Morderstwo Beaty S.
na warszawskim Zaciszu w 1994 r.
Aktualizacja
16.05.2001 r.
Witryna uniosceptyków
Witryna
Antysocjalistycznego Mazowsza
25
lat dla morderców
- Zabiliście mi
siostrę - krzyczał brat ofiary do skazanych na 25 lat wiezienia Janusza
S. i Andrzeja K. W 1994 r. na Zaciszu zabili oni 21-letnią Beatę S.
Bili ją metalową rurką po głowie, dusili, a na koniec wrzucili ciało
do wanny pełnej wody.
Motywem zbrodni był rabunek. Po zabójstwie bandyci zabrali z mieszkania
90 tys. zł i dwa kilogramy wyrobów ze złota.
- Obaj chcieli zrealizować swoje marzenia. S. kupił nowego poloneza
i rozpoczął budowę domu, który świadkowie określali jako "pałacyk".
Cały czas chodził obwieszony zlotem. K. chciał mieć własny interes -
mówiła sędzia Aniela Zadruzna.
Do zabójstwa doszło 17 maja 1994 r. w willi na Zaciszu, w której Janusz
S. wykonywał wcześniej prace remontowe. Stad znał wszystkich domowników,
rozkład mieszkania, wiedział, kiedy nikogo nie ma w domu.
Początkowo mężczyźni chcieli tylko okraść dom. Jednak dla pewności,
aby "w razie czego unieszkodliwić domowników", wzięli ze sobą metalowa
rurkę. Furtkę otworzyła im 21-letnia Beata S. (była miesiąc przed ślubem).
Z uśmiechem zaprosiła do środka i poczęstowała ich kawą. Gdy stała do
nich tyłem, zmywając naczynia, padł pierwszy cios. Dziewczyna została
kilkakrotnie ugodzona metalową rurką w głowę. Potem była duszona. Dla
pewności oprawcy włożyli ciało do wanny.
- Po zabójstwie spokojnie kradli pieniądze i złoto - podkreśliła przewodnicząca
składu orzekającego. Dodała, ze Beata S. była dla nich tylko przeszkodą
w zdobyciu łupu. - Działali z niskich pobudek. Mordu dokonali w biały
dzień, w mieszkaniu, które powinno być miejscem, gdzie człowiek czuje
się bezpiecznie. Tak czuła się Beata S., zapraszając ich do środka.
Nie spodziewała się napaści. Było to brutalne działanie, z całą premedytacją.
Obaj napastnicy byli trzeźwi, w pełni świadomi. Wiedząc, że ktoś jest
w domu, weszli do środka, godząc się z zamiarem zbrodni - mówiła sędzia
Aniela Zadruzna.
Z braku dowodów prokuratura dwukrotnie umarzała śledztwo. Wznowiono
je dopiero, gdy przypadkiem zatrzymano w innej sprawie Andrzeja K. Podczas
pierwszego przesłuchania przyznał się do morderstwa.
- K. dokładnie opisał, jak razem z S. pojechali na miejsce i jak doszło
do zabójstwa. Zademonstrował sposób zaatakowania rurką Beaty S. Z własnej
inicjatywy sporządził nawet szkic domu na Zaciszu. Tylko sprawca mógł
znać takie szczegóły. Ponadto zeznając przed prokuratorem, z płaczem
stwierdził, ze chciałby cofnąć czas.
Janusz S. (po zatrzymaniu w innej sprawie - red.), także przyznał się
policjantom do
zamordowania młodej kobiety - mówiła sędzia.
Sprawa toczyła się blisko osiem lat, ponieważ nie było żadnych bezpośrednich
dowodów świadczących, że to K. i S. zabili 21-letnią dziewczynę. Żaden
z blisko stu przesłuchanych świadków nie rozpoznał ich w stu procentach.
MICHAL GAJEWSKI
Za dziennikiem Życie
Warszawy
Po 25 lat więzienia za zabicie 21-letniej dziewczyny
Życie
Beaty nie było dla nich wartością
Po prawie siedmiu
latach od zabójstwa Beaty warszawski Sąd Okręgowy wydał wyrok w tej
sprawie. Obu oskarżonych uznał za winnych zbrodni. Wymierzył im po 25
lat więzienia, najwyższą z kar przewidzianych przez prawo w czasie,
gdy dokonano tego przestępstwa.
