Sprawcy
zabójstwa Sławomira Sz. skazani na kary po 25 lat więzienia Nieznany motyw niepotrzebnej zbrodni
Kary 25 lat więzienia
wymierzył wczoraj warszawski Sąd Okręgowy trójce sprawców zabójstwa Sławomira
Sz. Starania o warunkowe przedterminowe zwolnienie mogą rozpocząć dopiero
po odsiedzeniu 20 lat kary.
Po 25 lat więzienia dla winnych zabójstwa Sławomira Sz.; 3 lata pozbawienia
wolności dla Łukasza W., który utrudniał śledztwo i ukrył zwłoki, oraz
2 lata bezwzględnego więzienia dla Anety D., która o zbrodni wiedziała,
ale o niej nie poinformowała (podpita dziewczyna wykrzyczała o tym przy
koleżankach 11 miesięcy po zabójstwie).
Skazani za zabójstwo Artur S., Tomasz B. i Katarzyna O. mogą ubiegać się
o warunkowe przedterminowe zwolnienie po 20 latach pobytu w więzieniu.
Kary orzeczone przez warszawski Sąd Okręgowy są wyższe od prokuratorskich
żądań. - Są surowe, ale sprawiedliwe - mówiła sędzia Anna Pakulska-Jabłońska,
przewodnicząca składu orzekającego.
Sąd twierdził, że mimo iż sprawcy przyznali się do winy, to trudno ustalić
stan faktyczny. - Każdy, przyznając się, inaczej opisywał zdarzenie -
podkreślał sąd. Następnie przypomniał efekt swoich ustaleń. Czwórka niespełna
dwudziestoletnich ludzi postanowiła się zabawić. Spotkali się w mieszkaniu
wynajmowanym przez Sławomira Sz., które dzielił z Anetą D. i ich dwuletnią
córeczką. Dotarli tam: Tomasz B., Katarzyna O. oraz Artur S. Ten ostatni
miał romans z Anetą D. Podczas imprezy suto zakrapianej alkoholem goście
zaatakowali Sławomira Sz. Artur S. przyciskał mu poduszkę do twarzy, Tomasz
B. siedział na klatce piersiowej, a Katarzyna O. trzymała broniącego się
za nogi. Sąd zastanawiał się nad motywem zbrodni. Jeden z oskarżonych
mówił o chęci zrabowania pieniędzy (chłopak miał saszetkę na szyi); Katarzyna
O. twierdziła z kolei, że źle traktował swoją konkubinę (temu zaś zaprzeczała
sama Aneta D.).
Na koniec Tomasz B. sprawdził puls ofiary. Zwłoki wrzucono do wersalki,
a sprawcy położyli się spać. - To potworna, nikomu niepotrzebna zbrodnia
- stwierdziła sędzia Pakulska. Dodała, że sprawcy działali z bezpośrednim
zamiarem pozbawienia życia Sławomira Sz.
Artur S. okazał się, zdaniem sądu, szczególnie niewdzięczny wobec ofiary.
Sławomir Sz. przygarnął go do mieszkania, załatwił mu pracę, a w zamian
za to S. zainteresował się jego konkubiną.
Mimo że sąd znalazł okoliczności łagodzące dla sprawców, to uznał, że
nie stanowią one przeciwwagi dla tego, co zrobili. Zdaniem sądu nie ma
też powodu, aby przychylnym okiem spojrzeć na oskarżoną Katarzynę O. (prokurator
żądał dla niej 15 lat). - Jej stwierdzenie, że spontanicznie przyłączyła
się do zbrodni, jest przerażające - mówił sąd, przypominając, że miała
wówczas 17 lat. - Czy to ma być okolicznością łagodząca? - pytał retorycznie.
Nie znalazł też usprawiedliwienia dla postawy Anety D. Zapewniał, że nie
dał wiary jej spontanicznemu wyjawieniu sprawców zbrodni.
Wyrok nie jest prawomocny.
Agata Łukaszewicz
Na kary 25 lat pozbawienia
wolności skazał sąd okręgowy trzy osoby, które w grudniu 1998 r. udusiły
Sławomira Sz. w jego własnym mieszkaniu na Pradze. Pozostałych dwoje oskarżonych
dostało dwa i trzy lata więzienia.
Najmłodsza z trójki zabójców miała 17 lat, gdy w mieszkaniu na Pradze
pomagała dusić Sławomira Sz. Jeżeli wyrok się uprawomocni, cała trójka
spędzi w więzieniu najbliższe 25 lat.
Miłość, zdrada, alkohol, bestialska przemoc i precyzyjnie zatarte ślady
to tło osądzonej wczoraj zbrodni. O mały włos sprawa nigdy nie trafiłaby
do sądu, a zabójcy Sławomira Sz. pozostaliby bezkarni.
