|
Morderstwo Dariusza Chodkowskiego - warszawskiego taksówkarza, dokonane przez Krzysztofa Chechłacza |
||
|
Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza
|
Aktualizacja Dożywocie dla zabójcy taksówkarza Zabił, bo nie miał czym zapłacić za kurs Krzysztofa Chechłacza oskarżono o zabójstwo taksówkarza i usiłowanie zabójstwa żołnierza. Warszawski Sąd Okręgowy uznał w poniedziałek, że jego wina nie budzi żadnych wątpliwości. - W obu wypadkach działał ewidentnie z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia. Społeczeństwo powinno z całą surowością karać takie jednostki - uzasadniała wyrok dożywotniego więzienia sędzia przewodnicząca. Dariusza Chodkowskiego zabito strzałem w głowę 13 lipca 1998 r. Wartownik z pobliskiej jednostki wojskowej widział, jak z samochodu wysiada mężczyzna z torbą i idzie w stronę lotniska. Poinformowana o tym policja rozpoczęła poszukiwania. Już 20 minut po zbrodni zatrzymano podejrzanego. Za paskiem miał pistolet P-83. - Wyciągnął go tak, jakby chciał go użyć - zeznali przed sądem policjanci. Jak dowiodło badanie balistyczne, z tego egzemplarza padł śmiertelny strzał. Na winę mężczyzny wskazywały też znalezione przy nim: telefon komórkowy i banknotówka. Maria Chodkowska rozpoznała je jako należące do męża. W torbie zatrzymanego odkryto też wiele innych przedmiotów mogących budzić podejrzenia. - Czy uczciwy człowiek nosi przy sobie dwie kominiarki, rękawiczki, specjalnie przygotowany szpikulec, metalową procę, samopał własnej konstrukcji, nóż owinięty kablem i kłódkę umocowaną do przewodu elektrycznego? - pytała sędzia Małgorzata Radomińska, przewodnicząca składu orzekającego. Po zbadaniu broni, którą posiadał Krzysztof Chechłacz, zarzucono mu kolejne przestępstwo. Okazało się, że należała do żołnierza Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych, pobitego do nieprzytomności dwa dni wcześniej. Damian J. pełnił wartę przy ambasadzie Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Napastnik sterroryzował go, przykładając jakiś przedmiot do pleców. Sąd przyjął, że był to samopał znaleziony w torbie, którą miał przy sobie oskarżony na Okęciu. Nadwiślańczyka brutalnie pobito. - Uderzając wielokrotnie w głowę specjalnie przygotowanym narzędziem (kłódka przyczepiona do przewodu), oskarżony musiał godzić się z tym, że spowoduje śmierć. Ofiara przeżyła dzięki natychmiastowej pomocy lekarskiej - podkreśliła sędzia Radomińska. Z powodu urazu mózgu Damian J. najprawdopodobniej jednak nigdy nie wróci do normalnego życia. Chechłacz nie przyznał się do winy. W śledztwie nie chciał składać wyjaśnień. Ograniczył się do wypowiedzenia tylko jednego zdania: ta sprawa mnie nie dotyczy. Przed sądem zmienił taktykę i zaczął wyjaśniać. Stwierdził, że torbę z obciążającymi go przedmiotami znalazł, idąc na Okęcie, gdzie był umówiony z Rosjanami, od których miał kupić wiertarkę. Próbował przekonywać, że dowody zostały spreparowane przez "odpowiednie służby". W końcu stwierdził, że mordercą jest jeden ze świadków, którego z Dariuszem Chodkowskim łączyły tajemnicze porachunki. - Sąd nie dał temu wiary. Dowody jednoznacznie wskazują na winę oskarżonego - podsumowała sędzia Radomińska. Przeciw oskarżonemu przemawiały nie tylko przedmioty znalezione przy nim. Świadkowie, choć nie rozpoznali go na 100 proc., mówili, że jest podobny do osoby wysiadającej z taksówki. Żołnierz Damian J. także wskazał na jego zdjęcie. Winę potwierdziła ekspertyza krwi znalezionej na ubraniu Chechłacza. Zebrana