Morderca ośmiu starszych kobiet w Warszawie w okresie 12.1998 - 02.1999 r.

Antysocjalistyczne Mazowsze

Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza

Aktualizacja 15.06.2002 r.

Zabójca ośmiu staruszek prawomocnie skazany na dożywocie

Wyrok zadowolił wszystkich

Sąd Apelacyjny w Warszawie nie uwzględnił apelacji obrońcy Wiesława Wiszniewskiego, skazanego na dożywocie za zabicie ośmiu starszych kobiet. O utrzymanie orzeczenia prosił w liście do sądu sam oskarżony, przekonując, że nie ma sensu zmieniać wyroku, który "zadowolił wszystkich".

Czteroosobowa banda w ciągu dwóch miesięcy na przełomie 1998 i 1999 r. napadła na 12 starszych osób. Spotkanie z nimi przeżyły tylko cztery ofiary. Na pomysł "chodzenia na babcie" (tak nazywali to oskarżeni) wpadła Grażyna Łakatosz i jej znajomy taksówkarz Jarosław Byszewski. Potrzebowali kogoś do brudnej roboty. Bezrobotny alkoholik Wiesław Wiszniewski był idealny do tej roli. Jego dziewczyna Ewa Jarzynka zgodziła się pomagać przy plądrowaniu mieszkań.

Grupa jeździła po Warszawie i wypatrywała osób w podeszłym wieku, bo one nie stawiają oporu. Po wdarciu się do mieszkania kobiety zajmowały się wyszukiwaniem łupów, a Wiszniewski bił, krępował ofiary. Za każdym razem przyczyną śmierci było odcięcie dopływu powietrza przez knebel.

Za zabójstwa skazano jedynie Wiszniewskiego - pozostałym nie udowodniono, by planowali coś więcej niż rozboje. Dostał dożywocie z zastrzeżeniem, że o warunkowe zwolnienie będzie się mógł starać nie wcześniej niż po 30 latach. W czwartek jego adwokat wnioskował, by sprawa ponownie trafiła do pierwszej instancji. Przekonywał, że jego klient powinien odpowiadać za nieumyślne spowodowanie śmierci, gdyż nie chciał zabijać, a śmierć następowała wskutek nieudolnego kneblowania. Obrońca działał niejako wbrew samemu oskarżonemu, który pogodził się z wyrokiem. "Zadowolił on chyba wszystkich. Więcej nie mogłem dostać" - napisał w liście. Sąd podzielił jego zdanie i utrzymał wyrok. Uchylił jedynie (tak samo jak innym skazanym) karę pozbawienia praw publicznych, uznając, że niewystarczająco ją umotywowano w uzasadnieniu.

Utrzymał też orzeczenia wobec Łakatosz (15 lat więzienia z prawem do warunkowego zwolnienia po 10 latach) oraz Byszewskiego (14 lat). Nadzwyczajnie złagodził natomiast karę Jarzynce. Sąd pierwszej instancji, mimo wniosku prokuratorskiego, uznał, że kobieta, choć powiedziała w śledztwie dużo, to jednak nie wszystko, co wiedziała. SA przyjął natomiast, że mogła nie znać niektórych faktów, i złagodził wysokość kary z 8 do 6 lat więzienia.

Sławomir Wikariak

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 14.06.2002 r.


Chce dożywocia

Skazany napisał pismo, w którym nie zgadza się na apelację wyroku

- Wyrok dostałem jaki dostałem i nie zamierzam się od niego odwoływać. Dla mnie osobiście nie ma żadnej różnicy, jaki otrzymałem wyrok i jest mi wszystko jedno. Nie zgadzam się z wniesieniem apelacji - to fragment pisma, jakie Wiesław Wiszniewski, skazany na dożywocie za zabójstwo ośmiu staruszek, wysłał do sądu. Tymczasem jest już wyznaczony termin rozprawy.

To dziwna sprawa. Wręcz niespotykana. Żeby oskarżony godził się na dożywocie? Pismo Wiszniewskiego jest szokujące dla wszystkich, którzy śledzili proces gangu napadającego na starsze panie. Było zaskoczeniem nawet dla samego obrońcy oskarżonego.

Winny zbrodni

31-letni mężczyzna, niepozorny, z zawodu stolarz, zapytany przez sąd na zakończenie procesu, czy ma jakieś żądania odnośnie kary, powiedział krótko: "nie". Kilka dni później, gdy sąd skazał go na dożywocie z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 30 latach, nawet nie drgnął. Jeszcze w czasie trwania procesu powiedział swojemu kumplowi z celi: - Ofiary? Może było ich pięć, może sześć. Więcej niż jednej mi nie udowodnią.