Do mordu doszło w nocy z 4 na 5 grudnia 1998 r. w małym mieszkaniu na
Pradze wynajmowanym przez Anetę D. i jej chłopaka Sławomira Sz. On handlował
zabawkami i odzieżą. Utrzymywał Anetę i ich dziecko. Żyli w umiarkowanym
dostatku i jak mówili ich znajomi mieli ze sobą dobry kontakt. Był
też ten trzeci Artur S. Mimo że był wspólnikiem Sławka i jego dobrym
kolegą, nie przeszkadzało mu to być kochankiem Anety. Dziewczyna już po
śmierci Sławka urodziła mu dziecko.
Po prostu ich
wkurzył
Przez pewien czas
cała trójka mieszkała pod jednym dachem przy Elbląskiej. "Trójkąt" trwał
pół roku i zakończył się zabójstwem.
Pamiętnego grudniowego wieczoru "była nawet sympatyczna atmosfera", jak
później opisali ją oskarżeni. Na stole stała wódka, wokół siedzieli domownicy
i znajomi Tomasz B. (niezbyt rozgarnięty, często korzystał z pomocy
Sławka - pożyczał pieniądze, nocował w jego mieszkaniu) i Katarzyna O.
(nastolatka po przejściach, musiała się usamodzielnić, gdy skończyła 12
lat). Przed północą Aneta D. zabrała dziecko i na chwilę wyszła z mieszkania.
Sławek poszedł spać. Ponoć na imprezie pijany Sławek zalecał się do Katarzyny,
ponoć miał pieniądze, na które połasili się oprawcy. Wersji "ponoć" pojawiło
się w procesie wiele. Faktem jest, że Artur S. i Tomasz B. rzucili się
na śpiącego. Docisnęli do jego twarzy poduszkę. Mężczyzna walczył, kopał,
odpychał oprawców. "Pomogła" Katarzyna O., która usiadła Sławkowi na nogach,
żeby "nie wierzgał". Po 15 minutach walki jego serce przestało bić. Wtedy
do mieszkania weszła Aneta D., która przeczekała zbrodnię na schodach.
Na pytanie "co się stało?" odpowiedziała jej Katarzyna O., kopiąc trupa:
Zabiliśmy go, bo nas wkurzył.
Tapczan, taxi,
studnia
Było mroźno, zabójcy
postanowili ubrać zwłoki i posadzić na ławce w parku, by ludzie pomyśleli,
że zamarzł. Ale już świtało i ktoś mógł ich zauważyć. Zapakowali więc
ciało do tapczanu. Przeleżało w nim pięć dni, nim Łukasz W. kochanek
Katarzyny O. ukrył ciało. Anecie i Arturowi trup w tapczanie nie przeszkadzał,
spali w pokoju tak długo, aż smród nie kazał im usunąć zwłok. Jak oskarżona
była do tego zdolna? pytała sędzia Anna Pakulska-Jabłońska.
Nie spaliśmy na nim, tylko na kołdrze obok odpowiedziała Aneta D.
Łukasz W. zapakował zwłoki w sportową torbę. Później zalał je gaszonym
wapnem i żrącą substancją, i wrzucił do studni przy odludnej ul. Tanecznej.
Zawiózł je tam taksówką. By nie wzbudzić podejrzeń kierowcy, polał jeszcze
ciało perfumami.
W sytuacji bez
wyjścia
Jedenaście miesięcy
później Aneta wraz z Arturem i koleżankami wracali z imprezy. Para kłóciła
się. Tylko zabijać potrafisz! wrzasnęła Aneta do Artura. Sprawa się
wydała i pod naciskiem koleżanek Aneta D. zgłosiła się na policję. Podczas
przesłuchania, jak mówią policjanci, płakała i mówiła, że ma wszystkiego
dosyć.
Piątka uczestników zbrodni została oskarżona. Sąd wymierzył im surowe,
ale sprawiedliwe kary mówiła w uzasadnieniu wyroku sędzia. Tomasz B.,
Artur S. i Katarzyna O. skazani zostali na 25 lat więzienia, będą mieli
prawo starać się o przedterminowe zwolnienie nie wcześniej niż za 20 lat.
Łukasz W. dostał trzy lata, natomiast Aneta D., która jak to określiła
przewodnicząca - "stanęła pod drobnym zarzutem, ale jej osoba ťwisiałaŤ
nad tą sprawą" skazana została na dwa lata więzienia. Wyrok jest nieprawomocny,
a obrońcy zapowiedzieli apelację.
Sebastian Leosz
16-03-2001 23:53
Za dziennikiem "Gazeta
Wyborcza" z dn. 17-18.03.2001 r.