ze spodni należała do Damiana J., a ze swetra - do Dariusza Chodkowskiego. W taksówce zabitego nie odkryto natomiast zapachu oskarżonego. Obrona podnosiła to jako podstawowy dowód niewinności. - Biegły stwierdził, że zapach utrzymuje się co najmniej pięć dni. Tymczasem ślady z taksówki zamordowanego zabezpieczono po 12 godzinach - argumentowała mec. Ewa Lewicka, prosząc o uniewinnienie. Nie przekonała sądu. - Ślady zostały zatarte przez deszcz, transport na parking policyjny i czynności śledcze wewnątrz pojazdu - uznała sędzia Radomińska. Nie do końca jasne były motywy czynów. Pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego mówił o chęci kradzieży auta, zaniechanej ze względu na rozbitą szybę. Prokurator także przyjął motyw rabunkowy, wskazując na rzeczy zabrane taksówkarzowi. Sąd przyjął inną wersję. - Zabił, bo nie miał czym zapłacić za kurs. Skład orzekający nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących. - Atakował najwyższe z dóbr człowieka, powodując tragedię nie tylko ofiar, ale i ich rodzin. Pozostawi po sobie ślad na długie lata. Społeczeństwo straciło przez niego dwie wartościowe jednostki - uzasadniała wyrok dożywocia przewodnicząca. Wymierzając karę, sąd wziął pod uwagę wcześniejsze wyroki na Chechłacza. Karano go za pedofilię. Skazany trafi do zakładu, w którym stosuje się specjalistyczne środki karno-wychowawcze. Obrona zapowiedziała apelację. Sławomir Wikariak Za "Rzeczpospolitą" z dn. 11.04.2000 r. Prokurator żąda dożywocia dla oskarżonego o zabójstwo taksówkarza i pobicie żołnierza Kara nie zwróci życia, ale da satysfakcję Zamordowano mi męża i nic mi go nie zwróci, ale mam jeszcze syna. Chciałabym, żeby mógł żyć w spokoju i uczyć się - mówiła w środę przed warszawskim Sądem Okręgowym Maria Chodkowska, wdowa po zabitym taksówkarzu. Dla Krzysztofa Chechłacza, oskarżonego o tę zbrodnię, prokurator zażądał dożywocia. Obrona prosiła o uniewinnienie. Według prokuratury dwa dni przed zabiciem taksówkarza Chechłacz miał ciężko pobić żołnierza Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych, ochraniającego ambasadę Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. - Tylko natychmiastowa pomoc uratowała mu życie - mówił prokurator Tadeusz Miller, uzasadniając zarzut usiłowania zabójstwa. Jego zdaniem motywem była chęć przywłaszczenia broni żołnierza. 13 lipca 1998 r. z tej broni zastrzelono Dariusza Chodkowskiego. - Tego dnia, jak zwykle, czekał na kurs pod hotelem "Marriott". Odjeżdżając z klientem, uśmiechnął się do kolegów, co znaczyło, że dostał dobry kurs. Nie mógł wiedzieć, że jest to ostatni w jego życiu - przemawiał prokurator. Uważa, że to oskarżony wsiadł do taksówki przyszłej ofiary. Koledzy nie widzieli twarzy pasażera, ale opisali go jako osobę o niechlujnym wyglądzie. - Tak właśnie prezentował się Krzysztof Chechłacz w chwili zatrzymania - przekonywał prokurator Miller. Chechłacz miał pojechać taksówką do znajomego w Milanówku. Krzysztof S., syn tego kolegi, zeznał, że widział samochód z oznaczeniami MPT Marriott, korporacji, w której pracował zamordowany. Co było dalej, nie udało się ustalić. Mógłby to wyjaśnić jedynie oskarżony, ten jednak twierdzi, że o niczym nie ma pojęcia. Dariusza Chodkowskiego zamordowano w okolicy Okęcia. Wartownik z pobliskiej jednostki wojskowej widział, jak z samochodu wysiada mężczyzna z torbą i idzie w stronę lotniska. Powiadomiona o zbrodni policja rozpoczęła poszukiwania. Już 20 minut po zdarzeniu zatrzymano podejrzanego. Za