Morderstwo 21-letniej Anny Dybowskiej "z powodu urodzin" - Zduny (Łowickie) - 07.2004

Antysocjalistyczne Mazowsze

Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza

 

Aktualizacja 26.11.2010

Ania jest z nami

Piotr Polechoński

dodano: 3 września 2007, 0:01

Trzy lata temu bandyci zabili im córkę, bo chcieli uczcić urodziny jednego z nich. Dybowscy mają nadzieję, że o ich dziecku świat nie zapomni.

- Coś panu pokażę - mówi cicho. Potem wychodzi do drugiego pokoju. Gdy wraca, trzęsą się jej ręce. Bogusława Dybowska dużą, papierową torbę rozwija powoli i nieporadnie.

- Bardzo rzadko to robię - dodaje wyciągając białą bluzkę. Ania miała ją na sobie, gdy jechała na egzamin. Ale wtedy wyglądała ona inaczej: była gładziutka, pachnąca, bez żadnych kantów. Córka prasowała ją długo, wiedziała, że czeka ją ważna chwila w życiu i chciała, by wszystko było jak trzeba. Dziś wielkie, rdzawe plamy pokazują, jak Ania umierała. Krew trysnęła, gdy uderzała głową o nasyp. Nie cierpiała długo - serce biło trzy minuty, zanim stanęło.

- Bluzkę policjanci pokazali mi po śmierci córki - wspomina matka. - Teraz patrzę na nią chyba drugi raz lub trzeci. Wolę pamiętać Anię żywą, ale czasami przychodzi taki dzień, że chcę być jak najbliżej chwili, gdy odchodziła. Choć upłynęło tyle czasu, to wydaje się, jakby to stało się wczoraj - mówi w zadumie.

Z jednej telewizji do drugiej

W 2004 roku bestialski mord na 21-letniej Ani Dybowskiej wstrząsnął całą Polską. Straciła życie, gdy dwaj młodzi mordercy wyrzucili ją z pędzącego pociągu.

Dziewczyna mieszkała w Jarkowie w gminie Rymań, niedaleko Kołobrzegu. Jarkowo to mała miejscowość, gdzie czas płynie leniwie, a każdy kolejny dzień jest podobny do poprzedniego. Bogusława i Jerzy Dybowscy mieszkają na skraju wsi, w dużym budynku po dawnej, poniemieckiej jeszcze szkole.

Ania miała cztery siostry. Dziś Ola ma 22 lata, Joasia 20, a dwa małe szkraby - bliźniaczki Iza i Natalka - są dumne, bo we wrześniu pójdą do drugiej klasy. Starsze też z nauką sobie radzą i studiują zaocznie.

Gdy zginęła Ania, o skromnej rodzinie z Jarkowa usłyszała cała Polska. Ekipy telewizyjne odwiedzały ich codziennie, prasa opisywała bez przerwy. Pani Bogusława wystąpiła w programie Ewy Drzyzgi, a pan Jerzy udzielił tylu wywiadów, że szybko przestał je liczyć.

Pytano ich zawsze o to samo, a oni to samo odpowiadali. Że nie rozumieją, jak można kogoś zabić bez powodu, a ból i rozpacz nie mają granic; że gdy zamieszkają już w człowieku, to na zawsze. Że wybaczyć można tym, co żałują, a morderców bez sumienia powinno spotkać to samo, co oni zrobili swoim ofiarom. Że świat bez ich córki nie będzie już taki sam - będzie pusty.

Dziennikarzom nie odmawiali, bo czuli, że dopóki cała Polska na nich patrzy, to sąd nie będzie zbyt łaskawy, a i im było lżej.

- Cały ten zgiełk człowieka otępiał i ból był mniejszy. Podawano sobie nas z jednej telewizji do drugiej, a myśmy szli jak we mgle. Czasu było mało na rozmyślania i może dzięki temu nie zwariowaliśmy - zastanawia się pan Jerzy.

Pani wszystko rozumie, prawda?

Tak było do ogłoszenia wyroku. 5 września 2005 roku. Bogusława Dybowska tego dnia ma urodziny.

- Może to był jakiś znak? Tam z góry, od Ani? - pyta zamyślona.

Od tej chwili dziennikarze przestali dzwonić, telewizje przyjeżdżać. Ale Dybowscy nie mają o to żalu.

- Świat przecież idzie do przodu i nie ma co się obrażać. Na początku to było trochę dziwne: żadnych telefonów, cisza, spokój. Później się przyzwyczailiśmy. Trzeba było zacząć normalnie żyć - mówią.

Bali się tylko jednego: że o Ani nikt nie będzie pamiętał. Ważni tu nie byli oni, ważna była ich córka. Jej śmierć była tak okrutna i bezsensowna, że najbardziej zabolałoby ich to, gdyby wszyscy o niej zapomnieli.

To znaczy bali się o to dwa lata temu, dziś wiedzą, że niepotrzebnie. Bo o Ani ludzie pamiętają. I ci z najbliższej okolicy, co ich córkę znali, jak i ci, którzy nigdy jej nie spotkali.

Jedna z przyjaciółek Ani niedługo urodzi dziewczynkę.

- Przyszła do nas specjalnie, aby powiedzieć, że dadzą jej na imię Anna, tak jak na imię miała nasza córunia - opowiada przez łzy pani Bogusława.

Inne koleżanki a to zadzwonią, a to kartkę na święta przyślą. Pamiętają też sąsiedzi. Ale i obcy się znajdą w okolicy, którzy rękę mocniej uścisną.

- Niedawno jakaś pani jechała samochodem i spytała mnie o drogę. A gdy jej tłumaczyłam, nagle chwyciła mnie za dłoń i pyta: "Pani Dybowska?". Ja mówię: "Tak, to ja". A ona wtedy: "Nie wiem, co powiedzieć, ale pani wszystko rozumie, prawda?". Potem pocałowała mnie w policzek i odjechała - wspomina mama Ani.

Z kolei przez ponad pół roku ktoś codziennie przynosił wielki znicz i bukiet kwiatów. - Do tej pory nie wiemy, kto to był - mówią Dybowscy.

Dzwonią do nich ludzie, którym tak jak im ktoś zabił dziecko. Choćby ten mężczyzna z Poznania, który stracił 9-letnią córeczkę. Zabił ją 14-latek z tego samego podwórka, który dobrze ją znał. Potem zwłoki ukrył u siebie w domu i dopiero pojawiające się robaki na ścianach u sąsiadów wskazały mordercę.

- Ten pan osiwiał w ciągu jednej nocy i małżeństwo mu się rozsypało. Raz nas odwiedził. Nawet za dużo rozmawiać nie musieliśmy. My i on wiemy, że słowa nie są potrzebne - wzdycha pan Jerzy.

Ania w Kaplicy Męczenników

Ania ma swoją kapliczkę. Zadbali o to księża z Sanktuarium Błogosławionej Karoliny Kózkówny w Zabawie, niedaleko Tarnowa. Karolina Kózkówna miała 16 lat, gdy w 1914 roku została brutalnie zamordowana przez rosyjskiego żołnierza. Bardzo szybko wokół jej osoby zaczął tworzyć się kult, a okoliczni mieszkańcy zaczęli szukać u niej wsparcia i pocieszenia. Dziś jedna z części Sanktuarium to Kaplica Męczenników. Składa się z kilkunastu ołtarzyków, każdy poświęcony innej młodej osobie zamordowanej w Polsce ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Wśród nich jest Ania Dybowska. Kilka słów o niej i o tym jak zginęła napisała jej mama, tuż obok jest zdjęcie córki i miejsce, aby zapalić świeczkę.

- Utworzyliśmy kaplicę, aby się modlić o dusze tych młodych ludzi i zaprotestować w ten sposób przeciwko siłom ciemności, które tak brutalnie nas atakują - mówi ksiądz Zbigniew Szostak z Sanktuarium w Zabawie.

Specjalne nabożeństwo odprawiane jest w Kaplicy Męczenników 18 dnia każdego miesiąca (błogosławiona Karolina Kózka została zamordowana 18 listopada).

- Modlimy się wtedy o ich dusze i ukojenie dla ich rodzin - dodaje duchowny. Prosi też, aby każdy tego właśnie dnia, raz w miesiącu, postawił w oknie swojego domu zapalony znicz. - Niech to będzie symbol naszej solidarności z ofiarami oraz nadziei na to, że wcześniej czy później spotkamy tych, których kochamy - zachęca kapłan.

Taki znicz zapala się w Jarkowie. Mama Ani, gdy tylko się dowiedziała o Kaplicy Męczenników, pamięta, aby znicz zapłonął. W sanktuarium w Zabawie jeszcze nie była, ale razem z mężem planują tam pojechać.

- Jakoś człowiekowi lżej, gdy wie, że inni ludzie modlą się za naszą córeczkę - ojciec kiwa głową.

Oboje też wiedzą, że o zabójstwie ich córki powstał film. Jeden z odcinków serialu "Pitbull" opowiada o śmierci Ani i schwytaniu morderców. Nie, nie widzieli go jeszcze, ale znajomi i starsze córki mówiły, że pokazuje wszystko tak, jak było. Że krzywdy Ani i rodzinie nie robi.

- To dobrze, że tak się dzieje. Widać, że to, co spotkało nasze dziecko, jest dla ludzi ważne. Zawsze ból łatwiej jest nieść przez życie, gdy inni pomagają - mówią w zadumie rodzice.

Dzido nas zawiódł

Dybowscy żal mają tylko do jednego człowieka. Henryk Dzido, wtedy adwokat i senator Samoobrony oraz obrońca Andrzeja Leppera, sam się do nich zgłosił obiecując, że będzie ich reprezentował w procesie, jaki chcieli wytoczyć PKP. Ich zdaniem kolej nie zapewniła córce bezpiecznej podróży i po części była winna jej śmierci. Prokuratura jednak sprawę umorzyła.

- Stało się tak przez Dzido. Dużo mówił, a kompletnie nic nie robił. Tylko nas oszukiwał. Mogliśmy się od razu domyśleć, że chodziło mu tylko o to, aby zaistnieć w mediach - mówi ojciec Ani.

- Skrzywdził zrozpaczonych ludzi. Jak tak można? - pyta z niedowierzaniem pani Bogusława.

Sam Henryk Dzido zapewnia, że zrobił wszystko, co było w jego mocy, ale to prokuratura podejmuje decyzję. - Na pewno nie chodziło mi o medialne nagłośnienie mojej osoby. Zająłem się tą sprawą z odruchu serca - powiedział nam.

Bo ona cała nie umarła

Mama Ani wierzy, że córka jest z nimi cały czas. Czasami poczuje jej obecność na jawie, innym razem zobaczy ją we śnie.

- Mamo, już wszystko jest dobrze. Zobacz, już mnie nie boli - uśmiechnie się do niej dziewczyna. Nie jest tam sama, bo raz nawet powiedziała, że jest z nią kolega, który zmarł jeszcze w podstawówce.

Bogusława Dybowska przez jakiś czas brała leki, ale w końcu je odstawiła. Teraz czuje się lepiej, a i codzienność ma swoje prawa i potrafi człowieka odciągnąć od rozpaczy i tęsknoty. Tak jak wcześniej kobieta jeździ na targ i sprzedaje kury, jajka, kurczaki. Roboty nie brakuje, to i nie ma czasu na myślenie. Ale niekiedy przyjdzie nagle taki moment, że tchu zabraknie, serce zacznie bić jak oszalałe i trzeba na chwilę usiąść, bo nogi miękną. Wtedy łzy same płyną i chce się krzyczeć, ale coś w gardle dusi, że nie sposób.

- Siedzę wtedy w milczeniu i płaczę. Aż w końcu puszcza i można żyć dalej - mówi mama Ani. Starsze córki częściej milczą, bliźniaczki ciągle pytają "gdzie jest Ania?". Pamiętają siostrę, która tak bardzo lubiła się z nimi bawić i tak nagle odeszła. Jerzy Dybowski najcięższe chwile przeżywa przed zaśnięciem, gdy wróci z pola.

- Człowiek leży i myśli. Co ona czuła, gdy ją bili, gdy ją mordowali? Czy ją bolało? Czy wołała mnie na pomoc? - zastanawia się.

Oboje z żoną wiedzą, że żyją dalej tylko dlatego, bo mają dla kogo żyć. Najmłodsze dzieci ich potrzebują i ta myśl daje im nadzieję.

Dziś wiedzą, że czas wcale nie goi ran, ale dzięki niemu można nauczyć się z nimi żyć. To rodzina pomaga przejść przez piekło i nie oszaleć. I myśl, że o córce ludzie nie zapomną. Bo ona cała nie umarła. I gdy co roku siadają do wspólnej Wigilii, jedno krzesło tylko pozornie jest puste. - Ania jest z nami - uśmiecha się jej mama.

Za "Głosem Szczecińskim" z dn. 03.09.2007 r.

Do góry...>>


Po 25 lat więzienia dla morderców z pociągu

Tomasz Jabłoński, ces 2006-02-10, ostatnia aktualizacja 2006-02-10 00:14

Ta zbrodnia wstrząsnęła całą Polską. Dwóch zwyrodnialców przez kilka godzin fizycznie i psychicznie znęcało się nad 21-letnią Anną Dybowską. Dziewczyna jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzamin na studia. Na jej drodze stanęli jednak bezwzględni mordercy.

Wyrzucili ją z pędzącego pociągu. Teraz za ten makabryczny mord długo pozostaną w więzieniu. Wczoraj Sąd Apelacyjny w Łodzi podtrzymał wyrok skazujący na dożywocie 25-letniego Artura F. i na 25-lat więzienia o rok starszego Dariusza M.

- Nikomu nie życzę takiej tragedii. Gdyby była kara śmierci, to Artur powinien ją dostać, bo jest wszystkiemu winien. Boże wybacz, on nie zasługuje na życie - powtarza przez łzy Jerzy Dybowski, ojciec zabitej.