Stało się inaczej. Sąd uznał, że oskarżony winny jest śmierci ośmiu kobiet. Bo to on kneblował, wpychał do ust protezy dentystyczne, wiązał ręce, owijał głowy taśmą. Pozostali oskarżeni w tym procesie zostali skazani tylko za rozbój.

Słuszne dożywocie

Po wyroku, który zapadł pod koniec listopada 2001 roku, obrońca Wiszniewskiego złożył apelację. Domagał się w niej uchylenia wyroku. Termin rozprawy został wyznaczony na początek czerwca. I wtedy wybuchła sensacja. Skazany Wiszniewski rozmyślił się. Powiedział, że nie chce skarżyć wyroku. Pisze, że mu wszystko jedno. Że nigdy nie zamierzał się odwoływać, i że to obrońca złożył apelację wbrew jego woli.

- W żadnym wypadku nie zgadzam się z apelacją i nie zamierzam brać udziału w tym widowisku - pisze oskarżony. - Dlatego już teraz zapowiadam, że jeżeli zostanę wezwany na sprawę rewizyjną, to będziecie mieli przedstawienie - straszy. Swoją decyzję argumentuje dwojako.

- Przypomnę, że proces trwał rok i kosztowało to wiele czasu, zbędnych problemów i kosztów - pisze najpierw, a kilka zdań dalej dodaje: - Wyrok, jaki otrzymałem, chyba ucieszył i zadowolił wszystkich.

Sąd zdecyduje

Co teraz? Obrońca skazanego Wiszniewskiego nie zamierza się wycofać. - Nie zrezygnuję z tej sprawy. Mam obowiązek bronić go do końca - mówi.

Pozostaje poczekać na to, co zrobi sąd apelacyjny. Może przychylić się do wniosku Wiszniewskiego i nie rozpoznać apelacji.

- Zaskarżenie jest wolą strony. Możliwe, że obrońca złożył apelację, a jego klient potem się rozmyślił. I ma do tego prawo. Sąd apelacyjny może ograniczyć się do zbadania, czy nie ma bezwzględnych przesłanek do uchylenia wyroku. To znaczy, czy oskarżony miał obrońcę, czy sąd był należycie obsadzony - mówi Rajmund Chajneta, przewodniczący VIII Wydziału Karnego Sądu Okręgowego w Warszawie.

Chce uniknąć stresu

Teresa Gens, psycholog: - Najwidoczniej skazany wie, że za czyny, których się dopuścił, powinien dostać dożywocie. Jest świadom tego, co zrobił. Nie chce rozgrzebywania wszystkiego od początku. Przyjął wyrok, pogodził się z nim i jest to sytuacja przez niego zaakceptowana. A przecież każda apelacja czy kasacja jest kolejnym stresem, kolejną nadzieją. Wiszniewski najwidoczniej ma świadomość, że sąd nie zmniejszy mu kary i chce uniknąć stresu.

W ciągu roku zabili osiem kobiet

Grupa, w której skład wchodził Wiszniewski, napadała na starsze kobiety przez trzy miesiące na przełomie 1998 i 1999 roku. Ofiary w wieku 70-80 lat umierały na skutek uduszenia kneblem lub własną protezą. Zginęło osiem kobiet, napad przeżyły cztery.

Anna Białkiewicz

Za wydaniem papierowym dziennika "Super Express" z dn. 18-19.05.2002 r.


Dożywocie dla ośmiokrotnego zabójcy

Ofiary umierały na jego rękach

Na dożywocie skazał warszawski Sąd Okręgowy Wiesława Wiszniewskiego, który w ciągu dwóch miesięcy zamordował osiem starszych kobiet. Trójce pozostałych oskarżonych nie udowodniono udziału w morderstwach. Dostali od 8 do 15 lat więzienia za rozboje.

Na pomysł "chodzenia na babcie" (sformułowanie oskarżonych) wpadła cyganka Grażyna Łakatosz i jej znajomy taksówkarz Jarosław Byszewski. Potrzebowali kogoś do brudnej roboty. Bezrobotny alkoholik Wiesław Wiszniewski był idealny do tej roli. Jego dziewczyna - Ewa Jarzynka - zgodziła się pomagać przy plądrowaniu mieszkań. - Dobrali się jak w korcu maku. Choć każdy z nich wcześniej robił coś innego, połączyła ich chęć zysku za każdą cenę - oceniła ich wczoraj sędzia Małgorzata Mojkowska, przewodnicząca składu.
Tak skompletowana grupa 16 grudnia 1998 r. ruszyła na poszukiwanie pierwszej ofiary. Kryteria ustaliła Łakatosz. Musiała to być osoba starsza, niewysoka, niedołężna i... źle ubrana. To ostatnie wzięło się z przekonania Cyganki, że osoby gorzej się ubierające nie wydają pieniędzy na rzeczy, tylko chomikują je w domu.

