Morderstwo maturzysty Tomka Jaworskiego w Warszawie - maj 1997

Strona główna

Geografia morderstw

Mazowsze

Antysocjalistyczne Mazowsze

Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza

Aktualizacja 19.07.2011 r.

"Wyrwaliśmy chwasta"

21 cze, 12:19 Joanna Zajączkowska / Onet.pl

19-letni Tomek otrzymał cztery śmiertelne ciosy nożem. Jego ciało oblano benzyną i podpalono, zwłoki zasypano ziemią. - Wyrwaliśmy chwasta - stwierdził po "akcji" jeden z oprawców. Po powrocie do mieszkania mordercy kontynuowali libację.

Ta makabryczna zbrodnia wstrząsnęła całą Polską. W nocy z 13 na 14 czerwca 1997 r. na grupę młodych ludzi świętujących przy ognisku zdanie matury napadła banda uzbrojona w kije baseballowe. Przypadkową ofiarą bandy, której przewodziła 24-letnia Monika, był 19-letni Tomek. Zanim go zabito, przez kilkanaście godzin był przetrzymywany i torturowany.

Miał tyle planów, tyle marzeń przed sobą...

Tomasz wkraczał w dorosłość z wielkimi planami na przyszłość. Chciał projektować drapacze chmur. W tragiczny piątek zdawał pierwszy egzamin na wymarzoną architekturę na Politechnice Warszawskiej. Poszło mu bardzo dobrze. Absolwent klasy informatyczno-matematycznej w jednym z LO w Warszawie zdał wcześniej wzorowo maturę z matematyki. Zawsze konsekwentny i pracowity, zawsze pogodny i uśmiechnięty. Wyniósł z domu bardzo dobre wychowanie, które sprawiało, że wszyscy go lubili - zarówno koledzy, jak i nauczyciele.

Wieczorem 13 czerwca Tomek świętował z klasą przy ognisku zdanie egzaminu dojrzałości. Przed północą impreza wieńcząca licealny etap życia młodych została brutalnie przerwana przez pijaną grupę dresiarzy.

"Dajmy im nauczkę"

Polana w warszawskim Parku Młocińskim. Tutaj 13 czerwca 1997 r. klasa Tomka zorganizowała ognisko. Tomek jak zwykle poinformował wcześniej rodziców, gdzie będzie i o której godzinie wróci ze spotkania. Impreza rozpoczęła się o ósmej wieczorem. Bawiło się na niej ok. 30 osób. Piekli kiełbaski, śpiewali, rozmawiali o planach na przyszłość, studiach. Około godz. 23 miłą atmosferę spotkania klasowego zaburzyło pojawienie się bandy pijanych, młodych ludzi z Łomianek. Żel we włosach, ubrani w dresy i adidasy. Chcieli dołączyć się do ogniska. Któryś z maturzystów nieopatrznie kazał im dorzucić drzewa do ognia. Ta uwaga stała się przyczyną dalszej, tragicznej sekwencji wydarzeń. Dresiarze poczuli się urażeni, ale nie byli razem wystarczający "silni", aby odegrać się za ''zniewagę''. Planując zemstę, udali się do pobliskiego baru. Tam spotkali Monikę Sz. i jej trzech kolegów. Uzgodnili, że wspólnymi siłami dadzą nauczkę młodzieży z ogniska.

Tymczasem spotkanie maturzystów dobiegało końca. O północy na polanie pozostało już tylko około ośmiu osób, które zamierzały wracać nocnym autobusem jadącym w kierunku placu Wilsona. Reszta porozjeżdżała się samochodami. Nagle na polanę zajechały dwa samochody: polonez (w nim banda z Łomianek) i fiat 125 p (z grupą Moniki) - około dziesięciu osób wyskoczyło z aut. W rękach trzymali kije baseballowe.

Bili kogo popadnie

Maturzyści widząc zmierzającą w ich kierunku grupę dresiarzy jednoznacznie odebrali to jako napad. Natychmiast rozbiegli się po lesie. Kto mógł, chował się w kępach drzew. Bandyci szybko ich dogonili. Bili i kopali - po głowie, nogach i plecach. Używali kijów baseballowych i drągów znalezionych przy ognisku. Agresja napastników z każdą minutą narastała coraz bardziej. Pierwszą ofiarą był Konrad M. - został brutalnie pobity. Potem Jarosław K., przyjaciel Tomka, dostał kijem i butelką w głowę, napastnicy, zanim go okradli, kazali mu szczekać.

W pewnym momencie jeden z napastników rzucił hasło, aby rozbić zaparkowany nieopodal samochód, w którym znajdował się wówczas Marek G. z dziewczyną. Para nie należała do klasy Tomka. Chuligani zaczęli okładać samochód kijami baseballowymi, gaśnicą, deskami, wszystkim, co mieli pod ręką. Marek G., odjeżdżając w popłochu, uszkodził samochód jednego z napastników, to ich rozwścieczyło. Bandyci wpadli na pomysł, żeby złapać jednego z maturzystów, który wskaże im właściciela forda. Chcieli wiedzieć, kto uszkodził im samochód i kto zapłaci za odszkodowanie. Napastnicy wrócili na polanę, tam gdzie ukryła się reszta maturzystów. Wrzeszcząc, przeklinając, grożąc użyciem broni (później okazało się, że jej nie posiadali) chcieli zmusić ukrywających się maturzystów, by wyszli z kryjówki. Wtedy z przyczyn zupełnie niezrozumiałych z kępy drzew wyszedł Tomek...

Ktoś musi zapłacić okup

Po krótkiej gonitwie Tomek został szybko złapany i powalony na ziemię. Najpierw kijem baseballowym bił go Tomasz K., potem do katowania Tomka dołączyło się jeszcze dwóch innych napastników. Świadkowie słyszeli, jak Tomek krzyczał: "Przestańcie! Nie bijcie, nic wam nie zrobiłem! Oddam wam wszystko!".