Zbrodnia na urodziny

To było 1 lipca 2004 roku. Artur był pomysłodawcą zbrodni. To on namówił Dariusza M., by wspólnie wsiedli do pociągu i kogoś okradli. Zdobyte pieniądze mieli przeznaczyć na wyprawienie jego urodzin. Zdaniem sądu Artur F. już wtedy doskonale wiedział, że zabije. Na dworcu w Toruniu wsiedli do pociągu jadącego w kierunku Warszawy. Dosiedli się do przedziału, w którym podróżowała Anna Dybowska. Jechała na egzaminy na akademię medyczną. Chciała być farmaceutką. Niestety spotkała na swojej drodze dwóch zwyrodnialców i stała się ogniwem w ich okrutnej grze. Gdy dowiedzieli się, że dziewczyna jedzie do Warszawy, powiedzieli, że są studentami. Kiedy konduktor sprawdził bilety i odszedł, zaatakowali. Za Włocławkiem specjalnym kluczem zamknęli przedział od środka. Artur chwycił dziewczynę za szyję i zatkał usta. Jego kompan zabrał jej 90 zł, komórkę i dwa pierścionki warte 40 zł. Przed 6 rano dojechali do Warszawy, gdzie we troje czekali godzinę na dworcu. Następnie wsiedli do pociągu do Bydgoszczy. Dlaczego Anna nie próbowała uciekać?

Ciało znalazł konduktor

- Była zastraszona, wręcz sparaliżowana strachem. Napastnicy grozili, że jeśli tylko piśnie słowo, zabiją ją - mówiła sędzia podczas rozprawy. - Z drugiej zaś strony obiecywali, że puszczą wolno, gdy będzie wypełniała ich polecenia.

W pewnej chwili kazali Annie wejść do toalety i zmyć łzy z policzków. Dziewczyna pomyślała, że może właśnie teraz ją puszczą. Niestety, bardzo się myliła. Do toalety wtargnął za nią Artur F. i wepchnął dziewczynie w usta cały zwój papieru toaletowego. Potem w miejscowości Zduny koło Łowicza wyrzucił ją z pociągu.

Zmasakrowane ciało Anny Dybowskiej znalazł konduktor jednego z przejeżdżających tamtędy składów. Ojciec dziewczyny, który razem z bratem pojechał na identyfikację zwłok, do końca życia nie zapomni widoku otwartych oczu zamordowanej córki. Oczu, które wyrażały niezwykły strach i ogromny lęk.

Artur F. będzie mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie dopiero po 35 latach więzienia, a Dariusz M. po 20 latach. Sąd uznał, że obaj działali ze szczególnym okrucieństwem, a motywy, którymi się kierowali, zasługują na szczególne potępienie.

Ania śni się tacie

Chociaż od zbrodni minęło ponad półtora roku, najbliżsi Ani Dybowskiej wciąż nie mogą pogodzić się z jej śmiercią. Przeglądają rodzinne albumy ze zdjęciami, kartkują wykonany przez dziewczynę zielnik, patrzą na przepiękne wyszywane obrazy, które tworzyła w wolnych chwilach.

Spokojna i pracowita - taka właśnie była Ania. Lubiła się bawić. Widać to na filmie ze studniówki. - To nasza Ania, dlaczego już jej nie ma - powtarzają jej siedmioletnie siostry bliźniaczki Iza i Natalka. - Mordercy ją zabili? - pytają po chwili tatę.

- Dzieci wciąż się dopytują, kiedy Ania do nas wróci. Wtedy opowiadam im, że ona jest już w niebie - opowiada Jerzy Dybowski.

Ania ostatnio mu się przyśniła. Ostrzegała ojca przed bandytami, którzy będą chcieli go skrzywdzić. Poradziła, by nigdzie nie wyjeżdżał. - Zostałem w domu, wiedziałem, że to jakiś znak - dodaje Jerzy Dybowski.

Za przedrukiem w "Gazecie Wyborczej" z "Nowego Dnia" z dn. 10.02.2006 r.

Do góry...>>


Sprawa zabójstwa Ani Dybowskiej

amk 2005-12-27, ostatnia aktualizacja 2005-12-26 00:00

Dwaj zabójcy Ani Dybowskiej staną wkrótce przed łódzkim Sądem Apelacyjnym. Bo z wydanym na nich wyrokiem nie zgadzają się ani prokurator, ani obrońcy. Ich apelacje wpłynęły już do sądu.

W lipcu ubiegłego roku Artur F. i Dariusz M. okradli i wyrzucili z pędzącego pociągu 21-letnią Anię Dybowską. Ponad rok później Sąd Okręgowy w Skierniewicach wymierzył im kary dożywocia i 25 lat więzienia. Teraz do sądu drugiej instancji wpłynęły apelacje od tego wyroku.

Wierzyła, że przeżyje

Ania mieszkała w Jarkowie, niewielkiej wsi pod Kołobrzegiem. Jechała pociągiem do Warszawy na egzaminy do Akademii Medycznej. Następnego dnia jej zmasakrowane ciało znaleziono obok torów pod Łowiczem. Kilka dni później zatrzymano zabójców dziewczyny: 24-letniego torunianina Dariusza M. i rok młodszego Artur F. z Nieszawy pod Włocławkiem.

Zaplanowali, że kogoś zabiją, bo potrzebowali pieniędzy na imprezę urodzinową Artura F. Wzięli amfetaminę i wsiedli do pociągu. Zauważyli Anię siedzącą samotnie w przedziale. Dosiedli się, zaczęli grozić śmiercią. Potem zabrali jej pierścionki i telefon. W Warszawie przesiedli się z dziewczyną do innego pociągu. Gdy na korytarzu nikogo nie było, zaprowadzili ją do toalety. Aby nie krzyczała, w usta wepchnęli jej papierowe ręczniki i zaczęli dusić. Jeszcze żyła, gdy wyrzucili ją z pędzącego pociągu. Telefon i pierścionki zastawili w toruńskich lombardach za 110 zł.

Do powtórki?

Artur F. został skazany na dożywocie, o zwolnienie warunkowe może ubiegać się najwcześniej po 35 latach. Dariusz M., który pomagał mu w zabójstwie, dostał 25 lat, a to oznacza, że o wcześniejsze zwolnienie będzie się mógł starać już po 15 latach. - On był narzędziem w rękach Artura - tłumaczył sędzia Leszek Steć. - Ma szansę na resocjalizację, ale Artur w opinii biegłych mimo młodego wieku już się nie poprawi.

Ten wyrok tylko ojciec Ani, który był oskarżycielem posiłkowym, uznał za sprawiedliwy. Pozostali zaskarżyli go.

Obrońca Dariusza M. chce powtórzenia procesu. - Nie dość wyjaśniono stan zdrowia mojego klienta - twierdzi. Chce badania neurologicznego, tomografii komputerowej i ponownej opinii psychiatry.

Prokurator domaga się za to, by Dariuszowi M. wymierzyć surowszą karę. - Tylko wyrok dożywotniego więzienia za tak okrutną i bulwersującą zbrodnię uczyni zadość społecznemu poczuciu sprawiedliwości - uważa. Zwraca uwagę, że F. będzie się mógł starać o warunkowe zwolnienie po 35, a jego kompan po 15 latach. - Różnica 20 lat przy ich ścisłym współdziałaniu wydaje się nieuzasadniona - twierdzi prokurator.

Tu zgadza się z nim obrońca Artura F. Ale wnioski wyciąga zupełnie inne. Uważa, że kara dożywotniego więzienia dla jego klienta jest zbyt wysoka: - To niesprawiedliwa odpłata, lecz wyrok nadmiernie surowy, uwzględniający oczekiwania mediów. Sam fakt, że pokrzywdzoną wypchnięto z pociągu nie przesądza o szczególnym okrucieństwie tej zbrodni - dowodzi adwokat. I prosi Sąd Apelacyjny, bo złagodził karę do 15 lat więzienia.

Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 26.12.2005 r.

Do góry...>>


Wyrok dla morderców z pociągu

Marcin Masłowski, Łódź, Karol Dolecki

2005-09-05, ostatnia aktualizacja 2005-09-05 00:00 Torunianin Dariusz M skazany na 25 lat, dla mieszkańca pobliskiej Nieszawy Artura F. - dożywocie. To poniedziałkowy wyrok sądu w Skierniewicach za morderstwo w pociągu 21-letniej Ani Dybowskiej.

O tym, co 24-letni torunianin i rok młodszy Artur F. zrobili z Anią przypomniał w mowie oskarżycielskiej prokurator Sławomir Piwowarczyk. - Wzięli amfetaminę, wsiedli do pociągu. Zaplanowali zabicie pasażera, by zdobyć pieniądze na imprezę urodzinową Artura F. "Jak się będzie rzucał, wypier... się go z pociągu" - cytował zeznania młodszego z podsądnych.

Obaj wsiedli w Toruniu, w przedziale trafili na Anię. Dosiedli się, zaczęli grozić śmiercią. Potem zabrali jej pierścionki i telefon. Ania była sparaliżowana strachem. Gdy do przedziału wszedł konduktor, nie poprosiła o pomoc. Wierzyła, że przeżyje, jeśli będzie robić to, co jej każą. W Warszawie przesiedli się z dziewczyną do innego pociągu. Już nie wsiadali z nią nawet do przedziału. Czekali tylko na dobry moment, by zabić. Gdy na korytarzu nikogo nie było, zaprowadzili dziewczynę do toalety. By nie krzyczała, usta wypchali jej papierowymi ręcznikami i zaczęli dusić. Ania żyła, gdy wyrzucili ją z pędzącego pociągu pod Łowiczem. Telefon i pierścionki zastawili w toruńskich lombardach i wrócili do domów. - Na jej śmierci zarobili 110 złotych - ciągnął Piwowarczyk. - Kary śmierci nie ma, więc jedyne co pozostaje dla zabójców to dożywotnie więzienie.

Ale sąd uznał, że na taki wyrok zasłużył tylko Artur F. (o warunkowe przedterminowe zwolnienie z więzienia może się starać dopiero po 35 latach). Dariusza M. skazał na 25 lat, przyjmując, że ten był "narzędziem w rękach Artura F.". - Ma szansę na resocjalizację, a F. w zgodnej opinii biegłych już się nie poprawi mimo młodego wieku - wyjaśnił sędzia Leszek Steć.

Arturowi F. nie pomogły ani przeprosiny, ani prośba o wybaczenie, ani niezwykła samokrytyka. - Nie zasługuję na niską karę. Byłem zwierzęciem, ale mam nadzieję, że mogę stać się znów człowiekiem - powiedział w ostatnim słowie.

Ojciec Ani, Jerzy Dybowski uznał wyrok za sprawiedliwy, obrońcy zapowiedzieli apelację.

21-letnia Ania Dybowska mieszkała w Jarkowie, niewielkiej wsi pod Kołobrzegiem. Rodzina była z niej dumna, gdy postanowiła studiować medycynę. 1 lipca 2004 r. o godz. 22 wsiadła w Kołobrzegu do pociągu do Warszawy. Jechała na egzaminy do Akademii Medycznej. Chciała zostać lekarzem. Następnego dnia około godz. 4 rano zmasakrowane ciało dziewczyny leżące obok torów w Zdunach koło Łowicza zauważył konduktor przejeżdżającego pociągu. Kilka dni później zatrzymano jej zabójców.

Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 05.09.2005 r.

Do góry...>>


Wyrok w sprawie zabójców Anny Dybowskiej

PAP, mf 2005-09-05, ostatnia aktualizacja 2005-09-05 00:00

Sąd w Skierniewicach skazał w poniedziałek 23-letniego Artura F. na dożywocie, a Dariusza M. na 25 lat pozbawienia wolności za zabójstwo 21-letniej Anny Dybowskiej, którą ponad rok temu obaj mężczyźni wyrzucili z pędzącego pociągu.

Artur F. będzie mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie po 35 latach. Prokurator domagał się dla obu oskarżonych kar dożywotniego więzienia.

Uzasadniając wyrok, sędzia Leszek Steć powiedział, że wina obu oskarżonych nie budzi żadnych wątpliwości, a wynika to zarówno z ich wyjaśnień, jak i zeznań świadków. Według sądu, nie było wątpliwości, że zdarzyła się okropna zbrodnia. Obaj oskarżeni działali ze szczególnym okrucieństwem i z motywów zasługujących na szczególne potępienie. Różnicując karę sąd uznał, że to F. był osobą dominującą, inicjatorem rozboju i zabójstwa. Natomiast M. nie przeciwstawił się jemu i brał udział w zdarzeniach.

Od wyroku sądu apelacje składać będą zarówno obrońcy, jak i prokurator.

Ogłoszenie wyroku, zakończyło proces w tej bulwersującej opinię publiczną sprawie. Przed zamknięciem przewodu sądowego, sąd przesłuchał jeszcze ostatniego świadka w procesie ś 19-letniego Tomasza L., którego niestawianie się w sądzie od ponad dwóch miesięcy opóźniało zakończenie procesu.

Według prokuratury, L. miał być istotnym świadkiem w tym procesie. Jeden z oskarżonych miał mu proponować udział w przestępstwie, a dzień po dokonaniu zbrodni miał mu też opowiedzieć o całym zdarzeniu.

W poniedziałek w sądzie L. odwołał większość swoich zeznań składanych na policji. Zaprzeczył, że był namawiany przez oskarżonych do okradania pasażerów. Potwierdził jedynie, że jeden z nich po zbrodni opowiedział mu o okradzeniu pasażerki w pociągu. Zdaniem biegłych, świadek zmieniając swoje zeznania próbował symulować chorobę psychiczną.

Prokurator Sławomir Piwowarczyk w mowie końcowej podkreślił, że obaj sprawcy działali ze szczególnym okrucieństwem przez wiele godzin. Terroryzowali swoją ofiarę, a od początku wiedzieli, że wyrzucą ją z pociągu. Zdaniem prokuratora, działali również ze szczególnie niskich pobudek, aby znaleźć pieniądze na imprezę alkoholową. Podkreślił, że nie było w tej sprawie żadnych okoliczności łagodzących, a jedynie sprawiedliwą karą może być dożywotnie pozbawienie wolności.

Obrońca Artura F. stwierdził natomiast, iż wyrok powinien być surowy, ale jednocześnie sprawiedliwy, który da jego klientowi szansę powrotu do społeczeństwa. Obrońca drugiego oskarżonych, Dariusza M., zwrócił uwagę, że to nie M. był inicjatorem i wykonawcą tej zbrodni i dlatego jego klient nie zasługuje na równie surową karę jak F.

