyn. Jego życiu nie zagrażało wtedy niebezpieczeństwo. Już następnego dnia wyszedł ze szpitala. Kilka godzin spędził pod opieką psychologa, a następnie trafił do celi objętej specjalnym nadzorem. Tej samej, w której znaleziono go martwego wczoraj nad ranem. - W pomieszczeniu z niewielkim oknem, toaletą i kolorowym telewizorem kontrolowano Jeremiasza B. regularnie co godzinę - tłumaczy naczelnik wiedeńskiego aresztu Peter Prechtl. W celi nie było jednak kamer monitoringu. Ze względu na bezpieczeństwo osadzonego nie wyrażono zgody na jego udział w spotkaniach z większą grupą więźniów. W areszcie, gdzie przebywa na co dzień ok. tysiąca osadzonych, 57-letni Jeremiasz B. niemal cały czas przebywał sam. Już 19 maja miał być wznowiony austriacki proces "Baraniny", przerwany przez jego rzekomą próbę samobójczą. Obrońca Jeremiasza B. mecenas Karl Bernhauser wystąpił w tym czasie z wnioskiem o badanie psychiatryczne swojego klienta. Jak twierdził, zaczął wątpić w jego poczytalność. DOROTA KANIA, PIOTR SIEŃKO współpraca JAROSŁAW MACHOWIAK Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 08.05.2003 r. Kto chciał śmierci Baraniny W środę nad ranem strażnik w wiedeńskim areszcie w dzielnicy Josefstadt znalazł ciało Jeremiasza B. W tym czasie z domowego sejfu zniknęło osławione archiwum "Baraniny", dowiedziało się ŻW. Podejrzewany o zlecenie zabójstwa ministra Jacka Dębskiego Jeremiasz B. latami gromadził dokumenty mogące zdyskredytować wielu prominentnych biznesmenów i polityków - mówi proszący o zachowanie anonimowości oficer austriackich służb specjalnych. - Działał, wykorzystując starą metodę służb specjalnych... szantaż materiałami obciążającymi. Po zatrzymaniu gangstera policja austriacka przejęła tylko nieliczne dokumenty. Reszta materiałów została nietknięta w domu. Do wtorku... Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, sejf "Baraniny" opróżniono. Istnienie archiwum potwierdzają byli współpracownicy "Baraniny". Według nich, miało być ono swoistą polisą ubezpieczeniową bossa. - We wtorek przed południem "Baraninę" odwiedziła żona - mówi naczelnik wiedeńskiego aresztu Peter Prechtl. - To było ostatnie spotkanie małżonków. Czy właśnie wtedy "Baranina" dowiedział się o stracie archiwum? Dorota Kania, Piotr Sieńko, Peter Pisa z Wiednia Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 08.05.2003 r. Mocodawcy są bezpieczni Z oficerem Centralnego Biura Śledczego przez lata zajmującym się rozpracowywaniem ludzi "Baraniny" rozmawia Dorota Kania Czy Jeremiasz B. popełnił samobójstwo? Czy jego śmierć była komuś na rękę? Jestem prawie przekonany, że sam popełnił samobójstwo. Jednak mając tak wysoką przestępczą pozycję, nie mógł działać samodzielnie. Podobnie jak on doprowadził do tego, że dwóch pracujących dla niego killerów "Popo" i "Sasza" popełniło samobójstwa, tak samo jego mocodawcy prawdopodobnie zasugerowali mu, że jedynym wyjściem z sytuacji jest śmierć. Czy rzeczywiście wierzy Pan, że "Baranina" mógł ulec naciskom kogoś trzeciego i poświęcić własne życie? Zdawał sobie doskonale sprawę, że teraz wszystko obróciło się przeciwko niemu. Obciążające go zeznania złożyli jego żołnierze, a także "Inka", dziewczyna, do której miał stuprocentowe zaufanie. Wyrok w tej sprawie mógł być tylko jeden - dożywocie bez prawa łaski. To byłby spory cios dla człowieka, któremu zawsze wszystko się udawało, który zawsze rozdawał karty i decydował o życiu i śmierci innych. Był na szczytach przestępczej hierarchii i nagle okazało się, że cały jego misternie budowany świat runął. A proszę pamiętać, że każdy ma rodzinę... Tak, ale jaki interes w jego śmierci mogli mieć tzw. mocodawcy? Śmierć "Baraniny" gwarantuje ich bezpieczeństwo. W ten sposób machina ujawniania struktury przestępczej zatrzymała się właśnie na nim. Jeremiasz B. nikogo nie obciąży swoimi zeznaniami i nie powie o powiązaniach, a na pewno w tym względzie miałby sporo do powiedzenia. Śmierć Jeremiasza B. odcina wszelkie tropy. Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 08.2003 r. Baranina sp. z o.o. Współpracownik polskiej esbecji i austriackich służb specjalnych. Mafioso, który bezwzględnie mordował. Biznesmen obracający milionami. Jak udało się nam dowiedzieć, warszawska prokuratura zamierzała wkrótce postawić "Baraninie" zarzut przywłaszczenia pieniędzy należących do Jacka Dębskiego, kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, do której mieli należeć m.in. "Inka", "Sasza" Adam R, Sewer P. i Andrzej G. (większość już nie żyje). Jeremiasz B. "Baranina" zaczynał swą przestępczą karierę na wybrzeżu. Pracował wówczas dla Nikodema S. "Nikosia". Zajmował się włamaniami, kradzieżami i przemytem samochodów. W Austrii zamieszkał w 1978 r. Początkowo w Himbergu prowadził zakład samochodowy, do którego auta wstawiali przede wszystkim polscy emigranci. Już wtedy współpracował z polskimi grupami przestępczymi. - Pod koniec lat 80. skupił wokół siebie kilka grup złodziei samochodów, którzy kradli auta z wypożyczalni na zachodzie Europie i przerzucali na wschód - opowiada oficer komendy głównej. Bardzo szybko Jeremiasz B. dorobił się ogromnej fortuny. Większość pieniędzy inwestował w grunty Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. W Austrii otworzył kilka firm budowlanych. Na przełomie lat 80. i 90. razem z Andrzejem Kolikowskim "Pershingiem", pruszkowskim gangsterem, oraz Zbigniewem Nawrotem, rezydentem polskiej mafii w Niemczech, zajmował się przemytem alkoholu i papierosów. - Miał doskonałe kontakty ze wszystkimi gangami w Polsce - opowiada jeden z oficerów policji. Podczas licznych wyjazdów do USA spotykał się m.in. z bossami karteli narkotykowych i omawiał dostawy kokainy do Europy Zachodniej oraz agentami FBI, których jak się później okazało był tajnym agentem. Inwestował też w grunty w Kalifornii i na Florydzie. W tym ostatnim stanie kupił sobie nawet luksusową posiadłość. Przez podstawione firmy obracał milionami na światowych giełdach. Jako współpracownik najpierw polskich, a później austriackich służb specjalnych pomagał w rozpracowywaniu wschodnich grup przestępczych, pozbywając się przy tym niewygodnej konkurencji. Doszło do tego, że Jeremiasz B. stał się najpotężniejszym mafioso w Wiedniu, ale wtedy policja kryminalna nie mogła już nic z nim zrobić - mówi oficer komendy głównej policji. Od lipca 2001 r. Jeremiasz B. czekał w austriackim areszcie na proces w sprawie zlecenia zabójstwa Jacka Dębskiego (11 kwietnia 2001 r.). Według aktu oskarżenia, motywem zlecenia zabójstwa były rozliczenia finansowe między "Baraniną" a Dębskim. Były minister przelał na konto w Wiedniu 421 tys. 502 euro, a oskarżony owo konto "wyczyścił". Pieniądze te pochodziły podobno z niejasnych źródeł. Według austriackiej prokuratury, Jeremiasz Barański musiał się obawiać, że były minister wykryje opróżnienie konta i dlatego wydał na niego wyrok. W nocy z 11 na 12 kwietnia 2001 r., kiedy zastrzelono Dębskiego, Jeremiasz Barański 15 razy rozmawiał telefonicznie z płatnym zabójcą Tadeuszem M. oraz z Haliną G. "Inką", oskarżoną o wystawienie Dębskiego zabójcy. Rankiem 12 kwietnia zabójca poinformował bossa o wykonaniu zadania, mówiąc "Elegancko, co?" - zacytował prokurator z nasłuchu telefonicznego. Kiedy, w związku z zabójstwem Dębskiego, miało nastąpić zatrzymanie Barańskiego, EDOK, służby austriackie, z którymi współpracował Jeremiasz B., usiłowały objąć go programem ochrony świadków FBI i wyekspediować z Austrii. Nawet w areszcie śledczym "Baranina" był na bieżąco informowany o wynikach prowadzonego przeciw niemu śledztwa. Umożliwiał to oficer EDOK, który regularnie spotykał się z obrońcą oskarżonego. Prokuratura zarzucała Barańskiemu zlecenie zabójstwa Dębskiego, przynależność do organizacji przestępczej oraz uzyskanie austriackiego obywatelstwa w niewyjaśnionych - być może sprzecznych z prawem - okolicznościach. PIOTR SIEŃKO, RAFAŁ PASZTELAŃSKI Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 08.05.2003 r. Barański miał ujawnić związki gangsterów z politykami Jeremiasz Barański kilka dni temu napisał list do dziennikarza tygodnika "NIE", w którym zapowiedział, że na najbliższej rozprawie ujawni wszelkie znane mu powiązania świata polityki ze światem przestępczym - dowiedziało się RMF. "Baranina" rano powiesił się w celi wiedeńskiego więzienia, w którym oczekiwał na kolejną rozprawę. Miał zeznawać 19 maja. Dlaczego popełnił samobójstwo, jeśli wcześniej składał takie deklaracje? Jeremiasz Barański zapewniał mnie o tym, że ujawni nowe informacje, bardzo znaczące, dotyczące powiązań polskich i austriackich służb specjalnych, przynajmniej niektórych przedstawicieli tych służb, ze światem biznesu i polityki. Te powiązania legły u podstaw wielu dramatycznych wydarzeń, w tym śmierci Dębskiego - mówi RMF Bogusław Gomzar, dziennikarz tygodnika. Austriackie służby wykluczają jednak udział osób trzecich w śmierci "Baraniny". W samobójstwo Barańskiego nie wierzy z kolei ani były szef MSWiA Marek Biernacki, ani też żona Barańskiego, która jeszcze wczoraj z nim rozmawiała. Zdecydowanie zaprzeczyła ona temu, by cokolwiek mogłoby wskazywać, iż "Baranina" chce popełnić samobójstwo. Za serwisem informacyjnym portalu Radia RMF z dn. 07.08.2003 r. Biernacki: Nie wierzę w samobójstwo "Baraniny" W samobójstwo "Baraniny" nie wierzy Marek Biernacki, były szef MSWiA. Gość Faktów mówi, że Barański był bezwzględnym mordercą, dla którego życie ludzkie nie miało żadnej ceny. - Trudno mi uwierzyć, żeby popełnił samobójstwo, że nie wytrzymałby więzienia, ponieważ był to zatwardziały bandzior - uważa Biernacki. Wojciech Jankowski: Co pan myśli o śmierci "Baraniny"? Marek Biernacki: Jestem zszokowany. Sytuacja jest bardzo ciekawa: zaczyna się proces, jesteśmy coraz bliżej rozwiązania pewnych spraw, dochodzimy do tzw. trzeciego poziomu. Żołnierzy mamy zamkniętych, szefów gangów mamy zamkniętych i dochodzimy do trzeciego poziomu, czyli domniemanych powiązań, których wszyscy domyślają się, że są - z politykami i biznesem. Ta więź zostaje przerwana. We Włoszech, w Stanach Zjednoczonych bardzo skutecznie rozbijano mafię i Cosa Nostrę, ale też nikt nie doszedł do trzeciego poziomu. U nas, jak się okazuje, byliśmy najbliżej. Zawsze mówiłem, że proces pruszkowski ma szansę wyjaśnić bardzo dużo, pokładam w tym nadzieję, chociaż zabójstwo domniemanego killera Jacka Dębskiego czy samobójstwo, ja mówię zabójstwo, teraz zabójstwo, czy samobójstwo "Baraniny" stawia pod znakiem zapytania, czy nie jest to jakimś przesłaniem dla innych bandziorów z Pruszkowa i z innych tego typu organizacji mafijnych i paramafijnych, żeby za dużo nie mówili. Wojciech Jankowski: Czy to jest sugestia, że i w tym pierwszym przypadku, jak i w tym dzisiejszym, ktoś w samobójstwie pomagał? Marek Biernacki: "Baranina" to był wyjątkowy bandzior, morderca bez skrupułów, mający na sumieniu szereg zabójstw na zlecenie, które wykonał. Dla kradzieży zwykłego tira też był gotów wydać wyrok śmierci, np. na Słowacji. Dla niego życie ludzkie nie liczyło się w żaden sposób, więc trudno mi uwierzyć, żeby popełnił samobójstwo, że nie wytrzymałby więzienia, ponieważ to był zatwardziały bandzior. Mogę powiedzieć, że dla mnie to jest też szokujące i wiem, że te macki sięgają bardzo szeroko. Wiosną, jako były minister poszukiwałem pracy, zgłosili się do mnie pewni goście ze świetną propozycją pracy. Po zidentyfikowaniu tej ścieżki, ona wiodła właśnie do - już siedzącego - pana Jeremiasza Barańskiego. Proponowali mi pracę ludzie powiązani z Wiedniem i z Jeremiaszem. Wojciech Jankowski: Co oni chcieli osiągnąć w ten sposób? Marek Biernacki: Skompromitować ministra, który próbował walczyć z mafią. Miałbym świetną pracę, świetnie płatną, oczywiście pracę całkowicie legalną, ale w pewnym momencie okazałoby się, że jestem zatrudniony w firmie sponsorowanej przez Barańskiego. Za serwis informacyjnym Radia MF z dn. 07.05.2003 r. Barański miał ujawnić związki gangsterów z politykami Jeremiasz Barański