Morderstwo czworga bezdomnych w Warszawie w dn. 30.06.2000 r.

Antysocjalistyczne Mazowsze

Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza

 

Aktualizacja 17.06.2003 r.

Zabili bo byli źli

Dwa dożywocia i 25 lat pozbawienia wolności - na takie kary skazał sąd trzech mężczyzn oskarżonych o zabójstwo czwórki bezdomnych na grochowskich działkach w okolicach Koziej Górki.

Jacek Precz tępo patrzył na sąd, który ogłaszał wyrok, a potem uzasadnienie. Zbigniew Giedroyć pochylił głowę i skrył twarz w dłoniach. Kiedy podniósł się na wezwanie sądu, widać było, że jest wściekły. Obaj nie przyznali się do zbrodni. Sąd wymierzył im kary dożywotniego pozbawienia wolności. Na pytanie przewodniczącej składu orzekającego sędzi Małgorzaty Jareckiej, czy zrozumieli wyrok, obaj odparli przekornie, że nie.

Wyraźnie załamany był trzeci oskarżony Stanisław Giemzała. Dostał karę 25 lat pozbawienia wolności. Nie o wysokość kary pewnie jednak chodziło, bo dokładnie o taką poprosił w ostatnim słowie. Poszło raczej o to, że sąd nie uwierzył mu, kiedy przekonywał, że to on dopuścił się poczwórnego zabójstwa. Chęć zabijania wytłumaczył "buczeniem" w uszach i "jakąś siłą", która pchała do popełniania kolejnych morderstw. Upierał się, że jego koledzy z zabójstwem nie mieli nic wspólnego. Jednocześnie to właśnie on przyczynił się do ukarania kumpli, którzy dwoili się i troili, by uniknąć kary.

Kiedy 30 czerwca 2000 r. Giemzała brał udział w masakrze, do której doszło na grochowskich działkach, był świeżo upieczonym 18-latkiem. To jego zeznania pozwoliły prokuraturze, a potem sądowi, ustalić, co tak naprawdę wydarzyło się na działce nr 16.

Opowiedział o konflikcie, do jakiego doszło między grupą bezdomnych a Zbigniewem Giedroyciem, o tym, jak pewien Janek zbił w zamieszkiwanym przez Giedroycia domku kilka naczyń i zniszczył oczko wodne. I o nocy, podczas której doszło do prawdziwej masakry.

Trzej oskarżeni, po sporej dawce alkoholu, ruszyli na poszukiwania Janka. Byli wyjątkowo agresywni. Po drodze pobili człowieka. Trop zaprowadził ich na działkę nr 16. Janka tam wprawdzie nie znaleźli, swoją agresję rozładowali jednak na jej mieszkańcach. Nóż typu finka i siekiera - tymi narzędziami z wyjątkowym okrucieństwem zamordowali dwóch mężczyzn i kobietę. Potem dopadli tego samego mężczyznę, którego pobili przed dokonaniem pierwszego zabójstwa. Niespodziewanie pojawił się w okolicach działki nr 16. Bali się, że mógł być świadkiem masakry.

- Wersja pierwsza jest wersją prawdziwą i wiarygodną - orzekł wczoraj sąd. - Ma ona oparcie w opiniach biegłych i zeznaniach świadków.

O co więc chodzi Giemzale? Sąd nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. - Biegli orzekli, że być może jest to swoista linia obrony oskarżonego albo manifestacja osobowości - mówiła w uzasadnieniu wyroku sędzia Małgorzata Jarecka.

- Może oskarżony chciał zaistnieć w tym procesie jako ktoś ważny? Przykro, jeśli tak jest. A może się bał? - pytała retorycznie.

Wątpliwości za to nie było co do motywu zbrodni. Co ich do niej pchnęło? - Odpowiedź jest tragicznie prosta: alkohol, agresja, szukanie odwetu - wyliczała sędzia Jarecka. - Żadnym z oskarżonych nie kierowała jakakolwiek tajemna siła. Zbigniew Giedroyć zabił, bo tego dnia był bardzo zły.