paskiem miał pistolet P-83. Badanie balistyczne dowiodło, że to właśnie z tej broni padł śmiertelny strzał. Przy Chechłaczu znaleziono też kajdanki i pas wojskowy nadwiślańczyka oraz telefon komórkowy i banknotówkę taksówkarza. Oskarżony twierdził, że znalazł je idąc na Okęcie, gdzie miał się spotkać z bliżej nie ustalonymi Rosjanami, od których chciał kupić wiertarkę. - W jego mieszkaniu znaleziono magazynek do P-83, a w kieszeni naboje do tej broni - obalał tę wersję prokurator. Przypomniał, że badanie genetyczne DNA wykazało, iż krew ze spodni Chechłacza należała do pobitego żołnierza. - Zginął młody człowiek. Szczęście rodziny zostało rozbite. Życie żołnierza Damiana J. sprowadzono do wegetacji. On nie pamięta nawet, co robił poprzedniego dnia - mówił prokurator Miller, żądając dożywotniego więzienia. - Kara ta nie przywróci życia Dariuszowi Chodkowskiemu i nie uzdrowi Damiana J., ale może da pewną satysfakcję rodzinom pokrzywdzonych - zakończył. - Takie osoby muszą być trwale eliminowane ze społeczeństwa - poparł wniosek prokuratora mec. Jerzy Biejat, pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego. Mec. Ewa Lewicka, obrońca podsądnego, przekonywała, że postępowanie nie wyjaśniło zbyt wielu okoliczności, by można było skazać jej klienta. Przypomniała słowa Chechłacza, twierdzącego, że w czasie pobicia żołnierza był we własnym mieszkaniu. - Opowiedział o imprezie, która odbywała się wówczas w bloku. Skąd miałby o niej wiedzieć, gdyby nie było go na miejscu - przekonywała. Zwróciła uwagę, że w śledztwie pokrzywdzony nie rozpoznał oskarżonego, a i przed sądem nie miał stuprocentowej pewności. O niewinności jej klienta przede wszystkim świadczyć ma negatywna ekspertyza osmologiczna. - Biegły stwierdził, że zapach utrzymuje się co najmniej pięć dni. Tymczasem ślady z taksówki zamordowanego zabezpieczono po dwunastu godzinach i nie stwierdzono wśród nich zapachu Krzysztofa Chechłacza - argumentowała. Jej wątpliwości wzbudziło też miejsce zbrodni. - Przyjmując, że to zrobił, czyż nie miał dużo lepszej okazji, chociażby w drodze do Milanówka? Wyrok zapadnie 10 kwietnia. Sławomir Wikariak Za "Rzeczpospolitą" z dn. 06.04.2000 r. Morderstwo taksówkarza i pobicie żołnierza Świadek nocnych wydarzeń Widziałem samochód wjeżdżający na parking, słyszałem strzał i dźwięk tłuczonego szkła. Chwilę potem z taksówki wysiadł mężczyzna z podróżną torbą i poszedł w stronę lotniska Okęcie - mówił wczoraj przed warszawskim Sądem Okręgowym świadek Bogdan W. Do sądu przyprowadziło go dwóch policjantów, gdyż kilkakrotnie nie stawiał się na wezwanie, a jego zeznania są bardzo ważne. Według aktu oskarżenia Chechłacz napadł w lipcu 1998 r. na żołnierza Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych. Po sterroryzowaniu go samopałem własnej konstrukcji uderzył w głowę. Zabrał mu pistolet z amunicją, pas i kajdanki. Dwa dni później od strzału z broni nadwiślańczyka zginął taksówkarz Dariusz Chodkowski. 20 minut później policjanci zatrzymali na lotnisku Okęcie Krzysztofa Chechłacza. Miał przy sobie pistolet P-83, z którego zabito taksówkarza, kajdanki, pas wojskowy i samopał. Nie przyznał się do winy. W śledztwie odmawiał składania wyjaśnień. 