Beata S. miała 21 lat. Właśnie uczyła się do matury. Za miesiąc miała
wyjść za mąż. Nie zdążyła. 17 maja 1994 r. matka znalazła jej ciało
pływające w wannie głową w dół. - W sukni, w której miała wziąć ślub,
złożono ją do grobu - powiedziała, ogłaszając wyrok, sędzia Aniela Zadrużna,
przewodnicząca składu orzekającego. Matka zamordowanej wybuchnęła płaczem.
Po przeszło dwóch i pół roku prowadzenia procesu sąd nie miał żadnych
wątpliwości, że zbrodnię zaplanował Janusz S. Znał zabitą, bo remontował
dom jej matki. Najprawdopodobniej dlatego ostrożna zazwyczaj dziewczyna
wpuściła jego i drugiego sprawcę do środka.
Niewykluczone, że pierwotnie przestępcy nie planowali mordu, tylko zwykłą
kradzież. Sąd przyjął jednak, że skoro widząc jednego z domowników nie
poniechali swych planów, to działali z zamiarem bezpośrednim zabójstwa.
Pierwszy cios metalową rurką zadał Andrzej K., potem dołączył do niego
Janusz S. Już nieżywą ofiarę sprawcy przeciągnęli do łazienki i wrzucili
do wypełnionej wodą wanny. - Ułożyli ciało dziewczyny twarzą do dna,
aby mieć pewność, że pozbawili ją życia - przyjął sąd. Łupem mężczyzn
padło ok. 90 tys. dolarów i 2 kg złotej biżuterii.
Prowadzone ponad rok śledztwo nie doprowadziło do zatrzymania sprawców
i w końcu zostało umorzone. Zdaniem sądu winę za to ponoszą pracujący
nieudolnie policjanci. Choć matka zabitej podała dane Janusza S., określając
go jako osobę niegodną zaufania, nie sprawdzili tego śladu. - Karygodnym
błędem było też nieprzesłuchanie świadka, który widział wchodzących
sprawców - powiedziała, uzasadniając wyrok sędzia Zadrużna. Jej zdaniem
miało to wpływ na postawę świadka w sali rozpraw. Artur J. na większość
pytań sądu odpowiadał: "nie pamiętam".
Śledztwo wznowiono w 1997 r. Najdziwniejsze jest to, że to sam Janusz
S. wskazał policji trop. Zatrzymany do innej sprawy oświadczył, że za
pieniądze może podać informacje o zabójstwie Beaty. - Trudno sądowi
zrozumieć takie postępowanie.
Andrzej K. wskazany przez Janusza S. przyznał się do winy i szczegółowo
opisał wydarzenia do momentu zadania pierwszego ciosu. Nie pamiętał,
co działo się dalej. Pod koniec procesu zmienił wersję, oświadczając,
że przyznanie wymusili na nim biciem i szantażem policjanci. To od nich
oskarżony miał poznać fakty, podawane później w czasie wizji lokalnej.
Sąd uznał te tłumaczenia za przyjętą linię obrony. - Oskarżony podawał
szczegóły, których policjanci nie mogli wymyślić. Mógł je znać tylko
sprawca - uznał sąd. O prawdziwości pierwszych wyjaśnień dodatkowo przekonała
sąd skrucha, wyrażana wówczas przez podejrzanego. Mówił, że bardzo żałuje
tego, co zrobił, że chciałby cofnąć czas.
Obu podsądnym wymierzono po 25 lat więzienia. - Dopuścili się największej
zbrodni, pozbawili życia młodą dziewczynę, która miała przecież swe
życiowe plany. Życie Beaty nie przedstawiało dla nich żadnej wartości,
stanowiło jedynie przeszkodę do pokonania - uzasadnił sąd. Dożywocia
nie mogły zostać orzeczone, ponieważ czyn popełniono za rządów poprzedniego
kodeksu karnego, który nie przewidywał takiej kary. Z tych samych względów
sąd nie mógł uwzględnić wniosku prokuratora o ograniczenie możliwości
warunkowego zwolnienia.
Dodatkowo sąd uznał roszczenia cywilne matki zamordowanej. Domagała
się 311 tys. zł zadośćuczynienia za poniesione straty. Sąd zobowiązał
oskarżonych, by po połowie spłacili tę sumę.
Po ogłoszeniu wyroku sędzia Zadrużna spytała oskarżonych, czy zrozumieli
jego treść. Tylko Andrzej K. potwierdził. - Nie zrozumiałem - oświadczył
jego wspólnik. - A czego oskarżony nie zrozumiał? - Wszystkiego.