Morderstwo taksówkarza Andrzeja K. na warszawskiej Białołęce - marzec 2003

Antysocjalistyczne Mazowsze

Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza

 

Aktualizacja 26.03.2003

Taksówkarz brutalnie zabity w Białołęce

Za sto złotych

W biały dzień na bocznej uliczce osiedla domków jednorodzinnych w Białołęce zginął taksówkarz Andrzej K. Został zasztyletowany. Żaden z okolicznych mieszkańców niczego nie zauważył.

Nie brał ryzykownych kursów. Nie jeździł nawet z Ormianami, którzy często proszą o podwiezienie "na kreskę". Nie miał żadnych wrogów - mówi o zabitym Andrzeju K. jeden z jego kolegów z postoju koło Stadionu Dziesięciolecia. Tam najczęściej pracował 49-letni kierowca. Był wolnym strzelcem - nie zrzeszonym w korporacji. Prawdopodobnie sprzed stadionu ktoś zamówił kurs, jak się potem okazało, ostatni dla Andrzeja K.

W sobotę ok. godz. 16 jedna z mieszkanek ul. Zbyszka z Bogdańca w Białołęce próbowała wjechać na swoją posesję. Drogę zagradzał jej jednak srebrny mercedes, taksówka. Kierowca siedział w aucie. Zdawał się nie zauważać drugiego samochodu. - Wysiadła i podeszła do mercedesa. Gdy otworzyła drzwi, taksówkarz wypadł z samochodu. Miał ponoć poderżnięte gardło - opowiada 40-letni mężczyzna z sąsiedniej posesji.

Andrzej K. został prawdopodobnie zaskoczony przez pasażera. W samochodzie nie było bowiem śladów walki. Mężczyznę ugodzono nożem około 10 razy. - Taksówkarz wykrwawił się - tłumaczy jeden z policjantów. - Zginęła tylko podręczna kasa, służąca do wydawania reszty. Było tam najwyżej 100 zł - dodaje. Nie wiadomo dlaczego bandyta nie zdążył przeszukać ofiary. Andrzej K. miał zaś w portfelu sporą sumę pieniędzy. 49-letni taksówkarz nie był związany z żadną grupą przestępczą, nigdy nie miał problemów z prawem, nie był notowany, nawet znany policji. Stróże prawa wykluczają więc wątek porachunkowy. - Wszystko wskazuje na to, że był to zwykły, choć bardzo tragiczny, napad rabunkowy - mówi jeden z poszukujących zabójcy policjantów. - Spenetrowaliśmy cały okoliczny teren. W akcji udział brał policyjny śmigłowiec. Policjanci z wydziału zabójstw pracowali przez całą noc - tłumaczy Krzysztof Hajdas, zastępca rzecznika prasowego komendanta stołecznego policji.

PIOTR SIEŃKO, RAFAŁ PASZTELAŃSKI,GRZEGORZ MATUSZEWSKI

Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 24.03.2003 r.


Znowu zginął taksówkarz

Andrzej K. dostał kilka ciosów nożem. Na razie nieznane są motywy.

W sobotę po południu na willowym osiedlu w Białołęce przypadkowa kobieta znalazła zwłoki 49-letniego Andrzeja K.

Do brutalnej zbrodni doszło przy ul. Zbyszka z Bogdańca. - Pierwsze zgłoszenie przyjęliśmy o godz. 16 - precyzuje komisarz Krzysztof Hajdas z zespołu prasowego stołecznej policji.

Szukanie bez skutku

Funkcjonariuszy zaalarmowała przypadkowa kobieta. Próbowała przejechać wąską uliczką, drogę tarasował jej Mercedes. Gdy dokonała makabrycznego odkrycia, natychmiast zadzwoniła po policję.

Po kilku minutach na oddalonym od głównych dróg osiedlu zaroiło się od mundurowych. Przyjechała też karetka. Jednak lekarze nie mogli już pomóc 49-letniemu Andrzejowi K.

- Przeszukaliśmy całą okolicę. Sprowadziliśmy psy tropiące. Uruchomiliśmy nawet śmigłowiec. Niestety, bez żadnego efektu - przyznaje Krzysztof Hajdas.

W tej sprawie policja, jak sama przyznaje, ma na razie więcej znaków zapytania niż odpowiedzi.

- Dziwna sprawa. Naprawdę niewiele tu trzyma się kupy - dziwią się funkcjonariusze.

Andrzej K. nie jeździł w żadnej z warszawskich korporacji taksówkowych. Pracował na własny rachunek.

Jak wynika z ustaleń policji, najczęściej zabierał klientów ze Stadionu Dziesięciolecia.

- Normalny człowiek, normalna rodzina: żona, dziecko - mówią policjanci. - Żadnych przekrętów. Właściwie czysta kartoteka. Nic nie wskazuje na to, żeby ktoś miał do niego osobistą urazę.

Dlatego badający sprawę policjanci podejrzewają motyw rabunkowy. Ale i tu są znaki zapytania. Zginęła najprawdopodobniej saszetka, ale w aucie zostały portfel i telefon komórkowy.

Młody, był sam

Zabójca zadał taksówkarzowi kilka ciosów nożem w udo, klatkę piersiową i szyję.

- Wygląda na to, że uderzenia padły z zaskoczenia - przyznają policjanci. - Możliwe, że sprawca wpadł w panikę i przestał kontrolować to, co robił.

Na razie niewiele o nim wiadomo. Z zeznań świadków wynika, że to młody mężczyzna i że był sam. Z miejsca zbrodni miał uciec na piechotę.

Szukają go policjanci z wydziału zabójstw stołecznej komendy.