22-letniego Bogdana W. przyprowadziło do sądu dwóch policjantów, gdyż wcześniej kilkakrotnie nie stawiał się na wezwania sądu. Wczoraj już nie pamiętał wielu szczegółów. Potwierdził jednak to, co mówił w śledztwie, a został przesłuchany w dniu zabójstwa taksówkarza. Bogdan W. odbywał wówczas zasadniczą służbę w Warszawie, tragicznej nocy pełnił wartę przy ul. Żwirki i Wigury. Dokładnie widział samochód (biały Peugeot) wjeżdżający na parking. Chwilę później usłyszał strzał i dźwięk tłuczonej szyby. Od tej chwili śledził, co się działo. Zobaczył, jak z tylnego miejsca dla pasażera wysiada mężczyzna (szczupły, o ciemnych włosach) z podróżną torbą w ręce. Zostawił ją pod płotem i wrócił do auta. Chwilę potem pieszo (z torbą w ręce) poszedł w stronę Okęcia. Żołnierz bał się zbliżyć do taksówki, odwagi nie dodali mu także koledzy. Przekonywali, żeby skontaktował się z dowódcą, a z tym wartownik miał trudności. Później na parking przyjechał radiowóz. Podczas dwukrotnych okazań świadek nie rozpoznał pasażera taksówki. Zeznań żołnierza ze spokojem wysłuchał Chechłacz, ale wkrótce spokój go opuścił. Wniósł do sądu dziewięć wniosków dowodowych spisanych na oddzielnych kartkach (trudno było zrozumieć ich sens). Sąd odrzucił je. Wówczas oskarżony zgłosił kolejne dwa, które faktycznie nie były wnioskami, lecz pretensjami wobec tych, którzy postawili go przed sądem. Sąd dołączył je do akt. Broniąca Chechłacza mec. Ewa Lewicka prosiła, aby sąd zechciał jeszcze raz przesłuchać lekarzy, którzy leczyli oskarżonego. Ich zeznania miałyby pomóc w ustaleniu, czy fizyczne możliwości pozwoliłyby mu na dokonanie zabójstwa taksówkarza i usiłowanie zabójstwa żołnierza. Strony wygłoszą mowy końcowe 5 kwietnia. Agata Łukaszewicz Za "Rzeczpospolitą" z dn. 30.03.2000 r. Zabójstwo taksówkarza i pobicie żołnierza Nikt go nie szanował BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI Oskarżony Krzysztof Chechłacz wśród sąsiadów uchodził za samotnika, którego środowisko nie było w stanie zaakceptować Nikt go nie szanował, nie podawał mu ręki, podobno nawet swojego potrafi okraść - tak Krzysztofa Chechłacza oskarżonego o zabójstwo i jego usiłowanie ocenił przed prokuratorem świadek Andrzej B. Wczoraj Sąd Okręgowy w Warszawie odczytał jego zeznania. Według aktu oskarżenia Chechłacz napadł w lipcu 1998 r. na żołnierza Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych. Po sterroryzowaniu go samopałem własnej konstrukcji uderzył go w głowę. Gdy żołnierz stracił przytomność, zabrał mu pistolet z amunicją, pas i kajdanki. Dwa dni później od strzału z broni nadwiślańczyka zginął taksówkarz Dariusz Chodkowski. 20 minut później policjanci zatrzymali Krzysztofa Chechłacza na lotnisku Okęcie. Miał przy sobie pistolet P-83, z którego zabito taksówkarza, kajdanki, pas wojskowy i samopał. Mimo to nie przyznał się do winy. W śledztwie konsekwentnie odmawiał składania wyjaśnień. Wczoraj sąd miał przesłuchać jednego z najważniejszych świadków. Mężczyzna kilkakrotnie nie stawiał się na wezwania. Sąd nakazał więc policji doprowadzenie go na wczorajszą rozprawę. Nie udało się. W tej sytuacji odczytano zeznania kilku świadków z postępowaniu przygotowawczego (prokurator zrezygnował z wzywania ich). Andrzej B. to sąsiad Chechłacza. Był świadkiem przeszukiwania przez policjantów mieszkania oskarżonego. Andrzej B. nie przepadał za Chechłaczem, nie utrzymywał z nim bliższych kontaktów. - Nikt go nie szanował, nie podawał mu ręki - twierdził. Wspominał także, że panowała o nim opinia, iż jest w stanie okraść nawet swojego. Inni świadkowie - żołnierze i koledzy pobitego nadwiślańczyka - opowiadali, jak wszczęto jego poszukiwania, w jakim stanie go znaleziono. Dalszy ciąg procesu 29 marca. A.