kilka dni temu napisał list do dziennikarza tygodnika "NIE", w którym zapowiedział, że na najbliższej rozprawie ujawni wszelkie znane mu powiązania świata polityki ze światem przestępczym - dowiedziało się RMF. "Baranina" rano powiesił się w celi wiedeńskiego więzienia, w którym oczekiwał na kolejną rozprawę. Miał zeznawać 19 maja. Dlaczego popełnił samobójstwo, jeśli wcześniej składał takie deklaracje? - Jeremiasz Barański zapewniał mnie o tym, że ujawni nowe informacje, bardzo znaczące, dotyczące powiązań polskich i austriackich służb specjalnych, przynajmniej niektórych przedstawicieli tych służb, ze światem biznesu i polityki. Te powiązania legły u podstaw wielu dramatycznych wydarzeń, w tym śmierci Dębskiego - mówi RMF Bogusław Gomzar, dziennikarz tygodnika. Austriackie służby wykluczają jednak udział osób trzecich w śmierci "Baraniny". W samobójstwo Barańskiego nie wierzy z kolei ani były szef MSWiA Marek Biernacki, ani też żona Barańskiego, która jeszcze wczoraj z nim rozmawiała. Zdecydowanie zaprzeczyła ona temu, by cokolwiek mogłoby wskazywać, iż "Baranina" chce popełnić samobójstwo. Za serwisem informacyjnym portalu Radia RMF z dn. 07.05.2003 r. "Baranina" - gangster i agent tajnych służb Gangster, handlarz narkotyków, przemytnik papierosów i alkoholu, a także współpracownik austriackich i niemieckich służb specjalnych - wszystkim tym zajmował się Jeremiasz Barański, zleceniodawca zabójstwa ministra sportu Jacka Dębskiego. Dziś powiesił się w celi wiedeńskiego więzienia. Przestępcza kariera Barańskiego rozpoczęła się w końcu lat 80. W 1990 roku został zatrzymany przy wielomilionowym przemycie alkoholu z Czechosłowacji do Polski. Z aresztu wyszedł jednak dzięki sfałszowanemu zaświadczeniu o zaburzeniach psychicznych. W 1995 roku "Baranina" został skazany w Niemczech za przemyt papierosów. Niemcy potraktowali go łagodnie, głównie dlatego, że zdecydował się na współpracowacę z tamtejszymi służbami specjalnymi. "Baranina" był też zamieszany w produkcję w Polsce i sprzedaż w lokalach w Wiedniu tabletek ekstazy. Po tej sprawie - jak podała prasa - austriacka policja miała mu założyć podsłuch. Dzięki niemu wykryto m.in. związki Jeremiasza B. z zabójstwem Dębskiego. Głośnym echem odbiła się informacja o tym, że "Baranina" sądzony w Wiedniu za zlecenie zabójstwa Jacka Dębskiego ma w areszcie komórkę. Austriackie służby nagrały, jak namówił konkubinę domniemanego zabójcy b. ministra sportu - Tadeusza M. ps. "Sasza" - do złożenia fałszywych zeznań: Po zatrzymaniu "Baraniny" wyszło na jaw, że był od dawna tajnym agentem austriackich służb specjalnych. Miał świetne rozeznanie w działających na terenie Europy Zachodniej gangach, przede wszystkim pochodzących z Europy Wschodniej. Wiadomości, które przekazywał policji, pozwoliły na podjęcie skutecznej walki z gangami rosyjskojęzycznymi czy azjatyckimi. Jeremiasz B. był jednocześnie specjalnym agentem austriackiej jednostki do zwalczania przestępczości zorganizowanej EDOK (dziś już nie istnieje). I dzięki temu pozbywał się własnych konkurentów. Ale dopóki był "zwykłym" kryminalistą-przemytnikiem, EDOK patrzył na jego działania przez palce, a nawet chronił go przed zagrożeniem czy zemstą innych gangów - twierdzi austriacka policja. Według kompetentnych władz austriackich, punktem zwrotnym było to, że "Baranina" wydał zlecenie zabójstwa Dębskiego. Austriacka agencja pisała, że Barański mógł mieć - według podejrzeń polskich organów ścigania - również związki z zamachem w barze w Warszawie, w którym zastrzelonych zostało pięć osób. O tych podejrzeniach dowiedziała się także EDOK, po czym jej funkcjonariusze odłożyli na bok akta, a Barański otrzymał ochronę policyjną. "Baranina" - według polskich policjantów - utrzymywał też ścisłe kontakty z gangiem pruszkowskim (według niektórych informacji był rezydentem w Austrii grupy z Pruszkowa). Zajmował się m.in. nielegalnym handlem narkotykami i spirytusem. Jeremiasz Barański, który miał podwójne obywatelstwo, odpowiadał przed sądem jako obywatel austriacki i wobec tego nie zwrócił się do ambasady o opiekę prawną czy pomoc. Proces "Baraniny" miał się zakończyć w maju. Za serwisem informacyjnym portalu Radia RMF FM z dn. 07.05.2003 r. "Baranina" powiesił się w celi Jeremiasz Barański, "Baranina", popełnił samobójstwo w swojej celi w wiedeńskim areszcie - poinformowała austriacka agencja APA. 57-letniego "Baraninę", oskarżonego m.in. o zlecenie zabójstwa byłego polskiego ministra sportu Jacka Dębskiego, znaleziono w środę o godzinie 5.00 rano martwego w jego celi. Według austriackiego resortu sprawiedliwości, Barański powiesił się na pasku. Rzeczniczka resortu sprawiedliwości Elisabeth Zacharia poinformowała, że we wtorek Barański miał widzenie z żoną i że "nie było żadnych oznak, że planował samobójstwo". Oskarżony, który wielokrotnie próbował przekazywać wiadomości z aresztu śledczego, przebywał w jednoosobowej celi. Miesiąc temu, 9 kwietnia, Barański został przewieziony do szpitala z objawami zatrucia. Według policji austriackiej, wypił środek czyszczący. Sam Baranina twierdził później, że to policja chciała go otruć. Jego życiu nie zagrażało wtedy niebezpieczeństwo. Proces "Baraniny", już bliski zakończenia, został wtedy odroczony do 19 maja. Obrońca Jeremiasza B. wystąpił z wnioskiem o badanie psychiatryczne swojego klienta, "ponieważ zaczął wątpić w jego poczytalność". Proces rozpoczął się 23 styczniu przed sądem krajowym w Wiedniu. Prokurator Walter Geyer w półtoragodzinnym wystąpieniu zapoznał przysięgłych z założeniami aktu oskarżenia. "Zleceniodawcą zabójstwa (Dębskiego) był oskarżony" - powiedział prokurator i dodał, że Jeremiasz Barański zaplanował tę zbrodnię, przebywając w Austrii. Pomagali mu w tym "ludzie, którzy słuchali jego rozkazów, nie zadając zbędnych pytań". Według aktu oskarżenia, motywem zlecenia zabójstwa były rozliczenia finansowa między "Baraniną" a Dębskim. Były minister przelał na konto w Wiedniu 421.502 euro (w przeliczeniu), a oskarżony owo konto "wyczyścił". Austriacka agencja APA pisała, że pieniądze te pochodziły podobno z "niejasnych źródeł". Według austriackiej prokuratury Jeremiasz Barański musiał się obawiać, że były minister wykryje opróżnienie konta. "W tej sytuacji jeden z +żołnierzy+ Barańskiego otrzymał zlecenie zabicia Dębskiego" - oświadczył prokurator. Jako materiał obciążający oskarżonego, prokurator wymienił m.in. listę rozmów telefonicznych. W nocy z 11 na 12 kwietnia 2001, kiedy zastrzelony został Dębski, Jeremiasz Barański 15 razy rozmawiał telefonicznie z płatnym zabójcą Tadeuszem M. oraz z "Inką", oskarżoną w Polsce o wystawienie Dębskiego zabójcy. "Inka" - Halina G. - zeznawała w marcu w Wiedniu na procesie "Baraniny". Wyraziła przekonanie, że to Barański zlecił zabójstwo Dębskiego. Rankiem 12 kwietnia zabójca poinformował "bossa" o wykonaniu zadania, mówiąc "Elegancko, co?" - zacytował prokurator z nasłuchu telefonicznego. Prokurator Geyer wiele mówił o powiązaniach Jeremiasza Barańskiego z austriacką policyjną grupą operacyjną, która zajmowała się zwalczaniem przestępczości zorganizowanej (EDOK). Oskarżony był od lat 90. tajnym współpracownikiem EDOK (później rozwiązanej) i - jak powiedział Geyer - inkasował honoraria nawet wtedy, gdy w Niemczech skazano go za przemyt papierosów na dwa lata więzienia z zawieszeniem i wysoką grzywnę, a w Polsce prowadzono śledztwo w związku z podejrzeniem o przemyt alkoholu. "Niektórzy funkcjonariusze policji działali w interesie jego organizacji" - powiedział prokurator Walter Geyer. Austriacka agencja pisała, że Barański mógł mieć - według podejrzeń polskich organów ścigania - również związki z zamachem w barze w Warszawie, w którym zastrzelonych zostało pięć osób. O tych podejrzeniach dowiedziała się także EDOK, po czym jej funkcjonariusze odłożyli na bok akta, a Barański otrzymał ochronę policyjną. Władze austriackie nie dowiadywały się ani o podejrzeniach wobec Barańskiego, ani o skazaniu go w Niemczech - mówił Geyer. Według prokuratora, funkcjonariusze z EDOK świadczyli Jeremiaszowi Barańskiemu "znaczne usługi" - nie musiał martwić się o zezwolenie na pobyt w Austrii. Jeden z funkcjonariuszy EDOK osobiście złożył w jego imieniu wniosek o przyznanie obywatelstwa austriackiego" - mówił prokurator. Barański uzyskał obywatelstwo austriackie w 1998 roku. Kiedy, w związku z zabójstwem Dębskiego, nastąpić miało zatrzymanie Barańskiego, EDOK usiłowała objąć go programem ochrony świadków FBI i wyekspediować z Austrii - mówił prokurator. Nawet w areszcie śledczym "Baranina" był na bieżąco informowany o wynikach prowadzonego przeciw niemu śledztwa. Umożliwiał to oficer EDOK, który regularnie spotykał się z obrońcą oskarżonego. Prokuratura zarzucała Barańskiemu zlecenie zabójstwa Dębskiego, przynależność do organizacji przestępczej oraz uzyskanie austriackiego obywatelstwa w niewyjaśnionych - być może sprzecznych z prawem - okolicznościach. Barański i jego obrońca Karl Bernhauser zdecydowanie zaprzeczyli zarzutowi zlecenia zabójstwa Dębskiego. Bernhauser wyraził przekonanie, że domniemany zabójca Dębskiego (został znaleziony martwy w celi w Warszawie) "został zamordowany, ponieważ mógłby udowodnić, że znajdował się w odległości 400 kilometrów od miejsca zbrodni". Zdaniem obrońcy, "pan Barański stał się problemem. Chciano załatwić EDOK. A EDOK można załatwić tylko w ten sposób, że powie się, iż B. jest supergangsterem". Oskarżony zaprzeczał postawionemu przez prokuratora zarzutowi, jakoby odgrywał przywódczą rolę w organizacji przestępczej. Jeremiasz Barański oświadczył też, że nie miał nic wspólnego z oblaniem kwasem polskiej prokurator, która kiedyś prowadziła przeciw niemu śledztwo, podobnie jak nie miał nic wspólnego z zamachem na bar. Oskarżony utrzymywał, że obywatelstwo austriackie otrzymał całkowicie legalnie. Zaprzeczył, jakoby interweniował w tej sprawie wysoki funkcjonariusz EDOK, który miał za to otrzymać 36.336 euro. Jeremiasz Barański, który miał podwójne obywatelstwo, odpowiadał przed sądem jako obywatel austriacki i wobec tego nie zwrócił się do ambasady o opiekę prawną, czy pomoc. Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 07.2003 r. Samobójstwo "Baraniny" Oskarżony o zlecenie zabójstwa byłego ministra sportu Jacka Dębskiego Jeremiasz Barański, ps. "Baranina", popełnił samobójstwo w areszcie w Wiedniu. Ok. godz. 5.00 rano znaleziono go powieszonego w jego jednoosobowej celi. Według rzeczniczki austriackiego resortu sprawiedliwości Elisabeth Zacharii, cele w areszcie, w którym przebywał Barański, były zwykle kontrolowane co godzinę, a jeśli zdarzały się opóźnienia, to nie większe niż o 15 minut. Zawęża to czas, w którym Barański popełnił samobójstwo. Elisabeth Zacharia powiedziała austriackiej agencji APA, że Barański powiesił się na pasku, przywiązanym do zasuwy okiennej. Oświadczyła, że nie widziano powodu, by zabierać Barańskiemu pasek. Zwróciła uwagę, że "Baranina" miał w swej celi telewizor i że mógłby wykorzystać przewód zasilający do popełnienia samobójstwa. Prawie miesiąc temu, 9 kwietnia, "Baranina" trafił do wiedeńskiego szpitala po wypiciu w celi płynu do mycia naczyń. Nie była to jednak próba samobójcza, jak początkowo podawano. Barański prawdopodobnie chciał odroczyć w ten sposób termin przewidzianej na tamten dzień rozprawy w jego procesie, która przypuszczalnie miała być ostatnią, a ława przysięgłych była gotowa wydać wyrok. Sam oskarżony twierdził, że to austriacka policja chciała go otruć. "Baraninę" odwieziono do szpitala na badania. Sąd ponadto przyjął wniosek adwokata Barańskiego o sporządzenie ekspertyzy psychiatrycznej, oceniającej poczytalność oskarżonego. Krajowy Sąd ds. Karnych w Wiedniu w związku z tym odroczył proces do 19 maja. Dzień przed incydentem - 8 kwietnia - w celi Barańskiego austriackie służby znalazły telefon komórkowy. W telefonie nie było jednak karty SIM. Wiadomo, że "Baranina" prowadził z ukrytego telefonu rozmowy ze świadkami