Bandyci wcale nie zamierzali go wypuścić - sądzili, że Tomek zna właściciela forda. Chcieli za jego pośrednictwem lub wprost od niego wyegzekwować odszkodowanie. Zapadła decyzja o jego uprowadzeniu. Krwawiącego i pobitego Tomka bandyci wrzucili do bagażnika fiata, uderzając go przy tym klapą w głowę.

Kiedy maturzyści zorientowali się, że napastnicy odjechali, wyszli z kryjówek. Wszyscy byli w szoku, błądząc po lesie, szukali bezpiecznej drogi do domu. Zaczęli się rozpraszać. Początkowo nikt nie zauważył zniknięcia Tomka. W tym samym czasie Marek G.- właściciel forda - zawiadomił policję o brutalnym napadzie na polanie w Lasku Młocińskim.

Seks, picie i katowanie ofiary

Oprawcy przewieźli swoją ofiarę do mieszkania Moniki na warszawskim Bródnie. Tutaj kontynuowali libację, jedli, oglądali telewizję, uprawiali seks. W trakcie imprezy bandyci zabawiali się torturowaniem Tomka, robili to w sposób, jaki podpatrzyli na filmach. Bili Tomka kijem baseballowym, obcinali mu włosy, grozili tasakiem, przywiązywano chłopaka do kaloryfera. Około wpół do czwartej Tomkowi udało się dodzwonić do przyjaciela, Jarosława K., który kilka godzin wcześniej został brutalnie pobity na polanie. Tomek zapytał kolegę, czy z nim wszystko w porządku. Sam zdążył tylko powiedzieć, że kiepsko się czuje i nie może rozmawiać. Potem połączenie zostało przerwane...

Przez cały dzień, 14 czerwca, Tomek cierpiał niewyobrażalne męczarnie, bandyci nie przestawali go torturować i poniżać. Dla jego oprawców ważne było tylko odzyskanie pieniędzy. Kiedy katowany przez nich Tomek nie mógł powiedzieć, kto jest właścicielem forda, bo go nie znał, zażądano od niego telefonów i adresów do innych uczestników ogniska. Później wyszło na jaw, że w sąsiednim bloku mieszka rodzina Tomka. W obawie przed rozpoznaniem Monika podjęła błyskawiczną decyzję, co dalej zrobią z ofiarą. Chłopak jest dla nich niebezpieczny, bo może wskazać miejsce przetrzymywania. Bandyci przystąpili do makabrycznego finału zbrodni.

Plan Moniki

Mord na maturzyście został dokładnie zaplanowany. Tomasz K. dostarczył nóż i łopatę. Napełnili kanister benzyną. Monika Sz. kazała kupić sznurek. To ona będzie mózgiem tej zbrodniczej akcji, kierując nią do końca.

Ok. godz. 22 cała trójka - Monika Sz., Tomasz K. i Marek Sz. - wyprowadzili Tomka do samochodu, bosego i w koszuli swojej oprawczyni. Pojechali w znane sobie miejsce, samochód prowadziła Monika, która była najbardziej trzeźwa. Dziewczyna przez cały czas kontrolowała przebieg zbrodniczej akcji. Oprawcy zatrzymali się nad Kanałem Żerańskim w Białołęce. Kiedy mężczyźni kopali dół, Monika zagadywała Tomka w samochodzie. Potem to ona wskazała egzekutora: zabić ma Tomasz K. Mężczyźni wyprowadzili ofiarę do wykopanego dołu. Udręczony Tomek nie prosił o litość. "Dobij mnie" - to były ostatnie słowa wypowiedziane do kata. Tomasz K, zadał mu cztery śmiertelne ciosy w okolice serca. Monika sprawdziła, czy Tomek nie żyje, przydepnęła go butem, później odebrała nóż od Tomasza K. - 19-latka, który był pod jej wpływem i który opiekował się jej dziećmi.

"Wyrwaliśmy chwasta"

Ciało Tomka oblano benzyną i podpalono. Niedopalone zwłoki zasypano ziemią. Po powrocie do mieszkania libacja trwała nadal. Słabszy psychicznie Marek Sz. przyznał się koledze, który uczestniczył w maltretowaniu Tomka - Robertowi W.- co zrobili maturzyście. "Wyrwaliśmy chwasta" - powiedział. Potem cała trójka ukryła samochód, pozbyła się rzeczy Tomka, sprzątnęła mieszkanie. Na sam koniec pojechali na wycieczkę do Ciechanowa, rodzinnego miasta Moniki, gdzie wychowywały się jej dzieci.

Stracone godziny

W sobotę nad ranem rodzice Tomka złożyli zawiadomienie o zaginięciu syna. Ich niepokój wzmógł dziwny telefon około czwartej nad ranem. Rozmówczyni mówiła o uszkodzonym fordzie i dopytywała się, jakim samochodem chłopak przyjechał na ognisko, potem się rozłączyła. Rodzice Tomka natychmiast udali się na policję. - Pewnie upił się i śpi gdzieś z dziewczyną - usłyszeli od funkcjonariusza. Zdaniem pani Jadwigi, matki chłopaka, gdyby ich zgłoszenie potraktowano poważnie, chłopak mógłby żyć. Od momentu zgłoszenia do morderstwa upłynęło około 20 godzin. Na komendzie rodzice maturzysty spotkali kolegę syna, który powiedział im o napadzie na polanie. Pani Jadwiga zaczęła przeczuwać, że coś złego mogło spotkać jej syna.

Akcja pościgowa warszawskiej policji rozpoczęła się w sobotę wieczorem. Na ocalenie Tomka było już za późno, jego los dopełnił się w lasku nad Kanałem Żerańskim.

Przełom w dochodzeniu nastąpił w poniedziałek, 16 czerwca. Wtedy policja aresztowała Roberta W. - właściciela fiata 125 p. To on później przyznał się do pobicia i porwania Tomka oraz wskazał sprawców morderstwa. Wieczorem tego samego dnia aresztowano kolejne trzy osoby, w tym Monikę Sz. W środę, 18 czerwca, w lasku nad Kanałem Żerańskim odnaleziono zwłoki chłopaka, zakopane kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią. Policjanci, którzy uczestniczyli w odkopaniu zmasakrowanego ciała, powiedzieli później, że w czasie swojej wieloletniej służby nie widzieli jeszcze takiego okrucieństwa, jakie zostało zadane ofierze.

