|
Morderstwo Miłosza Z. "za mieszkanie" - 12.2002 r. |
|
|
Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza |
Aktualizacja 20.03.2005 r. Posiedzi trzynaście lat za zgładzenie zięcia Teściowa nie działała z premedytacją - uzasadniał wyrok sąd Za zamordowanie zięcia i poćwiartowanie jego zwłok sąd wymierzył wczoraj Barbarze G. najniższą możliwą karę za zabójstwo - 13 lat pozbawienia wolności. Oskarżona o zbrodnię ma dziś 64 lata. W grudniu 2002 r. w swoim mieszkaniu na Mokotowie oddała dwa strzały do zięcia Miłosza. Poszło o mieszkanie, z którego po śmierci córki kobieta chciała wyeksmitować zięcia. Mężczyzna, postrzelony w głowę, zmarł. Teściowa pokroiła zwłoki nożem na kawałki, zawinęła je w folię i zapakowała w bazarowe torby. Głowę, korpus, ręce i nogi odnajdywali później przypadkowi warszawiacy w różnych częściach miasta: w śmietniku, w Wiśle pod mostem Poniatowskiego, przy spalarni śmieci na Targówku. Syn pomógł zabójczyni Barbara G. nie działała sama. Pomagał jej syn, 43-letni Mariusz. To on wyniósł z mieszkania na Mokotowie korpus szwagra, kiedy matka, osoba drobnej budowy, nie była w stanie sama sobie z tym poradzić. Mariusz pomógł jej też zmyć z podłogi ślady krwi. Rozmontował broń i wyrzucił ją do Wisły. Przywłaszczył też karty płatnicze szwagra i wypłacił z jego rachunku 3 tys. 300 zł. Wczoraj sąd skazał Barbarę G. na 13 lat więzienia za zabójstwo i nielegalne posiadanie broni. Jej syn, za pomoc w zacieraniu śladów i kradzież pieniędzy z konta szwagra, posiedzi za kratkami 3,5 roku. Ani matka, ani syn nie wyrazili skruchy ani żalu. Barbara G. siedziała spokojnie w ławie dla oskarżonych i obojętnie rozglądała się po sali. Mariusz G. zasłaniał twarz przed obiektywami fotoreporterów. Żadne z nich nie przyznało się do zbrodni. Nad wyrokiem sędziowie zastanawiali się prawie tydzień. Sprawa była trudna, bo nie udało się znaleźć dowodów, które jednoznacznie wskazywałyby, kto strzelał do Miłosza. Sędziowie sięgnęli więc do zeznań Mariusza G., który podczas pierwszego przesłuchania wyznał szczegóły zbrodni (później odwołał zeznania). Czwartego grudnia 2002 r. obudziły go odgłosy awantury. Matka kłóciła się z zięciem. Jak określił Mariusz, była w szale. Wybiegła z pokoju, w którym trzymała broń, i strzeliła dwa razy do Miłosza. Szukała killera na zięcia - Między oskarżoną a pokrzywdzonym od lat trwał konflikt - wyjaśniała okoliczności sprawy w sądzie sędzia Ewa Grochowska-Szmitkowska. - Ciągnął się od 1997 r., gdy zmarła żona Miłosza. Barbara G. chciała usunąć owdowiałego zięcia z mieszkania. Barbara G. zabiegała w sądzie o eksmisję, próbowała nawet - nieskutecznie - zlecić zabójstwo mężczyzny. Morderstwo na Mokotowie nie było jednak zaplanowane. Bardzo litościwy sąd - Postępowanie oskarżonej, która pragnęła śmierci pokrzywdzonego, nie było działaniem z premedytacją - uzasadniała wyrok sędzia Grochowska-Szmitkowska. Dlaczego sędziowie za tak makabryczną zbrodnię wymierzyli oskarżonej najniższą karę, jaka grozi za zabójstwo człowieka? Oskarżona nie była karana, jest osobą wiekową i schorowaną. Choć biegli nie stwierdzili u niej niepoczytalności, to jednak, zdaniem sądu, już na długo przed dokonaniem mordu znajdowała się w stałym napięciu psychicznym. Teściowa skazana na 13 lat za zabójstwo zięcia We wtorek sąd okręgowy skazał na 13 lat