występującymi w procesie Haliny G., "Inki". "Inka" jest w Polsce oskarżona o pomoc w zabójstwie Dębskiego. Zeznający w tej sprawie świadkowie mieli "uratować skórę Baraninie", któremu w Austrii groziło dożywocie. Plan jednak nie powiódł się, ponieważ strona austriacka od pewnego czasu nagrywała "więzienne" rozmowy "Baraniny", a ich nagrania przekazała stronie polskiej. (ck) Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualnej Polski z dn. 07.05.2003 r. Procesy "Baraniny" i "Inki" - wyjaśniają się inne przestępstwa Procesy "Baraniny", oskarżonego o zlecenie zabójstwa Jacka Dębskiego i mającej pomagać w tej zbrodni "Inki", dostarczają nowej wiedzy o innych, nie wyjaśnionych dotąd przestępstwach, z którymi - jak się okazuje - Jeremiasz B. ma wiele wspólnego. W sprawie "Inki" jako świadek zeznawał m.in. Bolesław K., działacz sportowy z Poznania. W 2000 r. robił on interesy z Jeremiaszem B. Umowy finansowe łączyły też K. z Jackiem Dębskim. W grudniu 2000 r. Bolesław K. został postrzelony w nogi przed swoim domem. Poznańska prokuratura prowadziła śledztwo w tej sprawie, ale nie ustaliła kto tego dokonał. Nie pomagał im w tym sam postrzelony - mówił, że nie wie kto strzelał. Sprawę starał się wykorzystać "Baranina". W nagranych przez austriackie służby rozmowach telefonicznych Jeremiasza B. z jego kolegą w Polsce, "Baranina" sugerował, by ten przekazał policji, że za postrzeleniem Bolesława K. stoi Dębski. Motywem miały być niedokonane rozliczenia między nimi. W innej rozmowie ze znajomym B. mówił, że to Bolesław K. kazał zastrzelić Dębskiego. Dopiero w tym roku K. powiedział prokuraturze, że wie z czyjego polecenia do niego strzelano - wskazał na "Baraninę". Warszawska prokuratura ustaliła, że wykonawcą był Robert W., który został aresztowany. Okazał się przyjacielem i wspólnikiem Tadeusza M., ps. Sasza, który miał strzelać do Dębskiego. Robertowi W. przedstawiono zarzut usiłowania zabójstwa. Z wyjaśnień, jakie na swoim procesie złożyła "Inka", wynika ponadto, że "Baranina" prawdopodobnie zlecił kilka innych zabójstw - m.in. swoich ludzi, których podejrzewał o nielojalność, a także Seweryna P., właściciela jednego z warszawskich kantorów. "On nigdy nie powiedział czegoś takiego wprost, zawsze mówił półsłówkami. Kiedyś spytał mnie, czy zniosłabym psychicznie, gdyby się okazało, że mój chłopak, Adam, który zaginął jakiś czas temu, nie żyje" - mówiła "Inka". Innym razem opowiadała, jak razem z Jeremiaszem B. wyjechali do Hongkongu "w interesach". Obawiała się z początku, czy może swobodnie o tym powiedzieć, konsultowała się ze swoimi obrońcami. W końcu oświadczyła, że rozmowy z tamtejszymi "biznesmenami" dotyczyły sprowadzenia do Europy dużej ilości półproduktów służących do wyrobu amfetaminy. Siedzący obecnie w wiedeńskim areszcie "Baranina" od początku całej sprawy stara się nie tracić nad nią kontroli. Przeszkodziły mu w tym jednak austriackie służby, które wykryły w jego celi telefon, uniemożliwiając kierowanie stamtąd świadkami. Zeznająca na procesie "Inki" Joanna N. - konkubina "Saszy", wystawiła swemu mężczyźnie alibi na dzień zabójstwa Dębskiego. Mówiła, że 11 kwietnia 2001 r., kiedy zastrzelono byłego ministra, Tadeusz M. spędził z nią w ich domu w Libiążu. Miała wtedy nawet dostać od niego łańcuszek z serduszkiem, na którym była wygrawerowana data 11 kwietnia, czyli ich rzekomej rocznicy poznania się. Pod koniec marca Joanna N. pojechała do Wiednia zeznawać na procesie "Baraniny". Tego samego dnia zeznawał też Sławomir O., były "żołnierz" gangstera, który został aresztowany na sali rozpraw, a austriacka prokuratura zarzuciła mu udział w innym zabójstwie. Wtedy Joanna N. wyszła z sądu i wróciła do Polski. Okazało się, że zrobiła to na polecenie "Baraniny". Przed sądem pytano ją kilkakrotnie, czy pamięta, że zeznaje pod przysięgą. Joanna N. do końca nie zmieniła swojej wersji. Wtedy prokurator ujawnił, że dokładnie w tej chwili dokonywane jest przeszukanie celi Jeremiasza B., by odebrać mu jego tajny telefon komórkowy, który od pewnego czasu był na podsłuchu. Przez ten telefon "Baranina" mówił Joannie N. i innym osobom, jak i co mają zeznawać na procesie "Inki" o Tadeuszu M. oraz na jego sprawie w Wiedniu. Austriacy przesłali polskiej prokuraturze płyty CD z nagraniami rozmów, w trakcie wtorkowej rozprawy prokurator przekazał je sądowi. "Od tej chwili nie odpowiem na żadne pytanie" - oświadczyła Joanna M. Na odtworzonej rozmowie słychać było słowa "Baraniny" podpowiadającego Joannie N. jak stworzyć alibi i w jaki sposób wytłumaczyć się z ucieczki z sądu. Upewniał się też, czy "zorganizowała" świadków, którzy potwierdzą alibi "Saszy". "Powiedz im, że mają za to dychę" - dodawał. W tej samej rozmowie "Baranina" przekonywał swoją żonę, by ta "porozmawiała z Joasią jak z kimś najbliższym i żeby mu pomogła". "Zrozum, tu chodzi o moje życie" - prosił. Jeremiasz B. na bieżąco kontaktował się też z innymi osobami wybierającymi się do Wiednia na jego proces, m.in. ze swą siostrą Bożeną T., której niedawno prokuratura zarzuciła przemyt do Austrii 400 tys. dolarów na kaucję dla brata. Konkubina "Saszy" została zatrzymana po złożeniu zeznań i odwieziona do CBŚ na przesłuchanie. Jest już aresztowana, pod zarzutem fałszywych zeznań i utrudniania postępowania na procesie "Inki" oraz "Baraniny". Według policji i prokuratury, to nie koniec śledztw w sprawach dotyczących niewyjaśnionych dotąd porwań i zabójstw w Polsce i Europie, których zleceniodawcą może okazać się Jeremiasz B. Wyrok w jego sprawie w Wiedniu może zapaść jeszcze w maju, podobnie jak wyrok w polskiej sprawie "Inki". Obojgu formalnie grozi nawet dożywocie. Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 04.05.2003 r. Świadek: "Baranina" sugerował jak prowadzić śledztwo ws. Dębskiego Świadek Jerzy K. zeznał przed sądem, że "Baranina", domniemany zleceniodawca zabójstwa Jacka Dębskiego, sugerował, w którą stronę ma iść śledztwo w sprawie tej zbrodni, a on te sugestie przekazywał Centralnemu Biuru Śledczemu (CBŚ). Jacek Dębski - były minister sportu - zginął w nocy z 11 na 12 kwietnia 2001 r. przed warszawskim lokalem. Z ustaleń śledztwa wynika, że wywabiła go z niego Halina G., zwana Inką. Miała to zrobić na zlecenie Jeremiasza B., dalekiego kuzyna Dębskiego, którego połączyły z nim niejasne interesy. Zabójstwa dokonał człowiek "Baraniny" - Tadeusz M. - "Sasza". Po przedstawieniu mu zarzutu popełnienia tej zbrodni, "Sasza" powiesił się w celi warszawskiego aresztu. Jerzy K. (podpułkownik wojska w stanie spoczynku) jest znajomym Jeremiasza B. - "Baraniny". W środę przed Sądem Okręgowym w Warszawie mówił, że poznał go jeszcze we wczesnych latach 90. na spotkaniu prokuratorów, policjantów, wojskowych i funkcjonariuszy UOP. Nie wyjaśnił, co na tym spotkaniu robił Jeremiasz B. Później uczestniczyli jeszcze w przedsięwzięciu, które ostatecznie nie doszło do skutku. Miało ono polegać na tym, że wojskowi, policjanci i pracownicy wymiaru sprawiedliwości kupowaliby zachodnie samochody skradzione za granicą, a odzyskane w Polsce i czekające na odbiór przez właściciela, po upływie terminu zabezpieczenia ich przez prokuraturę. Jeremiasz B. chciał w tej operacji być przedstawicielem jednej z niemieckich firm ubezpieczeniowych. Ostatnie spotkanie z "Baraniną" miało miejsce po tym, jak zwolniono go w aresztu w Opolu, gdzie czekał na wyrok w sprawie przemytu spirytusu. Wydał wówczas przyjęcie w stołecznym klubie, a tuż po nim na stałe wyjechał do Austrii - potem okazało się że w ten sposób uciekł przed odbyciem kary. "Nie interesowały pana - oficera wojska - kryminalne sprawy pana znajomego?" - pytał świadka sąd. "Nie wnikałem" - brzmiała odpowiedź. Według prasy, "Baranina" po wyjeździe do Austrii nie poniósł konsekwencji swych poprzednich przestępstw, bo współpracował z tamtejszymi służbami specjalnymi. Miały one także nie wnikać w jego bieżące interesy, które sprowadzały się do tego, że Jeremiasz B. był rezydentem gangu pruszkowskiego na ten teren. Jerzy K. rozpoczął w środę przed sądem zeznania. Będą one kontynuowane na następnej rozprawie 19 marca. Dotychczas powiedział, że po zabójstwie Dębskiego "Baranina" do niego dzwonił i przekazywał mu różne sugestie co do tego, kto mógł dokonać tej zbrodni. "Przekazywałem je do CBŚ" - przyznał świadek. Nie chciał powiedzieć na jawnej rozprawie, któremu konkretnie funkcjonariuszowi je przekazywał. W pierwszej części rozprawy sąd słuchał nagrań z podsłuchu telefonicznego na aparacie Jeremiasza B., który w okresie od połowy kwietnia (gdy zabito Dębskiego) do końca czerwca 2001 roku (kiedy został aresztowany) ponad 1400 razy rozmawiał przez swój telefon, głównie z Polską. Strona austriacka przekazała polskiemu sądowi kilka płyt kompaktowych z cyfrowym zapisem rozmów. "Baranina" wypowiadał się w nich stanowczo, mimo że mieszkał w Austrii orientował się w bieżących wydarzeniach w Polsce, na słuchaczach sprawiał wrażenie osoby inteligentnej i o szerokich kontaktach. Tydzień po zabójstwie "Baranina" zorientował się, że jest podsłuchiwany. Swoją siostrę zapewniał, że nie ma ze zbrodnią nic wspólnego. Miał też pretensje do dziennikarzy, że piszą o nim w kontekście zabójstwa. Z podsłuchów wynika, że Jeremiasz B. chciał ustanowić dla "Inki" znanego adwokata Tadeusza de Virion, który - jak się wyraził w jednej z rozmów - był "od dawna przyjacielem rodziny". Jednak okazało się, że "Inka" zrezygnowała z usług tego adwokata i ustanowiła sobie innego, co wywołało trudności w dotarciu do niej, nad czym "Baranina" ubolewał. W innej rozmowie Bożena T. żaliła się, że policja wzywa ją na przesłuchania, robi rewizje, a o sprawie rozpisuje się prasa. Czytała nawet przez telefon fragment jednej z relacji prasowych o toczącym się wówczas śledztwie. "Nie czytaj mi dalej, ja to znam" - odpowiedział na to Jeremiasz B. i zapowiedział, że będzie skarżył dziennikarzy. "Zabrali ci broń, twoją legalną? - Tak. - No to niech oddadzą, to nie jest nielegalne. Idź do Dziadka (tak mówili na mec. de Viriona - PAP), niech pisze do prokuratury, żeby oddali" - brzmiała jedna z rozmów "Baraniny" z siostrą. Z kolejnej, podsłuchanej rozmowy wynika, że "Baranina" wiedział, w jakim areszcie przebywa "Inka" i starał się do niej dotrzeć, by nie obciążała go ona swoimi wyjaśnieniami. Pośrednikiem "Baraniny" miał być Jerzy K. Na ten temat sąd przesłucha go podczas następnej rozprawy. Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 28.02.2003 r. Zabójstwo Dębskiego: Sugestie "Baraniny" Świadek Jerzy K. zeznał przed sądem, że "Baranina", domniemany zleceniodawca zabójstwa Jacka Dębskiego, sugerował, w którą stronę ma iść śledztwo w sprawie tej zbrodni, a on te sugestie przekazywał Centralnemu Biuru Śledczemu (CBŚ). Jerzy K. (podpułkownik wojska w stanie spoczynku) jest znajomym "Baraniny". Poznał go jeszcze we wczesnych latach 90. na spotkaniu prokuratorów, policjantów, wojskowych i funkcjonariuszy UOP. Później uczestniczyli jeszcze w przedsięwzięciu, które ostatecznie nie doszło do skutku. Miało ono polegać na tym, że wojskowi, policjanci i pracownicy wymiaru sprawiedliwości kupowaliby zachodnie samochody skradzione za granicą, a odzyskane w Polsce i czekające na odbiór przez właściciela, po upływie terminu zabezpieczenia ich przez prokuraturę. Jeremiasz B., ps. Baranina, chciał w tej operacji być przedstawicielem jednej z niemieckich firm ubezpieczeniowych. Jerzy K. rozpoczął w środę przed sądem zeznania. Będą one kontynuowane na następnej rozprawie 19 marca. Dotychczas powiedział, że po zabójstwie Dębskiego "Baranina" do niego dzwonił i przekazywał mu różne sugestie co do tego, kto mógł dokonać tej zbrodni. "Przekazywałem je do CBŚ" - przyznał świadek. Nie chciał powiedzieć na jawnej rozprawie, któremu konkretnie funkcjonariuszowi je przekazywał. W pierwszej części rozprawy sąd słuchał nagrań z podsłuchu telefonicznego na aparacie Jeremiasza B., który w okresie od połowy kwietnia (gdy zabito Dębskiego) do końca czerwca 2001 roku (kiedy został aresztowany) ponad 1400 razy rozmawiał przez swój telefon, głównie z Polską. Tydzień po zabójstwie "Baranina" zorientował się, że jest podsłuchiwany. Swoją siostrę zapewniał, że nie ma ze zbrodnią nic wspólnego. Miał też pretensje do dziennikarzy, że piszą o nim w kontekście zabójstwa. Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 26.02.2003 r. Kolejna rozprawa w procesie "Baraniny" Wiedeński sąd krajowy rozpoczął dzisiaj przesłuchania świadków w procesie 57-letniego Jeremiasza B., pseudonim Baranina, oskarżonego o podżeganie do zabójstwa byłego ministra sportu Jacka Dębskiego. Jako pierwsza zeznawała 37-letnia kobieta, pobita na polecenie "Baraniny" po tym, kiedy z przyczyn formalnych musiała odmówić umieszczenia jego dzieci w wiedeńskiej szkole dla cudzoziemców Vienna International School. W czerwcu 1997 roku Jermiasz B. zgłosił do tej renomowanej szkoły syna i starszą córkę. Jego wniosek załatwiono odmownie, wskazując, że szkoła przeznaczona jest przede wszystkim dla dzieci dyplomatów oraz pracowników ONZ i nie dysponuje dodatkowymi wolnymi miejscami. - Wtedy próbował załatwić to sztuczkami - zeznała poszkodowana pracownica szkoły. Najpierw przedstawił się jako pracownik ambasady liberyjskiej na Słowacji, a potem okazał zaświadczenie, że jest wysłannikiem ONZ. Gdy to nie pomogło, przeszedł do gróźb. - Odmowa bardzo go rozjuszyła, zadzwonił i groził, że miejsce musi się znaleźć. Nie chciał pogodzić się z "nie". Odtąd prezentował już inną twarz - powiedziała świadek. Gdy w kilka dni po telefonie "Baraniny" wychodziła z mieszkania, przed drzwiami natknęła się na postawnego mężczyznę. - Czy ty jesteś Tina? - zapytał ze wschodnioeuropejskim akcentem, a gdy uzyskał potwierdzenie, zaczął bić kobietę pięściami. - Poleciałam kilka metrów do tyłu - zeznała poszkodowana, której napastnik zmasakrował nos. Adwokat Jeremiasza B. Karl Bernhauser próbował znaleźć inne motywy napadu. - Czy fakt, że urodziła się Pani w Jerozolimie, nie miał z tym czegoś wspólnego? - zapytał świadka. Natomiast sam "Baranina" zaprzeczył, jakoby odmowa Vienna International School rozzłościła go. - Nie miałem żadnych powodów. Od początku wiedziałem, że nie ma ona z tym nic wspólnego - skomentował wypowiedź pobitej. Akt oskarżenia zarzuca również "Baraninie" udział w grupie przestępczej.(PAP) Za serwisem informacyjnym portalu INTERIA.PL z dn. 25.02.2003 r. "Kuloodporna" Inka Warszawski Sąd Okręgowy zwróci się do Centralnego Biura Śledczego z wnioskiem o przydzielenie Halinie G., ps. Inka specjalnej ochrony. 27-letnia Halina G. jest oskarżona przed warszawskim sądem o pomoc w zabójstwie byłego ministra sportu Jacka Dębskiego. Zleceniodawcą zabójstwa Dębskiego miał być Jeremiasz B., pseudonim "Baranina", który odpowiada za to przed sądem w Wiedniu. Halina G. od początku procesu jest przyprowadzana do sądu na rozprawy w asyście policjantów sądowych. Oskarżona zawsze ma na sobie kamizelkę kuloodporną, unika kamer i aparatów fotograficznych, a jej wizerunek jest z mocy prawa chroniony. W celi warszawskiego aresztu Halina G. jest pod stałą obserwacją kamer, dodatkowo przez całą dobę włączone jest światło. O taką ochronę wnosiła obrona "Inki". W poniedziałek obrońca oskarżonej zwrócił się do sądu z wnioskiem o wzmocnienie konwoju dla Haliny G. Do wniosku przychylił się prokurator. Oznacza to, że począwszy od 19. marca Halinę G. będzie konwojowała na każdą rozprawę, a także w drodze powrotnej - z sądu do aresztu, specjalna jednostka antyterrorystyczna Centralnego Biura Śledczego. Wzmocnienie ochrony dla "Inki" wynika z zapewnienia jej maksymalnego bezpieczeństwa. Obrońca Haliny G. powiedział na jednej z rozpraw, że Halina G. obawia się zemsty ze strony Jeremiasza B., który w sprawie zabójstwa Jacka Dębskiego odpowiada przed austriackim sądem. Tymczasem prawdopodobnie 26. marca Halina G. pojedzie do Wiednia, by tam zeznawać jako świadek w procesie "Baraniny". Oskarżona sama wyraziła zgodę na udział w wiedeńskim procesie, a warszawski sąd wydał pozytywną decyzję w sprawie przesłuchania oskarżonej. Z wnioskiem o przekazanie Haliny G. do Wiednia na świadka w procesie "Baraniny" zwróciła się do warszawskiego sądu austriacka prokuratura oraz Krajowy Sąd do Spraw Karnych w Wiedniu. Tego rodzaju współpraca polskiego i austriackiego wymiaru sprawiedliwości jest możliwa dzięki podpisanej przez obie strony w 1978 roku konwencji w sprawie międzynarodowej pomocy prawnej. Były minister sportu Jacek Dębski, którego śmierć wyjaśnia polski i austriacki sąd został zastrzelony w kwietniu 2001 roku. (reb) Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualnej Polski z dn. 24.02.2003 r., Siostra "Baraniny" świadkiem w procesie o zabójstwo Dębskiego Mieszkająca w Polsce Bożena T. siostra Jeremiasza B. "Baraniny", oskarżonego w Wiedniu o zlecenie zabójstwa byłego ministra sportu Jacka Dębskiego, zeznaje jako świadek w procesie "Inki", oskarżonej o pomoc w tej zbrodni. W poniedziałek warszawski Sąd Okręgowy wrócił do sprawy Haliny T. - "Inki", oskarżonej o to, że wywabiła Dębskiego z lokalu leżącego w pobliżu mostu Poniatowskiego, tam zaś zawodowy morderca Tadeusz M. miał zastrzelić byłego ministra sportu. Bożena T. potwierdziła przed sądem, że znała Tadeusza M., zaś z rozmów, które odbyła już po zabójstwie Dębskiego z konkubiną tego mężczyzny, wynika, iż Tadeusz M. w dniu zabójstwa był u siebie w domu. Kiedy jednak prokurator spytał, kto jeszcze mógłby to potwierdzić, świadek uchyliła się od odpowiedzi, powołując się na to, że odpowiedź mogłaby narazić ją na odpowiedzialność karną. Bożena T. jeszcze kilkakrotnie uchylała się od odpowiedzi na inne pytania związane z osobą jej brata Jeremiasza B. ps. Baranina, który przed wiedeńskim sądem odpowiada za zlecenia zabójstwa Dębskiego. Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 24.02.2003 r. Piąty dzień procesu w sprawie zabójstwa Jacka Dębskiego Sąd chce przesłuchać "Baraninę" Warszawski Sąd Okręgowy wystąpił z wnioskiem do sądu austriackiego o przesłuchanie Jeremiasza Barańskiego w Polsce jako świadka w procesie "Inki". W razie odmowy zada pytania stron za pośrednictwem sądu w Wiedniu. Na początku procesu Haliny G., oskarżonej o pomocnictwo w zabójstwie Jacka Dębskiego, prokurator złożył wniosek o delegowanie do Austrii sędziego ze składu, który tam przesłuchałby "Baraninę". Sąd postanowił jednak spróbować przesłuchać go w Polsce i poinformował na środowej rozprawie, że skierował wniosek w tej sprawie do Sądu Krajowego ds. Karnych w Wiedniu, przed którym odpowiada Barański (m.in. za zlecenie zabójstwa Dębskiego). Sąd chciałby przesłuchać świadka na rozprawach 9 i 10 marca. Sędzia Janusz Jankowski zastrzegł, że zgodnie z europejską konwencją o pomocy prawnej Polska, prosząc o przekazanie świadka, gwarantuje, iż nie zostanie on zatrzymany przez polskie organa ścigania, nawet jeśli jest poszukiwany listem gończym. W razie odmowy polski sąd spisze pytania wszystkich stron i zada je "Baraninie" za pośrednictwem sądu austriackiego. Piątego dnia procesu "Inki" sąd przesłuchał m.in. kuzynkę Dębskiego, Felicytę M. Jej zdaniem, zabitego z domniemanym zleceniodawcą rzeczywiście wiązało pokrewieństwo. - Jestem kuzynką jednego i drugiego - mówiła kobieta. Razem z matką Dębskiego odwiedziła Barańskiego już po śmierci jej syna. - Chciała spojrzeć mu w oczy. Wyjeżdżając, powiedziała, że wierzy Leszkowi (takim imieniem posługuje się "Baranina") - zeznała Felicyta M. Zeznająca wcześniej Anastazja Dębska mówiła coś innego. - Nie uwierzyłam mu - zapewniała. Wcześniej, w lutym 2001 r. pojechała do Barańskiego z Dębskim. W Wiedniu spotkali "Inkę" i razem z nią wracali do Polski. - Miałam wrażenie, że przyjechała tam do Jacka. Po ich wzajemnym kokietowaniu się można tak było sądzić. Zresztą sama "Inka" powiedziała pewnego razu, że od kiedy jest z Jackiem, spotykają ją same nieszczęścia. Według znajomych Dębskiego była to jedyna koleżeńska znajomość. Takie wrażenie odniósł m.in. zeznający wczoraj Zbigniew N. Przyznał, że sam interesował się podsądną. - Jacek powiedział, że mi to odradza, bo się to może źle dla mnie skończyć. Mówił, że to dziewczyna jakiegoś szefa mafii - opowiadał świadek. Przyznał, że nieraz był świadkiem znajomości Dębskiego z gangsterami. Bywali razem w lokalach, o których b. minister mówił, że należą do mafii. - Pokazywał mi wtedy różnych ludzi i wymieniał ich ksywki. Mówił, że nie łączą ich interesy, tylko po prostu lubi ich towarzystwo - relacjonował kolega ofiary. Kontakty Dębskiego z warszawskim półświatkiem miały drażnić Barańskiego i dlatego postanowił "dać mu nauczkę". Głównym motywem zlecenia zabójstwa było jednak, zdaniem prokuratury, przywłaszczenie 400 tys. zł należących do b. ministra. Sławomir Wikariak Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 06.02.2003 r. Czwarty dzień procesu w sprawie zabójstwa Jacka Dębskiego Druga twarz "Inki" Czwarty dzień rozprawy pokazał oskarżoną o "wystawienie" Jacka Dębskiego kobietę w nieco innym niż dotychczas świetle. Jako opiekującą się schorowanym ojcem koleżanki, potrzebującą ciepła rodzinnego, którego nie potrafiła zapewnić jej matka. Dotychczas Halinę G. przedstawiano ją jako ekskluzywną kobietę do towarzystwa, ślepo wypełniającą polecenia szefa "Baraniny", potrafiącą manipulować ludźmi. To ona zdaniem prokuratury celowo wyprowadziła byłego ministra pod lufę mordercy. Koleżanka z pracy przedstawiła we wtorek sądowi drugą twarz oskarżonej. - Potrzebowała ciepła rodzinnego. Dla niej to było dużo, że mogła do mnie przyjść i spokojnie posiedzieć - mówiła płacząc 20 lat starsza od oskarżonej Maria M. Poznały się w butiku w warszawskiej "Promenadzie", gdzie przez pewien czas razem pracowały. Wówczas to nawiązała się między nimi nić przyjaźni. - Nie mam na nią nic złego do powiedzenia. Starała się mi pomóc, pomagała mi opiekować się moim chorym ojcem - zeznawała kobieta. Z oskarżoną widziała się w dniu zabójstwa, a także dzień później. - Umówiłyśmy się na przedświąteczne zakupy. Spóźniała się, dlatego byłam na nią obrażona - relacjonowała Maria M. Według niej Halina G., gdy już przyjechała, była zdenerwowana. Oświadczyła, że musi zgłosić się na policję. Zostawiła większość rzeczy, zabierając tylko dowód osobisty. - Powiedziała mi tylko, że była świadkiem jakiegoś zdarzenia. Kazałam jej zostawić komórkę, której numer był na mnie zarejestrowany. Dopiero po jej wyjściu zorientowałam się, że nie ma w niej karty - mówiła koleżanka podsądnej. Według aktu oskarżenia "Inka" zniszczyła kartę na polecenie Jeremiasza Barańskiego. Prokuratora Andrzeja Komosę interesowało m.in., czy ktoś dopytywał się o "Inkę" po jej aresztowaniu. - Jakaś kobieta pytała, co u niej słychać - odpowiedziała Maria M. Na prośbę oskarżyciela sąd pokazał świadkowi tablice ze zdjęciami osób związanych z tą sprawą. Kobieta rozpoznała Bożenę T., siostrę "Baraniny". To ona, zdaniem prokuratury, wraz z Haliną G. przewiozła do Austrii 400 tys. dolarów Dębskiego. Przywłaszczenie przez Barańskiego tych pieniędzy miało być głównym motywem zabicia b. ministra. Pieniądze te ulokowano na koncie w banku austriackim, do którego pełnomocnictwem dysponował też Barański. - Mąż kilkakrotnie jeździł do Austrii spotykać się z Barańskim. Po jednej wizycie powiedział, że założył konto w małym banku. Po feriach w 2001 r. pojechałam tam z nim i ustanowił na mnie pełnomocnictwo - opowiadała również wczoraj żona zabitego Jolanta Dębska. - Czy mąż prowadził z Barańskim jakieś interesy? - dociekał sąd. - Nie. - A wiedziała pani, że mieli wspólne konto? - Dowiedziałam się wówczas tego i nawet mnie to zdziwiło - przyznała kobieta. Nie zauważyła, żeby przed śmiercią mąż obawiał się kogoś. - Po odejściu z Urzędu ds. Kultury Fizycznej i Sportu miał trudności ze znalezieniem pracy i miał o to pretensje do AWS-u, a szczególnie do Mariana Krzaklewskiego i Wiesława Walendziaka. Obrońcę mec. Waldemara Puławskiego interesowało, czy jest oskarżycielem posiłkowym w wiedeńskim