Morderstwo czworga bezdomnych w Warszawie w dn. 30.06.2000 r.
|
Aktualizacja 17.06.2003 r. Zabili bo byli źli Dwa dożywocia i 25 lat pozbawienia wolności - na takie kary skazał sąd trzech mężczyzn oskarżonych o zabójstwo czwórki bezdomnych na grochowskich działkach w okolicach Koziej Górki. Jacek Precz tępo patrzył na sąd, który ogłaszał wyrok, a potem uzasadnienie. Zbigniew Giedroyć pochylił głowę i skrył twarz w dłoniach. Kiedy podniósł się na wezwanie sądu, widać było, że jest wściekły. Obaj nie przyznali się do zbrodni. Sąd wymierzył im kary dożywotniego pozbawienia wolności. Na pytanie przewodniczącej składu orzekającego sędzi Małgorzaty Jareckiej, czy zrozumieli wyrok, obaj odparli przekornie, że nie. Wyraźnie załamany był trzeci oskarżony Stanisław Giemzała. Dostał karę 25 lat pozbawienia wolności. Nie o wysokość kary pewnie jednak chodziło, bo dokładnie o taką poprosił w ostatnim słowie. Poszło raczej o to, że sąd nie uwierzył mu, kiedy przekonywał, że to on dopuścił się poczwórnego zabójstwa. Chęć zabijania wytłumaczył "buczeniem" w uszach i "jakąś siłą", która pchała do popełniania kolejnych morderstw. Upierał się, że jego koledzy z zabójstwem nie mieli nic wspólnego. Jednocześnie to właśnie on przyczynił się do ukarania kumpli, którzy dwoili się i troili, by uniknąć kary. Kiedy 30 czerwca 2000 r. Giemzała brał udział w masakrze, do której doszło na grochowskich działkach, był świeżo upieczonym 18-latkiem. To jego zeznania pozwoliły prokuraturze, a potem sądowi, ustalić, co tak naprawdę wydarzyło się na działce nr 16. Opowiedział o konflikcie, do jakiego doszło między grupą bezdomnych a Zbigniewem Giedroyciem, o tym, jak pewien Janek zbił w zamieszkiwanym przez Giedroycia domku kilka naczyń i zniszczył oczko wodne. I o nocy, podczas której doszło do prawdziwej masakry. Trzej oskarżeni, po sporej dawce alkoholu, ruszyli na poszukiwania Janka. Byli wyjątkowo agresywni. Po drodze pobili człowieka. Trop zaprowadził ich na działkę nr 16. Janka tam wprawdzie nie znaleźli, swoją agresję rozładowali jednak na jej mieszkańcach. Nóż typu finka i siekiera - tymi narzędziami z wyjątkowym okrucieństwem zamordowali dwóch mężczyzn i kobietę. Potem dopadli tego samego mężczyznę, którego pobili przed dokonaniem pierwszego zabójstwa. Niespodziewanie pojawił się w okolicach działki nr 16. Bali się, że mógł być świadkiem masakry. - Wersja pierwsza jest wersją prawdziwą i wiarygodną - orzekł wczoraj sąd. - Ma ona oparcie w opiniach biegłych i zeznaniach świadków. O co więc chodzi Giemzale? Sąd nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. - Biegli orzekli, że być może jest to swoista linia obrony oskarżonego albo manifestacja osobowości - mówiła w uzasadnieniu wyroku sędzia Małgorzata Jarecka. - Może oskarżony chciał zaistnieć w tym procesie jako ktoś ważny? Przykro, jeśli tak jest. A może się bał? - pytała retorycznie. Wątpliwości za to nie było co do motywu zbrodni. Co ich do niej pchnęło? - Odpowiedź jest tragicznie prosta: alkohol, agresja, szukanie odwetu - wyliczała sędzia Jarecka. - Żadnym z oskarżonych nie kierowała jakakolwiek tajemna siła. Zbigniew Giedroyć zabił, bo tego dnia był bardzo zły. Zdemolowano mu działkę, zburzono oczko wodne, pobito jego kolegę. Wraz z Jackiem Preczem rzucił się na mieszkańców działki nr 16, którzy z "demolką" niewiele mieli wspólnego. To Giedroyć wciągnął w zbrodnię Giemzałę. Kazał mu dobić konającą kobietę, a potem mężczyznę, który mógł być świadkiem mordu. Aneta Polak Za dziennikiem Życie Warszawy z dn. 14.06.2003 r. Zamordowali ze złości Dwa dożywocia oraz 25 lat więzienia - takie kary otrzymali w Sądzie Okręgowym