Monika - królowa zbrodni

Bestialskie zabójstwo Tomka wzburzyło opinię publiczną. Mordercami byli młodzi ludzie, dotychczas niekarani (19-letni Tomasz K., 34-letni Marek Sz.) Całą akcją kierowała 24-letnia Monika - matka trójki dzieci, którą media okrzyknęły później ''królową zbrodni''.

Sposób popełnienia morderstwa, okrutne tortury, jakie zadano ofierze, unaoczniły potworną demoralizację i psychopatię sprawców. Z kolei przywódcza rola Moniki w tej makabrycznej zbrodni przez kolejne lata będzie analizowana jako jeden z najbardziej szokujących przykładów rosnącej agresji wśród młodych kobiet. Morderstwo Tomasza wpisuje się w czarną serię zbrodni popełnianych przez gangi młodych ludzi. Parę miesięcy wcześniej całą Polską wstrząsnęło morderstwo Michała Ł. w Krakowie. Wybitnie uzdolniony student matematyki Uniwersytetu Jagiellońskiego został zatłuczony kijem baseballowym na śmierć przez dwóch niepełnoletnich sprawców - uczniów szkoły zawodowej. Wkrótce kij baseballowy stał się w całym kraju symbolem bezsensownej agresji.

23 czerwca 1997 r. ulicami Warszawy przeszedł czarny marsz w proteście przeciwko przemocy. Około czterech tysięcy osób oddało hołd Tomaszowi. Wśród nich była jego rodzina, znajomi, koledzy z klasy, świadkowie dramatycznych wydarzeń na polanie. Na czele pochodu niesiono czarny transparent: "Tomek nie żyje, bestialsko zamordowany bez żadnej przyczyny".

W latach 1995-98 w różnych miastach Polski zorganizowano łącznie ponad 20 protestów przeciwko rosnącej przemocy i agresji w społeczeństwie.

Wzajemne obwinianie się oskarżonych

W maju 1998 roku przed stołecznym Sądem Wojewódzkim ruszył proces oskarżonych o zabójstwo Tomka. Na ławie oskarżonych siedziało dziewięć osób. Trójce z nich: Monice Sz., Tomaszowi K. i Markowi Sz. prokurator zarzucił dokonanie zabójstwa, pozostałym sześciu oskarżonym zarzucono m. in. udział w rozboju, uprowadzenie, niepowiadomienie o zabójstwie. W charakterze oskarżycieli posiłkowych występowali rodzice zamordowanego maturzysty. Na każdej rozprawie przybywała tłumnie publiczność, w tym liczna grupa dziennikarzy, rodzina oraz znajomi zamordowanego. Sprawa, która wstrząsnęła Polską, w wyjaśnieniach oskarżonych, zeznaniach świadków i rodziców zabitego unaoczniła przerażające okrucieństwo zadane Tomkowi, męczeństwo jego ostatnich godzin życia, niewyobrażalną tragedię, jaką przeżywali jego rodzice.

Na większości rozpraw Monika Sz. nie pochylała głowy, siedziała wyprostowana, nie unikała kontaktu wzrokowego z matką Tomka, panią prokurator, publicznością. W złożonych przed sądem wyjaśnieniach mówiła, że była ofiarą silniejszych mężczyzn. Współoskarżeni mieli ją straszyć, że coś złego stanie się jej dzieciom, jeden z nich miał zgwałcić ją lokówką. Dlatego nie przeciwstawiała się aktom przemocy dokonanym na Tomku. Stanowczo zaprzeczała twierdzeniom współoskarżonych - Marka Sz. i Tomasza K., że to ona była inicjatorką i kierowała całą akcją. Przez cały proces nie przyznała się do udziału w zabójstwie. Twierdziła, że nie wiedziała, że zabito Tomka, miała dowiedzieć się o tym dopiero na komendzie.

Według opinii psychologa złożonej przed sądem, Monika Sz. miała ponadprzeciętną inteligencję, seksuolog podkreślał jej nietuzinkową, dominującą osobowość. Według biegłych nie była ona typem ofiary.

Przed sądem do zabójstwa przyznał się Tomasz K.- to on zadał ofierze śmiertelne ciosy nożem. Prosił rodziców Tomka o przebaczenie. Natomiast Marek Sz. - trzeci współoskarżony o zabójstwo - przed sądem przyznał się tylko do uprowadzenia i przetrzymywania Tomka w mieszkaniu Moniki i do tego, że był na miejscu zbrodni. Podtrzymywał swoje wcześniejsze wyjaśnienia, że to Monika Sz. miała być organizatorką zbrodni. Według niego i Tomasza K., Monika była odpowiedzialna także za śmierć innej kobiety. Później wszczęto osobne dochodzenie w sprawie uprowadzenia Anety D. przez Monikę zakończone aktem oskarżenia. W 2003 r. sąd rejonowy w Otwocku (sąd I instancji) w wydanym wyroku uznał Monikę Sz. współwinną porwania Anety D. Ciała zaginionej w 1995 r. byłej przyjaciółki Moniki nigdy nie odnaleziono.

To nie zemsta, to sprawiedliwa kara

Wyrok sądu I instancji w sprawie zabójstwa maturzysty, który transmitowało kilkanaście stacji telewizyjnych i radiowych, został ogłoszony 19 listopada 1998 r. Główni oskarżeni w sprawie zostali uznani winnymi zabójstwa Tomasza. Według sądu Monika Sz. była "mózgiem zbrodniczej akcji" i została skazana na dożywocie, Tomasz K. był "wykonawcą zadania" - w jego przypadku również orzeczono dożywocie. Zdaniem sądu odpowiedzialnym za zabójstwo Tomka był też Marek Sz. W wyniku zastosowanego wobec niego nadzwyczajnego złagodzenia kary (ujawnił informacje istotne dla sprawy) został skazany łącznie na 15 lat pozbawienia wolności.