Jeżdżąc taksówką Byszewskiego po Warszawie, zauważyli niosącą bukłak z wodą 69-letnią Michalinę D. Kobiety z Wiszniewskim pobiegły za nią do klatki, Byszewski został w samochodzie. Sprawcy zobaczyli, do którego mieszkania weszła staruszka, odczekali chwilę, po czym zapukali do drzwi. Łakatosz poprosiła o kartkę, mówiąc, że chce zostawić wiadomość dla sąsiadów. Gdy kobieta wróciła z papierem, napastnicy wdarli się do środka. 

Wiszniewski przytrzymywał ofiarę, a jego wspólniczki plądrowały mieszkanie w poszukiwaniu łupu. Kobieta wyrywała się, dlatego najpierw ją związał, a potem zakneblował usta, wpychając w nie ręcznik. To zdaniem biegłych było przyczyną zgonu. Knebel przesunął w głąb gardła Michaliny D. protezę, odcinając dopływ powietrza. Kolejne napady miały prawie identyczny przebieg. Wiszniewski udoskonalił jedynie metodę krępowania napadniętych, wożąc ze sobą taśmę samoprzylepną.

Do 19 lutego 1999 r. Wiszniewski zamordował osiem kobiet. Według biegłych zgon następował w ciągu kilku minut. - Ofiary praktycznie umierały na rękach oskarżonego - mówiła sędzia Mojkowska. Przeżyły jedynie cztery osoby. Nie było to jednak zasługą oskarżonego. Życie zawdzięczają sąsiadom, którzy uwolnili je z więzów.

Sąd pokusił się o uśrednienie wieku i cech pokrzywdzonych. Średnia wieku przekraczała 80 lat, waga wynosiła ok. 40 kg, a wzrost 145 cm. - Czy oskarżony, który mierzy sobie ponad 180 cm i ważył 90 kg, mógł traktować te kobiety jako przeciwniczki? One nie miały żadnej szansy obrony, były całkowicie zdane na niego - powiedziała przewodnicząca.

Tylko Wiszniewskiego sąd skazał za zabójstwo. Wymierzając mu dożywocie, zastrzegł, że będzie mógł się ubiegać o warunkowe zwolnienie nie wcześniej niż po 30 latach odsiadki. Pozostałym nie udało się udowodnić, by obejmowali swym zamiarem mordowanie. Łakatosz kazała Wiszniewskiemu uważać, by kneblując ofiary, pozostawiał odsłonięty nos. - Moralnie jednak cała czwórka odpowiada za wszystkie zbrodnie - zaznaczyła sędzia Mojkowska.

Grażynie Łakatosz sąd wymierzy 15 lat więzienia z zastrzeżeniem, że będzie mogła skorzystać ze zwolnienia warunkowego nie wcześniej niż po 10 latach. Jarosław Byszewski dostał 14 lat więzienia. Ewę Jarzynkę, która wzięła udział w trzech napadach, skazano na 8 lat. Ta ostatnia, według prokuratora, zasłużyła na nadzwyczajne złagodzenie kary za współpracę z organami ścigania. Sąd nie podzielił jednak tego zdania. - Powiedziała dużo o zdarzeniach, ale przekonywała, że nie wiedziała, z jaką brutalnością Wiszniewski traktował ofiary. Nie mogła tego nie wiedzieć. Przecież Łakatosz wysyłała ją, by sprawdziła, czy nie trzeba pomóc Wiszniewskiemu - uzasadniła sędzia.

- Kary są surowe, ale mają uchronić nas przed takimi ludźmi. Dobrze się stało, że przynajmniej na jakiś czas mogliśmy wyeliminować te osoby - zakończyła przewodnicząca.

Sławomir Wikariak

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 23.11.2001 r.


Napady na staruszki

Wiesław W. nie zamierzał zabić

Podsądny Wiesław W. stoi pod zarzutem dokonania ośmiu zabójstw. Jego mecenas dowodził wczoraj przed warszawskim Sądem Okręgowym, że powinien odpowiadać za nieumyślne spowodowanie śmierci.

Trzy lata temu w ciągu dwóch miesięcy czteroosobowa grupa miała dokonać dwanaście rozbojów na starszych osobach. Tylko cztery z ofiar przeżyły. Dokonanie ośmiu zabójstw zarzuca się Wiesławowi W., Grażynie Ł., domniemanej inicjatorce napadów, jej pomocnicy Ewie J. i taksówkarzowi Jarosławowi B. - rozboje.

