Morderstwo "z pomyłki" w Warszawie

Antysocjalistyczne Mazowsze

Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza

Aktualizacja 26.03.2002 r.

25 lat więzienia za zabójstwo

Pomylił mieszkania

Oskarżony mówił, że nie był świadomy, gdy oddawał śmiertelny strzał. Warszawski Sąd Okręgowy nie uwierzył mu i uznał jego wersję za przyjętą linię obrony. Skazał mężczyznę na 25 lat więzienia.

W nocy 20 listopada 2000 r. Czesław Z. włamał się do mieszkania przy ul. Wilczej w Warszawie. Strzelił do mieszkającej tam Elżbiety P. (zmarła następnego dnia w szpitalu), a potem podczas szamotaniny postrzelił niegroźnie jej męża Zbigniewa. Prokuratura zarzuciła mu zabójstwo i usiłowanie zabójstwa.

Oskarżony twierdził, że nie pamięta, jak doszło do tragedii. Mówił, że chciał wówczas wyrzucić kupioną przed laty broń, ale zaczął pić. Sąd nie uwierzył tej wersji. - Żeby wyrzucić broń, oskarżony nie musiał przyjeżdżać aż do Warszawy. Poza tym w czasie zatrzymania miał przypiętą kaburę - uzasadniła sędzia Barbara Sierpińska.

Obrona kwestionowała zasadność zarzutu usiłowania zabójstwa. Jej zdaniem postrzelenie Zbigniewa P. mogło być przypadkowe. Sąd uznał Czesława Z. za winnego popełnienia obydwu czynów. - To nie był przypadek, że oskarżony oddał dwa celne strzały, jeden w głowę Elżbiety P., drugi w klatkę piersiową Zbigniewa P.

Oskarżony mówił, że nie wie, jak oraz dlaczego dostał się do mieszkania przy Wilczej. Sąd uznał, że pomylił lokale.

WIK

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 26.03.2002 r.


Pomyłka na 25 lat

Najpierw z jego ręki zginęła Stefania P. Potem chciał zabić jej męża, Zbigniewa P. Celował w serce, ale postrzelony przeżył. Bandyta zaatakował przez pomyłkę. Najprawdopodobniej włamał się nie do tego mieszkania, do którego chciał. Wczoraj sąd skazał go na 25 lat więzienia.

Na sali panowała głucha cisza. Oskarżony wpatrywał się w podłogę. Siedząca naprzeciw niego córka zamordowanej kobiety, Justyna P., nie odrywała od niego wzroku. Gdyby tego wieczora była w domu, mogłaby zginąć. Ale była na randce. Wróciła kilka minut po ostatnim strzale, gdy jej matce i ojcu lekarze udzielali pomocy.

- Winny. 25 lat więzienia - ogłosiła sędzia Barbara Sierpińska.

Nikt się nie poruszył. Justyna P. uśmiechnęła się lekko. Oskarżony, 47-letni Czesław Z., jeszcze bardziej pochylił głowę. O tym, że jest zdenerwowany, świadczył tylko nerwowy stukot palców w blat stołu.

Wiedział, co robi

Czesław Z. przyznał, że był w mieszkaniu i że zastrzelił kobietę, ale wszystko to miało się dziać z wyłączeniem jego świadomości. Był pod wpływem alkoholu. To miało go usprawiedliwiać. - Stała się tragedia. Nie wiem, jak do niej doszło - tłumaczył.

- Zabił kobietę i usiłował zabić jej męża w ich własnym mieszkaniu, które powinno być azylem bezpieczeństwa - mówiła potem prokurator.

- Chciał zabić i zabił. Działał z pełnym rozeznaniem. Wiedział, co robi - powiedziała wczoraj sędzia. Jej słowa potwierdzają biegli psychiatrzy i psycholodzy, którzy stwierdzili, że oskarżony był poczytalny w dniu zdarzenia. - A jego zasłanianie się niepamięcią to postawa obronna - mówiła sędzia.

Pomylił mieszkania

Wiadomo, że Z. wtargnął do mieszkania P. przed godziną 22.00.

Jak otworzył drzwi? Czy były otwarte? Nie wiadomo. W mieszkaniu panował półmrok. Stefanię i Zbigniewa P. obudził ruch w przedpokoju. Kobieta wyszła zobaczyć, co się dzieje. Jej mąż usłyszał tylko huk i suchy trzask. Myślał, że doszło do jakiegoś zwarcia. Wyskoczył z łóżka. Wtedy padł drugi strzał, który ranił go w klatkę piersiową.

Na Zbigniewa P. rzucił się mężczyzna w płaszczu. - Andrzej, ja ci pokażę! - krzyczał.

Ani prokuratura, ani sąd nie ustaliła, kim jest Andrzej. Oskarżony wspomniał o nim tylko raz, po zdarzeniu, gdy przesłuchiwał go policjant. Potem nigdy już nie wspomniał o tajemniczym Andrzeju.

- Dziś wiadomo, że zatrzymany znalazł się nie w tym mieszkaniu, w którym chciał się znaleźć. Nastąpiła pomyłka, błąd - mówiła wczoraj sędzia.

Wyrok nie jest prawomocny. Obrońca zapowiedział apelację.

Listopadową ciemną nocą...

Do mieszkania w kamienicy przy Wilczej 71 Czesław Z. wtargnął 20 listopada 2000 r. Miał ze sobą broń i kuszę. Stefanię P. ranił w głowę. Następnego dnia o godz. 17 kobieta zmarła w szpitalu. Jej męża ranił w lewą stronę klatki piersiowej. Ranny mężczyzna rzucił się na napastnika, ugryzł go w rękę, a gdy ten zaczął uciekać, ruszył za nim w pogoń. Czesław Z. ukrył się w podwórzu. Tam znalazła go policja.

ANNA BIAŁKIEWICZ

Za wydaniem papierowym dziennika "Super Express" z dn. 26.03.2002 r.

Proszę wybrać przejście:

strona utworzona strona utworzona 26.03.2002 r.