ł. Za "Rzeczpospolitą" z dn. 17.03.2000 r. Zabójstwo taksówkarza i pobicie żołnierza Samotnik za zamkniętymi drzwiami Był samotnikiem, często zamykał się w domu i nikogo tam nie wpuszczał - taką opinię na temat Krzysztofa Chechłacza, oskarżonego o zabójstwo i jego usiłowanie, udało się policjantowi uzyskać od sąsiadów. Wczoraj były dzielnicowy z Grodziska Mazowieckiego stawił się jako świadek przed warszawskim Sądem Okręgowym. Prokurator zarzuca Chechłaczowi napad na żołnierza Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych. W lipcu 1998 r. uderzył go w głowę samopałem własnej konstrukcji. Gdy żołnierz stracił przytomność, zabrał mu pistolet służbowy z amunicją, pas i kajdanki. Dwa dni później od strzału z pistoletu nadwiślańczyka zginął taksówkarz Dariusz Chodkowski. Kilkanaście minut później policjanci zatrzymali Krzysztofa Chechłacza na lotnisku Okęcie. Miał przy sobie pistolet P-83, z którego zabito taksówkarza, kajdanki, pas wojskowy i samopał. Mimo to nie przyznał się do winy. Przez całe śledztwo konsekwentnie odmawiał składania wyjaśnień. Wczoraj w sądzie pojawiło się dwóch z wezwanych pięciu świadków. Jadwigę G., sąsiadkę Chechłacza z Grodziska Mazowieckiego, przyprowadził do sądu policjant. Taką decyzję kilka tygodni temu podjął sąd, gdy dotarło do niego, że kobieta uchyla się od stawiennictwa. Jadwiga G. zaczęła niepewnie: - Nie wiem, po co mnie wezwano. Chwilę potem przekrzykiwała sąd i adwokata oskarżonego. Mec. Ewa Lewicka pytała, co świadek może powiedzieć o Chechłaczu. - Nie interesował mnie i nie przeszkadzał - twierdziła kobieta. Kiedy oskarżony pytał o zakrapianą alkoholem imprezę odbywającą się u niej w domu, Jadwiga G. odpowiedziała: - Wolnoć Tomku w swoim domku. Chwilę potem zapewniała, że jej obecność jest w sądzie niepotrzebna. Nie pomogły argumenty przewodniczącej, że to sąd decyduje o tym, kto ma się stawić przed jego obliczem. Piotr M. jest policjantem. Dwa lata temu był dzielnicowym w rejonie, w którym mieszkał Chechłacz. Spotkał się z nim dwukrotnie: raz przy okazji wywiadu środowiskowego, drugi, gdy Chechłacz zgłosił się na policję, aby poinformować, że znalazł pracę. Sąd pytał o policyjne interwencje w pijalni piwa, w której bywał Chechłacz. Przypomnijmy, że obsługa baru twierdzi, że było tam spokojnie, a Chechłacz jest innego zdania. Piotr M. nie potrafił sobie przypomnieć szczegółów (od dwóch lat nie jest już dzielnicowym), ale twierdził, że interwencje były sporadyczne. Z wywiadu pamięta tylko tyle, że kiedy zjawił się u Chechłacza, ten nie wpuścił go do domu. Policjant rozpytywał więc o niego sąsiadów. Ci mówili, że często zamyka się w domu i nikogo tam nie wpuszcza (nawet rodziców). Agata Łukaszewicz Za "Rzeczpospolitą" z dn. 24.02.2000 r. Zabił taksówkarza, pobił żołnierza Samotny, spokojny i grzeczny Samotny, bardzo spokojny, grzeczny, ale ze złą opinią - tak zachowanie Krzysztofa Chechłacza oskarżonego o zabójstwo i jego usiłowanie ocenili wczoraj świadkowie - kobiety, które znały go z widzenia. Chwilę później Sąd Okręgowy w Warszawie został zasypany kilkunastoma wnioskami oskarżonego. Według aktu oskarżenia Chechłacz napadł w lipcu 1998 r. na żołnierza Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych. Po sterroryzowaniu go samopałem własnej konstrukcji uderzył w głowę. Gdy żołnierz stracił przytomność, zabrał mu pistolet służbowy z amunicją, pas i kajdanki. Dwa dni później od strzału z pistoletu nadwiślańczyka zginął taksówkarz Dariusz Chodkowski. 