Zdemolowano mu działkę, zburzono oczko wodne, pobito jego kolegę. Wraz z Jackiem Preczem rzucił się na mieszkańców działki nr 16, którzy z "demolką" niewiele mieli wspólnego. To Giedroyć wciągnął w zbrodnię Giemzałę. Kazał mu dobić konającą kobietę, a potem mężczyznę, który mógł być świadkiem mordu.

Aneta Polak

Za dziennikiem Życie Warszawy z dn. 14.06.2003 r.


Zamordowali ze złości

Dwa dożywocia oraz 25 lat więzienia - takie kary otrzymali w Sądzie Okręgowym w Warszawie trzej mężczyźni oskarżeni o zabójstwo czworga bezdomnych. Do zbrodni doszło na działkach na Grochowie w Warszawie w czerwcu 2000 r.

Prokurator żądał dożywocia dla 33-letniego Zbigniewa G., 31-letniego Jacka P. i 21-letniego Stanisława G.

Stanisław G. przyznał się do zbrodni i otrzymał 25 lat więzienia, co sąd uzasadniał jego wyjaśnieniami, które pozwoliły ujawnić sprawę.

Oskarżeni to bezdomni mieszkańcy działek. Byli już w przeszłości karani za kradzieże, oszustwa, rozboje i włamania. Według policji, w noc zabójstwa pili na działkach alkohol. Postanowili odnaleźć człowieka imieniem Janek, chcąc się na nim zemścić za włamanie do ich domku. Wzięli m.in. pałki i nóż i zaczęli na okolicznych działkach szukać "Janka".

Nikt nie wiedział, gdzie jest "Janek", wobec czego wyładowali agresję na trojgu innych bezdomnych; dwóch mężczyznach i kobiecie. Przy użyciu małej siekierki i noża napastnicy brutalnie zamordowali całą trójkę. Gdy sprawcy wyszli z domku ofiar, zobaczył ich jeszcze jeden mężczyzna, który zaczął uciekać. Został dogoniony i brutalnie zamordowany.

Obrońcy skazanych na dożywocie zapowiedzieli apelację.