więzienia 65-letnią Barbarę G. za zamordowanie byłego zięcia. Syn kobiety dostał 3,5 roku za pomoc w zacieraniu śladów zbrodni i za wypłacenie 3,3 tys. zł z konta ofiary. To jedna z najohydniejszych w ostatnich latach zbrodni w stolicy. Kary są zaś o połowę niższe, niż chciał prokurator i niezrozumiałe dla oskarżycielki posiłkowej, matki 43-letniego Miłosza Z. Zginął zamordowany dwoma strzałami w głowę. Oskarżeni - matka z synem - następnie rozkawałkowali ciało. Członki denata zawinięte w folię i wsadzone do bazarowych toreb (osobno głowa, korpus, kończyny) roznieśli po mieście. W grudniu 2002 r. znajdowały je przypadkowe osoby: w Wiśle, pod mostem Poniatowskiego, w spalarni śmieci na Targówku. Przewodnicząca rozprawie sędzia Ewa Grochowska-Szmitkowska nie zgodziła się z karą dla zabójczyni. Napisze do uzasadnienia wyroku zdanie odrębne. Sporu między pięciorgiem sędziów nie było natomiast co do winy. Najważniejsze okazały się pierwsze wyjaśnienia Mariusza G., który po zatrzymaniu powiedział, że to jego matka "w ataku szału" 4 grudnia 2002 r. zastrzeliła byłego zięcia. Opisał, jak wspólnie zdecydowali o poćwiartowaniu zwłok, i jak się ich pozbyli. Przed sądem się z tego wycofał. Barbara G. do zabójstwa się nie przyznała. Przyczyną zbrodni - wynika to z relacji innych członków rodziny - był trwający wiele lat konflikt o pokój w mieszkaniu przy Konstancińskiej. Miłosz Z. mieszkał w nim latami po śmierci żony, córki oskarżonej Barbary G. - Motyw zabójstwa to żywiołowa chęć pozbycia się Miłosza Z. z domu i z życia. Barbara G. już wcześniej proponowała pieniądze za jego zabójstwo - relacjonowała sędzia. - Chciała jego śmierci i chętnie by tę śmierć przywitała, a jednak trudno uznać, by była to zbrodnia z premedytacją. Decyzję oskarżona podjęła nagle, po długim okresie napięcia nerwowego - to argumenty sądu za najniższą z możliwych kar za zabójstwo z bronią w ręku. Za złagodzeniem wyroku przemawiał też wiek oskarżonej, stan zdrowia i wcześniejsza niekaralność. Matka Miłosza Z. nie kryła rozczarowania wyrokiem. Sąd nie przyznał jej renty i zadośćuczynienia - o co wnosiła - bo nie mógł w tym procesie. Kobieta od początku uważała, że teściowa i szwagier jej syna razem powinni odpowiadać za zabójstwo. Tak się nie stało, a kary były niskie. - Taki wyrok za tak haniebne morderstwo? Nie potrafię tego zrozumieć, oczywiście będę się odwoływać - powiedziała "Gazecie". Teściowa winna zabójstwa Przed sądem okręgowym zakończył się we wtorek proces o makabryczne morderstwo: teściowa odpowiada za zabójstwo zięcia, szwagier za poćwiartowanie zwłok. Prokurator żąda 25 lat więzienia, pełnomocnik matki ofiary - dożywocia. Ciało 43-letniego Wiktora P. przypadkowi warszawiacy znajdowali po kawałku. Zawinięte w folię i wsadzone do bazarowych toreb, osobno głowa, korpus, kończyny odnajdowane były w grudniu 2002 r. w Wiśle pod mostem Poniatowskiego, w spalarni śmieci na Targówku. Po publikacji zdjęć w mediach rodzina zidentyfikowała ofiarę. Wiktor P. zginął zastrzelony. W mieszkaniu policja znalazła ślady krwi na podłodze, a także na koszuli jego teściowej. Tłem mordu miał być spór o pokój zajmowany przez Wiktora P. po śmierci jego żony. Teściowa chciała się pozbyć lokatora. Wczoraj zakończył się proces oskarżonych. Za zabójstwo odpowiada 65-letnia teściowa Wiktora P. Jej syn tylko za zacieranie śladów zbrodni i zbezczeszczenie zwłok. To on miał roznieść po Warszawie szczątki, wyrzucić pistolet do Wisły, pobrać 3300 zł z konta ofiary. Winę za zbrodnię zwalił na matkę. 