procesie "Baraniny". - Nie - odpowiedziała Jolanta Dębska. - A dlaczego? - Nie chcę odpowiadać na to pytanie. Sąd przesłuchał też kolejnych gości restauracji Casa Nostra, przed którą zastrzelono Dębskiego. Żaden z nich nie widział samego zabójstwa, lecz jedynie ciało leżące na chodniku. Intrygujące jest to, że nawet bliscy znajomi nie podeszli do postrzelonego, by sprawdzić, czy mogą mu pomóc. Większość z nich odjechała przed przyjazdem policji. Sławomir Wikariak Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 05.02.2003 r. Kolejne zeznania w procesie "Inki" Kolejni świadkowie zeznają w środę przed Sądem Okręgowym w Warszawie w procesie Haliny G. "Inki", oskarżonej o pomoc w zabójstwie byłego ministra sportu Jacka Dębskiego. Dębski - były minister sportu w rządzie Jerzego Buzka - został zastrzelony w nocy z 11 na 12 kwietnia 2001 r. w Warszawie. Przed śmiercią wyszedł z Haliną G. "Inką" z restauracji, w której spędzał swój ostatni wieczór. Pomoc "Inki" w zamordowaniu byłego ministra polegała - według prokuratury - na przekazaniu przez telefon komórkowy zleceniodawcy zabójstwa, Jeremiaszowi B., informacji o miejscu pobytu Dębskiego i wyprowadzeniu byłego ministra z restauracji. Prokuratura na podstawie wyjaśnień "Inki" i wykazu połączeń z telefonu "Baraniny" ustaliła, że Dębskiego zabił Tadeusz M. pseudonim Sasza. Został on zatrzymany w czerwcu 2002 r.; po postawieniu mu zarzutu zabójstwa Dębskiego powiesił się w celi. (mk) Za serwisem informascyjnym portalu Wirtualnej Polski z dn. 05.02.2003 r. Trzeci dzień procesu w sprawie zabójstwa Jacka Dębskiego Świadek: "Inka" porozumiewała się z mordercą Właściciel restauracji, przed którą zastrzelono Jacka Dębskiego, zeznał, że mężczyzna i kobieta, stojący nad ciałem postrzelonego, naradzali się i razem odeszli z miejsca zbrodni. "Inka" twierdzi, że nie rozmawiała z mordercą. Poniedziałek był trzecim dniem procesu Haliny G. ps. Inka, na której ciąży zarzut pomocnictwa w zabójstwie byłego ministra sportu Jacka Dębskiego. Jak zwykle oskarżoną wprowadził wzmocniony konwój policyjny. Dopiero w sali sądowej zdjęła, noszoną ze względów bezpieczeństwa, kamizelkę kuloodporną. Pierwsza część wczorajszej rozprawy toczyła się za zamkniętymi drzwiami. Sąd i strony wysłuchały wówczas m.in. nagranych przez austriacką policję rozmów Jeremiasza Barańskiego (jest sądzony w Wiedniu za zlecenie egzekucji) z oskarżoną Haliną G., Tadeuszem Maziukiem, który miał być wykonawcą zbrodni, oraz z samym Jackiem Dębskim. O wyłączenie jawności poprosił prokurator, motywując to ważnym interesem prywatnym rodziny zabitego. - Rozmowy te zawierają szereg okoliczności dotyczących życia osobistego ofiary i jej rodziny - uzasadnił. W drugiej, już jawnej części rozprawy sąd przesłuchał świadka Jarosława S., właściciela restauracji "Casa Nostra" przy Wale Miedzeszyńskim w Warszawie, przed którą zginął Dębski. Otworzył on swój lokal na kilka dni przed 11 kwietnia 2001 r., kiedy to doszło do zbrodni. - Przyjechałem do restauracji po godz. 22.00. Pan Dębski już tam był ze swoim towarzystwem. Obok niego siedziała "Inka" - zeznawał świadek. - Ok. godz. 24.00 zobaczyłem, jak wychodzi z panem Dębskim. Spytałem, czy już opuszczają lokal. Odpowiedziała mi, że idą jedynie na spacer. Według aktu oskarżenia Halina G. na polecenie Barańskiego celowo wywabiła Dębskiego na zewnątrz, by morderca mógł wykonać swoje zadanie. Nie wiedziała, że wyjdzie za nią właściciel restauracji. - Wcześniej któryś z gości powiedział mi, że szyld krzywo wisi, więc wyszedłem to sprawdzić. Usłyszałem huk wystrzału i spojrzałem w tamtą stronę - relacjonował Jarosław F. - I co pan widział? - spytał sędzia Janusz Jankowski. - Widziałem osobę leżącą na chodniku i dwie stojące nad nią. - Jak były usytuowane? - Ciało leżało między tymi stojącymi osobami. Stały w bezpośredniej odległości od niego - odpowiedział świadek. - Patrzyły na mnie i porozumiewały się między sobą. Nie słyszałem ich, ale tak to wyglądało. Po chwili zaczęły się oddalać - dodał. - Szły razem? - Ramię w ramię. Udały się szybkim krokiem w stronę mostu Poniatowskiego. Dopiero przed mostem rozdzieliły się. Jedna poszła schodami do góry, a druga wzdłuż mostu. "Inka", choć nie kwestionuje, że wyprowadziła Dębskiego, nie przyznaje się do winy. Z uwagi na obecność dziennikarzy odmówiła podania przed sądem swojej wersji zdarzenia. Nie chciała nawet ustosunkowywać się do odczytywanych jej wyjaśnień ze śledztwa. W poniedziałek na krótką chwilę zapomniała o swym postanowieniu. Sąd odczytał protokół z konfrontacji jej wersji z zeznaniami Jarosława F. Zaprzeczyła wówczas słowom świadka. - Z mojej perspektywy inaczej to wyglądało. Sprawca stał za mną. Na pewno spojrzałam się na niego. Nie przekazywałam mu jednak gestem żadnej informacji. On nie patrzył na mnie. Odszedł szybkim krokiem. Nie wiem, dlaczego poszłam za nim - mówiła wówczas podsądna. - Według mnie porozumiewali się i razem odeszli z miejsca przestępstwa - obstawał przy swojej wersji właściciel restauracji. - Mogłam gestykulować, ale nie robiłam tego, by porozumiewać się ze sprawcą - powtarzała "Inka". - Czy podtrzymuje pani swoje wyjaśnienia? - spytał sąd. - Tak - odrzekła oskarżona. Po chwili najwyraźniej przypomniała sobie o swym postanowieniu i z przepraszającym uśmiechem oświadczyła, że podtrzymuje wcześniejsze stanowisko o nieustosunkowywaniu się do protokołów. Dziś warszawski Sąd Okręgowy przesłucha kolejnych świadków. Zeznawać będzie m.in. matka Haliny G. Sławomir Wikariak Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 04.02.2003 r. Sprawa "Inki" znów na wokandzie Sprawa Haliny G. "Inki", oskarżonej o współudział w zabójstwie byłego ministra sportu Jacka Dębskiego, wróciła w poniedziałek na wokandę warszawskiego Sądu Okręgowego. Pierwsza część poniedziałkowej rozprawy toczy się, na wniosek prokuratora, z wyłączeniem jawności. Są odczytywane stenogramy z podsłuchanych rozmów telefonicznych miedzy "Inką" a "Baraniną", "Inką" a Dębskim oraz "Baraniną" a Tadeuszem M., domniemanym zabójcą byłego ministra. Podczas niejawnej części rozprawy ma być też odtworzony zapis wideo z dwóch wizji lokalnych spod restauracji "Casa Nostra", przed którą zginął Dębski. Potem przed sądem ma się stawić Jarosław F., właściciel restauracji, w której bawił się Dębski w towarzystwie znajomych dziennikarzy oraz "Inki" - dziewczyny do towarzystwa, która wyprowadziła go przed lokal, gdzie został zabity. Jarosław F. widział całe zdarzenie, bo przypadkowo również wyszedł przed drzwi swej restauracji. Dębski zginął, bo - jak twierdzi w swych wyjaśnieniach ze śledztwa "Inka" - nie był lojalny wobec środowiska przestępczego, które nawiązało z nim kontakty. Chodzi konkretnie o bossa gangu pruszkowskiego Jeremiasza B. pseudonim "Baranina", zamieszkałego na stałe w Wiedniu, który miał zlecić zabójstwo Dębskiego. Obecnie B. odpowiada za to przed austriackim sądem. Do rozpatrzenia pozostaje nadal wniosek Sądu Krajowego ds. Karnych w Wiedniu, który chce, by "Inka" została przekazana temu sądowi i złożyła zeznania jako świadek na procesie "Baraniny". Polski sąd poprosił stronę austriacką o dodatkowe informacje na ten temat, a zwłaszcza o to, by określił, kto domaga się tego przesłuchania: prokuratura czy obrona Jeremiasza B. (mk) Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualnej Polski z dn. 03.02.2003 r. Procesy "Baraniny" i "Inki" - możliwa wymiana dowodów Zeznania świadków i inne dowody z wiedeńskiego procesu "Baraniny" mogą być wykorzystywane w warszawskim procesie "Inki". Ta zasada działa też w drugą stronę. W czwartek przed sądem w Wiedniu ma się zacząć proces Jeremiasza B., ps. Baranina, oskarżonego o zlecenie zabójstwa b. ministra sportu Jacka Dębskiego. Tymczasem w poniedziałek przed warszawskim Sądem Okręgowym zaczął się już proces Haliny G. ps. Inka, oskarżonej o pomocnictwo w tym zabójstwie. Z polsko-austriackich umów o pomocy prawnej wynika, że jest możliwa wymiana dowodów w tych dwóch sprawach; prawdopodobne są też przesłuchania oskarżonych oraz świadków z jednego procesu przez drugi sąd - tłumaczy sędzia Wojciech Małek, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego. Niewykluczone, że "Inka" złoży zeznania przed austriackim sądem - do warszawskiego sądu wpłynął bowiem wniosek Krajowego Sądu ds. Karnych z Wiednia, który chce, by przekazać "Inkę" na kilka dni do jego dyspozycji na przesłuchanie. Warszawski sąd na razie zwrócił ten wniosek stronie austriackiej do uzupełnienia - poinformował Małek. Dodał, że śledczy z Austrii już wcześniej przesłuchiwali "Inkę" w Polsce. Strona austriacka będzie też chciała wzywać niektórych polskich świadków z procesu "Inki" do Wiednia (wtedy przysługuje im zwrot kosztów podróży od wiedeńskiego sądu). Z kolei polski prokurator ze sprawy "Inki" zwrócił się do warszawskiego sądu o wydelegowanie jednego z sędziów polskiego procesu do Wiednia w celu przesłuchania "Baraniny" - podał Małek. Sąd jeszcze nie rozpatrzył tego wniosku. Jeśli sąd oddali jakiś z tych wniosków, możliwe będzie np. przesłuchanie "Inki" w Polsce przez delegowanego sędziego z Austrii albo - w drodze tzw. pomocy prawnej - przez polski sąd, według pytań przesłanych przez stronę austriacką. Już na etapie śledztwa z Austrii przekazano do Polski niektóre dowody zebrane przez tamtejsze organa ścigania, np., zapis podsłuchanych rozmów "Baraniny" przez telefon. Strony obu procesów mogą składać wnioski np. o ściągnięcie jakiegoś dowodu z jednego procesu przez drugi sąd.(an) Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualnej Polski z dn. 22.01.2003 r. Sąd utajnił opinie biegłych o "Ince" Biegli psychologowie i psychiatrzy przedstawiają we wtorek przed warszawskim sądem okręgowym swoje opinie na temat "Inki", oskarżonej o pomoc w zabójstwie Jacka Dębskiego. Po przerwie sąd utajnił dalszą część rozprawy, na której swoje opinie na temat oskarżonej przedstawiają biegli. Kolejne opinie mają przedstawić też przed sądem biegli z zakresu balistyki i medycyny sądowej. Dziennikarz Janusz Atlas, wezwany na świadka w tym procesie, stawił się w sądzie podczas ogłoszonej w rozprawie przerwy. Jak poinformował dziennikarzy przewodniczący składu sędziowskiego, Atlas opuścił sąd i najprawdopodobniej we wtorek nie będzie już zeznawał. (jask) Za serwisem informacyjnym Wirtualnej Polski z dn. 21.01.2003 r. Drugi dzień procesu ws. zabójstwa Dębskiego Były minister sportu Jacek Dębski w dniu zabójstwa był spokojny i nie denerwował się. Nie było oznak, żeby czegoś się bał - zeznał we wtorek w procesie o zabójstwo Dębskiego dziennikarz Janusz Atlas, który spędził z nim wieczór. Według Atlasa, zachowanie "Inki" również było normalne. "Nie było żadnego tajemniczego wychodzenia, by zatelefonować. Nie widziałem u +Inki+ żadnych oznak zdenerwowania" - mówił świadek. Jak dodał, zarejestrował w pamięci jeden telefon do "Inki". "+Kto dzwonił. Narzeczony?+ - zapytałem. +Nie - mój pies+ - odparła. +Masz romans+ - zapytałem. +Nie, on jest żonaty, a tacy mnie nie interesują+" - w ten sposób zrelacjonował rozmowę Atlas przed sądem. "Nie pasowało mi do jej portretu psychologicznego określenie: +mój pies+" - stwierdził. Powiedział on również, że kiedy "Inka" i Dębski wyszli z lokalu, zrobili to spokojnie. "Kiedy zapytałem ich, czy już się rozstajemy i wracamy do domów, Dębski odpowiedział mi, że chcą tylko w dwójkę przez chwilę porozmawiać na osobności" - dodał. Atlas powiedział również, że nie słyszał strzałów, a gdy zobaczył leżącego Dębskiego nie był pewien, czy to on i dlatego do niego nie podszedł. Dodał, że nie widział już wtedy "Inki" przy Dębskim. Wyjaśnił również dlaczego odjechał z miejsca zdarzenia po przybyciu policji i karetki pogotowia. "Nie chciałem mieć do czynienia z mediami" - stwierdził. Pytany, czy słyszał o znajomości Dębskiego z Jeremiaszem B., Atlas stwierdził, że nigdy o tym od Dębskiego nie słyszał. Anastazja Dębska - matka b. ministra sportu, która również zeznawała we wtorek, powiedziała, że po pogrzebie jej syna zadzwonił do niej Jeremiasz B. "Baranina", który zaprosił ją do siebie do Wiednia, aby porozmawiać. "Ja słyszałam z telewizji, że to on zlecił zabójstwo mojego syna. Pojechałam do Wiednia, żeby spojrzeć w oczy człowiekowi, który kazał zabić mojego syna" - powiedziała Dębska. Jak zeznała, B. przekonywał ją, że nie ma z tym nic wspólnego, ale wie kto i dlaczego zabił jej syna. "Zapowiedział też, że powie to w odpowiednim czasie" - zeznała. Jak dodała, wyjaśnienia B. nie przekonały jej. Według niej, "Baranina" powiedział jej, że Dębski miał tyle pieniędzy, że nie musiał od nikogo pożyczać. Sama "Inka" we wtorek nadal nie odpowiadała na żadne pytania. Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 21.01.2003 r. Zabójstwo Dębskiego: "Inka" nie chce zeznawać Halina G. pseudonim "Inka", oskarżona o pomocnictwo w zabójstwie ministra sportu Jacka Dębskiego, nie przyznała się do winy i odmówiła składania wyjaśnień. Proces Haliny G. rozpoczął się w poniedziałek przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Akt oskarżenia, w którym prokuratura zarzuca jej pomoc w zastrzeleniu byłego ministra sportu, a także nielegalne posiadanie amunicji i podrobionego słowackiego prawa jazdy, prokurator Andrzej Komosa czytał ponad pół godziny. Jeszcze przed formalnym rozpoczęciem przewodu sądowego obrońca Haliny G. mec. Waldemar Puławski poprosił sąd o to, by jego klientka mogła złożyć wyjaśnienia bez udziału publiczności. Uzasadniając to obawą o swoje życie, "Inka" nie chciała nawet w obecności mediów podać swych danych osobowych. Halina G. powiedziała sądowi, że nie będzie odpowiadać na żadne pytania, nawet swojego obrońcy. Sąd przystąpił więc do odczytywania jej zeznań złożonych w śledztwie. "Inka" przyznała się tylko do dwóch pomniejszych zarzutów: posiadania amunicji i podrobionego dokumentu. Nie przyznała się natomiast do udzielenia pomocy w zabójstwie Dębskiego. Prokurator odczytując akt oskarżenia przyznał, że "Inka" została potraktowana przez zleceniodawcę tego zabójstwa - Jeremiasza B. ps. Baranina, który w Austrii czeka na swój proces - w sposób instrumentalny i przedmiotowy. Zdaniem oskarżyciela, godziła się jednak z ewentualnym zamiarem zabójstwa Dębskiego. Obecnie sąd za zamkniętymi drzwiami słucha uzasadnienia wniosku obrony. Potem dopiero wypowie się, czy wyjaśnienia "Inki" będą mogły być jawne. Jacek Dębski został zastrzelony w nocy 11 kwietnia 2001 roku w Warszawie w pobliżu mostu Poniatowskiego. Wcześniej, wraz z gronem znajomych, wśród których była Halina G., ps. "Inka", przebywał w znajdującej się w pobliżu restauracji. Motywem zbrodni miały być powiązania Jacka Dębskiego z przestępcami i nierozliczone pieniądze. Zabójcę wskazała "Inka", luksusowa prostytutka, jedyny świadek zbrodni. Zleceniodawcą morderstwa miał być Jeremiasz B., pseudonim Baranina, oficjalnie wiedeński przedsiębiorca budowlany, uznawany za rezydenta pruszkowskiej mafii w Austrii. To właśnie w dniu śmierci Dębski rozmawiał z nim ze swojej komórki. Jeremiasza B. austriacka policja aresztowała w lipcu 2001 roku. Prokuratura podejrzewa, że Dębskiego zabił Tadeusz M. - mężczyzna ten został zatrzymany w 26 czerwca 2002 roku, jednak po przedstawieniu zarzutu zabójstwa Dębskiego powiesił się w celi. Policja ustaliła w trakcie śledztwa, że minister Dębski miał zajmować się pośredniczeniem w załatwianiu atrakcyjnych gruntów w stolicy przedsiębiorstwom budowlanym. Na poczet załatwionych spraw miał pobierać od biznesmenów wysokie zaliczki. Spraw nie załatwiał, a pieniędzy nie oddawał, powołując się na znajomości w UOP. Jacek Dębski miał jakoby pożyczyć "Baraninie" 1 milion dolarów, a ten zamiast pieniądze zwrócić, postanowił pozbyć się byłego ministra. Proces domniemanego zleceniodawcy zabójstwa, Jeremiasza B. pseudonim "Baranina", zacznie się za 2 dni w Austrii. Jeremiasz B. ma obywatelstwo polskie i austriackie, stąd proces może odbyć się poza granicami kraju. Sprawca zabójstwa byłego ministra, Tadeusz M., powiesił się w czerwcu zeszłego roku w areszcie śledczym w Warszawie. (an) Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualnej Polski z dn. 20.01.2003 r. Oskarżona "Inka" Jacek musi zostać ukarany za brak lojalności. - oświadczył Halinie G. "Ince" jej mocodawca Jeremiasz B. "Baranina". Ta zgodziła się wystawić byłego ministra sportu Jacka Dębskiego pod lufę płatnego zabójcy. Teraz 27-letnia dziewczyna jako jedyna odpowie za udział w zabójstwie polityka. Do sądu wpłynął wczoraj akt oskarżenia w tej sprawie. Jacek Dębski zginął 11 kwietnia 2001 r. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że killer wynajęty przez mieszkającego w Austrii "Baraninę" polował przez kilka dni. Potwierdziły to rozmowy nagrane przez austriacką policję. "Inka", dziewczyna do zadań specjalnych wiedeńskiego gangstera, miała wyprowadzić Dębskiego w okolice mostu Poniatowskiego. Tam w krzakach czekał "Sasza". Były minister sportu zginął, bo prawdopodobnie chciał zagarnąć dla siebie część pieniędzy przeznaczonych na mafijne inwestycje. Straszył też B., że zgłosi się do UOP. Wiadomo, że Jacek Dębski prowadził dziennik, w którym zapisywał najważniejsze zdarzenia z życia. Miesiąc przed śmiercią napisał w nim "... niepokój w sercu. Telefon Leszka (tak nazywali "Baraninę" jego najbliżsi znajomi) nie odbiera. Moje pieniądze są w niebezpieczeństwie"- Chodziło o blisko 6 mln szylingów, które były minister sportu wpłacił na konto w austriackim banku. Na dwa tygodnie przed zabójstwem "Baranina" pobrał tą gotówkę. Niedługo potem wydał decyzję o zlikwidowaniu "wspólnika". Gangster odpowie za zlecenie zabójstwa przed wiedeńskim sądem. Wykonawca wyroku "Sasza" powiesił się w mokotowskim areszcie. Pozostała tylko "Inka". Za pomocnictwo w zabójstwie grozi jej nawet dożywocie. Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 01.10.2002 r. Sprawa zabójstwa Jacka Dębskiego "Inka" oskarżona o pomoc mordercy Prokuratura oskarżyła Halinę G., pseudonim Inka, o "pomocnictwo" w zabójstwie byłego ministra sportu Jacka Dębskiego. Akt oskarżenia przeciwko niej trafił w poniedziałek do sądu. Halina G., "luksusowa dama do towarzystwa", która była z Jackiem Dębskim w ostatnim dniu jego życia, jest jedyną oskarżoną w związku z tą zbrodnią. Drugim oskarżonym byłby Tadeusz M., podejrzany o zastrzelenie Dębskiego. Jednak powiesił się w celi aresztu przy ul. Rakowieckiej. Po ponownej sekcji zwłok prokuratura ostatecznie potwierdziła, że popełnił on samobójstwo i nie był ani podtruwany, ani duszony. Zleceniodawca zabójstwa Jeremiasz B., pseudonim Baranina, będzie sądzony w Wiedniu. Prokuratura ustaliła, że Halina G. w noc zabójstwa - 11 kwietnia 2001 roku - przekazywała przez telefon komórkowy "Baraninie" informacje o miejscu pobytu Dębskiego. Wyprowadziła też byłego ministra z restauracji Casa Nostra, w której spędzali wieczór. Na dworze czekał znany jej Tadeusz M., który śmiertelnie postrzelił Dębskiego. Na powiązania całej trójki policja trafiła m.in. po analizie bilingów z ich telefonów oraz informacji z podsłuchów założonych u "Baraniny". Halina G. jest także oskarżona o nielegalne posiadanie amunicji i fałszywych dokumentów. Jako motyw zabójstwa prokuratura przyjęła rozliczenia finansowe między Dębskim a "Baraniną". A.M. Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 01.10.2002 r. Zabójstwo Dębskiego: "Inka" oskarżona Halina G. pseud. Inka została oskarżona o pomocnictwo w zabójstwie byłego ministra sportu Jacka Dębskiego. Akt oskarżenia G. prokuratura wysłała w poniedziałek do sądu. Halinie G. grozi dożywocie. To jedyna osoba, która odpowie za tę zbrodnię przed polskim sądem. "Można powiedzieć, że doszło do rozwikłania tej zbrodni" - powiedział Maciej Kujawski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Zatrzymaną następnego dnia po zabójstwie G. oskarżono o to, że w noc zabójstwa - 11 kwietnia 2001 roku - "przewidując możliwość dokonania zabójstwa Jacka Dębskiego przez inne osoby i godząc się na to udzieliła im pomocy". Pomoc "kobiety do towarzystwa" Haliny G. miała polegać - według ustaleń prokuratury - na przekazywaniu przez telefon komórkowy domniemanemu zleceniodawcy zabójstwa Jeremiaszowi B. informacji o miejscu pobytu Dębskiego i o wyprowadzeniu byłego ministra na zewnątrz restauracji, w której spędzała z nim wieczór. Na dworze - jak twierdzi prokuratura - czekał Tadeusz M., który śmiertelnie postrzelił Dębskiego. "Halina G. wcześniej znała M." - podkreślił Kujawski. Tadeusza M. policja zatrzymała w czerwcu tego roku. Dzień po przedstawieniu zarzutu zabójstwa Dębskiego M. powiesił się w celi. Śledztwo w tej sprawie prowadzi Prokuratura Apelacyjna w Warszawie. "Już teraz - po dwóch sekcjach zwłok - możemy wykluczyć, że wobec M. zastosowano przed śmiercią siłę fizyczną, czy też użyto jakiejś trucizny. Z przyczyn formalnych czekamy jeszcze na wyniki kilku ekspertyz" - powiedział w poniedziałek PAP szef warszawskiej Prokuratury Apelacyjnej Zygmunt Kapusta. Oprócz pomocnictwa w zabójstwie Dębskiego Prokuratura Okręgowa zarzuciła G. również posiadanie broni bez zezwolenia (chodzi o niezwiązany ze sprawą jeden nabój, który znaleziono u niej w mieszkaniu) i posiadanie fałszywych dokumentów - w mieszkaniu "Inki" znaleziono fałszywe słowackie prawo jazdy z jej danymi i jej zdjęciem. "W rozwiązaniu tej sprawy pomogła nam ścisła współpraca z austriackimi organami ścigania (Jeremiasz B. mieszkał w Austrii - PAP) i analiza bilingów uzyskiwanych od operatorów polskich i austriackich" - poinformował Kujawski. Dodał, że G. nie przyznaje się do stawianych zarzutów, choć - zeznając w kwietniu 2001 r. przed sądem, który ją wtedy aresztował - powiedziała, że "wykonała prośbę Jeremiasza wyprowadzenia na zewnątrz restauracji Jacka Dębskiego". Kujawski dodał, że w śledztwie wykorzystano także informacje z podsłuchów, jakie założono Jeremiaszowi B. Jeremiasz B., pseudonim Baranina, był rezydentem gangu pruszkowskiego w Austrii. Zatrzymano go w Wiedniu jeszcze w ubiegłym roku. Będzie on sądzony w Austrii, bowiem na terenie tego kraju miał się dopuścić przestępstwa, czyli zlecenia zabójstwa Dębskiego. Prasa spekulowała, że "Baranina" był już wcześniej znany austriackiej policji, m.in. z handlu narkotykami. W zamian jednak za współpracę z organami ścigania miały one "przymykać oczy" na jego działalność. Do Austrii - w ramach międzynarodowej pomocy prawnej - trafiły już materiały na temat "Baraniny" zebrane przez polską prokuraturę. W tej sytuacji - śmierci Tadeusza M. i pobytu "Baraniny" w Austrii - jedyną osobą, która odpowie przed polskim sądem w sprawie zabójstwa Dębskiego, będzie Halina G. Krótko po zabójstwie Dębskiego policja wykluczyła polityczny i towarzysko-obyczajowy motyw zabójstwa. W śledztwie brana pod uwagę była głównie wersja, że Dębski został zastrzelony, bo nie spełnił obietnic danych światu zorganizowanej przestępczości. "Dębski dużo obiecywał przestępcom - zwłaszcza z +Pruszkowa+. Powoływał się na swoje kontakty w administracji państwowej, mówił, że nie ma dla niego spraw nie do załatwienia. Brał duże zaliczki, które wydawał na wystawne życie" - mówił dzień po zabójstwie pragnący zachować anonimowość informator związany z organami ścigania. Za serwisem informacyjnym portalu Onet.pl z dn. 30.09.2002 Prokuratura stawia zarzut zabójstwa byłego ministra sportu Jacka Dębskiego Marcin Pietraszewski, Katowice, Jerzy Jachowicz Zarzut zabójstwa b. ministra sportu Jacka Dębskiego prokuratura postawiła we wtorek Tadeuszowi M. ze Śląska, którego policja uważa za płatnego mordercę. Kluczem okazała się konfrontacja z jedynym świadkiem zbrodni, 24-letnią "Inką". Kobieta po 15 miesiącach milczenia zdecydowała się zeznawać w zamian za nadzwyczajne złagodzenie kary. Były szef Urzędu Kultury Fizycznej i Sportu został zastrzelony 11 kwietnia 2001 r. ok. godz. 23 na odludnym nadwiślańskim bulwarze w pobliżu restauracji Casa Nostra w Warszawie. Kluczową rolę w zabójstwie i śledztwie odegrała Halina G. ps. "Inka" - 