Podejrzany przyznał się, ale zwłok nie odnaleziono

Policjanci z wydziału zabójstw wciąż zajmują się inną zbrodnią: zabójstwem warszawskiego taksówkarza Kazimierza Koseckiego. Kierowca z korporacji Top-Taxi zaginął 18 października ub.r. Policji udało się odnaleźć jego samochód, były w nim ślady krwi. Szokująca jest osoba podejrzanego. To były stołeczny policjant: 26-letni Zbigniew B., niegdyś dzielnicowy w mokotowskim komisariacie. Do aresztu trafił także jego brat, postawiono mu zarzut współudziału w zbrodni. Największy problem, jaki stoi przed śledczymi, to brak ciała. Zwłok taksówkarza do dziś nie udało się odnaleźć. - Podejrzany chyba bawi się z nami - mówią policjanci. - Pokazuje miejsca, w których był, my je przeszukujemy, ale ciała nie ma.

Zbigniew B. na początku kręcił, potem przyznał się, ale tylko do uprowadzenia taksówkarza.

- Przyznał się, bo nie miał wyjścia. Dowody jednoznacznie wskazywały, że to on był ostatnim pasażerem przed zaginięciem taksówkarza - mówią policjanci. Jednak B. cały czas stanowczo zaprzecza, że zabił Kazimierza Koseckiego. Sprawa jest więc ciągle otwarta.

DOŻYWOCIA DLA MORDERCÓW TAKSÓWKARZY:

Szymon Zalewski

On i jego wspólnicy zabili taksówkarkę z Nowego Dworu Mazowieckiego. 2 stycznia 1997 roku spotkali się w hotelu w Modlinie. Tam zaplanowali zbrodnię. Na ofiarę wybrali 44-letnią Elżbietę K., jedyną taksówkarkę w Nowym Dworze. Szymon Zalewski znał ją od lat - jego ojciec, przyrodni brat i wujek też byli taksówkarzami. Gdy zatrzymali się w bezludnej okolicy, zadał jej 48 ciosów nożem. Każdy był śmiertelny. Sędzia powiedział później, że ofiara umierała 48 razy. Zalewski został skazany na dożywocie.

Krzysztof Chechłacz

W nocy z 11 na 12 lipca 1998 roku napadł na żołnierza pilnującego ambasady koreańskiej. Pobił go ciężką kłódką. 24-letni dziś mężczyzna jest kaleką. Chechłacz zabrał żołnierzowi broń. Dwa dni później zamówił kurs do Milanówka. Kierowca taksówki nie dojechał do celu. Policja znalazła auto w al. Żwirki i Wigury, niedaleko lotniska. Za kierownicą leżały zwłoki taksówkarza. Niedługo potem Krzysztof Chechłacz został zatrzymany w porcie na Okęciu. Sąd nie miał wątpliwości. Wyrok brzmiał: dożywocie.

Piotr Domański

Te zbrodnie nikomu nie mieściły się w głowie, głównie dlatego, że dokonał ich 22-letni student Politechniki Łódzkiej, wiodący dotąd zupełnie normalne życie. 7 października 1998 r. łódzki taksówkarz Wojciech Krasoń zabrał Domańskiego jako pasażera. Gdy wyjechali poza centrum, Domański zastrzelił taksówkarza, a ciało ukrył w bagażniku. Następnego dnia zastrzelił emeryta dorabiającego pilnowaniem parkingu. A jeszcze później kolejnego taksówkarza. Nie pomogła ani apelacja, ani kasacja w Sądzie Najwyższym. Domański dostał dożywocie.

Piotr Machajski

Za wydaniem papierowym dziennika "Super Express" z dn. 24.03.2003


Brutalne morderstwo na Białołęce

Zabójstwo taksówkarza na Białołęce. Mimo wielogodzinnej obławy policji nie udało się złapać morderców

Białołęcka ulica Zbyszka z Bogdańca tak naprawdę jest wąską, pełną dziur polną drogą. W ostatnich latach między zaniedbanymi polami i starymi szklarniami wybudowano kilka luksusowych willi. - Rzadko pojawiają się tutaj obce samochody - mówi jeden z mieszkańców. - Każdy więc zwraca na nie uwagę.

Jasnobrązowy mercedes z napisem "Taxi" na dachu zatrzymał się tam w sobotę po południu. Pół godziny stał w miejscu z włączonym silnikiem. Makabrycznego odkrycia dokonała mieszkająca w pobliżu kobieta. Siedzący za kierownicą mercedesa taksówkarz, 49-letni Andrzej K., był martwy.

Na ciasnej uliczce zaroiło się od policjantów. Wezwano karetkę, jednak na pomoc lekarzy było za późno - rany kłute w ciele taksówkarza były śmiertelne. - Prawdopodobnie zabójca lub zabójcy zaatakowali go nożem z tylnego siedzenia samochodu - mówi jeden z funkcjonariuszy.

Na kilka godzin policjanci zablokowali drogi w całej Białołęce i okolicach. Na miejsce zbrodni ściągnięto psy tropiące. Nad dzielnicą do zmierzchu krążył policyjny helikopter. Bez skutku - mordercy zniknęli bez śladu.

Zabity taksówkarz nie był zrzeszony w żadnej korporacji. - Z klientami mógł się umówić wcześniej przez telefon albo wziąć ich prosto z ulicy - zastanawia się policjant z wydziału zabójstw, który prowadzi śledztwo.

Na razie nie są znane motywy morderstwa. - Przy zabitym znaleziono portfel, telefon i inne rzeczy osobiste - zdradzają funkcjonariusze. - Być może jednak sprawca lub sprawcy zabrali pieniądze schowane gdzieś indziej w samochodzie. Albo ktoś ich wypłoszył.

Za dziennikiem "Gazeta Wyborcza" z dn. 24.03.2003 r.


Proszę wybrać przejście:

strona utworzona 26.03.2003 r.