13-letnia wnuczka oskarżonej, a pasierbica zamordowanego, zapamiętała z kolei, że w dniu zabójstwa - 4 grudnia 2002 r. - po powrocie ze szkoły babcia i wujek "zachowywali się dziwnie". Widziała plamy krwi i wujka w łazience z zakrwawioną szczoteczką w ręku. "Sprzątnęli Wiktora" - powiedziała koleżance. Prokurator dla teściowej zażądał wczoraj kary 25 lat więzienia. Dla jej syna - 10 lat. Z takiego obrotu sprawy nie jest zadowolona matka Wiktora P. Uważa, że teściowa i szwagier powinni solidarnie odpowiadać za zabójstwo, ma podejrzenia (nieudowodnione), że jeszcze ktoś im pomógł. Jej pełnomocnik dla oskarżonej zażądał wczoraj dożywotniego więzienia. 65-letnia schorowana kobieta protestowała: - To dla mnie nonsens jest całkowity, jestem absolutnie niewinna. Sąd ze względu na zawiłość sprawy tydzień będzie się naradzał nad wyrokiem. Dla dobra dzieci inicjały ofiary zostały zmienione. Za dziennikiem "GW" z dn. 12.01.2005 r. Pokroili go za mieszkanie Miłosz przeszkadzał teściowej i szwagrowi w przejęciu majątku Najpierw Miłosza Z. (44 l.) zastrzelili, potem poćwiartowali. Głowę i ręce wrzucili do Wisły, tułów do śmietnika. Rok po morderstwie sprawa trafiła do sądu. Teściowa i szwagier ofiary zasiądą na ławie oskarżonych. Gdy policja znalazła w Wiśle odciętą głowę, przypuszczała, że to ofiara gangsterskich porachunków. Ale śledczy odkryli, że sprawa jest bardziej prozaiczna, choć nie mniej wstrząsająca. Torba w Wiśle 6 grudnia 2002 r. idący wzdłuż nabrzeża mężczyzna zauważył pływającą w wodzie pod mostem Poniatowskiego torbę. W środku były głowa mężczyzny i odcięte u barków ręce. Cztery dni później w spalarni śmieci pracownik znalazł w stosie śmieci ludzki tułów. Badania genetyczne potwierdziły, że głowa i korpus to części tego samego ciała. Policja nie wiedziała, kim jest zabity. Jego twarz pokazywały gazety i telewizje. 11 dni później do komisariatu policji na Mokotowie zadzwoniła kobieta, mówiąc, że rozpoznała kolegę - Miłosza Z. Pasierbica Miłosza Adrianna J. (21 l.) opowiedziała policji, że ojczym kłócił się z pozostałymi domownikami - teściową Barbarą G. (64 l.) i szwagrem Mariuszem G. (45 l.). Mieszkał z nimi przy ul. Konstancińskiej. - Po śmierci mamy nabrał prawa własności do mieszkania. Słyszałam od domowników, że zabicie Miłosza rozwiązałoby sprawę. 4 grudnia zobaczyłam ślady krwi. Krew na ścianie Policja zatrzymała Mariusza i Barbarę G. - szwagra i teściową ofiary. W ich mieszkaniu znaleziono kawałki skóry Miłosza, plamy jego krwi na ścianach i podłodze. Kobieta nie przyznała się do zabójstwa. Szwagier Miłosza przyznał, że zabiła matka. - 4 grudnia wróciłem pijany, położyłem się spać. Zobaczyłem matkę z pistoletem. Mówiła: "zabiłam sk..., zabiłam" - wyjaśniał Mariusz G. - Zauważyłem ciało Miłosza w korytarzu. Matka powiedziała, że trzeba go pokawałkować, bo go nie wyniesiemy. Wzięła nóż i poćwiartowała zwłoki. Pozbyłem się pistoletu, a ona ciała. Do sądu trafił akt oskarżenia przeciw Barbarze i Mariuszowi G. Grozi im dożywocie. Dawid Sawicki Za dziennikiem "Super Express" 15.12.2003 |
|
Proszę
wybrać przejście:
strona utworzona 04.03.2004 r. |
|