Oskarżeni w ostatnim słowie przeprosili rodzinę Anny Dybowskiej. Artur F. odczytał kilkustronicowe oświadczenie i prosił rodzinę o przebaczenie, stwierdził, że nie ma nic na swoje usprawiedliwienie.

Zwłoki 21-letniej Anny Dybowskiej z Jarkowa (Zachodniopomorskie) znaleziono 2 lipca ub. roku. w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny, koło Łowicza w woj. łódzkim. Dziewczyna wyjechała dzień wcześniej z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy na studia.

Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 05.09.2005 r.

Do góry...>>


Psychiatrzy: oskarżeni o zamordowanie Ani Dybowskiej byli poczytalni

amk 2005-06-10, ostatnia aktualizacja 2005-06-10 00:00

W piątek odbyła się kolejna rozprawa oskarżonych o zamordowanie 21-letniej Ani Dybowskiej. Przesłuchano biegłych psychiatrów i psychologa.

Ciało Ani, mieszkanki Zachodniopomorskiego, znaleziono 2 lipca ubiegłego roku przy torach kolejowych w Zdunach niedaleko Łowicza. Jechała do Warszawy na egzaminy w Akademii Medycznej. Prokuratura ustaliła, że 22-letni Artur F. i rok starszy Dariusz M. zamordowali ją, aby zdobyć pieniądze na fetowanie urodzin młodszego z nich. Z torebki zabrali jej 90 zł, biżuterię i telefon komórkowy, a dziewczynę wypchnęli z pędzącego pociągu.

W skierniewickim sądzie odbyła się wczoraj kolejna rozprawa. Wielu liczyło na to, że już ostatnia.

- Niepotrzebnie państwo przyjeżdżaliście - powiedział do rodziców Ani sędzia Leszek Steć.

- Mieliśmy nadzieję, że dziś zapadnie wyrok... - odpowiedzieli.

Do zakończenia procesu zostało już tylko przesłuchanie ostatniego świadka i biegłych: psychiatrów oraz psychologa. Oba przesłuchania sąd zaplanował na wczoraj, ale plany pokrzyżowała nieobecność świadka. Aby mieć pewność, że będzie na następnej rozprawie, sąd postanowił go aresztować. Policja go zatrzyma i przyprowadzi do sądu 7 lipca.

Przesłuchano tylko psychiatrów i psychologa. Nie mieli wątpliwości, że obaj oskarżeni był w pełni poczytalni. O Arturze F. mówili, że nie liczy się z innymi i dba tylko o zaspokojenie swoich potrzeb. - Nie ma żadnych zainteresowań, ani planów na przyszłość - mówił psychiatra Janusz Biela. - Ma skłonność do dominacji i narzucania swojej woli innym. Łatwo wpada w agresję, gdy jego żądania nie zostaną zaspokojone.

- Czy jego postawa życiowa może się jeszcze zmienić? - chciał wiedzieć sędzia Steć.

Biela pod długim namyśle: - To bardzo wątpliwe, czy zmieni się na lepsze. Ale nikogo nie można skreślać na sto procent. Być może nabierze jeszcze ochoty do nauki czy pracy. W więzieniu to trudne, ale nie możliwe.

Zupełnie inaczej nakreślili postać Dariusza M.: - Zamknięty w sobie, nieprzystosowany społecznie, o obniżonej samoocenie. Ma skłonność do podporządkowywania się.

Rodzice Ani, którzy początkowo domagali się odszkodowania od oskarżonych, wczoraj ten wniosek wycofali. Zamiast tego będą żądać nawiązki dla szpitala.

- Nasza córka honorowo oddawała krew, była w banku dawców szpiku kostnego - tłumaczyła Bogusława Dybowska. - Chcemy, aby pieniądze trafiły do dziecięcego szpitala onkologicznego w Warszawie.

Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 10.06.2005 r.

Do góry...>>


W procesie morderców Ani Dybowskiej zeznawał biegły

amk 2005-03-15, ostatnia aktualizacja 2005-03-15 00:00

We wtorek w procesie dwóch młodych mężczyzn, oskarżonych o zamordowanie 21-letniej Ani Dybowskiej, przesłuchiwany był medyk sądowy. Według biegłego przyczyną jej śmierci były obrażenia głowy, spowodowane upadkiem na nasyp kolejowy

Skierniewicki sąd zamierzał też przesłuchać rodziców Ani, ale nie przyjechali. Proces będzie kontynuowany w kwietniu.

Przypomnijmy. Ciało Ani, mieszkanki Zachodniopomorskiego, znaleziono 2 lipca ubiegłego roku przy torach kolejowych w Zdunach niedaleko Łowicza. Jechała do Warszawy na egzaminy w Akademii Medycznej. Prokuratura ustaliła, że 22-letni Artur F. i rok starszy Dariusz M. wsiedli do pociągu w Toruniu. Planowali okraść pasażera, bo chcieli w ten sposób zdobyć pieniądze na fetowanie urodzin młodszego z nich. Weszli do przedziału jadącej samotnie Ani, a potem zaatakowali ją: zakneblowali i dusili swoją ofiarę. Z torebki zabrali 90 zł, biżuterię i telefon komórkowy. W Warszawie zmusili dziewczynę, aby razem z nimi przesiadła się do pociągu, jadącego do Bydgoszczy. Później otworzyli drzwi i wypchnęli ją z pędzącego pojazdu.

Przed sądem przyznali się do winy. Grozi im dożywocie.

Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 15.03.2005 r.

Do góry...>>


Proces morderców Anny Dybowskiej

Wsiedli do pociągu, żeby zabić

Przed sądem w Skierniewicach (Łódzkie) rozpoczął się proces dwóch zabójców 21-letniej Anny Dybowskiej. W lipcu ubiegłego roku mężczyźni wyrzucili młodą kobietę z pędzącego pociągu.

Do makabrycznej zbrodni doszło w nocy na początku lipca ubiegłego roku. Dariusz M. i Artur F. wsiedli w Toruniu do nocnego pociągu. Już wtedy chcieli obrabować kogoś, a potem zabić. Około trzeciej w nocy weszli do przedziału, w którym samotnie podróżowała Anna Dybowska. Jechała z Kołobrzegu do Warszawy na egzamin wstępny na medycynę.

Mordercy nawiązali rozmowę, a po chwili zaatakowali dziewczynę. Zasłonili okna w przedziale, skrępowali ją i zakneblowali. Bili, dusili. Artur F. wepchnął jej papier toaletowy do ust i wyrzucił z pociągu. Anna Dybowska zginęła na miejscu. Jej zwłoki znaleziono w pobliżu torów kolejowych w Zdunach pod Łowiczem (Łódzkie). Zbrodnia wstrząsnęła opinią publiczną. Pod koniec października 2004 r. kołobrzeska Prokuratura Rejonowa umorzyła postępowanie wszczęte po zabójstwie Anny Dybowskiej, w sprawie popełnienia przestępstwa przez PKP, polegającego na niedopełnieniu obowiązku zapewnienia ochrony osobom korzystającym z usług kolei.

- Nie wiem. Nie pamiętam. Byłem pod wpływem narkotyków - tak najczęściej na pytania sędziego Leszka Stecia odpowiadał wczoraj 23-letni Artur F. z Nieszawy, wioski pod Toruniem, absolwent specjalnej podstawówki. To on wypchnął dziewczynę z pociągu. To on wpadł na pomysł, żeby kogoś obrabować, a nawet zabić. Potrzebował pieniędzy, bo chciał się napić z okazji swoich 22. urodzin. Przed sądem stwierdził, że podczas przesłuchania policjanci go zastraszali.

- Mój klient przyznaje, że musiało być tak, jak zeznał drugi oskarżony. Ale nie obejmuje tych wydarzeń swoją świadomością. Nie jest w stanie potwierdzić ani zaprzeczyć - mówi jego adwokat Marek Fraszczyk. Obaj oskarżeni (w przeszłości karani za rozboje i kradzieże) twierdzą, że od dłuższego czasu używali narkotyków. M. powiedział, iż od kilku lat leczy się psychiatrycznie. Biegli psychiatrzy, którzy badali morderców, stwierdzili, że byli oni w pełni poczytalni w chwili popełniania zbrodni.

Drugi z zabójców, Dariusz M. z Torunia (24 lata, po zawodówce), zaprzecza swoim wcześniejszym zeznaniom. Z policyjnego przesłuchania wynika, że w lipcu 2004 r. zabicie przypadkowego pasażera uznał za dobry pomysł. Zgodził się na udział w zabójstwie, bo ma tylko 560 zł renty, a potrzebował pieniędzy na dyskotekę w Toruniu. - Nie myślałem, że kogoś wyrzucimy - stwierdził w piątek.

Za dwa złote pierścionki ściągnięte z palców Anny Artur F. dostał u jubilera 42 zł. Za dwa telefony komórkowe, które Dariusz M. zastawił w lombardzie (jeden należał do Anny, drugi skradli pijanemu pasażerowi), wypłacono mu 65 zł. Zapytany przez sędziego, czy żałuje swoich czynów, Artur F. schylił głowę i odparł: - Chyba tak.

Obu zabójcom grozi od 12 lat więzienia do dożywocia.

Błażej Torański

Za "Rzeczpospolita" z dn. 05.02.2005 r.

Do góry...>>


Bestie odpowiedzą za śmierć

Ani Wczoraj rozpoczął się proces zwyrodnialców. Niech nigdy nie wyjdą zza krat

- Oni zabili nie tylko naszą córkę. Oni zabili całą naszą rodzinę - szlocha Bogusława Dybowska (41 l.), matka brutalnie zamordowanej Ani (21 l.), którą w lipcu ubiegłego roku dwóch zwyrodnialców wyrzuciło z pędzącego pociągu.

Wczoraj po raz pierwszy spojrzała w oczy zabójcom swojej córki. Przed sądem w Skierniewicach rozpoczął się proces w tej bulwersującej sprawie.

Ania wychowywała się w Jarkowie - małej wsi pod Kołobrzegiem. Była oczkiem w głowie całej rodziny, wzorem do naśladowania dla czterech młodszych sióstr.

Uczyła się bardzo dobrze. Chciała studiować medycynę w Poznaniu. Egzaminy jej nie poszły. Ale Ania była ambitna. Koniecznie chciała studiować w Akademii Medycznej. Tym razem wybór padł na Warszawę.

Morderstwo na urodziny

2 lipca ubiegłego roku Ania Dybowska wsiada do pociągu jadącego z Kołobrzegu do stolicy. Na egzaminy jednak nie dociera. W Toruniu do pociągu, którym jedzie, wsiadają Artur Fołtyn (23 l.) i Dariusz Mioduski (24 l.). Artur ma tego dnia 22. urodziny. Bestie postanawiają zdobyć pieniądze na ich uczczenie. Artur chce też sobie zrobić urodzinowy prezent i... zabić człowieka.

- Chcieliśmy kogoś okraść - mówi Artur Foltyn. - W jednym z przedziałów zauważyliśmy samotnie siedzącą dziewczynę. Przysiedliśmy się do niej i zaczęliśmy rozmawiać.

- Oskarżam ich o zabójstwo z motywów zasługujących na szczególne potępienie - grzmi prokurator Sławomir Piwowarczyk. Obaj oskarżeni przyznają się do winy.

W okolicach Włocławka zabójcy dokonują ataku na Anię.

- Łapię ją jedną ręką za tył głowy, drugą zasłaniam jej usta - opowiada Artur Foltyn. - Mówię jej, że jeśli będzie spokojna, to nic się jej nie stanie. Darek w tym czasie wyciąga z jej torby portfel.

Dręczą i zabijają

Zabójcy nie zamierzają jednak puścić swojej ofiary. Ze sparaliżowaną ze strachu dziewczyną dojeżdżają aż do Warszawy. Zmuszają ją, by razem z nimi wsiadła do pociągu powrotnego.

- Dręczą ją. Wkładają jej do ust papierowe ręczniki - mówi prokurator.

W okolicy miejscowości Zduny koło Łowicza bestie wyrzucają Anię z pędzącego pociągu.

- Nie pamiętam tej sytuacji, bo byłem pod wpływem narkotyków - tłumaczy teraz Foltyn.

- Artur wyprowadza ją z przedziału do toalety. Później wyrzuca - wyjaśnia Dariusz Mioduski. Dziewczyna ginie na miejscu.

Prokurator zapowiada, że będzie domagał się dla tych zwyrodnialców jednej z najwyższych kar - 25 lat więzienia lub nawet dożywocia.

- Nie ma kary dla tych drani - mówi przez łzy Jerzy Dybowski (42 l.), tata Ani.

Nasze życie stanęło w miejscu

- Ci bandyci nie pozwolili nam cieszyć się sukcesami córki. Nie pozwolili nam przeżywać wspólnie chwil radości. Nasze życie po śmierci Ani stanęło w miejscu. Już nigdy nie otrząśniemy się z tej tragedii - mówi Bogusława Dybowska (41 l.), mama Ani.

- Ból cały czas jest wielki. Wiedzieliśmy, że Ania chce pomagać innym, że chce leczyć. Byliśmy tacy z niej dumni. Oni zabili jej i nasze marzenia - mówi Jerzy Dybowski (42 l.), ojciec Ani.

Skierniewice, Dariusz Kucharski

Za "Super Express" z dn. 05.02.2005 r.

Do góry...>>


Okrutnie poczytalni

Rozpoczał się proces oskarżonych o zabójstwo wyrzuconej z pociagu Anny Dybowskiej

23-letni Artur F. i rok starszy Dariusz M., oskarżeni o zabojstwo 21-letniej Anny Dybowskiej, wyrzuconej w lipcu 2004 r. z pociagu, staneli wczoraj przed Sadem Okregowym w Skierniewicach. Grozi im od 12 lat wiezienia do dozywocia.

Według prokuratury F. i M. wsiedli do pociagu na dworcu w Toruniu z zamiarem obrabowania pasażera, chcieli zdobyc pieniadze na fetowanie urodzin młodszego z nich. Upatrzyli sobie jadaca samotnie w przedziale 21-letnia dziewczynę i nawiazali z nia rozmowę. Zaatakowali ja za Włocławkiem. Zasłonili okna i zamknęli drzwi przedzialu. Zakneblowali i dusili dziewczyne. Zrabowali jej telefon komórkowy, pierscionki i okolo 90 zl. Dojechali ze sterroryzowana dziewczyna do Warszawy. Tam zmusili ja, by przesiadla sie z nimi do pociagu jadacego do Bydgoszczy. W pociagu wyprowadzili dziewczyne do toalety. Jeden z bandytow zakneblowal jej usta. Pózniej otworzyli drzwi i wypchnęli 21-latke z pędzacego pociagu. Dziewczyna zginęła na miejscu. (PAP)

Za "Dziennik Polski" z dn. 05.02.2005 r.