20 minut później policjanci zatrzymali Krzysztofa Chechłacza na lotnisku Okęcie. Miał przy sobie pistolet P-83, z którego zabito taksówkarza, kajdanki, pas wojskowy i samopał. Mimo to nie przyznał się do winy. Przez całe śledztwo konsekwentnie odmawiał składania wyjaśnień. Wczoraj w sądzie pojawiło się dwóch z wezwanych siedmiu świadków. Iwona W. i Halina W. znają Chechłacza tylko z widzenia. Pierwsza mieszkała z nim w jednym bloku. Kiedy sąd poprosił ją o ocenę zachowania oskarżonego, powiedziała: samotny, bardzo spokojny i grzeczny. Przed prokuratorem wspominała, iż cieszył się złą opinią. - Tak mówili ludzie - zapewniała wczoraj sąd. Nigdy nie utrzymywała z nim żadnych kontaktów. Wspominała tylko, że brat powiedział jej, że 13 lipca 1998 r. (po zdarzeniach) widział Chechłacza na klatce schodowej z walizką w ręce. Podobnego, dobrego zdania, o Chechłaczu była druga z kobiet - Halina W. Pracowała w pijalni piwa, którą on odwiedzał. - Zawsze kulturalny, wypił, postał chwilę i wychodził - oto jej ocena. Przekonywała sąd, że nigdy u żadnego z bywalców nie widziała broni, nie było także większych rozrób i bijatyk. Chwilę potem oskarżony zasypał sąd wnioskami dowodowymi. Miało być ich 12, a skończyło się na 18. Chechłacz wnosił o przesłuchanie kilku świadków, którzy mieliby ujawnić, że w pijalni piwa w Grodzisku Mazowieckim nie było wcale tak bezpiecznie i spokojnie, jak zapewniają pracownice. Poprosił też sąd o wezwanie anonimowego pracownika elektrowni, który miałby mu dać alibi na czas jednego ze zdarzeń. Chechłacz wystąpił też o poddanie go badaniu wariograficznemu. Jako powód podał chęć uwiarygodnienia swojej prawdomówności. Oskarżony chce być na bieżąco z materiałem dowodowym. Zwrócił się do sądu o skserowanie akt sprawy i przesłanie mu ich do aresztu. Dalszy ciąg procesu 23 lutego. Agata Łukaszewicz Za "Rzeczpospolitą" z dn. 22.02.2000 r. Zabójstwo taksówkarza i pobicie żołnierza Rana była śmiertelna Przyczyną śmierci taksówkarza Dariusza Chodkowskiego była rana głowy. Nawet natychmiastowa pomoc lekarska nie mogłaby uratować mu życia - mówiła wczoraj przed warszawskim Sądem Okręgowym biegła z medycyny sądowej Według aktu oskarżenia latem ubiegłego roku Krzysztof Chechłacz napadł na ochraniającego ambasadę Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej żołnierza Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych. Zaszedł go od tyłu, sterroryzował, po czym uderzył w głowę metalową kłódką. Nieprzytomnego znaleziono w krzakach w okolicy ambasady. Dwa dni później ze zrabowanej broni zastrzelono taksówkarza Dariusza Chodkowskiego. Oskarżony Chechłacz złożył wczoraj kilka wniosków o: odroczenie rozprawy z powodu choroby gardła (lekarz nie widział przeciwwskazań); wezwania kilku bliżej nie określonych świadków; zmianę składu sędziowskiego, gdyż ten jest nieobiektywny. Ostatniego wniosku sąd nie uwzględnił. Teresa Radecka, biegła z medycyny sądowej, potwierdziła wczoraj, iż rana głowy taksówkarza była obrażeniem śmiertelnym, które nie dawało mu żadnej szansy na przeżycie. Odpowiadając na pytanie sądu stwierdziła, że nawet natychmiastowa pomoc lekarska nie mogłaby uratować mu życia. Drugi z biegłych (z daktyloskopii) podkreślał, że z piętnastu przedstawionych do badań porównawczych śladów linii papilarnych w samochodzie udało się zidentyfikować tylko trzy. Żaden z nich nie należy do Chechłacza. Dalszy ciąg procesu 7 stycznia. A.