- Żadna zbrodnia nie znajduje uzasadnienia, ale takie nagromadzenie okrucieństwa, wyrachowane przestępstwo i bezprzykładne bestialstwo zasługują na specjalne potępienie - rozpoczęła uzasadnienie wyroku sędzia Małgorzata Mojkowska. Słowa "bestialstwo, zwyrodnienie, agresja, okrucieństwo" często padały w trakcie odczytywania uzasadnienia wyroku. Skruchę, jaką wyrazili oskarżeni w trakcie procesu, przepraszając rodziców Tomka, przewodnicząca składu orzekającego nazwała "czystą kalkulacją". Sąd nie dał też wiary wyjaśnieniom głównej oskarżonej, "która usiłowała kreować się na ofiarę, zastraszoną przez trzech mężczyzn". - Nie potwierdził tego żaden z biegłych - uzasadniała Mojkowska.

Odnosząc się do orzeczonych kar, sędzia Mojkowska stwierdziła, że "nie mają być odwetem za popełnione czyny, tylko przestrogą mającą uchronić innych przed dokonaniem zła". (...) "Oskarżeni nie chcieli niczego zmieniać w swoim życiu, bo to wymaga wysiłku, pracy, zerwania z dotychczasowym towarzystwem, ustawicznej sprawy nad sobą" (...) ''Ten wyrok ma powiedzieć "stop" tym, dla których występek i zbrodnia stały się sposobem na życie wypełnione nudą''- mówiła sędzia Małgorzata Mojkowska.

W orzeczeniu Sądu Wojewódzkiego z 19 listopada 1998 r. wymierzono także kary wobec pozostałych osób uczestniczących w bójce na polanie, a także biorących udział w porwaniu i torturowaniu Tomka. Zapadły wyroki od 2 lat więzienia w zawieszeniu do 12 lat pozbawienia wolności.

Wszyscy skazani za zabójstwo maturzysty odwoływali się od wyroku sądu I instancji. "Wyrok jest dla mnie krzywdzący, nie poczuwam się do winy. Uważam, że skazano mnie pod wpływem pomówień współoskarżonych, a sąd uległ oczekiwaniom społecznym" - napisała Monika Sz. w osobistej apelacji. Ostatecznie Sąd Najwyższy utrzymał dożywocie dla Moniki Sz. i Tomasza K. W przypadku Marka Sz., sąd stwierdził, że nie zachodzą przesłanki do nadzwyczajnego złagodzenia kary. Wobec Marka Sz. została utrzymana kara 25 lat więzienia, którą orzekł mu sąd I instancji w wyroku wydanym w ponownym procesie. Sąd I instancji uznał, że Marek Sz. współpracując z organami ścigania, dozował informacje w taki sposób, by było to dla niego korzystne. To oznaczało, że nie spełnia warunków do skorzystania z nadzwyczajnego złagodzenia kary.

Morderstwo Tomka w Lasku Młocińskim było jedną z najbardziej bulwersujących zbrodni drugiej połowy lat 90., dokonaną z nudy, dla zabawy przez młodych ludzi, niepracujących, nieuczących się. Horror, którego byli twórcami, rozgrywał się nieomal na oczach stołecznego miasta - ktoś widział rannego Tomka wrzucanego do bagażnika, nie interweniował, nie dał znać policji. Ludzie przechodzili koło budynku, w którym dręczony był Tomek - nieświadomi tragedii, który rozgrywała się tak blisko nich. Sąsiedzi Moniki nic nie słyszeli, kierowcy mijali samochód, w którym wieziony był chłopiec na egzekucję. W tym wszystkim zabrakło szczęśliwego przypadku, który ocaliłby życie Tomka.

Autor: Joanna Zajączkowska

Za serwisem Onet z dn. 28.06.2011 r.


Sąd Najwyższy

Zabójstwo Tomka Jaworskiego

Kasacja oddalona

Sąd Najwyższy oddalił wczoraj kasację obrońcy Marka Szmidta skazanego za zabójstwo Tomka Jaworskiego na 25 lat więzienia. Przyznał rację sądom niższych instancji, że Szmidt nie zasłużył na nadzwyczajne złagodzenie kary.

Tomka porwano 13 czerwca 1997 r. z polany w Parku Młocińskim, gdzie z klasą świętował zdanie matury. Zbrodnią kierowała Monika Szymańska. Maturzystę najpierw trzymano w jej mieszkaniu, torturując na sposoby podpatrzone w brutalnych filmach. W końcu zawieziono go nad Kanał Żerański i tam zabito.

Szymańską i bezpośredniego wykonawcę mordu Tomasza Kobusa sąd skazał za to na dożywocie. Marka Szmidta również uznał za winnego zabójstwa, ale ponieważ wskazał on miejsce zakopania zwłok i ukrycia noża - narzędzia zbrodni, nadzwyczajnie złagodził mu karę za ten czyn do 7 lat i 11 miesięcy więzienia.

Sąd Apelacyjny uznał jednak, że nie spełnił on wszystkich warunków do skorzystania z nadzwyczajnego złagodzenia kary, i zwrócił sprawę do pierwszej instancji. W drugim procesie warszawski Sąd Okręgowy podzielił wątpliwości SA i skazał Szmidta na 25 lat więzienia. Przyjął, że oskarżony nie zasługuje na nadzwyczajne złagodzenie kary, gdyż dozował informacje w taki sposób, by było to dla niego korzystne. W apelacji wyrok oceniono jako prawidłowy.

Wczoraj Sąd Najwyższy oddalił kasację od niego jako niezasadną, a podnoszone w niej zarzuty uznał za niesłuszne. SN uznał, że Szmidt nie zasłużył na dobrodziejstwo nadzwyczajnego złagodzenia kary. - Warunkiem zastosowania tego przepisu jest ujawnienie ważnych okoliczności, w tym sensie, że są one istotne dla zdemaskowania mechanizmu wspólnego działania sprawców - argumentował SN. A.ł.