- Zabiłem jeszcze jedną osobę - oświadczył wczoraj przed sądem Stanisław G., który bierze na siebie całą winę za śmierć czwórki bezdomnych na działkach na Koziej Górce. - Miałem buczenie w uszach i czułem, że muszę kogoś zabić. Udusiłem wtedy Sylwka. Rewelacje Stanisława G. już sprawdza stołeczna policja. Kolejna rozprawa w sprawie o zabójstwo na działkach na Grochowie w czerwcu 2000 r. zaczęła się sensacyjnie. Stanisław G. "Małolat", jeden z trzech oskarżonych o poczwórną zbrodnię, wyznał, że ma sumieniu jeszcze jedno zabójstwo. Oświadczył, że kilka miesięcy przed letnią masakrą udusił niejakiego Sylwka. Też bezdomnego. Do tej tragedii również doszło na Koziej Górce. Wieczorem razem z kumplami pił alkohol. Był z nimi Sylwek. Kiedy "Małolat" został z nim sam, po raz pierwszy poczuł "buczenie w uszach". Bierze winę na siebie - Czułem, że muszę kogoś zabić - stwierdził wczoraj przed sądem. - Dlatego udusiłem Sylwka. Poczuł też przerażenie. Zawołał kumpli i powiedział im, że mężczyzna zasłabł. Poszli do szpitala na Szaserów i powiadomili pogotowie. Lekarz próbował reanimować Sylwka. Bez skutku. Mężczyzna już nie żył. Niedługo potem "Małolat" był przesłuchiwany przez policję. Do niczego się nie przyznał i został zwolniony do domu. Już na pierwszej rozprawie "Małolat" całą winę za śmierć czterech bezdomnych na działkach wziął na siebie. Do tragedii doszło w nocy z 29 na 30 czerwca 2000 r. We wczorajszym oświadczeniu wyjaśnił, że kiedy podczas przesłuchań na policji odpowiedzialnością za zabójstwo obarczył Zbigniewa G. i Jacka P., zasiadających dziś obok niego na ławie oskarżonych, to kłamał. - Nie jest ważne, że dostanę dożywocie - oświadczył. - Nie chcę, żeby siedzieli niewinni. Przed sądem stwierdził też, że tamtej nocy znów poczuł "buczenie w uszach". Wyszedł z altanki, bo wiedział, że będzie chciał zabić. A nie chciał, by jego ofiarami stali się oskarżeni, u których wówczas nocował. - Bardzo ich lubiłem - oświadczył. Sprawdzą akta - Nie możemy wykluczyć prawdziwości słów "Małolata". Będziemy teraz dokładnie sprawdzać akta dotyczące niewyjaśnionych spraw, gdzie ofiarami byli bezdomni - mówi policjant stołecznego wydziału zabójstw. - Niewykluczone, że wtedy sprawa była prowadzona nie jako zabójstwo, lecz pobicie ze skutkiem śmiertelnym, lub lekarze nie dopatrzyli się obrażeń wskazujących na zabójstwo. Czasami tak bywa. Sensacyjne oświadczenie Sławomira G. "Piotra Małolata" policjanci przyjęli z zainteresowaniem. Funkcjonariusze zabrali się do sprawdzania akt, nie czekając aż dokumenty trafią do nich z sądu okręgowego. Prawdopodobnie "Małolat" zostanie ponownie przesłuchany. - Trzeba sprawdzić, czy nie kłamie. Możliwe, że kreuje się na bezwzględnego, niemal seryjnego zabójcę, by zaimponować współwięźniom z celi - tłumaczy oficer policji. - Z drugiej strony nie ma już nic do stracenia. Za poczwórne zabójstwo, do którego się zresztą przyznał, grozi mu nawet dożywocie. Trudne sprawy Policjanci z wydziału zabójstw mówią, że w okolicach warszawskich ogródków działkowych często spotykali się z tajemniczymi zgonami. Tak było przy ul. Dudziarskiej, tak było też w okolicach Górki Szczęśliwickiej. - To trudne sprawy. Często znajduje się ciało bezdomnego, który jest poobijany. Nie ma żadnych świadków, a sekcja zwłok nie daje odpowiedzi, jakie były okoliczności zgonu - tłumaczy stołeczny policjant. Każdego roku ginie kilku bezdomnych. W większości przypadków do zbrodni dochodzi w wyniku kłótni, np. o znaleziony złom, albo podczas libacji. Policjanci twierdzą, że nie spotkali się z przypadkiem, by grupa jakichś zwyrodnialców "czyściła" miasto, bijąc na śmierć kloszardów.

Za wydaniem papierowym dziennika "Życie Warszawy" z dn. 29.03.2002 r.