Do góry...>>


Skierniewice. Proces oskarżonych o morderstwo w pociągu

Aneta Markowska, Łódź 2005-02-04, ostatnia aktualizacja 2005-02-04 00:00

Śmierć 21-letniej Ani Dybowskiej wypchniętej z pędzącego pociągu wstrząsnęła Polską pół roku temu. Wczoraj w skierniewickim sądzie naprzeciw siebie usiedli jej rodzice i jej oprawcy.

Ci pierwsi z niedowierzaniem kręcili głowami, słuchając, jak ci drudzy opowiadali o śmierci ich córki. "Prosiła cały czas, żeby nie robić jej krzywdy. Nie próbowała uciekać, nie krzyczała, nie dawała konduktorom żadnych znaków. (...) Powiedziałem do niej, żeby weszła do łazienki i przemyła twarz, bo była trochę zapłakana. (...) Kazałem jej otworzyć usta. Urwałem papierowy ręcznik, który zbiłem w kulę i włożyłem jej do ust. Nie broniła się. Drzwi wagonu już były otwarte. Popchnąłem ją i wypadła" - to z wyjaśnień Artura F. złożonych w prokuraturze. Przed sądem chłopak trochę zmienił tę wersję: - Ja pamiętam tylko, że ją okradliśmy, a co było potem, nie pamiętam, bo byłem pod wpływem narkotyków. O tym, że wypchnąłem tą dziewczynę z pociągu, powiedział mi Darek - oświadczył F.

Dariusz M. pamięta i przerzuca odpowiedzialność na wspólnika: - Artur wypchnął Anię z pociągu. Ja otworzyłem drzwi, ale na początku nie wiedziałem, że on planuje kogoś wyrzucić - mówił Dariusz M. - To co, zamierzał pan wysiąść z pędzącego pociągu? Po co pan drzwi otwierał? - nie wytrzymał prokurator. - Artur mnie prosił - bąknął oskarżony.

Ania Dybowska zginęła pół roku temu. 2 lipca o świcie przy torach kolejowych w Zdunach niedaleko Łowicza znaleziono jej zwłoki. Ania jechała na egzaminy na warszawską Akademię Medyczną. Prokuratura ustaliła, że 22-letni Artur F. i rok starszy Dariusz M. wsiedli do pociągu w Toruniu. Planowali okradzenie któregoś z pasażerów. Upatrzyli sobie Anię. Weszli do jej przedziału, zagadnęli, zaatakowali. "Złapałem ją lewą ręką za tył głowy, a prawą zatkałem usta, żeby nie krzyczała. Darek przeszukał torebkę" - opowiadał Artur F. Zabrali 90 złotych, biżuterię i telefon komórkowy.

Ania milczała. Nie wzywała pomocy, nie próbowała uciec - nawet wtedy, gdy napastnicy zmusili ją, by przesiadła się z nimi do innego pociągu. "Ona była bardzo zastraszona, bała się Artura, bo ciągle groził, że ją zabije" - tłumaczył Dariusz M.

Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 04.02.2005 r.

Do góry...>>


Akt oskarżenia w sprawie zabójstwa Ani Dybowskiej

anet 2004-11-29, ostatnia aktualizacja 2004-11-30 00:00

Łódzka prokuratura wysłała do sądu akt oskarżenia w sprawie zabójstwa 21-letniej Ani Dybowskiej. Obaj oskarżeni przyznali, że wypchnęli dziewczynę z pędzącego pociągu.

Śmierć 21-letniej Ani Dybowskiej wstrząsnęła Polską pół roku temu. 2 lipca o świcie przy torach kolejowych w Zdunach niedaleko Łowicza znaleziono zmasakrowane zwłoki dziewczyny.

Ania zginęła kilka godzin wcześniej, wyrzucona z pędzącego pociągu. Pociągu, którym jechała na egzaminy na warszawską Akademię Medyczną. Marzyła, by zostać lekarzem.

Wczoraj łódzka prokuratura wysłała do sądu okręgowego w Skierniewicach akt oskarżenia przeciwko 22-letniemu Arturowi F. i rok starszemu Dariuszowi M. Obaj przyznali, że to oni pół roku temu wypchnęli dziewczynę z pociągu.

Z ustaleń prokuratury wynika, że oskarżeni wsiedli do pociągu, którym jechała Ania, w Toruniu. Planowali napad, bo chcieli zdobyć pieniądze na urodziny Artura F. Upatrzyli sobie Anię. Weszli do jej przedziału, zagadnęli. A potem specjalnym kluczem zamknęli drzwi, zasłonili okna i zaatakowali. Ania została pobita i okradziona (zabrali jej 90 złotych, biżuterię i telefon komórkowy). Napastnicy zmusili dziewczynę, by przesiadła się z nimi do innego pociągu.

Trudno ustalić, dlaczego nie próbowała wtedy uciec albo wezwać pomocy. Krzysztof Kopania, rzecznik łódzkiej prokuratury: - Prawdopodobnie dlatego, że była bardzo zastraszona. Wielokrotnie jej grożono. Udręczenie psychiczne jest zresztą jednym z powodów, dla których zakwalifikowano tę zbrodnię jako zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.

W pociągowej toalecie sprawcy dusili Anię i wpychali do ust papierowe ręczniki, by nie krzyczała. W końcu wypchnęli na tory. Dziewczyna zginęła na miejscu.

Artur F. i Dariusz M. zostali zatrzymani kilka dni później. Obaj byli już karani m.in. za rozboje i kradzieże. Za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem grozi nawet dożywocie.

Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 29.11.2004 r.

Oskarżeni o mord w pociągu

anet, kd 2004-11-29, ostatnia aktualizacja 2004-11-29 00:00

Do sądu w Skierniewicach (woj. łódzkie) trafił w poniedziałek akt oskarżenia przeciwko Dariuszowi M. z Torunia i Arturowi F. z pobliskiej Nieszawy, którzy wypchnęli z pędzącego pociągu 21-letnią Anię Dybowską.

Śmierć Ani wstrząsnęła Polską niespełna pół roku temu. Jej zmasakrowane ciało znaleziono 2 lipca przy torach kolejowych w Zdunach niedaleko Łowicza. Wyrzucono ją z pociągu, którym jechała na egzaminy na warszawską Akademię Medyczną. Chciała zostać lekarzem.

Mordercami okazali się mieszkańcy naszego regionu 22-letni Artur F. i rok starszy Dariusz M. Obaj przyznali do zbrodni. Jak zeznali, zaplanowali napad, bo chcieli zdobyć pieniądze na urodziny tego pierwszego. Anię wytypowali przypadkowo, bo jechała sama w przedziale. Dosiedli się, zagadnęli, a potem specjalnym kluczem zamknęli drzwi, zasłonili okna i zaatakowali. Zrabowali 90 zł, biżuterię i telefon komórkowy. Potem zmusili ją, by przesiadła się z nimi do innego pociągu. Zagadką pozostaje, dlaczego wtedy nie próbowała wezwać pomocy. Krzysztof Kopania, rzecznik łódzkiej prokuratury: - Prawdopodobnie była bardzo zastraszona.

Artur F. i Dariusz M. dusili Anię i zakneblowali jej usta papierowymi ręcznikami. W końcu wypchnęli na tory. Wpadli po kilku dniach. Obaj byli karani. Grozi im nie mniej niż 12 lat więzienia.

Za "Gazetą Wyborczą" z dn. 29.11.2004 r.

Do góry...>>


Koniec śledztwa ws. wyrzucenia z pociągu

Dwóch młodych mężczyzn stanie przed skierniewickim sądem za zabójstwo 21-letniej Anny Dybowskiej, którą wyrzucili w lipcu tego roku z pociągu.

Motywem zbrodni była chęć zdobycia przez bandytów pieniędzy na uczczenie urodzin jednego z nich. Grozi im kara od 12 lat więzienia do dożywocia.

W prokuraturze w Skierniewicach zakończyło się śledztwo w tej sprawie. Akt oskarżenia ma trafić w przyszłym tygodniu do miejscowego sądu - poinformował PAP w środę prowadzący śledztwo prokurator Sławomir Piwowarczyk.

22-letniemu Arturowi F. i o rok starszemu Dariuszowi M. - mieszkańcom Torunia i okolic - zarzucono zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem i z motywów zasługujących na szczególne potępienie. Podejrzani przyznali się do winy i złożyli wyjaśnienia. Badający ich biegli psychiatrzy stwierdzili, że byli oni w pełni poczytalni w chwili popełniania zbrodni. W trakcie śledztwa przesłuchani zostali świadkowie, którzy rozmawiali z nimi na dworcu kolejowym, w tym osoba, którą namawiali do popełnienia przestępstwa oraz pracownicy kolei.

Zwłoki dziewczyny znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w woj. łódzkim.

21-letnia Anna Dybowska z Jarkowa (Zachodniopomorskie) wyjechała dzień wcześniej z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy na studia. Z ustaleń śledztwa wynika, że Artur F. i Dariusz M. wsiedli do pociągu na dworcu w Toruniu z zamiarem obrabowania pasażera. Planując napad, nie wykluczali możliwości wyrzucenia pasażera z pociągu. Według prokuratury, chcieli w ten sposób zdobyć pieniądze na urządzenie urodzin młodszego z nich.

Sprawcy upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę i nawiązali z nią rozmowę. Zaatakowali ją za Włocławkiem. Zasłonili okna i zamknęli drzwi przedziału. Zakneblowali i podduszali swoją ofiarę. Zrabowali należący do dziewczyny telefon komórkowy, pierścionki i około 90 zł.

Jak ustalono, bandyci dojechali wraz ze sterroryzowaną dziewczyną do Warszawy. Tam zmusili ją, by przesiadła się z nimi do pociągu jadącego do Bydgoszczy. W pociągu wyprowadzili dziewczynę do toalety. Jeden z bandytów zakneblował jej usta. Później otworzyli drzwi i wypchnęli 21-latkę z pędzącego pociągu. Dziewczyna zginęła na miejscu. Zdaniem biegłych, bezpośrednią przyczyną śmierci były rozległe obrażenia głowy, które powstały w następstwie upadku.

Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Zatrzymano ich kilka dni po zabójstwie.

W trakcie śledztwa wyszło na jaw, że jeden z nich wręczył 30 zł łapówki konduktorowi pociągu w zamian za odstąpienie od wypisania biletów. Pieniądze te bandyci wcześniej zrabowali swej ofierze. Sprawa ta została wyłączona do odrębnego postępowania. Ze śledztwa wyłączone zostały też materiały dotyczące kradzieży dokonywanych przez jednego z oskarżonych.

Zdaniem prokuratora Piwowarczyka, w trakcie śledztwa nie udało się wyjaśnić, dlaczego dziewczyna nie wzywała pomocy, czy w jakiś inny sposób nie próbowała się ratować.

Jego zdaniem, takie zachowanie - choć może niektórym wydawać się dziwne, jest propagowane w mediach i - w jego ocenie - było prawidłowe. "Propaguje się, żeby będąc ofiarą napadu, nie drażnić sprawców, spokojnie do tego podchodzić, a może się uda i sprawcy zostawią ofiarę w spokoju.

"Prawdopodobnie ona taki rodzaj obrony przyjęła, będąc jednocześnie mocno zastraszoną" - wyjaśnił prokurator.

Pod koniec października kołobrzeska prokuratura rejonowa umorzyła postępowanie wszczęte po zabójstwie Anny Dybowskiej, w sprawie popełnienia przestępstwa przez PKP, polegającego na niedopełnieniu obowiązku zapewnienia ochrony osobom korzystającym z usług kolei. Prokuratura uznała, że PKP nie są współwinne śmierci Dybowskiej, a zarówno PKP, jak i żaden z jej pracowników nie dopuścili się niedopełnienia takich obowiązków. Zażalenie na umorzenie postępowanie złożył już pełnomocnik rodziny ofiary.

Za Onet.pl, INTERIA.PL z dn. 17.11.2004 r.

Do góry...>>


Bestiom z pociągu grozi dożywocie

Zabili Anię, bo chcieli uczcić urodziny

Dziś do Sądu Okręgowego w Skierniewicach wpłynie akt oskarżenia przeciw Arturowi F. (22 l.) i Dariuszowi M. (23 l.) - zwyrodnialcom, którzy w lipcu tego roku dla zabawy zabili i wyrzucili z pędzącego pociągu Anię Dybowską (21 l.).

- Obu postawiliśmy zarzut morderstwa ze szczególnym okrucieństwem - mówi Sławomir Piwowarczyk z Prokuratury Okręgowej w Skierniewicach, który prowadził śledztwo przeciwko bestiom. - Podejrzani przyznali się do winy. Grozi im dożywocie.

Mordercy spotkali się 2 lipca na dworcu kolejowym w Toruniu. Wieczorem wsiedli do pociągu jadącego z Kołobrzegu do Warszawy.

Jechała na egzamin

W jednym z przedziałów natknęli się na siedzącą samotnie Anię Dybowską. Dziewczyna miała zdawać w Warszawie egzaminy na studia medyczne.

W okolicy Włocławka zabójcy zaatakowali Anię. Zakneblowali, dusili, zaciągnęli do toalety. Ze sparaliżowaną ze strachu dziewczyną dojechali aż do Warszawy. Nie pozwolili jej jednak odejść. W stolicy zaciągnęli ją do pociągu, który odjeżdżał w przeciwnym kierunku i od nowa zaczęli się znęcać nad swoją ofiarą. Bili tak długo, aż Ania zmarła. W okolicy miejscowości Zduny koło Łowicza wyrzucili jej ciało z pędzącego pociągu.

Śmierć na urodziny

- Obchodziłem tego dnia urodziny i chciałem się zabawić. To była doskonała forma zabawy - tłumaczył w śledztwie Artur F.