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 03.09.2003 r.


25 lat za kratkami

Marek Szmidt, jeden z trzech zabójców Tomka Jaworskiego, spędzi w więzieniu 25 lat. To wyrok ostateczny.

Sąd Najwyższy oddalił wczoraj kasację adwokata skazanego, który domagał się dla swojego klienta nadzwyczajnego złagodzenia kary. W 1997 r. Tomek Jaworski świętował zdaną maturę. Wraz z kolegami z klasy bawił się na polance w parku Młocińskim. Stamtąd został porwany przez Monikę Szymańską, Tomasza Kubusa i Marka Szmidta. Oprawcy bili go i torturowali, na koniec wywieźli nad Kanał Żerański i zamordowali.

Cała trójka została skazana za zabójstwo. Główni oprawcy, Szymańska i Kubus, dostali kary dożywotniego pozbawienia wolności (wyroki prawomocne, kasacje oddalone), Szmidt został skazany na 15 lat więzienia. Sąd I instancji uznał, że skoro mężczyzna ujawnił miejsce zakopania zwłok maturzysty oraz wyrzucenia narzędzia zbrodni (noża), to należy mu się nadzwyczajne złagodzenie kary. Sąd apelacyjny nie podzielił jednak tego stanowiska. Uznał, że Szmidtowi złagodzenie kary nie przysługuje. W powtarzanym procesie mężczyzna dostał karę 25 lat więzienia.

Wczoraj sprawa trafiła na wokandę Sądu Najwyższego. Ten nie dopatrzył się jednak żadnych błędów w zaskarżonym wyroku i ostatecznie utrzymał karę 25 lat pozbawienia wolności.

POL

Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 03.09.2003 r.


25 lat dla trzeciego zabójcy

Tomka Jaworskiego Marek Szmidt, ostatni z trojga zabójców maturzysty Tomka Jaworskiego, jest już ostatecznie skazany na 25 lat więzienia. Sąd Najwyższy oddalił kasację obrońcy Szmidta, domagającego się nadzwyczajnego złagodzenia tej kary.

Tomek Jaworski został bestialsko zamordowany w maju 1998 r., kiedy razem ze swoimi kolegami z klasy świętował zdaną maturę.

Monika Szymańska, Tomasz Kobus i Marek Szmidt porwali go wtedy z polanki w Parku Młocińskim, torturowali, w końcu zabili nożem, zaś zwłoki spalili. Po procesie wywołującym duże zainteresowanie opinii publicznej wszyscy zostali uznani za winnych.

Główni sprawcy są już prawomocnie skazani na dożywocie. Sąd Najwyższy oddalił już wcześniej kasacje obrońców Szymańskiej i Kobusa.

Za serwisem WP z dn. 02.09.2003 r.


Dożywocie dla Szymańskiej ostateczne, wraca sprawa Wojcieskiego

Sąd Najwyższy ostatecznie utrzymał karę dożywocia dla Moniki Szymańskiej za zabójstwo Tomka Jaworskiego.  Uchylił zaś wyrok 10 lat dla innego oskarżonego, uznając, że Sąd Apelacyjny powinien rozważyć nadzwyczajne złagodzenie mu kary. 

Mec. Marek Zieliński, obrońca z urzędu Szymańskiej, przekonywał w środę sąd, że w sprawie zabójstwa maturzysty "piętrzą się wątpliwości, co do roli sprawców tej zbrodni". Jego zdaniem, świadczy o tym choćby złożone w czasie rozprawy apelacyjnej oświadczenie zabójcy Jaworskiego - Tomasza Kobusa, który całą winę za to wziął na siebie i stwierdził, że Szymańska nie wiedziała o planach zabicia chłopaka, nie mogła być więc główną organizatorką zbrodni. 
Poza tym - wykazywał adwokat - uchylenie wyroku na trzeciego ze sprawców, Marka Sz. (sąd I instancji skazał go już na 25 lat więzienia, niedługo sprawą zajmie się ponownie Sąd Apelacyjny), nakazuje sądowi ustalenie stopnia winy poszczególnych sprawców. "Jeśli wina Sz. jest większa, to może Moniki Szymańskiej powinna być mniejsza" - mówił. 

Po długiej naradzie SN oddalił kasację obrońcy Szymańskiej jako "oczywiście bezzasadną". Sędziowie nie dopatrzyli się tu żadnych wątpliwości, na jakie starał się wskazać mec. Zieliński. 

"Nie ma żadnej wątpliwości, że to ona była głównym aktorem tych wydarzeń i ona niejako te wydarzenia reżyserowała" - mówił sędzia Andrzej Deptuła. 

Dużo poważniejszym problemem dla pięcioosobowego składu sędziów SN było natomiast ewentualne zastosowanie nadzwyczajnego złagodzenia kary wobec drugiego z podsądnych, Roberta Wojcieskiego, któremu Sąd Apelacyjny wymierzył 10 lat za porwanie i przetrzymywanie Tomka Jaworskiego w mieszkaniu Szymańskiej. 

Wojcieski szczególnie dotkliwie torturował Tomka Jaworskiego. Krępował go sznurkiem, przywiązywał do kaloryfera, przypalał lokówką. Policja trafiła na trop grupy po tym, gdy Wojcieski zadzwonił do swej dziewczyny. Wtedy został zatrzymany, niedługo później w ręce policji wpadła Szymańska, Kobus i Marek Sz. Potem jednak nic więcej nie mówił, nawet odwołał swoje wyjaśnienia. 

W swojej kasacji obrońca Wojcieskiego, mec. Dariusz Mikołajewski wnosił o uchylenie wyroku. "Potrzeba wypowiedzi SN, czy taka sytuacja, czyli jednorazowe ujawnienie okoliczności, a potem powstrzymanie się od wyjaśnień, także zasługuje na nadzwyczajne złagodzenie kary" - mówił. 