w Warszawie trzej mężczyźni oskarżeni o zabójstwo czworga bezdomnych. Do zbrodni doszło na działkach na Grochowie w Warszawie w czerwcu 2000 r. Prokurator żądał dożywocia dla 33-letniego Zbigniewa G., 31-letniego Jacka P. i 21-letniego Stanisława G. Stanisław G. przyznał się do zbrodni i otrzymał 25 lat więzienia, co sąd uzasadniał jego wyjaśnieniami, które pozwoliły ujawnić sprawę. Oskarżeni to bezdomni mieszkańcy działek. Byli już w przeszłości karani za kradzieże, oszustwa, rozboje i włamania. Według policji, w noc zabójstwa pili na działkach alkohol. Postanowili odnaleźć człowieka imieniem Janek, chcąc się na nim zemścić za włamanie do ich domku. Wzięli m.in. pałki i nóż i zaczęli na okolicznych działkach szukać "Janka". Nikt nie wiedział, gdzie jest "Janek", wobec czego wyładowali agresję na trojgu innych bezdomnych; dwóch mężczyznach i kobiecie. Przy użyciu małej siekierki i noża napastnicy brutalnie zamordowali całą trójkę. Gdy sprawcy wyszli z domku ofiar, zobaczył ich jeszcze jeden mężczyzna, który zaczął uciekać. Został dogoniony i brutalnie zamordowany. Obrońcy skazanych na dożywocie zapowiedzieli apelację. - Zabiłem jeszcze jedną osobę - oświadczył wczoraj przed sądem Stanisław G., który bierze na siebie całą winę za śmierć czwórki bezdomnych na działkach na Koziej Górce. - Miałem buczenie w uszach i czułem, że muszę kogoś zabić. Udusiłem wtedy Sylwka. Rewelacje Stanisława G. już sprawdza stołeczna policja. Kolejna rozprawa w sprawie o zabójstwo na działkach na Grochowie w czerwcu 2000 r. zaczęła się sensacyjnie. Stanisław G. "Małolat", jeden z trzech oskarżonych o poczwórną zbrodnię, wyznał, że ma sumieniu jeszcze jedno zabójstwo. Oświadczył, że kilka miesięcy przed letnią masakrą udusił niejakiego Sylwka. Też bezdomnego. Do tej tragedii również doszło na Koziej Górce. Wieczorem razem z kumplami pił alkohol. Był z nimi Sylwek. Kiedy "Małolat" został z nim sam, po raz pierwszy poczuł "buczenie w uszach". Bierze winę na siebie - Czułem, że muszę kogoś zabić - stwierdził wczoraj przed sądem. - Dlatego udusiłem Sylwka. Poczuł też przerażenie. Zawołał kumpli i powiedział im, że mężczyzna zasłabł. Poszli do szpitala na Szaserów i powiadomili pogotowie. Lekarz próbował reanimować Sylwka. Bez skutku. Mężczyzna już nie żył. Niedługo potem "Małolat" był przesłuchiwany przez policję. Do niczego się nie przyznał i został zwolniony do domu. Już na pierwszej rozprawie "Małolat" całą winę za śmierć czterech bezdomnych na działkach wziął na siebie. Do tragedii doszło w nocy z 29 na 30 czerwca 2000 r. We wczorajszym oświadczeniu wyjaśnił, że kiedy podczas przesłuchań na policji odpowiedzialnością za zabójstwo obarczył Zbigniewa G. i Jacka P., zasiadających dziś obok niego na ławie oskarżonych, to kłamał. - Nie jest ważne, że dostanę dożywocie - oświadczył. - Nie chcę, żeby siedzieli niewinni. Przed sądem stwierdził też, że tamtej nocy znów poczuł "buczenie w uszach". Wyszedł z altanki, bo wiedział, że będzie chciał zabić. A nie chciał, by jego ofiarami stali się oskarżeni, u których wówczas nocował. - Bardzo ich lubiłem - oświadczył. Sprawdzą akta - Nie możemy wykluczyć prawdziwości słów "Małolata". Będziemy teraz dokładnie sprawdzać akta dotyczące niewyjaśnionych spraw, gdzie ofiarami byli bezdomni - mówi policjant stołecznego wydziału zabójstw. - Niewykluczone, że wtedy sprawa była prowadzona nie jako zabójstwo, lecz pobicie ze skutkiem śmiertelnym, lub lekarze nie dopatrzyli się obrażeń wskazujących na zabójstwo. Czasami tak bywa. Sensacyjne oświadczenie Sławomira G. "Piotra Małolata" policjanci przyjęli z zainteresowaniem. Funkcjonariusze zabrali się