- To był sposób na uczczenie urodzin Artura - potwierdzał jego wspólnik Dariuszowi M.

Proces prawdopodobnie zacznie się jeszcze w tym roku.

Skierniewice, Dariusz Kucharski

Za dziennikiem "Super Express" z dn. 17.11.2004 r.

Do góry...>>


Po morderstwie w pociągu.

PKP bez winy

Kołobrzeska Prokuratura Rejonowa umorzyła postępowanie wszczęte po zabójstwie Anny Dybowskiej, w którym badała, czy pracownicy PKP dopełnili wszystkich swych obowiązków, aby zapewnić podróżnym bezpieczeństwo. Do zabójstwa dziewczyny doszło w lipcu tego roku - poinformował w piątek prokurator rejonowy Adam Kuc.

Anna Dybowska jechała z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać na studia. Zamordowali ją dwaj młodzi mężczyźni, którzy - by uczcić urodziny jednego z nich, postanowili okraść przypadkową osobę w pociągu. Upatrzyli sobie właśnie Dybowską, która siedziała sama w przedziale. Po obrabowaniu swej ofiary wyrzucili ją z pociągu. Zabójców ujęto po kilkunastu dniach. Obaj przyznali się do zbrodni. Przebywają w areszcie. Grozi im dożywocie.

Prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie popełnienia przestępstwa przez PKP, polegającego na niedopełnieniu obowiązku zapewnienia ochrony osobom korzystającym z ich usług, na początku sierpnia, po złożeniu zawiadomienia przez Zespół ds. Pomocy Ofiarom Przestępstw urzędu miasta stołecznego Warszawy.

W uzasadnieniu tego zawiadomienia napisano, że bandycki napad stał się możliwy, ponieważ w pociągach często nie ma ochrony, co stwarza możliwości działania zorganizowanym grupom przestępczym wyspecjalizowanym w napadach na podróżnych.

Kołobrzeska prokuratura uznała jednak, że zarówno PKP jak i żaden z jej pracowników nie dopuścił się niedopełnienia obowiązków, polegających na niezapewnieniu podróżnym odpowiednich warunków bezpieczeństwa.

Jak poinformował prok. Kuc, w sprawie przesłuchano kierownika pociągu i konduktorów, a także kierownika stacji w Kołobrzegu oraz naczelnika Służby Ochrony Kolei w Koszalinie. Przeanalizowano też materiały zebrane podczas odrębnego śledztwa dotyczącego zabójstwa dziewczyny, prowadzonego przez prokuraturę w Skierniewicach, a także wewnętrzne przepisy PKP.

"Nie ma w sprawie takich faktów ustalonych, które pozwalałyby przyjąć, że postępowanie pracowników kolei naraziło Annę Dybowską na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu" - podkreślił Kuc.

Dodał, że nie ustalono, też, by któryś z pracowników PKP nie udzielił dziewczynie pomocy w sytuacji zagrożenia utraty życia lub doznania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Postanowienie o umorzeniu postępowania zostało wysłane do ojca ofiary, któremu przysługuje zażalenie do Prokuratury Okręgowej w Koszalinie. Treść postanowienia otrzyma także Zespół ds. Pomocy Ofiarom Przestępstw. Jednak zespół ten, ponieważ nie jest stroną w sprawie, nie może złożyć zażalenia na postanowienie prokuratury.

Za dziennikiem "GW" z dn. 29.10.2004 r.

Do góry...>>


Potworom grozi dożywocie

Wyrzucili dziewczynę z pociągu

Śledztwo w sprawie zabójstwa 21-letniej Anny Dybowskiej wyrzuconej w lipcu z pociągu wreszcie dobiega końca.

Skierniewice

Psychiatrzy stwierdzili, że bestialscy bandyci byli poczytalni w chwili popełniania zbrodni. 22-letniemu Arturowi F. i o rok starszemu Dariuszowi M. zarzucono zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem i z motywów zasługujących na szczególne potępienie. Grozi im kara od 12 lat więzienia do dożywocia. W ciągu najbliższych tygodni akt oskarżenia w tej bulwersującej sprawie trafi do sądu. Zwyrodnialcy przyznali się do winy i złożyli wyjaśnienia. Ania jechała z Kołobrzegu do Warszawy, aby zdać egzaminy na studia.

PAP, WM

Za dziennikiem "Super Excpress" z dn. 12.10.2004 r.


Pociąg do śmierci

Tygodnik "Wprost", Nr 1130

PKP są współwinne śmierci Ani Dybowskiej

Gdy po 22.00 nocny pociąg z Brześcia do Szczecina wyjeżdża z Warszawy, niektórzy pasażerowie wyciągają z toreb łańcuchy bądź stalowe linki i na kłódkę zamykają przedziały od wewnątrz. Zdziwionych współpasażerów informują, że tylko w ten sposób mogą cało dojechać do celu. Łańcucha ani linki nie miała z sobą bestialsko zamordowana Ania Dybowska, gdy w nocy z 1 na 2 lipca wsiadła do pociągu z Kołobrzegu do Warszawy. I nie powinna mieć takich zabezpieczeń. Art. 776 kodeksu cywilnego i art. 14 prawa przewozowego mówią: "Przewoźnik jest obowiązany do zapewnienia podróżnym odpowiednich warunków bezpieczeństwa i higieny oraz wygody i należytej obsługi". Zawierając umowę przewozu, czyli kupując bilet, pasażer nabywa prawo do bezpiecznej podróży. Rodzice Ani Dybowskiej mogą skarżyć PKP o wysokie odszkodowanie, bo spółka nie dotrzymała umowy. Pierwszy w III RP wyrok przyznający odszkodowanie ofierze napadu w pociągu sąd w Poznaniu wydał już w 1993 r.

Współwinne PKP

Winni zabójstwa Ani Dybowskiej są oczywiście dwaj zwyrodnialcy, ale PKP niejako wystawiły im bezbronną ofiarę. Tłumaczenia, że Straż Ochrony Kolei (SOK) nie jest w stanie kontrolować 4 tys. pociągów na dobę, to kłamstwo. Niebezpiecznych pociągów jeździ około 50 w ciągu doby, w dodatku policji i SOK są one dobrze znane. Zresztą co to obchodzi podróżnych, jak PKP zamierzają się wywiązać z umowy, której przestrzegania dotyczy art. 776 kodeksu cywilnego. Przy okazji proces wytoczony PKP przez rodziców Ani Dybowskiej mógłby zmusić tę spółkę do przestrzegania prawa po prostu. Dotychczas PKP były traktowane jak święta krowa: nagminnie nie przestrzegały umów i zobowiązań i nie ponosiły konsekwencji, bo przecież ktoś musi przewozić pasażerów, a ci są na PKP skazani. Ten status świętej krowy jest prawdopodobnie głównym powodem tego, że PKP de facto są wciąż tym samym niereformowalnym mamutem, jakim były w czasach PRL.

Jerzy Dybowski, ojciec zamordowanej Ani, mówi "Wprost", że wszystkie osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo na kolei wiedziały, iż nocne pociągi z Kołobrzegu są celem bandytów, lecz nie robiły nic. Odpowiednie służby wręcz bały się patrolować te pociągi. Dybowski twierdzi, że prawdopodobnie nigdy nie wsiądzie już do pociągu, a swoje dzieci woli dowozić wynajmowanym samochodem. Opowiada, że wiele osób zaoferowało mu pomoc, że zgłosili się prawnicy gotowi za darmo przygotować pozew przeciwko PKP.

Zwyczajna ofiara Ania Dybowska

Feralnej nocy Ania Dybowska była wręcz podręcznikową kandydatką na ofiarę. Po pierwsze, usiadła w ostatnim wagonie, co sprawiło, że mało kto przechodził obok jej przedziału (albo zgoła nikt). Miało to kapitalne znaczenie, gdy bezskutecznie wzywała pomocy. Po drugie, była sama w przedziale, więc stała się łatwym celem dla bandytów. Wybrała pusty przedział, żeby w spokoju powtórzyć materiał, bo za kilka godzin miała pisać test dla kandydatów na farmację w warszawskiej Akademii Medycznej. Po trzecie, miała na palcach kilka pierścionków, a jej telefon komórkowy leżał na stoliku w przedziale. Przechodzący obok jej przedziału bandyci widzieli te przedmioty, co sprawiło, że dosiedli się akurat do niej. Po czwarte, jak wynika z przesłuchań morderców, poprosili ją o rozmienienie pieniędzy, więc widzieli, że ma przy sobie gotówkę. Nie wiedzieli, że ma tylko 120 zł, bo - jak mówi ojciec zamordowanej dziewczyny - więcej nie mógł jej wtedy dać. Ania Dybowska została zaatakowana i zamordowana w porze, kiedy zdarza się ponad 80 proc. napadów, czyli między pierwszą a czwartą nad ranem. Mordercy wsiedli do pociągu w Toruniu o 2.30, a zamordowali dziewczynę trzy kwadranse później.

Ania Dybowska miała też zwyczajnego pecha. Jak opowiada jej ojciec Jerzy, już wcześniej jeździła nocnym pociągiem do Warszawy, ale wyjeżdżała o 21.05. Feralnej nocy pojechała pociągiem, który wyjeżdżał godzinę później, bo latem ten pierwszy nie kursuje. Miało to znaczenie, bo wcześniejszym jeździło znacznie więcej osób, więc praktycznie nie było w nim pustych przedziałów. Poza tym wcześniej nie siadała w pustym przedziale, lecz tym razem nad strachem przeważyła presja, by w spokoju powtórzyć materiał przed egzaminem. Jak wspomina matka Ani, córka zabrała do pociągu kilka książek i notatki.

Mordercy - jak zeznają - podali się za studentów i nawiązali rozmowę, lecz Ania Dybowska po ich sposobie mówienia zorientowała się, że nie są studentami. Chciała wyjść z przedziału, lecz siłą ją zatrzymali. Gdy zaczęła krzyczeć, zatkali jej usta. Potem zamknęli drzwi przedziału tzw. kwadratem (uniwersalnym kluczem), zasłonili okna, skrępowali ofiarę i zakneblowali. Gdy ją obrabowali, zaciągnęli do ubikacji na końcu wagonu (i końcu pociągu). Tam bili ofiarę i dusili, a następnie półprzytomną wyrzucili z pociągu. Bandyci wysiedli na stacji w Kutnie kilka minut po czwartej. Za 80 minut wsiedli do pociągu jadącego do Torunia. Poczekali na dworcu w Toruniu do otwarcia lombardów o dziesiątej i wtedy zastawili tam telefon i pierścionki.

Skazani na grabież

Napady, kradzieże, wymuszenia i pobicia to codzienność w polskich pociągach. Na przestępstwa te zwraca się uwagę dopiero wtedy, gdy któraś z ofiar straci życie. W kursujących po Polsce pociągach pasażerskich popełniono w ubiegłym roku około 6 tys. przestępstw, co oznacza 16 czynów karalnych dziennie. Tyle że tylko co dziesiąte przestępstwo jest zgłaszane policji bądź Straży Ochrony Kolei (oficjalne statystyki SOK mówią, że w ubiegłym roku okradziono w pociągach i na dworcach kolejowych 425 osób, a 154 pobito). Powód jest prosty. Pasażerowie albo boją się zeznawać przeciwko bandytom, albo nie wierzą, że zostaną oni ujęci.

Jeżeli pasażer wsiada do nocnego pociągu, może trafić do przedziału, w którym siedzą sami złodzieje. Jeśli będzie dość przezorny, by nie dać się namówić na wspólne picie alkoholu, może zostać uśpiony gazem lub po prostu obezwładniony. Gdy znajdzie pusty przedział, przestępcy tym bardziej się do niego dosiądą. Najczęściej wiedzą, kto może mieć coś cennego, bo ich pomocnicy (czasem są to konduktorzy) lustrują bagaż i jego oznakowanie (na przykład metki linii lotniczych), a często też wypytują podróżnych, skąd wracają. Jeżeli nawet złodzieje nie wsiądą na stacji, pasażerowie nie mają zagwarantowanego bezpieczeństwa. Jeśli załoga pociągu współpracuje z przestępcami, zatrzymuje skład w umówionym miejscu, a bandyci wskakują do wagonów. Po kilkunastu, kilkudziesięciu minutach pociąg staje ponownie i złodzieje wysiadają z łupem.

Wielu bandytów nie udaje się ująć właśnie dlatego, że pomagają im pracownicy PKP. Obecnie toczy się kilka śledztw przeciwko załogom pociągów współdziałającym z bandytami. Jedno z takich postępowań - przeciwko konduktorowi - prowadzi prokuratura w Gdańsku. Konduktor wpadł, gdy dwóch ubranych po cywilnemu funkcjonariuszy wziął za członków złodziejskiej szajki i zaczął im opowiadać o tym, co wiozą pasażerowie. (...)

Wylęgarnie bandytów

Zastanawia to, że bandyci mają swoje stałe miejsca zbiórek na dworcach, lecz nie są niepokojeni przez policję czy służby ochrony kolei. Na dworcu w Toruniu praktycznie rezydowali Artur F. i Dariusz M., którzy zamordowali Anię Dybowską. Tam umawiali się z innymi przestępcami na bandyckie wyprawy pociągami. Prokuratura przypuszcza, że Ania Dybowska może nie być ich pierwszą śmiertelną ofiarą. Inspektor Piotr Murawski, dyrektor Biura Taktyki Zwalczania Przestępczości Komendy Głównej Policji, twierdzi, że w demokratycznym państwie policja nie ma prawa zabronić nikomu wejścia na dworzec. (...)

Tomasz Krzyżak

Paweł Rusak

Za tygodnikiem "WPROST" z dn. 25 lipca 2004 r.

Do góry...>>


Zabójstwo 21-latki: Doniesienie na PKP

Prokuratura, do której trafiło zawiadomienie o przestępstwie przeciwko PKP w związku z bestialskim zabójstwem 21-letniej Anny Dybowskiej, zbada, czy zachodzą podstawy do wszczęcia takiego śledztwa.

Zawiadomienie do prokuratury skierował zespół ds. pomocy ofiarom przestępstw przy Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy.