Ł. Za "Rzeczpospolitą" z dn. 22.12.1999 r. Zabójstwo taksówkarza i pobicie żołnierza Wyjął broń, bo chciał jej użyć Jednym z dowodów potwierdzających winę Krzysztofa Chechłacza jest broń, jaką znaleziono przy nim w czasie zatrzymania. Mężczyzna oskarżony o zabójstwo i usiłowanie zabójstwa twierdzi, że wyciągnął ją w stronę policjantów, by im ją oddać. - Wyglądało tak, jakby chciał jej użyć - zeznali w środę przed warszawskim Sądem Okręgowym funkcjonariusze. Według aktu oskarżenia w nocy z 11 na 12 lipca 1998 r. Chechłacz napadł na ochraniającego ambasadę Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej żołnierza Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych. Zaszedł go od tyłu i sterroryzował, przykładając do pleców samopał własnej konstrukcji, po czym uderzył w głowę kłódką przyczepioną do przewodu elektrycznego. Gdy nadwiślańczyk nie zgłosił się przez radio, wysłano grupę interwencyjną na poszukiwania. Nieprzytomnego żołnierza znaleziono w krzakach nieopodal ambasady. - Ręce i nogi miał związane przewodem elektrycznym. Rana na jego głowie była tak głęboka, że widać było przez nią czaszkę. W dłoniach trzymał opatrunek osobisty; wyglądało tak, jakby próbował go sobie założyć - zeznał Andrzej K., żołnierz, który odnalazł pobitego. Zapytany o sprzęt, jakiego brakowało w wyposażeniu nadwiślańczyka, wymienił pistolet P-83, radiotelefon, pas, kajdanki i beret. Dwa dni później ze zrabowanej broni zastrzelono taksówkarza Dariusza Chodkowskiego. Żołnierz pełniący wartę nieopodal miejsca zbrodni widział mężczyznę wysiadającego z taksówki i kierującego się w stronę lotniska Okęcie. Zawiadomieni policjanci już kilkadziesiąt minut po morderstwie schwytali podejrzanego. - Naszą uwagę zwrócił jego wygląd. Po prostu nie pasował do lotniska - zeznawali przed sądem funkcjonariusze. Chcąc zrewidować Chechłacza, kazali mu oprzeć ręce o ścianę. Nie podporządkował się, zamiast tego wyciągnął broń. - Po obezwładnieniu tłumaczył, że znalazł ją chwilę wcześniej i chciał nam oddać - relacjonowali policjanci. Oskarżony dopytywał się, czy sposób, w jaki wyciągnął pistolet, wskazywał na chęć jego użycia. - Tak to odebraliśmy. Moim zdaniem jeśli ktoś chce oddać broń, uprzedza o tym. On wyjął ją bez słowa - stwierdził policjant Jarosław M. Zatrzymany miał pod swetrem pas wojskowy nadwiślańczyka i telefon komórkowy taksówkarza. W walizce ukrywał przewód, do którego przyczepiona była kłódka i samopał własnej konstrukcji. Biegły z dziedziny balistyki orzekł, że strzelano z niego ok. dwóch miesięcy wcześniej, później pozbawiono iglicy. - Czy w takim razie można ją uznać za broń? - dopytywał się obrońca oskarżonego. - Tak. Ustawa nie mówi nic o sprawności broni. Dariusz Chodkowski pozostawił 13-letniego syna i żonę. Poproszona o przybliżenie sylwetki zastrzelonego, nie potrafiła powstrzymać łez. - Był czuły, opiekuńczy, spokojny. Dużo czasu poświęcał rodzinie. Jego śmierć zniszczyła mi życie - mówiła, łkając. - Po stracie ojca syn zamknął się w sobie. Dopiero dziś jest w stanie rozmawiać o tym, co się stało. Po zabójstwie pytał tylko: co ja teraz zrobię? Sławomir Wikariak Za "Rzeczpospolitą" z dn. 12.11.1999 r. Zabójstwo taksówkarza i pobicie nadwiślańczyka Oskarżony milczy, dowody mówią Krzysztofa Ch. zatrzymano już 20 minut po zabójstwie taksówkarza. Choć miał przy sobie broń, z której zginęła ofiara, a na ubraniu jej krew, nie przyznał się do niczego i odmówił składania wyjaśnień. - Nie interesuje mnie ta sprawa, bo mnie nie dotyczy - to jedyne zdanie wypowiedziane przez niego w śledztwie. Dziś przed warszawskim Sądem Okręgowym zaczyna się jego proces. Dariusz Chodkowski zginął 