Zbrodnia

Poczwórne zabójstwo bezdomnych na działkach

Aresztowanie podejrzanych

Policja zatrzymała trzech mężczyzn podejrzanych o zabójstwo czworga bezdomnych zamieszkujących domki w ogródkach działkowych na warszawskiej Pradze-Południe. Według ustaleń
policji makabrycznej zbrodni dokonali trzej inni mieszkańcy działek, a do poczwórnego zabójstwa doszło właściwie bez powodu. Wszystkich trzech tymczasowo aresztowano.
W ubiegły piątek przypadkowy przechodzień znalazł zmasakrowane zwłoki mężczyzny przy torach kolejowych w pobliżu ronda Wiatraczna. W jednym z domków w pobliskich ogródkach działkowych wezwana policja odkryła jeszcze zwłoki kobiety i dwóch mężczyzn. Wszystkie ofiary były bezdomne i zajmowały się zbieraniem butelek i makulatury. Miały opinię spokojnych - twierdzi policja.
Jak powiedział "Rzeczpospolitej" Dariusz Janas, rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji, w ciągu kilku dni policjanci z Wydziału Zabójstw KSP ustalili nazwiska prawie wszystkich bezdomnych zamieszkujących działki na Pradze i odtworzyli przebieg zdarzeń tragicznej nocy.
Trzech mężczyzn w jednym z domków piło alkohol. Byli to 30-letni Zbigniew G., 28-letni Jacek P. - notowani za kradzieże, rozboje i oszustwa - oraz 18-letni Stanisław G.
Po wypiciu znacznej ilości alkoholu stwierdzili, że muszą się zemścić na człowieku nazywanym "Janek", który miał im ukraść m.in. radio. Wzięli pałki, nóż i poszli go szukać. Dotarli do domku, w którym było dwóch mężczyzn i kobieta. Postanowili dowiedzieć się od nich, gdzie jest "Janek", a ponieważ tamci twierdzili, że nie wiedzą, bili ich i torturowali. Gdy nie udało się wymusić zeznań, zabili ich. Wychodząc, natknęli się na kolejnego bezdomnego. Ponieważ był już wcześniej przez nich  pobity, zaczął uciekać. Dogonili go przy torach i poderżnęli mu gardło, a ponieważ jeszcze żył, dźgnęli kilkanaście razy nożem. Po czwartym zabójstwie mężczyźni wrócili do zajmowanego przez siebie domku, gdzie wypili jeszcze pół litra wódki i poszli spać.

Dwóch starszych sprawców policja zatrzymała 3 lipca. Ostatniego, 18-nastolatka, 5 lipca na Dworcu Centralnym. W czwartek przeprowadzono z jego udziałem wizję lokalną. Opowiadał o zbrodni spokojnie i beznamiętnie, jakby relacjonował film, a nie zbrodnię, w której uczestniczył - mówią policjanci.
a.m.

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 08.07.2000 r.


Oprawca bezdomnych schwytany

Zabili ich, bo nie chcieli powiedzieć, kto ukradł radio. Hersztem bandy, która 30 czerwca brutalnie zamordowała w Warszawie czworo bezdomnych, jest 18-letni Stanisław G., uciekinier z poprawczaka. Nastolatek przyznał się do zabójstwa. Wczoraj sąd zastosował wobec zabójcy trzymiesięczny areszt.
To morderstwo wstrząsnęło Warszawą. Nawet policjanci twierdzili, że to jedna z najbardziej ponurych zbrodni ostatnich lat.
- To nie były żadne gangsterskie porachunki. Zamordowano przypadkowych ludzi - mówili policjanci.

Nie wygląda na bestię

Stanisław G. to drobny, szczupły chłopak. Bez emocji opowiadał, jak wraz z 30-letnim Zbigniewem G. i 28-letnim Jackiem P. zabijali czworo bezdomnych: 44-letniego  Mieczysława S., 40-letnią Jolantę K., 42-letniego Romana C. i 33-letniego Mariana K.
- To zdemoralizowani i bezwzględni ludzie - mówi o oprawcach Anna Różanowska z Komendy Stołecznej Policji.
Zmasakrowane ciała bezdomnych znaleziono 30 czerwca w ogródkach działkowych przy Wiatracznej w Warszawie. Tego samego dnia policja zatrzymała cztery osoby. Po przesłuchaniu wszyscy zostali zwolnieni. Dzięki ich zeznaniom w poniedziałek ujęto dwóch pierwszych uczestników zbrodni: Zbigniewa G. i Jacka P. Z braku dowodów prokurator postawił im tylko zarzuty pobicia. We wtorek obydwu aresztowano.
W środę wieczorem funkcjonariusze z komisariatu kolejowego zatrzymali 18-letniego Stanisława G., uciekiniera z poprawczaka. Od marca ukrywał się wśród bezdomnych na Dworcu Centralnym w Warszawie. Okazało się, że to herszt morderców.
- Przyznał się do zabójstwa. Mówił też, że razem z nim bezdomnych mordowali jego dwaj kompani - opowiada jeden z policjantów komisariatu kolejowego. Po jego zeznaniach Zbigniewowi G. i Jackowi P. zmieniono zarzuty z pobicia na zabójstwa.