Na początku lipca dwaj młodzi mężczyźni (23 i 24 lata) pobili i udusili pasażerkę pociągu Anię Dybowską z Jarkowa (Zachodniopomorskie). Niedaleko Łowicza w województwie łódzkim wyrzucili ją z pociągu. Dziewczyna jechała z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać na studia. Mordercy powiedzieli po zatrzymaniu, że wyrzucili dziewczynę dla zabawy, by uczcić urodziny jednego z nich.

Szef Prokuratury Rejonowej w Kołobrzegu Adam Kuc powiedział, że zasadniczo śledztwo prowadzi prokuratura z miejscowości, gdzie popełniono przestępstwo. Jeśli nie można precyzyjnie ustalić, gdzie doszło do przestępstwa, bierze się pod uwagę miejsce ujawnienia czynu (zwłoki dziewczyny znaleziono w woj. łódzkim).

Prokurator dodał, że jeśli sprawą zajmie się jego prokuratura, konieczna będzie ocena, czy zachodzą podstawy do wszczęcia dochodzenia.

"Nie znam podobnej sprawy, w której odpowiedzialność karną przewidzianą przepisami karnymi ponosiłaby instytucja bądź osoba prawna, a nie konkretny człowiek. To skomplikowane prawne zagadnienie, czy można w tym przypadku mówić o odpowiedzialności karnej jakiejkolwiek osoby zatrudnionej w PKP" - zaznaczył Kuc.

Podkreślił, że "na pierwszy rzut oka" można w tym przypadku mówić o odpowiedzialności cywilnej kolei. Dodał, że w kwestii właściwości prokuratury decyzja zapadnie w ciągu najbliższych dni. Zgodnie z kodeksem postępowania karnego prokuratura ma 30 dni na decyzję o ewentualnej odmowie wszczęcia postępowania.

W zawiadomieniu o przestępstwie zarzucono PKP m.in. "niedopełnienie obowiązków, polegające na niezapewnieniu jakiejkolwiek ochrony osobom korzystającym z ich usług", oraz naruszenie ustawy Prawo przewozowe przez "niezachowanie jednego z podstawowych obowiązków przewoźnika, polegającego na zapewnieniu podróżnym odpowiednich warunków bezpieczeństwa".

W uzasadnieniu zawiadomienia napisano, że bandycki napad stał się możliwy, ponieważ w pociągach często nie ma ochrony, co stwarza możliwości działania zorganizowanym grupom przestępczym, wyspecjalizowanym w napadach na podróżnych.

Ustawa z 1984 r. Prawo przewozowe nakłada na przewoźnika obowiązek zapewnienia odpowiedniego bezpieczeństwa pasażerom, zabrania wnoszenia niebezpiecznych przedmiotów do środków transportu. Ustawa z 2003 r. o transporcie kolejowym określa zadania Straży Ochrony Kolei. Funkcjonariusze tej straży mają obecnie uprawnienia zbliżone do policji.

Ojciec zamordowanej, Jerzy Dybowski mówił, że jego zdaniem PKP ponosi częściową odpowiedzialność za śmierć jego córki.

"Kupując bilet zawarłem umowę z kolejami na bezpieczne dowiezienie mego dziecka. PKP nie wywiązały się z tej umowy" - powiedział.

Za serwisem Onet.pl z dn. 20.07.2004 r.

Do góry...>>


PKP zapłaci za śmierć pasażerki?

Prokuratura Rejonowa w Kołobrzegu, do której trafiło zawiadomienie o przestępstwie przeciwko PKP w związku z bestialskim zabójstwem 21-letniej Anny Dybowskiej, zbada, czy jest ona właściwa do rozpatrywania sprawy oraz czy w ogóle zachodzą podstawy do wszczęcia takiego śledztwa. Zawiadomienie do prokuratury skierował zespół ds. pomocy ofiarom przestępstw przy Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy.

Ojciec zamordowanej, Jerzy Dybowski, mówił, że jego zdaniem PKP ponosi częściową odpowiedzialność za śmierć jego córki. Kupując bilet zawarłem umowę z kolejami na bezpieczne dowiezienie mego dziecka. PKP nie wywiązały się z tej umowy - powiedział Jerzy Dybowski.

Zabójstwo dla zabawy

Na początku lipca dwaj młodzi mężczyźni (23 i 24 lata) pobili i udusili pasażerkę pociągu Anię Dybowską z Jarkowa (Zachodniopomorskie). Niedaleko Łowicza w województwie łódzkim wyrzucili ją z pociągu. Dziewczyna jechała z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać na studia. Mordercy powiedzieli po zatrzymaniu, że wyrzucili dziewczynę dla zabawy, by uczcić urodziny jednego z nich.

Szef Prokuratury Rejonowej w Kołobrzegu Adam Kuc powiedział, że zasadniczo śledztwo prowadzi prokuratura z miejscowości, gdzie popełniono przestępstwo. Jeśli nie można precyzyjnie ustalić, gdzie doszło do przestępstwa, bierze się pod uwagę miejsce ujawnienia czynu (zwłoki dziewczyny znaleziono w woj. łódzkim).

Prokurator dodał, że jeśli sprawą zajmie się jego prokuratura, konieczna będzie ocena, czy zachodzą podstawy do wszczęcia dochodzenia. Nie znam podobnej sprawy, w której odpowiedzialność karną przewidzianą przepisami karnymi ponosiłaby instytucja bądź osoba prawna, a nie konkretny człowiek. To skomplikowane prawne zagadnienie, czy można w tym przypadku mówić o odpowiedzialności karnej jakiejkolwiek osoby zatrudnionej w PKP - zaznaczył Kuc.

Podkreślił, że "na pierwszy rzut oka" można w tym przypadku mówić o odpowiedzialności cywilnej kolei. Dodał, że w kwestii właściwości prokuratury decyzja zapadnie w ciągu najbliższych dni. Zgodnie z kodeksem postępowania karnego prokuratura ma 30 dni na decyzję o ewentualnej odmowie wszczęcia postępowania.

"PKP nie dopełniło obowiązków"

W zawiadomieniu o przestępstwie zarzucono PKP m.in. "niedopełnienie obowiązków, polegające na niezapewnieniu jakiejkolwiek ochrony osobom korzystającym z ich usług", oraz naruszenie ustawy Prawo przewozowe przez "niezachowanie jednego z podstawowych obowiązków przewoźnika, polegającego na zapewnieniu podróżnym odpowiednich warunków bezpieczeństwa".

W uzasadnieniu zawiadomienia napisano, że bandycki napad stał się możliwy, ponieważ w pociągach często nie ma ochrony, co stwarza możliwości działania zorganizowanym grupom przestępczym, wyspecjalizowanym w napadach na podróżnych.

Ustawa z 1984 r. Prawo przewozowe nakłada na przewoźnika obowiązek zapewnienia odpowiedniego bezpieczeństwa pasażerom, zabrania wnoszenia niebezpiecznych przedmiotów do środków transportu. Ustawa z 2003 r. o transporcie kolejowym określa zadania Straży Ochrony Kolei. Funkcjonariusze tej straży mają obecnie uprawnienia zbliżone do policji.

Za serwisem WP z dn. 20.07.2004 r.

Do góry...>>


Zabójcy z pociągu

Marcin Ogdowski

Data: 2004-07-19

Numer: 30/2004

Mężczyźni, którzy dla uczczenia urodzin jednego z nich zabili dziewczynę, uchodzili za drobnych przestępców. Niemal nikt nie sądził, że będą w stanie zamordować

To była szybka akcja, rodem z filmu sensacyjnego. Siedzący na dworcowej ławce 23-letni Dariusz M. nie zauważył, że wokół zagęścił się tłum młodych mężczyzn. Nim się zorientował, że nie są to zwykli pasażerowie, było już za późno - na sygnał rzucili się na niego, obalili na ziemię i skuli kajdankami. Nie obyło się przy tym bez brutalnej wymiany ciosów. M., mimo oczywistej przewagi sił, stawiał się zatrzymującym.

- Kilkadziesiąt minut wcześniej otrzymaliśmy informacje, że na Dworcu Głównym przebywa osoba podejrzana o udział w brutalnym zabójstwie - mówi Liliana Kruś-Kwiatkowska, rzecznika Komendy Miejskiej Policji w Toruniu. - Na miejscu byli już prowadzący sprawę zabójstwa funkcjonariusze policji z Łowicza, dyskretnie obserwujący mężczyznę. W zatrzymaniu pomogli im policjanci z naszej komendy oraz znajdujący się akurat na dworcu patrol żandarmerii wojskowej.

Równie liczna była ekipa, która kilka godzin później - w sobotę, 10 lipca, nad ranem - pojawiła się na niewielkim osiedlu w podtoruńskiej Nieszawie. W tym przypadku jednak nie było potrzeby stosowania przemocy. 22-letni Artur F. bez oporów oddał się w ręce policji. - Czekał na gliny - mówi Arek, chłopak z sąsiedztwa. - Przez cały poprzedni tydzień nie wychodził z domu. Słuchał tylko muzyki i co chwila wyglądał przez okno. Jakiś taki nieswój, wystraszony.

Prezent urodzinowy

Osiem dni wcześniej Artur i Dariusz wsiedli w Toruniu do pociągu jadącego w stronę Warszawy. Młodszy miał właśnie urodziny, które postanowili specjalnie uczcić. Nie wiadomo kiedy podjęli decyzję, że najlepszym prezentem będzie... zabójstwo przypadkowo wybranej ofiary. - Artur kilka dni wcześniej chodził po osiedlu i opowiadał, że wybiera się do Zakopanego. I że po drodze zrobi coś, co pozwoli mu być "ojcem chrzestnym". Takim jak w filmie - wspomina w rozmowie ze mną sąsiad Arek. -

Weszli do przedziału, w którym siedziała 21-letnia dziewczyna - relacjonuje Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. - Podali się za studentów, zaczęli z nią rozmawiać. Po kilku minutach specjalnym kluczem zamknęli przedział, zasłonili okna i pobili dziewczynę. Zabrali jej pierścionek, telefon, 100 zł. Później wyprowadzili do toalety. By nie krzyczała, usta wypchali jej papierowymi ręcznikami. Zaczęli dusić. Najpewniej żyła jeszcze, gdy wyrzucili ją z pędzącego pociągu w podłowickich Zdunach...

Ania Dybowska mieszkała w niewielkim Jarkowie pod Kołobrzegiem. W czwartek, 1 lipca, o godz. 22 wsiadła w Kołobrzegu do pociągu pośpiesznego, jadącego do stolicy. Na dworzec odprowadził ją ojciec, życząc na pożegnanie dużo szczęścia. Następnego dnia Ania miała zdawać egzaminy wstępne do warszawskiej akademii medycznej. W piątek nad ranem leżące przy torach ciało zauważył konduktor z innego składu. Było straszliwie zmasakrowane - wyrzucona z pociągu Ania uderzyła w betonowy słup trakcyjny.

Wyrośnięty głupek

Kim byli ludzie, którzy dokonali tak przerażającej zbrodni? - Artura F. nie nazwałbym inaczej niż drobnym przestępcą - mówi Mirosław Michalak z Komendy Powiatowej Policji w Aleksandrowie Kujawskim. - Po pijaku lubił się bić z byle powodu, choć częściej jedynie wygrażał swoim oponentom. Bez żadnej stałej pracy, chwytał się sezonowych robót. Ale kasy potrzebował przez cały rok. Znaliśmy go głównie z drobnych kradzieży - a to wędkę komuś ukradł, a to rower sąsiadowi podprowadził z piwnicy. Wiedzieliśmy również, że bez skrupułów wytarmosiłby małolata dla komórki czy paru groszy na wino.

W relacjach, które pojawiły się w mediach, mówiono, że F. pochodzi z patologicznej rodziny. Sąsiedzi Artura zdecydowanie temu zaprzeczają. Chłopak wychowywał się co prawda bez ojca, który przed laty opuścił Nieszawę i zamieszkał na południu Polski. Głową rodziny została babka, ponieważ głuchoniema matka nie mogła podołać temu zadaniu. Jednak w mieszkaniu F. nigdy nie było żadnej meliny. Nigdy też żadna z kobiet nie była posądzana o najdrobniejsze choćby wykroczenie czy przestępstwo.

- Problemem był Artur, a jakiś czas temu także jego starszy brat, Sebastian - opowiada sąsiad, pan Marek. - Ale Sebastian po odsiedzeniu kary za pobicie ustatkował się. Odszedł z domu, założył rodzinę, pracuje. Wiem, że babka starała się trzymać Artura krótko, ale ostatnio podupadła na zdrowiu. A ponadstukilogramowemu chłopu trudno podołać. Nieraz słyszałem, jak Artur drze się na babkę, często widziałem, jak nerwowo wymachuje rękoma, na migi kłócąc się z matką. Ale czegoś takiego bym się po nim nie spodziewał...

Niebezpieczni kieszonkowcy

Równie zaskoczeni udziałem w zabójstwie są koledzy Artura. - Nigdy nie traktowaliśmy go poważnie. Facet skończył jedynie specjalną podstawówkę. Mieliśmy go za głupka, choć nikt mu tego otwarcie nie mówił, bojąc się jego pięści - przyznaje Arek. Co na to wszystko rodzina F.? Niestety, nie wiadomo. Po nagłośnieniu sprawy obie panie wyjechały do znajomych "gdzieś w Polsce". Brat przez domofon informuje, że od lat nie utrzymywał kontaktów z Arturem. I nie chce rozmawiać na jego temat.

Także od Dariusza M. rodzina zdecydowanie się odcięła. Tyle że M. na rodzinny ostracyzm skazany był już znacznie wcześniej. Wyrzucony z domu za nieustanne kradzieże, przemieszkiwał w poczekalni Dworca Głównego w Toruniu bądź u kolegów "po fachu". - Był już wcześniej karany za pobicia i kradzieże kieszonkowe - informuje Liliana Kruś-Kwiatkowska. - Dobrze znali go policjanci oraz pracownicy Służby Ochrony Kolei patrolujący teren dworca. Już po zabójstwie był przez nich kilkakrotnie kontrolowany i spisywany. O ile wiem, nie uchodził za kogoś wyjątkowo niebezpiecznego.