Prokurator, która wniosła o oddalenie kasacji, stwierdziła, że sądy, które orzekały w sprawie, nie miały wątpliwości wydając wyrok. "To, że sądy nie dały wiary oświadczeniu Kobusa, nie znaczy, że go nie uwzględniły. Oceniły po prostu, że w świetle pozostałych zebranych dowodów jest ono niewiarygodne" - mówiła prokurator. 

Odrzucenia kasacji chcieli też pełnomocnicy rodziców Tomka Jaworskiego, adwokaci Krystyna Pociej i Radosław Baszuk. 

"Problemem dla SN było zinterpretowanie tych przepisów, nakazujących obowiązkowe złagodzenie kary każdemu, kto ujawni istotne okoliczności sprawy, i nie ma znaczenia, czy potem je podtrzyma. Gdyby Sąd Apelacyjny wypowiedział się w tej kwestii, my moglibyśmy jego rozumowanie ocenić" - tak sędzia Deptuła uzasadnił zwrot sprawy właśnie do drugiej instancji. 

19-letniego Tomka uprowadzono w czerwcu 1997 r., gdy świętował zdaną maturę w parku. Uzbrojeni w kije bejsbolowe "dresiarze" zaatakowali bawiącą się tam młodzież i porwali Tomka. Przez dwa dni przetrzymywano go w mieszkaniu 24-letniej Szymańskiej, gdzie był torturowany i poniżany. W końcu nad Kanałem Żerańskim rówieśnik Jaworskiego, 19-letni Tomasz Kobus zabił go nożem. Ciało podpalono i zakopano. 

W 1998 r. Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał na dożywocie Szymańską i Kobusa. Uczestnik porwania i uwięzienia, Robert Wojcieski został skazany na 12 lat. Sąd Apelacyjny utrzymał dożywocie dla Szymańskiej, a Wojcieskiemu złagodził karę do 10 lat  więzienia. "To nie media, ani opinia publiczna wydała ten wyrok. Wydał go sąd, w oparciu o zgromadzone dowody" - podkreślał sędzia w uzasadnieniu orzeczenia. 

Z ulgą wyrok sądu przyjęła matka Tomka Jaworskiego. "Cieszę się, że już jej nigdy na oczy nie zobaczę" - mówiła o Szymańskiej Jadwiga Jaworska. Ojciec maturzysty, Walenty Jaworski nie krył natomiast rozgoryczenia z powodu uchylenia wyroku ws. Wojcieskiego, któremu - w jego przekonaniu - nie należy się złagodzenie kary. Do końca życia będę chodził po sądach - powiedział.

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 07.06.2001 r.


Zabójstwo Tomka Jaworskiego
Ponowny proces jednego ze sprawców

Był zdenerwowany i mówił spontanicznie
 

Tomek zginął od noża, ciosy zadawał Kobus - mówił po zatrzymaniu Marek Sz. na komisariacie. Jego słowa powtórzyła wczoraj po raz kolejny przed warszawskim Sądem Okręgowym policjantka, z którą wówczas rozmawiał.
Tomek Jaworski zginął 14 czerwca 1997 r. Dzień wcześniej w towarzystwie kolegów i koleżanek świętował zdanie matury. Młodzież zaplanowała ognisko na polanie w Parku Młocińskim. Porwano go, bo ktoś uszkodził tam samochód Marka Sz. Napastnicy postanowili za jego pośrednictwem wyegzekwować zadośćuczynienie. Przewiezionego do mieszkania Szymańskiej chłopaka torturowali, pijąc przy tym bezustannie. W końcu zawieźli go nad Kanał Żerański i zabili.

Pierwszy proces zakończył się wymierzeniem Monice Szymańskiej i Tomaszowi Kobusowi kar dożywocia. Marka Sz. uznano za winnego mordu, ale nie skazano na dożywocie. Mając na względzie jego współpracę z organami ścigania, sąd nadzwyczajnie złagodził mu karę. Z decyzją nie zgodzili się państwo Jaworscy. Ich apelacja została uwzględniona. Wczoraj warszawski Sąd Okręgowy słuchał kolejnych świadków w drugim procesie Marka Sz. Ma on odpowiedzieć na pytanie, czy oskarżony podał wszystkie okoliczności zbrodni, gdyż taki jest warunek nadzwyczajnego złagodzenia mu kary (zdaniem Sądu Apelacyjnego nie został on spełniony, bo podsądny zataił fakty, które go obciążały).

Cioteczny brat Tomka wspominał wczoraj, jak w środku nocy obudził go jego telefon. - Prosił, żebym przyjechał na ognisko. Odmówiłem - wspominał wczoraj. Dopiero potem, kiedy przemyślał sytuację, dotarło do niego, że Tomek nie dzwonił z ogniska. - Był smutny, przybity, miał spokojny głos - zeznawał. Skojarzył, że nie tak zachowuje się i mówi człowiek szczęśliwy, zadowolony i dobrze się bawiący. Sąd dwukrotnie odczytał świadkowi to, co powiedział w tej sprawie do tej pory. Mężczyzna potwierdził, że podczas rozmowy z Tomkiem słychać było w słuchawce głos kobiety.