do sprawdzania akt, nie czekając aż dokumenty trafią do nich z sądu okręgowego. Prawdopodobnie "Małolat" zostanie ponownie przesłuchany. - Trzeba sprawdzić, czy nie kłamie. Możliwe, że kreuje się na bezwzględnego, niemal seryjnego zabójcę, by zaimponować współwięźniom z celi - tłumaczy oficer policji. - Z drugiej strony nie ma już nic do stracenia. Za poczwórne zabójstwo, do którego się zresztą przyznał, grozi mu nawet dożywocie. Trudne sprawy Policjanci z wydziału zabójstw mówią, że w okolicach warszawskich ogródków działkowych często spotykali się z tajemniczymi zgonami. Tak było przy ul. Dudziarskiej, tak było też w okolicach Górki Szczęśliwickiej. - To trudne sprawy. Często znajduje się ciało bezdomnego, który jest poobijany. Nie ma żadnych świadków, a sekcja zwłok nie daje odpowiedzi, jakie były okoliczności zgonu - tłumaczy stołeczny policjant. Każdego roku ginie kilku bezdomnych. W większości przypadków do zbrodni dochodzi w wyniku kłótni, np. o znaleziony złom, albo podczas libacji. Policjanci twierdzą, że nie spotkali się z przypadkiem, by grupa jakichś zwyrodnialców "czyściła" miasto, bijąc na śmierć kloszardów. Za wydaniem papierowym dziennika "Życie Warszawy" z dn. 29.03.2002 r. Zbrodnia Poczwórne zabójstwo bezdomnych na działkach Aresztowanie podejrzanych Policja zatrzymała
trzech mężczyzn podejrzanych o zabójstwo czworga bezdomnych zamieszkujących
domki w ogródkach działkowych na warszawskiej Pradze-Południe. Według
ustaleń Dwóch starszych
sprawców policja zatrzymała 3 lipca. Ostatniego, 18-nastolatka, 5 lipca
na Dworcu Centralnym. W czwartek przeprowadzono z jego udziałem wizję
lokalną. Opowiadał o zbrodni spokojnie i beznamiętnie, jakby relacjonował
film, a nie zbrodnię, w której uczestniczył - mówią policjanci. Za dziennikiem
"Rzeczpospolita"
z dn. 08.07.2000 r. Oprawca bezdomnych schwytany Zabili ich, bo
nie chcieli powiedzieć, kto ukradł radio. Hersztem bandy, która 30 czerwca
brutalnie zamordowała w Warszawie czworo bezdomnych, jest 18-letni Stanisław
G., uciekinier z poprawczaka. Nastolatek przyznał się do zabójstwa.
Wczoraj sąd zastosował wobec zabójcy trzymiesięczny areszt. Nie wygląda na bestię Stanisław G. to
drobny, szczupły chłopak. Bez emocji opowiadał, jak wraz z 30-letnim
Zbigniewem G. i 28-letnim Jackiem P. zabijali czworo bezdomnych: 44-letniego
Mieczysława S., 40-letnią Jolantę K., 42-letniego Romana C. i 33-letniego
Mariana K. Zemsta za kradzież 30 czerwca nastolatek
ze Zbigniewem G. i Jackiem P. pojechali na działki przy Wiatracznej.
W domku nr 2 urządzili balangę. Gdy "zmęczeni" alkoholem mężczyźni poszli
spać, do domku włamał się kloszard o imieniu Janek i ukradł radio tranzystorowe.
Pokazywał, jak ich mordował Nastolatek bardzo
dokładnie odtworzył przebieg zbrodni. Pokazywał funkcjonariuszom, gdzie
leżały zwłoki czterech jego ofiar, wskazywał jak i czym zadał śmiertelne
rany. Zaprowadził policjantów także w miejsce, gdzie schował nóż, którym
zabijał. Znaleziono również siekierkę, którą dobijano bezdomnych. Za dziennikiem "Super Ekspress" z dn. 08.07.2000 r. Masakra na Pradze Ciala czworga bezdomnych
znalezli wczoraj rano policjanci na terenie ogrodkow dzialkowych przy
stacji Warszawa Wschodnia na Pradze Poludnie. Wszyscy zgineli od ciosow
zadanych siekiera lub tasakiem. Za dziennikiem
"Życie Warszawy"
z dn. 01.07.2000 r. Masakrowali po pijanemu Warszawska policja
zatrzymała trzech mężczyzn podejrzanych o udział w zabójstwie czworga
bezdomnych, na warszawskiej Pradze, tydzień temu - dowiedział się portal.
pl. Wszystkim trzem, Artykuł z sewrisu portalu "Portal.pl" z dn. 28.06.2000 r. |
strona utworzona 08.07.2000 r.