Zemsta za kradzież

30 czerwca nastolatek ze Zbigniewem G. i Jackiem P. pojechali na działki przy Wiatracznej. W domku nr 2 urządzili balangę. Gdy "zmęczeni" alkoholem mężczyźni poszli spać, do domku włamał się kloszard o imieniu Janek i ukradł radio tranzystorowe.
Mężczyźni, gdy się ocknęli, postanowili odszukać złodzieja. Trafili do domku nr 16, gdzie mieszkali Mieczysław S., Jolanta K., Roman C. i Marian K. Doszło do awantury, potem bójki. Stanisław G. chwycił nóż i zaczął dźgać nim bezdomnych. Zbigniew G. i Jacek P. bili ich i kopali. Potem Stanisław G. opadł z sił. Kiedy odpoczął, chwycił tasak znaleziony w pobliżu i kontynuował rzeź.
Nóż "przejął" jeden z jego kompanów. Wspólnie dobijali swoje ofiary. Po wszystkim wypili pół litra wódki "na uspokojenie nerwów" i... poszli spać. W czwartek w asyście policji Stanisław G. pojechał na działki, gdzie przeprowadzono wizję lokalną.

Pokazywał, jak ich mordował

Nastolatek bardzo dokładnie odtworzył przebieg zbrodni. Pokazywał funkcjonariuszom, gdzie leżały zwłoki czterech jego ofiar, wskazywał jak i czym zadał śmiertelne rany. Zaprowadził policjantów także w miejsce, gdzie schował nóż, którym zabijał. Znaleziono również siekierkę, którą dobijano bezdomnych.
Prokurator postawił mu zarzut zabójstwa. Sąd aresztował go na trzy miesiące.
Mordercom grozi nawet dożywocie.

Za dziennikiem "Super Ekspress" z dn. 08.07.2000 r.