24-letnia luksusowa call girl z Warszawy. To ona wywabiła Dębskiego z lokalu na ulicę i była jedynym świadkiem jego egzekucji. Wczoraj między Haliną G. i Tadeuszem M. przeprowadzono konfrontację w warszawskiej prokuraturze okręgowej. Trwała bardzo długo - półtorej godziny. Zaraz po tym prokuratura postawiła M. zarzut zabójstwa. - Wystąpiliśmy do sądu z wnioskiem o aresztowanie podejrzanego - powiedział nam rzecznik tej prokuratury Maciej Kujawski. Sąd ma podjąć decyzję dzisiaj. "Inka" złamana Halina G. jest w areszcie od 12 kwietnia 2001 r. Przez ponad rok nie powiedziała ani słowa o nocy zabójstwa. Zasłaniała się tym, że była pijana i nie pamięta, jak wyszła z Dębskim na ulicę ani co stało się później. Początkowo prokuratura brała pod uwagę możliwość, że to sama "Inka" pociągnęła za spust. Znaleziono bowiem ślady prochu na ubraniu, jakie miała na sobie w wieczór zabójstwa. Kobieta często ćwiczyła strzelanie ze znajomymi z warszawskiego półświatka. Jednak badania mikrośladów prochu na rękach wykluczyły, by to ona strzeliła. "Ince" postawiono zarzut utrudniania śledztwa, po trzech miesiącach zmieniono go na pomocnictwo w zabójstwie, za co grozi nawet dożywocie. Jednak dopiero w ostatnich dniach - dowiedzieliśmy się nieoficjalnie - policji i prokuraturze udało się przekonać ją, by ujawniła "cyngla" w zamian za nadzwyczajne złagodzenie kary. Klucz do "Baraniny" Długie milczenie "Inki" policja tłumaczy jej związkiem z Jeremiaszem B. "Baraniną", zleceniodawcą zbrodni. Poznała go w 1997 r., gdy miała 20 lat, a "Baranina" 52 lata. Wielokrotnie bywała w jego domu pod Wiedniem, gdy żona Jeremiasza B. wyjeżdżała w interesach poza Austrię. W Polsce dyskretnie wyszukiwała - wśród wyższych urzędników i w półświatku - mężczyzn, którzy mogliby być pomocni w nielegalnych interesach "Baraniny". To "Inka" w maju 2000 r. wraz z mieszkającą na warszawskim Targówku Bożeną T. w specjalnych pasach przewiozła do Austrii milion dolarów w gotówce - pieniądze Dębskiego, które "Baranina" miał zainwestować w jakiś nielegalny interes. To właśnie te pieniądze były przyczyną zbrodni - Dębski zaczął się domagać zysków z nich lub zwrotu gotówki i straszył "Baraninę" swoimi znajomościami w służbach specjalnych. "Baranina" postanowił więc pozbyć się go. Cichy zabójca Według naszych informacji "Inka" zeznała, że "cynglem", który na zlecenie Jeremiasza B. zastrzelił Dębskiego, jest Tadeusz M. 34-letni technik instalator z Chrzanowa i ojciec dwójki dzieci oficjalnie utrzymywał się z handlu obnośnego. Według Centralnego Biura Śledczego w rzeczywistości był płatnym porywaczem i zabójcą. Był współwłaścicielem kilku warszawskich kawiarni i restauracji. Policjanci zainteresowali się nim kilka lat temu. Był uważany za szarą eminencję półświatka i za wszelką cenę unikał rozgłosu. - Znał wszystkich lokalnych bossów, ale nie lubił się z tym afiszować. Podczas libacji mawiał, że jeśli media zaczną o kimś pisać, ta osoba jest skończona - mówi nasz informator. Pod koniec lat 90. Tadeusz M. miał poznać wszystkich członków tzw. starego zarządu mafii pruszkowskiej. Zarabiał, przyjmując zlecenia na porwania od lidera śląskiego podziemia Andrzeja K. "Krakowiaka" oraz od gangu Ryszarda Niemczyka, jednego z zabójców bossa pruszkowskich gangsterów Andrzeja K. "Pershinga". Miał zasadę, że pieniądze za zlecenia bierze z góry, w całości. Jedynym, wobec którego od tego odstąpił, był "Baranina". M. z czasem stał się zaufanym współpracownikiem "Baraniny" i - jak podejrzewa CBŚ - jego osobistym "cynglem". Z paszportu M. wynika, że w ciągu kilku ostatnich lat dziesiątki razy wyjeżdżał do Austrii, Czech i na Słowację. Policje tych państw już sprawdzają, czy nie popełnił tam zabójstw na zlecenie. Podobne działania podjęto na Pomorzu, gdzie M. miał jeździć na "gościnne występy". Po cynglu do kłębka? W ręce śląskiej policji wpadł na początku tego roku. Prokuratura Rejonowa w Mysłowicach zarzuciła mu porwanie Witolda Z., handlującego węglem biznesmena z Chełma Śląskiego. Mężczyzna zaginął w 2000 r. Jego dzieci widziały, jak dwóch mężczyzn wepchnęło ojca do bagażnika dużego samochodu. Policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Tychach bardzo szybko trafili na trop porywaczy. Pierwszy został zatrzymany prawie natychmiast. Za ukrywającym się Tadeuszem M. trzeba było wysłać list gończy. Ujęto go i aresztowano dopiero kilka miesięcy temu. M. nie przyznaje się do porwania. Uprowadzony biznesmen nie odnalazł się do dziś i policja podejrzewa, że został zamordowany. - Smaczku sprawie dodaje fakt, że zaginiony Witold Z. był ochroniarzem jednego ze śląskich polityków - mówi nasz informator związany z policją. Tadeusz M. został przewieziony do Warszawy w ostatni piątek z aresztu na Śląsku, gdzie siedział od początku roku, oskarżony o porwanie w 2000 r. handlującego węglem biznesmena z Chełma Śląskiego (M. nie przyznaje się, biznesmena do dziś nie odnaleziono). Wczoraj konkubina Tadeusza M. złożyła zażalenie na przewiezienie go do stolicy, co uniemożliwia jej widywanie go. Jednak z naszych informacji wynika, że M. na Śląsk nie wróci: na proces o porwanie będzie dowożony do mysłowickiego sądu z aresztu w Warszawie. - Udowodnienie, że to M. zastrzelił Dębskiego, to może być przełom w śledztwie. Policja i prokuratura austriacka zdobyły bardzo przekonujące poszlaki, że Dębskiego zamordowano na zlecenie "Baraniny". Jednak wciąż nie ma pewności, czy zdołają przekształcić je w dowody możliwe do przedstawienia przed sądem. Ale skoro mamy "cyngla", to do zleceniodawcy już blisko - powiedzieli nam policjanci. Za dziennikiem "Gazeta Wyborcza" z dn. 25.06.2002 r. "Baranina" podejrzany o zlecenie zabójstwa Jacka Dębskiego Rozkaz wyszedł z Wiednia ANNA MARSZAŁEK Jeremiasz Barański, pseudonim Baranina, został zatrzymany pod zarzutem zlecenia zabójstwa Jacka Dębskiego. Przy ujęciu "Baraniny", rezydenta polskiej mafii w Wiedniu, współpracowały policje z Polski, Austrii i Niemiec. Policja poszukuje zabójcy byłego ministra sportu, jednego z młodych warszawskich gangsterów. Barański
został zatrzymany w czwartek rano. Wyjechał właśnie z domu w miasteczku
Gramatneusiedl, na granicy Himbergu, kilkanaście kilometrów od Wiednia.
Swoim terenowym nissanem odwoził na dworzec Polaka, który go odwiedził.
Austriacka policja urządziła na niego zasadzkę na ulicy, przy której
mieszka, około 200 metrów od domu. Polscy policjanci z Centralnego
Biura Śledczego byli tam w charakterze obserwatorów.
Za
dziennikiem "Rzeczpospolita"
z dn. 07.07.2001 r. Co robił Ważny Polityk z jednej z największych polskich partii w domu Jeremiasza B. "Baraniny"? Dlaczego gangsterowi pomagali polscy dyplomaci? To prawdopodobnie na jego zlecenie Tadeusz M. "Sasza" zabił Jacka Dębskiego. Przed dwoma dniami killera znaleziono w celi na Rakowieckiej. Powiesił się? A może za dużo wiedział o swoim szefie... Od lipca 2001 r. Jeremiasz B. czeka w austriackim areszcie na proces w sprawie zlecenia zabójstwa ministra Jacka Dębskiego (11 kwietnia 2001 r.). Zebrane informacje wskazują, że 57-letni "przedsiębiorca budowlany z Gramatneusiedl pod Wiedeniem" był ojcem chrzestnym polskiej mafii. Gościł u siebie polityków, prokuratorów i dyplomatów. Do niego prowadzą tropy kilkunastu najgłośniejszych zabójstw w Polsce i porwań biznesmenów w całej Europie. Impreza z politykiem w tle Był rok 1993. W luksusowej willi Jeremiasza B. "Baraniny" w Gramatneusiedl pod Wiedniem trwała huczna impreza. Gospodarz raczył swych gości najlepszymi trunkami. Wśród gości "Baraniny", był Ważny Polityk, w tekście będziemy nazwać go WP, licząca się postać jednej z największych polskich partii politycznych. Nasi informatorzy potwierdzili niezależnie od siebie, że Ważny Polityk z pewnością bawił u B. Impreza trwała kilka godzin. Pito bardzo dużo alkoholu. - W pewnym momencie, pijany już "Baranina" zaproponował WP usługi swej żony. Krystyna wpadła we wściekłość. Chwyciła strzelbę myśliwską i wycelowała w męża. Padł strzał. "Baranina" został ranny w rękę i nogę. W ciężkim stanie przewieziono go do szpitala. Policja zatrzymała Krystynę, która spędziła w areszcie trzy dni, aż mąż uznał całe zdarzenie za wypadek - mówi nasz informator. Postrzelony "Baranina" spędził w szpitalu kilka tygodni, dyskretnie pilnowany przez swoich ludzi. Po strzelaninie Ważny Polityk przestraszył się. Unikał spotkań z B., zwłaszcza, że osiągnął bardzo znaczącą pozycję na scenie politycznej i bał się, że jego kontakty z mafioso skompromitują go. - Prawdopodobnie "Baranina" zabiegał o poparcie dla niektórych swych interesów. Nie wiemy jednak, jakie korzyści wynosił WP ze spotkań z mafioso. Jednak, z racji piastowanego stanowiska, miał ogromny wpływ na to, co się działo w Polsce - opowiada oficer policji. Miliony w walizkach Spotkanie z Ważnym Politykiem nie było jedynym kontaktem Jeremiasza B. z ludźmi z kręgów władzy. Według naszej informacji, "Baranina" po 1995 r., (kiedy uciekł z Polski, by uniknąć sprawy o przemyt alkoholu i był w kraju poszukiwany listem gończym) kilkakrotnie przyjeżdżał do Warszawy, Katowic i na Dolny Śląsk. W stolicy był częstym gościem Ireneusza Sekuły. - Wykorzystywał kontakty Sekuły, by spokojnie przerzucać do Polski tiry wyładowane spirytusem. Nadzorował też swoje interesy związane z grą na giełdzie - opowiada człowiek, który w połowie lat 90. robił interesy z "Baraniną". Mniej więcej w 1997 r. "Baranina" nawiązał kontakt ze swym krewniakiem Jackiem Dębskim, wtedy szefem Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki. Dębski był łącznikiem bossa. - Poznaję tego mężczyznę - mówi jeden z mieszkańców Gramatneusiedl, miasteczka, gdzie mieszkał "Baranina", patrząc na zdjęcie Dębskiego. - Bywał tu bardzo często. Przyjeżdżał samochodem ze znakiem korpusu dyplomatycznego. Wiemy, że bardzo dużo pił i szalał na przyjęciach pana B. Często towarzyszyła mu Halina G. "Inka"- ulubienica B., którą wykorzystywał m.in. jako kuriera przewożącego gotówkę mafii. Na polecenie "Baraniny", w kwietniu 2001 r. dziewczyna wystawiła Dębskiego pod lufę Tadeusza M. Dyplomaci mafii Wykorzystując swoje stanowisko Dębski woził po Europie walizki pełne pieniędzy "Baraniny". Gotówka trafiała później m.in. na giełdę w Antwerpii. Początkowo Dębski bał się takich kursów. Jeremiasz B. znalazł jednak sposób, by go przekonać. - Przesłał do Polski bardzo dużą sumę w dolarach. Następnego dnia ta sama gotówka była z powrotem w Austrii. Pokazał krewniakowi, jak wielkie ma możliwości. Dolary wróciły do niego pocztą dyplomatyczną. To przekonało Dębskiego - mówi urzędnik MSW. "Baranina" bardzo często wykorzystywał dyplomatów do swych celów. Od połowy lat 90. przed jego willę regularnie zajeżdżały samochody na polskich i słowackich numerach rejestracyjnych z naklejkami CD (korpus dyplomatyczny). Po jednej z takich wizyt, gdy gościem B. był słowacki dyplomata, wokół posesji "Baraniny" pojawiły się policyjne patrole. Uzbrojeni po zęby policjanci przez 8 dni, 24 godziny na dobę, pilnowali domu. Według nieoficjalnych informacji, tajemniczy słowacki dyplomata przekazał B. ostrzeżenie, że został na niego wydany wyrok. Sprawa mogła mieć związek z masakrą w bratysławskiej restauracji Fontana, gdzie dokonano egzekucji, jak w Chicago w latach 30. - zamordowano 10 członków jednego z naddunajskich gangów. Dzięki swym kontaktom z EDOK Gruppe (austriacka grupa policyjna zajmująca się zwalczaniem przestępczości zorganizowanej, która zwerbowała gangstera na swego informatora) "Baranina" wiedział o wszystkich zagrożeniach. Pomagali mu też dyplomaci. Pewne jest, że pod koniec lat 90. Jeremiasz B. został konsulem honorowym Liberii na Słowacji. Dyplomatyczny paszport tego maleńkiego państwa położonego w zachodniej Afryce nad Atlantykiem, pozwalał mu przekraczać granice bez kontroli. Paszport kosztował "Baraninę" kilkanaście tysięcy dolarów. Dzięki niemu pojawił się też kilkakrotnie w Polsce, choć był już wtedy poszukiwany listem gończym. RAFAŁ PASZTELAŃSKI "Życie Warszawy" z 28.06.2002 r.