Zupełnie inne zdanie na ten temat mają pracujący na dworcu kolejarze. - Kieszonkowcy to zmora tego miejsca - mówi jeden z nich i prowadzi na perony. Bezbłędnie wskazuje osoby udające pasażerów - zwyczajnie wyglądających mężczyzn między dwudziestką a czterdziestką. Sześciu na jednym peronie, na który za chwilę ma wjechać pociąg relacji Olsztyn-Wrocław, jeden ze składów najbardziej obstawianych przez kieszonkowców. - To stali bywalcy - mówi mój rozmówca. - I niech pana nie zmyli określenie kieszonkowiec. Tak naprawdę to nie jakieś tam drobne złodziejaszki, tylko cholernie niebezpieczni bandyci.

Niska szkodliwość

- Najczęściej trzepią ludzi na peronach - kontynuuje kolejarz. - Niby pomagają wnieść bagaż, a druga łapa buszuje po torbach. Ale potrafią również całą watahą wsiąść do pociągu i przejechać nawet spory kawałek. W tym czasie odurzyć kilkanaście osób i okraść je. Nieraz też zdarzyło się, że zablokowali cały wagon, zakładając kłódki na drzwi, tak by nie otworzył ich kierownik składu albo konduktor. I wchodzili po kolei do każdego przedziału, zbierając łupy. Bo kto się postawi zdesperowanym oprychom? Ci, którzy próbowali, dostawali ostre wciry.

- Kiedyś krzyknąłem do stojących na peronie ludzi, żeby uważali, bo są wśród nich kieszonkowcy - opowiada innych pracownik toruńskiego dworca. - Kilka dni później, w centrum miasta, podszedł do mnie kieszonkowiec i powiedział: "Jeśli jeszcze raz odwalisz nam taki numer, wpadniesz pod pociąg". Nie odwaliłem. Wiem, że policja bagatelizuje kieszonkowców. "Niska szkodliwość" itd. Wiem też, że gdyby coś mi się stało, raczej potraktowano by to jako wypadek przy pracy. Po więc się narażać? Mam żonę i córkę na utrzymaniu.

Jak wynika z naszych informacji, w środowisku dworcowych kieszonkowców Dariusz M. był "świeżyzną". Starsi i bardziej doświadczeni koledzy wykorzystywali go do robienia ścisku na peronach i w pociągach kursujących między Toruniem a Aleksandrowem Kujawskim. To od nich dostał standardowy klucz do otwierania i zamykania drzwi przedziałów. Zapewne w trakcie jednego z takich kursów poznał Artura F. (choć obaj twierdzą, że poznali się tuż przed zabójstwem, na dworcu). Co na to policjanci? Ci prowadzący dochodzenie w sprawie zabójstwa Ani Dybowskiej powstrzymują się od komentarzy. Ci z toruńskiego dworca bezradnie rozkładają ręce: - "Kieszony" znają nas, my znamy ich. Gdy wpadamy na perony, pilnujemy siebie nawzajem...

***

Zabójstwo Ani Dybowskiej głęboko poruszyło opinię publiczną. I nic w tym dziwnego. Trudno bowiem wyobrazić sobie równie ohydne i bezsensowne motywy zbrodni. Na fali społecznego oburzenia po raz kolejny odrodziła się dyskusja nad koniecznością przywrócenia kary śmierci. Trudno nie zgodzić się z argumentem, że taki dyskurs jest w Polsce potrzebny. W końcu z roku na rok zwolenników najwyższego wymiaru kary przybywa. I czas najwyższy wysłuchać ich argumentów oraz poddać je rzetelnej (a nie emocjonalnej!) analizie.

W tej chwili zabójcom Ani grozi najwyżej dożywocie. Niemal wszyscy moi rozmówcy narzekali na tak "mało dotkliwy" wymiar kary. Tylko jeden z nich, sąsiad z bloku Artura F., nie chciałby dla morderców kary śmierci. - Założą im pętlę, zwolnią zapadnię. Ułamki sekund i będzie po wszystkim. Dla takich oprawców śmierć to za mało...

RAMA Pół miliona za śmierć

W związku z zabójstwem Ani Dybowskiej do prokuratury w Kołobrzegu wpłynęło zawiadomienie o przestępstwie, którego dopuściły się PKP, nie zapewniając ochrony pasażerom. Zawiadomienie złożył Zespół ds. Pomocy Ofiarom Przestępstw przy Urzędzie m.st. Warszawy. W zawiadomieniu zarzucono PKP m.in. "niedopełnienie obowiązków polegające na niezapewnieniu jakiejkolwiek ochrony osobom korzystającym z ich usług" oraz naruszenie ustawy Prawo przewozowe poprzez "niewykonanie jednego z podstawowych obowiązków przewoźnika polegającego na zapewnieniu podróżnym odpowiednich warunków bezpieczeństwa".

Także ojciec Ani zamierza domagać się od PKP pół miliona złotych odszkodowania. Czy ma szansę wygrać? W opinii mec. Roberta Smoktunowicza, w całym zdarzeniu nie ma jakiejkolwiek winy PKP. Z kolei mec. Jacek Dubois przywołuje artykuł 776 kodeksu cywilnego: "Przewoźnik obowiązany jest do zapewnienia podróżnym odpowiadających rodzajowi transportu warunków bezpieczeństwa i higieny oraz takich wygód, jakie ze względu na rodzaj transportu uważa się za niezbędne". Który z nich ma rację? Zapewne przekonamy się już wkrótce. Na razie przypomnijmy, że tylko w pierwszym kwartale tego roku bandyci pobili w pociągach 52 osoby.

Za "Przeglądem" z dn. 19.07.20004 r.

Do góry...>>


Ojciec ofiary: zawiniły PKP

Jerzy Dybowski, ojciec Ani spod Rymania, która została bestialsko zamordowana w pociągu, obwinia za tragedię PKP. "Głos Pomorza" napisał, że zdaniem Dybowskiego, płacąc za bilet Ania powierzyła swoje bezpieczeństwo przewoźnikowi. I ten powinien zrobić wszystko, aby nic złego się jej nie stało.

PKP nie zrobiły nic, choć połączenie Kołobrzeg-Warszawa należy do jednych z najniebezpieczniejszych w kraju, tymczasem pociąg, którym jechała Ania, nie był w ogóle pilnowany. - Moje dziecko żyłoby nadal, gdyby PKP traktowały poważnie swoich pasażerów - mówi Dybowski. - Po sprawiedliwość pójdę do sądu. Jesteśmy biednymi ludźmi i liczymy na to, że może jakaś kancelaria prawnicza zechciałaby nam bezpłatnie pomóc - dodaje Jerzy Dybowski.

Według gazety Dybowski ma rację twierdząc, że PKP są zobowiązane do zapewnienia podróżnym bezpieczeństwa. Mówi o tym zarówno Kodeks cywilny jak i prawo przewozowe. Polski wymiar sprawiedliwości potwierdził to już wyrokiem z 1993 r. Uznał wówczas, że zawierając umowę przewozu przez wykup biletu, pasażerowie mają podstawy oczekiwać ze strony przewoźnika dołożenia najwyższego stopnia staranności dla zapewnienia im bezpieczeństwa podróży.

Władze PKP zapewniają, że wszystko jest pod kontrolą, a w podległych im pociągach jest bezpieczniej niż na ulicach, a nawet w prywatnych mieszkaniach. - Śmierć Ani Dybowskiej to wielka tragedia i bardzo współczujemy jej rodzinie. Trzeba jednak przyjrzeć się faktom. Dotąd w naszej spółce nie było takiej tragedii - stwierdziła Anna Hyrlik, rzecznik prasowy PKP Przewozy Regionalne.

Za dziennikiem "Życie" z dn. 15.07.2004 r.

Do góry...>>


Zwyrodnialcy wydawali się spokojni

- Miły, spokojny, zawsze mówił dzień dobry - to nieprawdopodobne, ale tak najczęściej o zbrodniarzach mówią sąsiedzi zwyrodnialców, którzy zamordowali Anię Dybowską.

Łowicz, Toruń

Artur F. (22 l.) i Dariusz M. (23 l.), którzy dla uczczenia urodzin tego pierwszego zabili i wyrzucili z pociągu jadącą na egzamin do Warszawy Anię, często spotykali się na toruńskim dworcu i wspólnie podróżowali po całym kraju w poszukiwaniu mocnych wrażeń. Policjanci są niemal pewni, że okradali pasażerów. Sprawdzają jednak, czy nie popełniali znacznie poważniejszych przestępstw.

Obaj mieszkają ze swoimi rodzinami. Obaj w blokowiskach. Byli wcześniej karani. Artur F. za kradzieże, Dariusz M. za rozboje.

Byli jacyś inni

W niespełna 3-tysięcznej miejscowości każdy kojarzy Artura F. Ale opinie na jego temat są podzielone.

- To spokojny chłopak, któremu nikt nie pomógł, gdy miał kłopoty - tłumaczy dziennikarzom sąsiadka z klatki obok. - To dlatego, że jak był w więzieniu, to nikt mu nie pokazał, jak ma żyć uczciwie.

Nie wszyscy mieszkańcy Nieszawy są tak wyrozumiali.

Miał nawet dziewczynę

- Dziwny był. Niby spokojny, a jednak jakiś inny - mówią młodzieńcy siedzący pod blokiem, w którym mieszkał Artur F. - Jak miał pracę, to po pierwszej wypłacie z niej rezygnował. Na dyskoteki chodził i nawet miał kiedyś dziewczynę.

Starsi mieszkańcy też kojarzą chłopaka. - Chodził po mieście bez celu. Ale był spokojny i grzeczny - tłumaczy Władysław Zieliński (51 l.).

Mniej wiadomo o Dariuszu M. mieszkającym w Toruniu w osiedlu blokowisk. Mało kto go kojarzy. Jego rodzice nie chcą rozmawiać z dziennikarzami. - Tu nie ma co już gadać, nic się nie zmieni - stwierdził tylko ojciec.

Po naszych artykułach do redakcji "Super Expressu" zadzwonili przedstawiciele Zespołu do spraw Pomocy Ofiarom Przestępstw przy Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy i zaoferowali rodzicom Ani bezpłatną pomoc prawną. - Nasz zespół wszystko wytłumaczy rodzicom Ani, pomoże napisać pisma procesowe - powiedziała nam Małgorzata Karczewska.

autor: Dariusz Kucharski, Patryk Tryzubiak

Za "Super Expressem" z dn. 14.07.2004 r.

Do góry...>>


Widziałem przerażenie w jej martwych oczach

Dramatyczne wyznanie ojca zamordowanej Ani

- Cała była we krwi. I te jej oczy otwarte... Widziałem w nich przerażenie. Co oni zrobili mojemu dziecku?! - płacze Jerzy Dybowski (41 l.), ojciec Ani. Jej życie stało się prezentem na 22. urodziny zwyrodnialca - Artura F.

Jarkowo

Jarkowo - mała wieś wśród pól pod Kołobrzegiem. W zadbanym domu z czerwonej cegły, w którym niegdyś mieściła się szkoła, mieszka rodzina Dybowskich. Wciąż są w szoku. Ania była ich pierworodną. Siostry, Ola (19 l.) i Asia (17 l.), nadal nie mogą zrozumieć, dlaczego bestie w ludzkiej skórze odebrały im Anię. Młodsze bliźniaczki, Iza i Natalka (5 l.), wiedzą tylko, że stało się coś strasznego.

- Za trzy miesiące, 5 października, obchodzilibyśmy jej 21. urodziny - szlocha Bogusława Dybowska (41 l.), matka zamordowanej. - Mówiła, że zaraz po egzaminach zadzwoni. Ojciec miał po nią wyjechać... A tylko pojechał do kostnicy: rozpoznać ciało.

Chciała kimś być

Ania była ambitna. Skończyła szkołę w Rymaniu, chociaż od jej domu była oddalona o 15 km. Potem Zespół Szkół im. Henryka Sienkiewicza w Kołobrzegu.

- Uczyła się bardzo dobrze. Ciężko, bardzo ciężko pracowała - wspomina Bogusława. - Po ogólniaku starała się o przyjęcie do Akademii Medycznej w Poznaniu. Nie wyszło: za dużo kandydatów. Nie chciała tracić roku. Dlatego wybrała Studium Medyczne w Łomży.

- Była na kierunku farmaceutycznym. Tak jej się to spodobało, że jak do domu wracała, to tylko o ziółkach, o leczeniu ludzi i medycynie naturalnej mówiła - wspomina matka Ani.

- Miała plany: chciała skończyć farmację - wspomina. - Tyle jej obiecywaliśmy, że jak skończy uczelnię, to pomożemy jej otworzyć aptekę.

1 lipca ojciec zawiózł Anię traktorem do pobliskiego Gorawina, skąd busem dojechała do Kołobrzegu. Stamtąd wyruszyła w swoją ostatnią podróż...

Co te bestie jej zrobiły

- Ze snu wyrwali mnie policjanci - wspomina Jerzy. - Rozpytywali o Anię. W końcu usłyszałem od nich najgorsze: "Anię wyrzucono z pociągu". Tysiące myśli, jeden mętlik... szok.

Tej samej nocy Jerzy z bratem pojechali do Łowicza, gdzie na torach znaleziono ciało Ani.

- Rano było przesłuchanie. Ale ja już na sto procent wiedziałem, że Ania nie żyje. Potem najgorsze: zawieźli do kostnicy na rozpoznanie - rozpacz nie pozwala Jerzemu mówić. - Cała była we krwi... moja córunia kochana... Jej oczy otwarte... Widziałem w nich jej przerażenie. Co te bestie jej zrobiły?! Jak mogli?!

Ania wróciła do rodzinnej wsi w trumnie.

- Ostatnio poznała w Łomży chłopaka. Rozmawialiśmy o nim. Śmiałem się, że na zmówiny do mnie pewnie wkrótce przyjedzie - rozpacza Jerzy. - A tak... na grób córki trzeba nam jeździć.

Czy to jedyna ofiara?

Łowicz, Toruń

Zwyrodnialcy, którzy "dla zabawy" zamordowali 21-letnią Anię Dybowską, mogą mieć na koncie wiele innych poważnych przestępstw. Policjanci, z którymi rozmawialiśmy, uważają, że mężczyźni znali się dużo wcześniej, choć bandyci twierdzą, że poznali się kilka godzin przed morderstwem. Artur F. (22 l.) i Dariusz M. (23 l.), którzy dla uczczenia urodzin tego pierwszego zabili i wyrzucili z pociągu jadącą na egzamin do Warszawy Anię, byli już wcześniej karani. Artur F. za kradzieże, Dariusz M. za rozboje.

autor: Wojciech Tołyż DK, PT

Za "Super Expressem" z dn. 13.07.2004 r.