Dla Wiesława W. prokurator żąda dożywocia z zastrzeżeniem, że nie wyjdzie na wolność wcześniej niż po odbyciu 30 lat kary.

Dariusz Mikołajewski, jego obrońca, przyznał, że w sprawie tej nie ma wielu wątpliwości: są dowody, oskarżony składał wyjaśnienia i przyznaje, że spowodował śmierć ośmiu osób. Mecenas charakteryzował schemat zależności i podział ról w grupie - Grażyna Ł. odgrywała rolę kierowniczą; Ewa J. pomagała w plądrowaniu mieszkań, a Wiesław W. obezwładniał ofiary. Owo obezwładnianie miało uniemożliwić poruszanie się ofiar. Tym samym dowodził, że nie ich śmierć była celem działania Wiesława W., lecz rozbój. Chodziło o zdobycie łupu i kradzież - argumentował mecenas. Twierdził też, że jego klient jest "prymitywnym osobnikiem" i nie był w stanie przewidzieć, że kneblowanie ust spowoduje śmierć. Prosił o zmianę kwalifikacji zarzucanego W. czynu z zabójstwa na nieumyślne spowodowanie śmierci i wymierzenie stosownej kary.

Ewa J., która wzięła udział w trzech rozbojach, opowiedziała o nich szczegółowo. Opisała także role, jakie odgrywali podczas napadów jej kompanii, i za to liczy na nadzwyczajne złagodzenie kary. Jej obrońca zwracał wczoraj uwagę na skruchę i żal jego klientki.

Mec. Jan Woźniak, obrońca Jarosława B., twierdził, że jego klient nie wiedział o przestępczej działalności kompanów. Fakt, że jeździł z oskarżonymi, tłumaczył zajęciem typowym dla taksówkarza. Dopiero pod koniec mógł zacząć się domyślać, że coś jest nie tak. Dlatego też powinien odpowiadać najwyżej za udział w zorganizowanej grupie przestępczej, twierdził adwokat.

A.ł.

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 16.11.2001 r.


Osiem zabójstw w dwa miesiące

Przesympatyczna blondynka

Ewa J., choć przyznaje się do trzech przestępstw, zaprzecza, że wzięła udział w napadzie na Stefanię W. Tymczasem, według ofiary, wśród napastników była "przesympatyczna z wyglądu blondynka". Spośród oskarżonych tylko Ewa J. pasuje do tego opisu.

Z czwórki odpowiadającej przed warszawskim Sądem Okręgowym Ewa J. jako jedyna zdecydowała się złożyć wyjaśnienia obciążające ją i kompanów. Na ich podstawie m.in. prokuratura oskarżyła Wiesława W. o osiem zabójstw, a Grażynę Ł. i Jarosława W. o rozboje. Skruszonej postawiła zarzuty uczestnictwa w trzech z nich - tych, do których sama się przyznała.

W akcie oskarżenia przyjęto, że na 77-letnią Stefanię W. napadła dwójka podsądnych. Tymczasem ofiara mówiła o trzech sprawcach, w tym dwóch kobietach. Najbardziej utkwiła jej w pamięci blondynka o miłej twarzy. Pokrzywdzona zauważyła ją już w drodze do domu. Blondynka weszła na to samo piętro i stanęła pod drzwiami sąsiadki. Stefania W. postanowiła poczekać, aż nieznajoma odejdzie. Ta udała, że schodzi na dół, ale gdy tylko staruszka otworzyła mieszkanie, wbiegła z powrotem i zablokował nogą drzwi.

Tak jak w jedenastu pozostałych zdarzeniach ofiarą zajął się Wiesław W. Rzucił ją na ziemię i wciągnął do łazienki. Tam bił i kopał, nie oszczędzając twarzy. W końcu związał taśmą klejącą, a do ust wepchnął zrolowany pasek od szlafroka. Stefania W. była jedną z nielicznych osób, które przeżyły spotkanie z oskarżonym. Nigdy jednak nie doszła już do siebie i po miesiącu zmarła. Biegłym nie udało się stwierdzić, czy doznane obrażenia były przyczyną zgonu.

W czwartek synowa i syn ofiary potwierdzili, iż mówiła im o blondynce. - Czy chce się pani ustosunkować do tych zeznań? - spytał oskarżoną sąd. - Nie, bo mnie tam nie było - usłyszał w odpowiedzi. Od tego, czy sąd uwierzy Ewie J., zależy ewentualne nadzwyczajne złagodzenia kary. Jeśli uzna, że nie ukryła żadnych znanych jej okoliczności, będzie do tego zobligowany.

WIK

Za papierowym wydaniem dziennika "Rzeczpospolita" z dn. 22.06.2001 r.

Proszę wybrać przejście:

strona utworzona 04.12.2001 r.