Morderstwo Jacka G. w Warszawie we wrześniu 2000 r.

Antysocjalistyczne Mazowsze

Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza

 

Aktualizacja 27.02.2002 r.

Zabicie przyjaciela ukarane dożywociem

Działał z wyrachowaniem, a nie pod wpływem wzburzenia Ireneusz S. twierdził, że zabił swojego przyjaciela pod wpływem wzburzenia, gdyż ten źle mówił o jego żonie. Sąd mu nie uwierzył. Za prawdziwy powód zbrodni uznał rabunek i skazał mężczyznę na dożywcie.

Spokojny, porządnie ubrany trzydziestolatek nie wygląda na zabójcę. Jednak zabił bliskiego kolegę, i to w niezwykle brutalny sposób, uderzając go wiele razy metalową rurką w głowę podczas snu. - Nie wiem, jak do tego doszło. Nie rozumiem swojego zachowania. To nie byłem ja - tłumaczył podczas procesu przed warszawskim Sądem Okręgowym. We wrześniu 2000 r. spotkał się z Jackiem G. na piwie, potem poszli do wynajmowanego przez niego mieszkania. Pili, rozmawiali. Gospodarz zgodził się przenocować gościa. Ireneusz S. odczekał, aż kolega zaśnie, a potem go zabił. Przed sądem tłumaczył, że był wzburzony, gdyż pokrzywdzony źle mówił o jego żonie. Z mieszkania ofiary wyniósł sprzęt komputerowy, wieżę, kolekcję kart telefonicznych, starodruki o wartości 38 tys. zł. Później wyjaśniał, że robił to nie z chęci zysku, lecz by upozorować zabójstwo na tle rabunkowym.

Sąd nie uwierzył w te zapewnienia. - Oskarżony mówił, że ma dwie firmy, jest bogaty i nie potrzebuje pieniędzy. To nieprawda. Należąca do niego piekarnia została zamknięta, a jego rodzice wciąż spłacają kredyt. Sam zaś pracował jako kurier - uzasadniała sędzia Grażyna Wasilewska-Kloc, przewodnicząca składu orzekającego. Za nieprawdziwy uznała też podany przez podsądnego motyw. - Choć tak wiele mówi o miłości do swojej żony, to fakty przeczą jego słowom - powiedziała, przypominając, że oskarżony od dwóch lat mieszka z inną kobietą i ma z nią dziecko.

- Gdyby nawet przyjąć, że był wzburzony, to jak tłumaczyć fakt, że odczekał, aż jego ofiara zaśnie, i dopiero wtedy zabił? - pytała retorycznie przewodnicząca. - Proszę sobie wyobrazić te chwile, które oskarżony poświęca rozmyślaniu o swej ofierze i sprawdzaniu, czy już śpi - zwróciła się sędzia do publiczności. Wytykając luki w linii obrony Ireneusza S., zwróciła też uwagę na wcześniejsze przyniesienie narzędzia zbrodni do mieszkania ofiary, co świadczy o przygotowaniach do morderstwa.

Sąd podkreślił, iż bardzo długo zastanawiał się nad karą dla oskarżonego. - Ciężko ogłaszać najsurowsze wyroki, ale tylko taki mógł zapaść w tej sprawie - powiedziała sędzia Wasilewska-Kloc. O dożywociu przesądziło wcześniejsze zaplanowanie zbrodni, brak skrupułów przy jej realizacji, zamordowanie bliskiego kolegi, i to w czasie snu, oraz niskie pobudki, jakimi kierował się podsądny (chęć zysku). - Oskarżony co prawda wyraził skruchę, ale jego zachowanie nie wskazuje, by zrozumiał, jak wielką krzywdę wyrządził rodzinie ofiary - zakończyła uzasadnienie wyroku przewodnicząca.

Sławomir Wikariak

Za dziennikiem "Rzeczpospolita"


Został ci się ino sznur

- Ta brutalna zbrodnia nie zasługuje na łagodny wymiar kary. Domagam się dożywocia - stwierdził w mowie końcowej prokurator. Jego zdaniem okoliczności popełnienia czynu przez Ireneusza S. nie budzą wątpliwości. Jest on oskarżony o zatłuczenie metalową rurką swojego kolegi z klasy. Powodem miał być alkohol oraz inwektywy pod adresem jego żony. Sprawa jest wyjątkowo bulwersująca. Prokuratura oskarża Ireneusza S. o zamordowanie z zimną krwią Jacka G., kolegi jeszcze ze szkolnej ławy. Powodem miały być problemy finansowe. Ireneusz S. na miesiąc przed tragedią przeniósł się do stolicy i pracował w firmie kurierskiej. Jacek G. był jego jedynym znajomym w Warszawie, który miał pieniądze. Studiował archeologię i pracował jako informatyk w jednej ze stołecznych firm. 15 września 2000 roku panowie umówili się na piwo w pubie Lolek, potem wrócili do mieszkania Jacka i położyli się spać. Przed zaśnięciem rozmawiali. To właśnie opinia Jacka na temat kobiet, a szczególnie żony Ireneusza tak rozwścieczyła oskarżonego, że wyjął z torby metalową rurkę i zaczął bić ofiarę po głowie. Potem, jak twierdzi, upozorował rabunek. Wczoraj zabrali głos oskarżyciele posiłkowi: matka zamordowanego Jacka G. i jego brat Krzysztof. Teresa G. nie potrafiła powstrzymać łez.

Poprosiła o najsurowszy wymiar kary. Płomienną mowę wygłosił natomiast brat zamordowanego. - Znajomi mówią, że powinieneś dostać karę śmierci - mówił. - Ale ja myślę, że nie. Powinieneś siedzieć co najmniej 30 lat w więzieniu, żeby o tym myśleć i patrzeć jak ci życie przelatuje! Zdaniem Krzysztofa G. Ireneusz wybrał najprostszy sposób pozbycia się swoich problemów. Zabił kogoś, kogo znał, bo tylko on wpuścił go do mieszkania. Nie umiał poradzić sobie inaczej, bo wcześniej miał wszystko i nie musiał o nic walczyć (pomagali mu rodzice). Jacek G. do wszystkiego doszedł sam. - Miałeś chamie złoty róg, miałeś chamie czapkę z piór - brat zamordowanego cytował oskarżonemu "Wesele". - Został ci się ino sznur... Sprawa ma też drugie dno. Oskarżony zapewniał przed sądem, że kocha żonę i dlatego się zdenerwował, gdy Jacek krytykował kobiety oraz jego związek. Twierdzi też, że miał uregulowane życie rodzinne. Innego zdania jest z pewnością współoskarżona (o ukrycie przedmiotów pochodzących z kradzieży), Iwona G. która jest matką drugiego dziecka Ireneusza S. Gdy była w ciąży, mieszkali razem w Warszawie, podczas gdy jego formalna żona została z malutkim synkiem w Iłży. Teraz oskarżony wypiera się drugiego potomka. Twierdzi, że naturalne było okłamywanie konkubiny, bo tak naprawdę kochał tylko żonę. Pod koniec stycznia - ostatnie słowo

Oskar

Za wydaniem papierowym dziennika "Życie Warszawy" z dn. 15.01.2001 r.

Proszę wybrać przejście:

strona utworzona 16.06.2001 r.

UPR Unia Polityki Realnej kara śmierci partia konserwatyzm prawica bandytyzm,morderstwo, dożywocie, główna, szafot, stryczek, recydywa,
death penalty Poland sprawiedliwość wymiar sprawiedliwości sąd, jurysdykcja, prewencja, zbrodnia, mord