Barbara C. jest policjantką. W dniu zatrzymania Marka Sz. dozorowała go, gdy czekał na konwój do prokuratury. Zagadnęła (poza protokołem), kto zabił Tomka, i jak do tego doszło. - Został zabity nożem i zrobił to Kobus - miał odpowiedzieć Marek Sz. Sąd pytał, czy ta informacja była pierwszą na temat tego, jak, i kto zabił Tomka. Świadek odpowiedziała, że według niej tak było. W kolejnych protokołach są dalsze szczegóły z wypowiedzi Marka Sz. - Kobus zadał cztery ciosy nożem, a na miejscu była Szymańska, Kobus. - Czy te fakty oskarżony podawał podczas pierwszej rozmowy ze świadkiem? - dociekał sąd. Kobieta twierdziła, że jeśliby tak było, to informacja o tym znalazłaby się w notatce służbowej, którą sporządziła z tej rozmowy, a tak się nie stało. We wcześniejszych przesłuchaniach pojawia się też wątek wskazania przez Sz. miejsca ukrycia zwłok i wyrzucenia noża. Sąd pytał dlaczego, skoro wspominał o tym podejrzany, policja napisała, że ustaliła je podczas czynności operacyjnych. Barbara C. nie potrafiła tego wyjaśnić. - Słyszałam, że Sz. prosił o nieujawnianie tego, iż to on zdradził szczegóły - dodała policjantka. Świadek była pewna jednego: podejrzany wówczas Sz. był bardzo zdenerwowany, mówił spontanicznie, tak jakby chciał to z siebie wyrzucić. Na pytanie, dlaczego porwali Tomka, odparł krótko: z głupoty.
Kobieta przyznała, że za tę sprawę dostała nagrodę od komendanta głównego policji.

Dziś dalszy ciąg procesu.

Agata Łukaszewicz

Brat cioteczny Tomka Jaworskiego zeznawał wczoraj na temat ostatniej telefonicznej z nim rozmowy.

Za dziennikiem "Rzeczpospolita"



Zabójstwo Tomka Jaworskiego

Świadkowie milczą, sąd czyta

Proces Marka Sz., który ponownie stanął przed warszawskim Sądem Okręgowym pod zarzutem zabójstwa Tomka Jaworskiego, jak na razie jest dokładną repliką pierwszego postępowania. Choć skazani na dożywocie nie mają już nic do stracenia i jako świadkowie mogliby ujawnić całą prawdę, wolą jednak milczeć. Sędziowie całymi godzinami na zmianę odczytują protokoły.
W piątek do sądu doprowadzono Tomasza Kobusa. To jego sąd uznał za bezpośredniego wykonawcę zbrodni i skazał na dożywocie. Z ofiarą łączyło go to samo imię i wiek; dzieliło wszystko inne. Skończył jedynie podstawówkę, nie pracował, utrzymywali go rodzice. Jego szanse na znalezienie pracy, która dałaby możliwość godziwego życia, były równe zeru. Jaworski ze swoimi planami zostania architektem musiał go irytować. Ofiara mogła mu zaimponować tylko w jeden sposób - brakiem strachu. I Tomek to zrobił. - Był dzielny. Nie błagał o litość - przyznał po zabójstwie Kobus.

Przez miesiące śledztwa wypierał się udziału w zbrodni. Mówił, że był sterroryzowany przez Szymańską, że zabił Marek Sz. W końcu potwierdził, że zabił. Wyjaśniając przed sądem, ograniczył się do wypowiedzenia jednego wyrazu. - Tak - odpowiedział na pytanie sądu, czy przyznaje się do winy. Gdy odtworzono film z wizji lokalnej, na jego twarzy pojawiły się łzy.

Rodzice zamordowanego nie przyszli w piątek do sądu. W pierwszym procesie nie opuścili żadnej rozprawy. - Wówczas musieliśmy dowiedzieć się wszystkiego co możliwe o śmierci syna. Nie mamy złudzeń, że ten proces odkryje nowe prawdy - mówią.

Ponowne przerabianie tego samego materiału dowodowego ma wyjaśnić, czy Marek Sz. podał wszystkie fakty i zasługuje na nadzwyczajne złagodzenie kary. Sąd staje przed niełatwym zadaniem, gdyż tylko współsprawcy wiedzą, jak było naprawdę. Nie chcą jej jednak ujawnić nawet jako świadkowie. Skład orzekający będzie musiał oprzeć się na odczytywanych protokołach. Z jednej strony zadają one kłam wyjaśnieniom Marka Sz., z drugiej jednak pełne są oczywistych kłamstw i faktów wzajemnie sprzecznych.

Sławomir Wikariak

Za dziennikiem "Rzeczpospolita"


Zabójstwo Tomka Jaworskiego
Ponowny proces jednego z oskarżonych

Odżyły najgorsze wspomnienia

W sierpniu Tomek Jaworski skończyłby 23 lata. Powinien być na czwartym roku architektury i mieć za sobą pierwsze projekty. Rodzice nigdy nie zobaczą domu, który obiecał dla nich zaprojektować. Zamiast tego po raz kolejny ujrzeli twarz mężczyzny oskarżanego o zabójstwo ich syna. Wczoraj przed Sądem Okręgowym w Warszawie nie chcieli na niego patrzeć.
Tę zbrodnię niełatwo zapomnieć. Chłopca porwano dla kaprysu, nieludzko torturowano, wreszcie zabito ciosami noża, a zwłoki podpalono. Monika Szymańska i Tomasz Kobus odsiadują już wyroki dożywocia za to zabójstwo. Do osądzenia pozostał tylko Marek Sz. W pierwszym procesie sąd jego również uznał za winnego mordu, ale nie wymierzył mu dożywocia. Mając na względzie jego współpracę z organami ścigania, uznał za konieczne nadzwyczajnie złagodzić karę.

Rodzice ofiary nie mogli pogodzić się z karą 15 lat. Złożona przez ich pełnomocnika apelacja została uwzględniona i sprawę skierowano z powrotem do warszawskiego Sądu Okręgowego. Rozpoczęty wczoraj proces ma odpowiedzieć na pytanie, czy oskarżony podał wszystkie okoliczności zbrodni, bo taki jest warunek nadzwyczajnego złagodzenia kary. Zdaniem Sądu Apelacyjnego nie został on spełniony, gdyż podsądny zataił fakty, które go obciążały.

Marek Sz. nie zmienił się od pierwszego procesu. Ten sam sweter, ta sama twarz, na której ciężko zobaczyć skruchę, ten sam obojętny ton. Nie przyznał się do zabójstwa. Oświadczył, że nie chce składać wyjaśnień i będzie jedynie potwierdzał protokoły. Gdy sędzia Wojciech Małek, przewodniczący składu orzekającego, rozpoczął ich odczytywanie, rodzice wyszli z sali. - Odżyły najgorsze wspomnienia. Nie byliśmy w stanie po raz kolejny tego słuchać - mówi Jadwiga Jaworska. - I patrzeć na jego twarz - dodaje jej mąż.