Masakra na Pradze

Ciala czworga bezdomnych znalezli wczoraj rano policjanci na terenie ogrodkow dzialkowych przy stacji Warszawa Wschodnia na Pradze Poludnie. Wszyscy zgineli od ciosow zadanych siekiera lub tasakiem.
- Obawiamy sie, ze ktos mogl urzadzic polowanie na bezdomnych. Ofiarom zadano po kilkanascie ran. Zanim zginely, ktos sie nad nimi strasznie pastwil. Jednemu z mezczyzn najpierw zadano kilkanascie ciosow nozem, a potem poderznieto gardlo. Pozostali: dwoch mezczyzn i kobieta, zgineli od wielokrotnych uderzen siekiera lub tasakiem.
Sprawcy zdemolowali tez domki, w ktorych mieszkaly ofiary. W kazdym razie nie wyglada to ani na napad rabunkowy, ani na zwykle porachunki - twierdzi oficer Komendy Stolecznej Policji. Na razie - oficjalnie - policja ostroznie mowi, ze "moglo dojsc do zatargow przy alkoholu". Niewykluczone, ze ta teza sie potwierdzi. Faktem jest jednak, ze w domku, ktory zostal zdemolowany przez napastnikow, znaleziono swiezo otwarte puszki po dobrym, drogim piwie.
- Ktos, kto ucztowal przy takim piwie, na pewno nie byl bezdomnym. Oni za te pieniadze kupiliby wiecej tanszego alkoholu - mowia nieoficjalnie funkcjonariusze.
Do wczoraj wieczor udalo sie ustalic tozsamosc tylko jednego z zamordowanych mezczyzn. Okazal sie nim 44-letni Mieczyslaw S., mieszkaniec ul. Kobielskiej na Pradze, ktory jakis czas temu wyprowadzil sie z domu i wybral bezdomnosc.
Podczas oblawy, ktora policjanci zorganizowali na dzialkach, zatrzymano do wieczora kilkanascie osob. Z pierwszych sygnalow wynika, ze ich zeznania nie
pozwolily odpowiedziec na pytanie, kto stoi za masakra na dzialkach.
- Podejrzewamy, ze za zabojstwem czworga bezdomnych na Pradze mogly nie stac porachunki. To wyglada na zorganizowane polowanie - mowia policjanci.
Pierwsze cialo znalazl o godz. 9 przypadkowy przechodzien, ktory szedl wzdluz torow kolejowych niedaleko ul. Druciarskiej. Nie chcial sam powiadomic policji
i powiedzial o zwlokach pierwszemu napotkanemu kolejarzowi. Ten zadzwonil na policje.
- Cialo przedstawialo makabryczny widok. Mezczyzna byl caly poprzebijany nozem. I to podciete gardlo. Mial w kieszeni dokumenty, z ktorych wynikalo, ze nazywa sie Mieczyslaw S. i mieszka na ul. Kobielskiej - opowiada policjant, ktory jako jeden z pierwszych znalazl sie na miejscu zbrodni.
Z torami granicza zapuszczone ogrodki dzialkowe. Funkcjonariusze zaczeli je przeszukiwac.
- Najpierw, blisko torow, znajdowal sie pierwszy domek. Nie bylo tam sladow krwi, ale bylo jasne, ze doszlo w nim do jakiejs walki. Porozrzucane sprzety, otwarte drzwi, tak, jakby ktos stamtad w poplochu uciekal - opowiada funkcjonariusz.
Nastepne odkrycie, w kolejnym domku, bylo jeszcze bardziej makabryczne.
- Drzwi byly otwarte na osciez. Na podlodze lezaly we krwi zwloki kobiety i mezczyzny. Osoby te zginely od licznych ciosow zadanych ciezkim, ostrym narzedziem, prawdopodobnie siekiera albo tasakiem. Na stryszku znalezlismy kolejne cialo, mezczyzny. Zginal w taki sam sposob - relacjonowal dziennikarzom na miejscu tragedii komisarz Dariusz Janas, rzecznik Komendy Stolecznej Policji.
Gdy jedni policjanci robili ogledziny zwlok, inni urzadzili na dzialkach oblawe na przebywajacych tam bezdomnych. Szukali tez narzedzi zbrodni. Zatrzymali i przesluchali kilkanascie osob, nie znalezli jednak ani nozy, ani siekier, ani tasaka.
Co sie stalo na dzialkach? Ogledziny wykazaly, ze wszystkie ofiary poniosly smierc mniej wiecej w tym samym czasie, w nocy z czwartku na piatek. - To wyglada na jakies psychopatyczne polowanie na bezdomnych. Ktos, a na pewno sprawcow bylo kilku, napadl ich w srodku nocy i bez litosci, sadystycznie wymordowal. Napastnicy zadali o wiele wiecej ciosow, niz bylo potrzeba do usmiercenia ofiar. Sa tu dwie mozliwosci: albo to byla wyjatkowo brutalna zemsta konkurencyjnej grupy bezdomnych, albo jacys skini albo bandyci urzadzili sobie poligon doswiadczalny, cwiczac usmiercanie ludzi - mowia policjanci, ktorzy - mimo zawodowej rutyny - tez sa wstrzasnieci okolicznosciami zbrodni.
- I jeszcze jedna sprawa, ktora naszym zdaniem swiadczy o tym, ze przestepstwa nie dokonali po pijanemu inni bezdomni. Tutaj sprawcy dokladnie zadbali, zeby nie zostawic sladow. Nie znalezlismy na razie narzedzi zbrodni. A pijany lump o takie szczegoly nie jest w stanie zadbac. Mordercy dopilnowali tez, zeby usunac niewygodnego swiadka. Ten mezczyzna, ktory zginal przy torach, najwyrazniej uciekal. Dopadli go jednak i zamordowali - dodaja funkcjonariusze.
Wyjasnieniem sprawy zajmuja sie policjanci z Wydzialu Zabojstw Komendy Stolecznej Policji. Wspomagaja ich funkcjonariusze z komisariatu na Pradze Poludnie. Jeszcze w piatek wieczorem patrole przeczesywaly teren dzialek, poszukujac wsrod wracajacych tam na noc bywalcow swiadkow zbrodni.
- Uruchomilismy tez "wywiad" w srodowisku bezdomnych. Zadanie moze jednak nie byc latwe. W Warszawie jeszcze nie bylo takiego masowego morderstwa w tym srodowisku - mowia policjanci.
Grzegorz Matuszewski

Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 01.07.2000 r.



Masakrowali po pijanemu

Warszawska policja zatrzymała trzech mężczyzn podejrzanych o udział w zabójstwie czworga bezdomnych, na warszawskiej Pradze, tydzień temu - dowiedział się portal. pl. Wszystkim trzem,
podejrzanym o udział w masakrze, postawiono zarzut poczwórnego zabójstwa. Zostali tymczasowo aresztowani.
- Zatrzymani to: 18-letni Stanisław G., 28-letni Jacek P. i 30-letni Zbigniew G. Wszyscy trzej są znani policji: kradli, dokonywali włamań, oszukiwali. Zostali aresztowani na trzy miesiące. Żaden z nich nie czuje się bezpośrednio winny, choć nie zparzeczają, że brali udział w zabójstwach. Podczas wizji lokalnej relacjonowali szczegóły masakry w beznamiętny sposób - powiedział portalowi.pl. nadkomisarz Dariusz Janas, rzecznik stołecznej policji.
Zwłoki mężczyzny, leżące przy torach kolejowych, na peryferiach Warszawy znalazł 30 czerwca przypadkowy przechodzień. Na ciele denata było kilkanaście ran kłutych, poza tym mężczyzna miał podcięte gardło.
Policja przeszukała pobliski teren. Na jednej z działek, w otwartym domku, znaleziono trzy kolejne ciała, całe we krwi - kobiety i dwóch mężczyzn.
Wszystkie cztery ciała miały podobne rany. Zdaniem policji doszło do zbiorowej egzekucji. Nie wykluczano że masowego mordu dokonała jedna osoba.
- Z zeznań świadków wynika, że trzej podejrzani szukali w okolicach działek niejakiego "Janka", który ukradł im radio tranzystorowe. Gdy kolejne, spotkane osoby mówiły, że "Janka nie znają", były przez podejrzanych atakowane, bite i w końcu zabijane. Oczywiście byli pod wpływem alkoholu - powiedział portalowi.pl. nadkomisarz Dariusz Janas.
Mężczyzna znaleziony przy torach został zabity na końcu. Napastnicy najpierw go pobili i zostawili. Potem poszli na działki, gdzie dokonali mordu na dwóch mężczyznach i kobiecie. Wracając, znaleźli pobitego, który właśnie się podnosił. Wtedy zaatakowali go nożem.
- Po całym tym zdarzeniu wrócili do swojej meliny, gdzie wypili pól litra i poszli spać - mówią policjanci.
Dwóch starszych mężczyzn policja ujęła wcześniej. Natomiast 18-latka, o pseudonimie "Piotrek-Małolat" udało się zatrzymać dopiero 5 lipca, na dworcu. Jest uciekinierem z zakładu karnego, który ukrywał się na działkach.
Edyta Krześniak/iar

Artykuł z sewrisu portalu "Portal.pl" z dn. 28.06.2000 r.


Proszę wybrać przejście:

strona utworzona 08.07.2000 r.