Podejrzany o zlecenie zabójstwa Jacka Dębskiego Jeremiasz B. pseud. Baranina został zatrzymany w Wiedniu przez austriacką policję. Nadal nie wiadomo, kto zastrzelił byłego ministra sportu. Jeremiasza
B. pseud. Baranina zatrzymano podczas jazdy samochodem ulicami miasteczka
niedaleko Wiednia. Razem z nim zatrzymano trzech Polaków, w tym wspólnika
w interesach w Austrii Jacka Sz. Za
" Dziennikiem
Internetowym" PAP z dn. 07.07.2001 r. Policja: Dębski okłamywał gangsterów Policja nie wyklucza,
że motywem zabójstwa Dębskiego były złożone przestępcom, a nie spełnione
obietnice załatwienia "różnych spraw" w administracji państwowej.
Dębski brał na to spore zaliczki, a spraw nie załatwiał. Za serwisem informacyjnym
portalu Onet.pl
Były minister sportu został zastrzelony przed warszawską restauracją Egzekucja Jacka Dębskiego Policja zatrzymała
na 48 godzin kobietę, która bawiła się w środę w towarzystwie Jacka
Dębskiego i prawdopodobnie była ostatnią osobą, która widziała go
żywego. Czy i jaką rolę odegrała w zamachu ma wyjaśnić śledztwo. Były
minister sportu zmarł w czwartek nad ranem w szpitalu od rany postrzałowej
głowy. Jak wynika ze spisu połączeń w telefonie komórkowym Dębskiego,
do ostatnich chwil był w stałym kontakcie z Jeremiaszem Barańskim,
pseudonim Baranina, uważanym za przywódcę polskiej mafii w Wiedniu.
Z informacji
"Rz" wynika, że co najmniej dwóch świadków twierdzi, że tuż po tym
jak oddano strzał do Dębskiego z miejsca zdarzenia odeszło dwie
osoby - Inka i jakiś mężczyzna, być może zabójca. Początkowo
szli razem, a potem każde z nich poszło w inną stronę. Według policji
jest niemożliwe, by dziewczyna, która wyszła razem z Dębskim
z restauracji, nie widziała co się stało. Czy i jaką rolę odegrała
w zamachu na Dębskiego ma ustalić śledztwo. Ostatni dzień Ostatni dzień
swojego życia zaczął Dębski dosyć późno. Około południa poprosił żonę,
żeby zawiozła go do warszawskiego hotelu Victoria. Chciał się
tam spotkać ze znajomymi, aby wypić spóźniony toast z okazji
urodzin. Z domu nie zabrał nawet płaszcza. Do hotelu dotarł zaraz
po południu i od razu skierował się do Zielonego Baru, ulubionego
miejsca spotkań biznesmenów i polityków. Obsługa twierdzi, że kiedy
usiadł samotnie przy stoliku, właśnie wybiła godz. 13.
19.45 - taksówką do Casa Nostry Impreza w Victorii
trwała do 19.45. Towarzystwo rozeszło się; "w miasto" ruszyli tylko
Dębski z Inką, Atlasem i Filipem Kocem. Taksówką pojechali do
nowo otwartej włoskiej restauracji Casa Nostra. - Dębski znał
właściciela, który udzielał się jako działacz w boksie zawodowym -
mówi znajomy zabitego. Przeniesienie się do włoskiej restauracji o
nazwie Osteria Fiorentino Casa Nostra przy ul. Wał Miedzeszyński
407 zaproponował Janusz Atlas. Kto znalazł ministra Federowicz przez
telefon komórkowy powiadomił policję o zdarzeniu. Zaraz potem na chwilę
zniknął. Dlatego w pierwszej chwili policja oświadczyła, że
ministra znalazł przypadkowy przechodzień (Federowicza udało
się przesłuchać dopiero wczoraj). Przyjechało pogotowie. Dębski był
w stanie agonalnym - leżał w kałuży krwi na chodniku, kilkadziesiąt
metrów od lokalu. Ambulansem przewieziono go do szpitala na
Szaserów. Kontakty ministra Wczoraj rano,
na miejscu zbrodni na Saskiej Kępie wciąż leżały na środku chodnika
jednorazowe rękawiczki, gaziki, osłonki z igieł do iniekcji.
Plamy krwi ktoś próbował przysypać piaskiem, ale ponieważ było mokro,
nawet ich nie zakrył. W rozmowie telefonicznej dla Radia Zet Janusz
Atlas powiedział, że okulary marki Calvin Klein znalezione przy
Dębskim na chodniku były prezentem od niego. Bertold Kittel
Za dziennikiem
"Rzeczpospolita"
Kto zabił Jacka Dębskiego Jacek Dębski, b. minister sportu, został zastrzelony w Warszawie. Z restauracji na ulicę, gdzie dostał kulę, wywabiła go prawdopodobnie dziewczyna - Kinga G. Zabójstwo wygląda na egzekucję, ale są szczegóły, które wskazują na robotę amatora - mówi policja. W środę ok. godz. 13 Jolanta Dębska przywiozła męża do hotelu Victoria i odjechała. Tam w Green Barze Dębski świętował - jak mówił obsłudze - swoje imieniny. Towarzyszyli mu Janusz Atlas - znany dziennikarz sportowy (opowiadał w radiu o zdarzeniach owego popołudnia i wieczora), oraz Filip K. - działacz samorządowy ze Zgierza. Była też 25-letnia, rudowłosa Kinga G., przedstawiająca się prawdopodobnie jako Inka. Według obsługi sprawiała wrażenie luksusowej dziewczyny do towarzystwa. Według pierwszych informacji z policji żaden z mężczyzn nie znał jej wcześniej, choć zdaniem obsługi lokalu sposób, w jaki traktowali się dziewczyna i Dębski, mógł sugerować dużą zażyłość. Jak opowiada personel Green Baru, towarzystwo zamawiało alkohol "umiarkowanie, ale systematycznie". Ok. godz. 21 cała czwórka postanowiła się przenieść do włoskiej restauracji Casa Nostra przy Wale Miedzeszyńskim nad Wisłą. Lokal - własność znajomego Dębskiego, Jarosława F. (który jest także właścicielem sieci pralni) - działa od tygodnia. Towarzystwo dotarło tam ok. godz. 21.30. Co się stało w Casa Nostra W Casa Nostra byli: właściciel, barman, pomoc kuchenna, dwóch włoskich kucharzy i goście. Towarzystwo Dębskiego bawiło się głośno. Wszyscy odbierali telefony komórkowe, ale najczęściej - Kinga G. Sama też dzwoniła, ale dyskretnie, wychodząc z telefonem do sali obok. Ok. godz. 23 dziewczyna poprosiła Dębskiego, by wyszedł z nią na spacer. Po kilku minutach w restauracji usłyszano strzał. Jarosław F. wybiegł i - jak zeznał - pod mostem Poniatowskiego, ok. 50 metrów od lokalu, zobaczył dwie uciekające sylwetki. Dębski leżał na chodniku nieprzytomny, postrzelony z bliska w głowę. Po Kindze G. został tylko płaszcz w szatni. Pogotowie po kilku minutach zabrało rannego do szpitala przy ul. Szaserów, gdzie mimo wysiłków lekarzy b. minister zmarł o godz. 3.50. Na miejscu zbrodni policja znalazła łuskę z pistoletu kaliber 9 mm. Nie zastała w Casa Nostra ani właściciela lokalu, ani Atlasa. Przesłuchiwani w czwartek mieli powiedzieć, że uciekli, bo chcieli uniknąć dziennikarzy. Początkowo policja podejrzewała, że kluczową rolę w zbrodni odegrała Kinga G. - Najprawdopodobniej to ona wywabiła Dębskiego z lokalu, strzelał jej wspólnik - mówił jeden z policjantów uczestniczących w śledztwie. Nie wiadomo, czy potwierdzą to zeznania dziewczyny. Po południu w czwartek policja przewiozła Kingę G. do prokuratury stołecznej, gdzie była przesłuchiwana w towarzystwie swojego adwokata. Jak się dowiedzieliśmy nie postawiono jej żadnego zarzutu, ale zatrzymano w policyjnym areszcie. Wieczorem w domu jednorodzinnym na Pradze, w którym mieszkała Kinga G. policja przeprowadziła rewizję. Zemsta czy porachunki? Jaki motyw mieli zabójcy? Policja przyjmuje dwie wersje: mord polityczny, zemsta za oskarżenia pod adresem polityków i bardziej prawdopodobne: porachunki gangsterskie. - Wiele wskazuje, że były minister zadawał się z niewłaściwymi ludźmi. Być może nadepnął im na odcisk - mówi policjant. Policja od kilku miesięcy podejrzewała Dębskiego o kontakty ze światem przestępczym. Wskazują na to dwie kontrole. W sierpniu ub.r. policjanci z Centralnego Biura Śledczego skontrolowali auto Dębskiego na warszawskim Żoliborzu: rzucili go na maskę, zażądali dokumentów. Rzecznik policji Paweł Biedziak tłumaczył, że funkcjonariusze pomylili Dębskiego z gangsterem z gangu pruszkowskiego. Pomyłki nie było w lutym, gdy policjanci znów zatrzymali volkswagena byłego ministra. Pasażerem Dębskiego był Krzysztof K., ps. "Nastek" - wpływowa postać "Pruszkowa", ostatnio zajmujący się haraczami i handlem narkotykami. Przez lata "Nastek" był wspólnikiem Mirosława K. ps. "Kwiatek", który "rządził" na warszawskiej Pradze-Południe. 2 kwietnia rzeszowski sąd skazał "Kwiatka" i 11 jego wspólników na pięć lat za zorganizowanie grupy przestępczej, wymuszenia haraczy, pobicia, rozprowadzanie narkotyków, nielegalne posiadanie amunicji i zastraszanie świadków. Sprawą zajmuje się pion przestępczości zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Policjanci zwracają uwagę, że choć zabójstwo wygląda na egzekucję, to jednak pewne szczegóły wskazują na robotę amatora: ich zdaniem zawodowiec dobiłby ofiarę i nie zostawiłby łuski od pocisku. Janina Blikowska,
Wojciech Cieśla, Igor Ryciak, jach Jacek Dębski zastrzelony Jacek Dębski, były minister sportu, został zastrzelony w nocy ze środy na czwartek przed restauracją na warszawskiej Pradze. Sprawca i motyw czynu są nieznane. Minister Lech Kaczyński uważa, że nie było to przypadkowe zabójstwo. "Dębski przyszedł
do restauracji włoskiej ok. 21.30. Po pewnym czasie poinformował znajomych,
że idzie się przejść. O 22.30, w okolicy Mostu Poniatowskiego,
znalazł go leżącego na chodniku z raną postrzałową, przypadkowy
przechodzień" - mówił Dariusz Janas, rzecznik Komendy Stołecznej Policji.
Dębski trafił do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Mimo wysiłków lekarzy
i przeprowadzonej operacji, zmarł około 3.50 nad ranem.
|
|
|
Proszę
wybrać przejście:
strona utworzona 13.04.2001 r. |
||