13 lipca 1998 r. Zaparkowaną w okolicy lotniska Okęcie taksówkę z wybitą szybą zauważyli dwaj przechodnie. Zawiadomili policję i pogotowie. Lekarz, który przyjechał na miejsce, próbował jeszcze reanimować postrzelonego w głowę mężczyznę. Po 20 minutach stwierdził zgon. W tym czasie policjanci prowadzili poszukiwania mordercy. Wartownik pobliskiej jednostki wojskowej skierował ich w stronę lotniska międzynarodowego. Dzięki jego opisowi funkcjonariusze nie mieli problemów ze zidentyfikowaniem poszukiwanego. Wiedząc, że jest uzbrojony, udali rutynową kontrolę. Coś jednak musiało wzbudzić podejrzenia mężczyzny, bo sięgnął po broń. Policjanci byli szybsi. U obezwładnionego gazem znaleziono pistolet P-83, kajdanki, pas wojskowy oraz samopał własnej produkcji. Jak ustalono w śledztwie, sprawca wsiadł do taksówki pod hotelem Marriott. Zarejestrowały to hotelowe kamery. Wiadomo, że zamówił kurs do Milanówka, gdzie mieszkał jego kolega. Co było dalej, nie udało się ustalić. Mógłby to wyjaśnić jedynie oskarżony, ten jednak milczy. Z tego samego powodu nie do końca jasny jest motyw zabójstwa. Prokuratura uznała, że miało tło rabunkowe - z taksówki zniknęła bliżej nie określona suma pieniędzy i telefon komórkowy. Po zbadaniu broni Krzysztofowi Ch. zarzucono kolejne przestępstwo. Okazało się bowiem, że należała ona do żołnierza Nadwiślańskich Jednostostek Wojskowych pobitego do nieprzytomności dwa dni wcześniej. Daniel J. pełnił służbę wartowniczą przy ambasadzie Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Napastnik zaszedł go od tyłu i sterroryzował, przykładając jakiś przedmiot do pleców. Zdaniem prokuratury był to samopał znaleziony w walizce, jaką miał przy sobie oskarżony na Okęciu. Nadwiślańczyka uderzono w głowę (najprawdopodobniej kłódką przyczepioną do przewodu elektrycznego). Nieprzytomnego znaleziono w krzakach przy ambasadzie. Przez wiele dni przebywał w stanie śpiączki. Przeżył dzięki natychmiastowej pomocy lekarskiej. Prokuratura zarzuciła oskarżonemu usiłowanie zabójstwa. "Musiał przewidywać i godzić się ze śmiercią" - uzasadniono w akcie oskarżenia. Krzysztof Ch. nie przyznał się do żadnego z zarzuconych mu czynów i przez całe śledztwo konsekwentnie odmawiał złożenia wyjaśnień. Zgromadzone dowody jednoznacznie wskazują jednak na jego winę. Badanie balistyczne dowiodło, że śmiertelny strzał padł z pistoletu znalezionego przy oskarżonym. Pewne jest też, że była to broń służbowa nadwiślańczyka. Ekspertyza krwi zabezpieczonej na telefonie i ubraniu wykazała zgodność z krwią taksówkarza. Przeciw oskarżonemu przemawiają też kajdanki, pas wojskowy i przewód z kłódką, na którym odkryto krew poszkodowanego żołnierza. Biegli psychiatrzy i psycholodzy stwierdzili u podsądnego osobowość dyssocjalną, czyli nieprzystosowanie do wymogów i obowiązków społecznych. Zastrzegli jednak, że nie ogranicza ona zdolności do rozumienia znaczenia swych czynów. Dariusz Chodkowski zostawił żonę i nastoletniego syna. Żegnał go ryk klaksonów dwu tysięcy samochodów, które 21 lipca 1998 r. przejechały w proteście przez centrum miasta. MPT Marriott, korporację, w której pracował, uznawano za najbardziej ekskluzywną i bezpieczną w stolicy. - Naszymi klientami są biznesmeni i zagraniczni turyści. Myśleliśmy, że komu jak komu, ale nam nic nie grozi. Okazało się, że żaden taksówkarz nie może czuć się bezpiecznie - mówili po tragedii koledzy zamordowanego. Sławomir Wikariak |
|
|
Proszę
wybrać przejście:
strona utworzona 04.04.2001 r. |
||