Suche, pozbawione emocji protokoły nigdy nie oddadzą tego, co wydarzyło się 13 czerwca 1997 r. i następnego dnia. Tomek z klasą świętował zdanie matury na polanie w Parku Młocińskim. Do ogniska chcieli przyłączyć się dresiarze z Łomianek. Poczuli się urażeni, gdy ktoś poprosił o dorzucenie drzewa do ognia. Z myślą o zemście poszli pić do baru, gdzie spotkali Szymańską i trzech jej kolegów. Szybko uzgodnili, że muszą dać nauczkę "studenciakom". Zorganizowali regularny najazd na bawiących się maturzystów. Gonili ich po lesie z kijami bejsbolowymi, bili, kopali.

Tomka porwano, bo ktoś uszkodził samochód Marka Sz. Napastnicy postanowili za jego pośrednictwem wyegzekwować zadośćuczynienie. Przewiezionego do mieszkania Szymańskiej chłopaka torturowali w sposób podpatrzony na filmach, pijąc przy tym bezustannie. W końcu zawieźli go nad Kanał Żerański i zabili.

W pierwszym procesie przyjęto, że ciosy nożem zadał Kobus. Marek Sz. twierdzi, że na propozycje, by to on zabił, odpowiedział: "Coś ty, zgłupiał?" Utrzymuje, że wraz z Szymańską zostali przy samochodzie i nie widzieli mordu. - Usłyszałem charczenie. Nie musiałem pytać, co się stało, bo Monika od razu powiedziała, że po nożu to tak zawsze - wyjaśniał w czasie wizji lokalnej.

Szymańska także znalazła się w czwartek w sali sądowej, tym razem w roli świadka. Nie chciała zeznawać, potwierdzała jedynie to, co mówiła wcześniej. Jej wyjaśnienia znacznie różnią się od złożonych przez oskarżonego. Twierdzi np., że na miejscu zabójstwa zostali Kobus i Marek Sz., a ona odjechała samochodem. Jej zdaniem Sz. nie mógł jednak zabić. Sławomir Wikariak

Za dziennikiem "Rzeczpospolita"


Zabójca Tomka Jaworskiego zeznaje w sprawie swego wspólnika

Tomasz Kobus, który w maju 1997 r. zabił maturzystę Tomka Jaworskiego, odmówił w piątek zeznań przed stołecznym Sądem Okręgowym jako świadek w procesie swego wspólnika Marka Sz., którego sprawa wróciła ponownie do I instancji.

W maju 1997 r. 19-letni Tomek Jaworski świętował zdaną maturę razem z kolegami przy ognisku na polanie w warszawskim Parku Młocińskim. W nocy napadła na nich grupa "dresiarzy", którzy wcześniej pokłócili się z kimś z tego towarzystwa. Wśród napastników była Monika Szymańska, Tomasz Kobus i Marek Sz.
W czasie bijatyki na polanie znajdujący się tam przypadkowo ford transit zniszczył samochód Marka Sz. Wtedy Tomek został stamtąd zabrany - napastnicy uznali, że na pewno zna kierowcę tego auta i spowoduje, że zapłaci im odszkodowanie za zniszczenie ich pojazdu.

Maturzysta był przetrzymywany w mieszkaniu Szymańskiej na Bródnie. Leżał związany na podłodze, bito go i poniżano. W końcu - w obawie przed rozpoznaniem - Szymańska, Kobus i Sz. wywieźli go nad Kanałek Żerański. Kobus - rówieśnik Tomka Jaworskiego - zadał mu cztery ciosy nożem. Ciało wrzucono do wykopanego dołu, podpalono i zakopano.

Warszawski sąd skazał w tej głośnej sprawie Kobusa oraz "mózg całej zbrodni" Monikę Szymańską na kary dożywotniego więzienia za uprowadzenie i okrutne zabójstwo maturzysty.

Marek Sz. natomiast - dzięki współpracy z organami ścigania - otrzymał karę łączną 15 lat więzienia, na mocy nadzwyczajnego złagodzenia kary. Apelacja, która utrzymała wyroki dożywocia, zwróciła sprawę Sz. do ponownego rozpatrzenia uznając, że nie może być mowy o nadzwyczajnym złagodzeniu kary wobec osoby, która nie ujawniła wszystkiego co wie i ukrywała swoją rolę w zbrodni.

W sprawie Marka Sz. wszyscy jego wspólnicy są teraz świadkami. Przysługuje im jednak prawo odmowy składania zeznań, z którego jeszcze w czwartek skorzystała Monika Szymańska - na piątkowej rozprawie takie samo stanowisko zajął Tomasz Kobus.

Wobec tego sąd - podobnie jak w czwartek - odczytywał Kobusowi protokoły jego wyjaśnień złożonych w czasie śledztwa, oraz na rozprawie sądowej. Skazany przyznał się w nich do zabójstwa i podał wiele jego szczegółów. Jego obrońca w pierwszym procesie wnosił o zastosowanie wobec Kobusa nadzwyczajnego złagodzenia kary, ale sąd się na to nie zgodził i - nie znajdując w jego postawie żadnych okoliczności łagodzących - wymierzył dożywocie.

Wersje zdarzeń przedstawiane przez Kobusa i Marka Sz. w pierwszym procesie różnią się od siebie. Kobus twierdzi, że Marek Sz. aktywnie uczestniczył w zabójstwie, podał mu nóż, którym Kobus zadał cztery śmiertelne ciosy, razem z nim podpalał zwłoki, a potem zakopywał w uprzednio wykopanym dole. Sz. temu zaprzecza i twierdzi, że nóż wręczyła Kobusowi Szymańska, on zaś "nie mógł wytrzymać" i oddalił się od miejsca zbrodni.

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP

Proszę wybrać przejście:

strona utworzona 05.03.2001 r.