Do góry...>>


Zabili naszą Anię dla zabawy

Zamordowana dziewczyna pochodziła z naszego regionu. Z okolic Rymania. - Ktoś naszą córeczkę brutalnie zamordował i wyrzucił jak psa z pociągu. Czy coś takiego można kiedykolwiek wybaczyć? Nie można! Nigdy! - rozpacza Jerzy Dybowski, ojciec bestialsko zamordowanej 21-letniej Ani.

W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych, 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, w jednej z miejscowości w okolicach Torunia, jego o rok młodszego wspólnika.

Dożywocie to żadna kara

Mordercy poznali się na dworcu kolejowym. Podróż rozpoczęli - w dniu urodzin jednego z nich, 22-latka - z makabrycznym zamiarem "uczczenia" tego dnia zabiciem człowieka.

1 lipca Ania Dybowska pojechała zdawać egzaminy na wyższą uczelnię do Warszawy. O 3 rano w Toruniu dosiedli się do niej dwaj mężczyźni w wieku 22 i 23 lat. Przedstawili się jako studenci i nawiązali rozmowę. Kiedy zorientowali się, że podróżuje sama, zasłonili okna, a potem zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę.W końcu wyrzucili ją z jadącego pociągu.

- Niech to państwo wreszcie coś z zrobi z tymi zwierzętami w ludzkiej skórze! Dożywocie to dla nich żadna kara. Powinno się im odebrać życie w taki sam sposób, w jaki oni odebrali życie mojej córce - domaga się Jerzy Dybowski. - Wiem, że kara śmierci dziecka mi nie przywróci, ale tu chodzi też o sprawiedliwość i ochronę każdego życia, a nie tylko życia tych, którzy mordują. Moja Ania nie żyje, a oni teraz będą oglądać sobie telewizję w więzieniu - mówi ocierając łzy.

- To było zdolne, dobre dziecko. Nigdy nie brakowało jej ambicji i wiary we własne siły. Stroniła od dyskotek i zabawy, zawsze tylko ta nauka i nauka - ze łzami w oczach wspomina Bogusława Dybowska, matka dziewczyny.

Do końca życia będzie pamiętać chwilę, gdy Ania wsiadała do samochodu wraz z ojcem, który miał ją odwieźć do Rymania. Stamtąd busem miała dojechać do Kołobrzegu. - Nagle odwróciła się, krzyknęła: "Cześć, mamuś!" i cała roześmiana pomachała mi ręką na pożegnanie. I pomyśleć, że jeszcze tej nocy ktoś ją pobił, zakneblował i udusił. I za co? No proszę powiedzieć: za co?! - pyta.

Za "Głosem Szczecińskim" z dn. 13.07.2004 r.

Do góry...>>


Życzenie śmierci

Zabili, bo chcieli pieniędzy na prezent urodzinowy

Pojawiły się nowe informacje w sprawie makabrycznego morderstwa, do którego doszło 2 lipca br. 21-letnia dziewczyna została skatowana przez 22 i 23 - latka, a potem wyrzucona z pędzącego pociągu. W weekend policja zatrzymała morderców.

Po wstępnym przesłuchaniu okazało się, że oskarżeni szukali pieniędzy na uczczenie urodzin jednego z nich. Media podały wcześniej, iż sama śmierć kobiety miała być formą urodzinowego prezentu. - Grozi im dożywocie w związku z przestępstwem, mówiącym o zabójstwie i rozboju w celach rabunkowych - mówi Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi. Jeśli okazałoby się, że prawdziwe są początkowe doniesienia, dotyczące motywów zbrodni, jej sprawców najprawdopodobniej skazano by na tzw. bezwzględne dożywocie, czyli bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. Motyw rabunkowy może sprawić, że skład orzekający będzie "bardziej łaskawy". Bandyci poznali się tuż przed dokonaniem przestępstwa i dokładnie zaplanowali zbrodnię. Wsiedli do pociągu na dworcu kolejowym w Toruniu, poszukując ofiary. Znaleźli ją w ostatnim wagonie składu. 21-letnia dziewczyna jechała do Warszawy, aby zdawać egzaminy wstępne na Akademię Medyczną. Podejrzani najpierw nawiązali z nią rozmowę, a potem zasłonili okna i zaczęli wdrażać w życie swój makabryczny plan. Bili, a potem dusili bezbronną ofiarę. Sterroryzowana kobieta wysiadła z nimi na dworcu w Warszawie, a potem została siłą doprowadzona do następnego pociągu relacji Warszawa - Bydgoszcz.

- Nikt nie zauważył niczego niepokojącego, gdy się przesiadali. Dziewczyna była tak przerażona, że robiła wszystko, co jej kazali - dodaje Kopania. Oprawcy zabrali jej kolczyki, telefon komórkowy oraz kilkadziesiąt złotych. Na koniec wyrzucili ją z pędzącego pociągu, gdy jeszcze żyła. Jej zwłoki znalazł w pobliżu torów koło Łowicza jeden z konduktorów. Kobieta zmarła na skutek urazu kręgosłupa. Oskarżeni złożyli szczegółowe wyjaśnienia w tej sprawie, ale nie można jeszcze potwierdzić ich przyznania się do winy. Prokuratura przesłuchała w charakterze świadków także chłopaka i dziewczynę, znajomych jednego z podejrzanych.

MARCIN T. NOWAK

Za dziennikiem "Życie" z dn. 13.07.2004 r.

Do góry...>>


Makabryczne zabójstwo w pociągu pod Łowiczem

Morderstwo na urodziny

Wsiedli do pociągu, żeby zabić. Dwudziestotrzyletni Dariusz M. i jego młodszy o rok kolega Artur F. dla zabawy zamordowali i wyrzucili z pociągu młodą kobietę. "Uczcili" w ten sposób urodziny Artura F. Dziewczyna jechała do Warszawy, miała zdawać na medycynę.

Do tej makabrycznej zbrodni doszło w nocy z 1 na 2 lipca. Dariusz M. i Artur F. wsiedli w Toruniu do pociągu z zamiarem zabicia człowieka. Na taki pomysł wpadli z okazji 22. urodzin Artura. Około trzeciej w nocy zajęli miejsca w przedziale, w którym była tylko 21-letnia dziewczyna. Mieszkała na wsi pod Kołobrzegiem, jechała do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na medycynę.

Mordercy podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Kiedy zaatakowali, dziewczyna nie miała szans. Zasłonili okna, skrępowali ją i zakneblowali usta. Bili ofiarę i dusili, wreszcie wyrzucili przez okno. Zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny pod Łowiczem (Łódzkie). Ciało zauważył konduktor z przejeżdżającego tamtędy pociągu.

- Przed wyrzuceniem z pociągu dziewczyna jeszcze żyła. Bezpośrednią przyczyną śmierci był uraz kręgosłupa - opowiada "Rz" nadkomisarz Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.

Mordercy zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach, a później spokojnie wrócili do domów.

Dwudziestotrzylatka ujęto w piątek na dworcu w Toruniu, a jego kolegę następnego dnia w domu, w podtoruńskiej wsi. Policjanci odzyskali skradzione dziewczynie przedmioty.

Obaj mordercy byli wcześniej karani za rozbój i kradzieże. Po zatrzymaniu przyznali się do brutalnego morderstwa w pociągu. Sąd Rejonowy w Łowiczu wydał wczoraj nakaz aresztowania Dariusza M. i Artura F. na trzy miesiące. Odpowiadać będą za zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Grozi im dożywocie.

Policjanci nie chcą mówić o tym, jak wpadli na trop bandytów. Wiadomo jedynie, że sprawdzali znajomych ofiary, wiele razy przemierzali jej ostatnią w życiu trasę, aby znaleźć punkt zaczepienia.

Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy poznali się na dworcu kolejowym. Utrzymują, że tam zaplanowali zabójstwo, do którego namawiali też innego spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie.

TOR

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 12.07.2004 r.

Do góry...>>


Śmierć na urodziny

Ofiara zabójstwa jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy

Sąd Rejonowy w Łowiczu aresztował wczoraj na trzy miesiące dwóch mężczyzn, którzy dla "uczczenia" urodzin jednego z nich zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę - poinformowała nadkomisarz Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.

Obaj podejrzani, w wieku 22 i 23 lata - mieszkańcy Torunia i okolic - przyznali się do dokonania tej makabrycznej zbrodni. Grozi im kara dożywotniego więzienia.

Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w woj. łódzkim. Policjanci przez ponad tydzień poszukiwali sprawców na terenie całego kraju.

Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca. W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, w jednej z miejscowości w okolicach Torunia, jego o rok młodszego wspólnika. Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy poznali się na dworcu kolejowym. Wsiedli około godz. 3 w nocy w Toruniu do pociągu z makabrycznym zamiarem "uczczenia" urodzin młodszego z nich, zabiciem człowieka. Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Ofiarę wyrzucili z jadącego pociągu. (PAP)

PiS: PRZYWRÓCIĆ KARĘ ŚMIERCI

Prawo i Sprawiedliwość domaga się przywrócenia kary śmierci dla morderców. Szef PiS Jarosław Kaczyński przekonywał na niedzielnej konferencji w Sejmie, że jest to kara odpowiednia za pozbawienie życia innego człowieka, ponadto przywraca elementarny porządek moralny w państwie. Kaczyński przywołał popełnioną w sobotę zbrodnię młodej kobiety. - To wydarzenie pokazuje, że dotychczasowe zmiany w prawie karnym prowadzą do degradacji wartości życia ofiary, a z drugiej strony do wyniesienia wartości życia zbrodniarza. Z tym trzeba skończyć - podkreślił. Szef PiS uważa, że można wrócić do praktyki stosowanej już w Polsce - do kary śmierci przez powieszenie. Zapowiedział, że wkrótce do marszałka Sejmu trafi odpowiednia nowelizacja kodeksu karnego przywracająca karę śmierci. (PAP)

Za "Dziennikiem Polskim" z dn.12.07.2004 r.

Do góry...>>


Zabili ją, bo były urodziny

Dziewczyna wyrzucona z pociągu do Warszawy

Ania jechała na egzaminy. Wyrzucił ją z wagonu człowiek, który chwilę wcześniej powiedział: "Mam urodziny, zabijmy kogoś". I zabił.

Anię Dybowską wyrzucili z pociągu chłopcy niewiele starsi od niej. - Zawsze jeździła do Warszawy pociągiem o godz. 21 z minutami. Tym razem po raz pierwszy pojechała godzinę później. Nie potrafię sobie wybaczyć tego, że wsiadła akurat do tego pociągu - głos Jerzego Dybowskiego, ojca 21-letniej dziewczyny, załamuje się. - A to ja ją zawiozłem na bus do Kołobrzegu. Powiedziała tylko: "Cześć, tato".

Ania, ładna i zawsze roześmiana dziewczyna z Jarkowa, pojechała 1 lipca na egzaminy na wydział farmacji warszawskiej Akademii Medycznej. Wcześniej wraz z przyjaciółką Magdą skończyły studium farmaceutyczne w Łomży. Nawet na dyskoteki nie chodziła, bo chciała się uczyć. Na zabawę miał przyjść czas później.

- Interesowały ją zioła i ziołolecznictwo. Może nie była superpilną uczennicą, ale za to bardzo pracowitą. Chciała coś w życiu osiągnąć - dodaje matka Ani. W podróż zabrała jeszcze kilka książek. Przed wyjazdem pożegnała się z rodzeństwem. Pięcioletnie bliźniaki zawsze się o nią dopytywały. Tak samo było 2 lipca, gdy policjanci przyjechali z wiadomością o śmierci Ani. - Jak usłyszeliśmy, że już jej nie zobaczymy, tylko płakaliśmy - mówią rodzice. Kiedy Dybowski rozmawia z ŻW, chce wiedzieć, kim są mordercy jego córki.

Zabójcy dziewczyny, 22-letni Artur i 23-letni Dariusz, zostali wczoraj aresztowani. O zbrodni opowiadali bez cienia żalu. Jakby to było dla nich coś normalnego.

Rafał Pasztelański

Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 12.07.2004 r.

Śmierć na urodziny

Policja ujęła sprawców bestialskiej zbrodni

Ania jechała do Warszawy, by zostać lekarzem. Nie wiedziała, że dwaj młodzi mężczyźni postanowili "uczcić" zabójstwem urodziny jednego z nich. Pobitą dziewczynę wyrzucili z pędzącego pociągu, by skonała na poboczu torowiska.

Naczelnik wydziału kryminalnego z Łowicza widział wiele zbrodni. Kiedy w miniony piątek pojechał do rodziny zamordowanej Ani, by powiedzieć, dlaczego zginęła ich najstarsza córka, płakał. - Nie potrafił się powstrzymać, bo nie wierzył w tak przerażający motyw - mówi oficer łódzkiej policji.

Ania miała 21 lat. Przez wiele miesięcy przygotowywała się do trudnych egzaminów na stołeczną Akademię Medyczną. W piątek wieczorem (1 lipca) wsiadła w Kołobrzegu do pociągu jadącego do Warszawy. Rodzice nie mieli wiele pieniędzy, więc dali jej na drogę tyle, ile mogli - 120 zł.

W tym czasie na dworcu kolejowym w Toruniu spotkało się dwóch młodych mężczyzn. - Mam dzisiaj urodziny. Chciałbym zajebać jakąś laskę, żeby zobaczyć, jak to jest - powiedział 22-letni Artur do 23-letniego Dariusza.

Nakręceni pomysłem na urodziny zaproponowali udział w zabójstwie jeszcze jednemu znajomemu z dworca. Ten ze strachem odmówił, ale nie powiedział nikomu, co szykuje dwójka zwyrodnialców.

Mordercy wsiedli do pociągu, którym jechała Ania. Kupili bilety u konduktora i ruszyli w poszukiwaniu ofiary. W przedziale siedziała samotnie Ania, czytająca książkę. W Kutnie odczepiano wagony. Ten, w którym siedziała dziewczyna, był ostatni w składzie.

Artur i Dariusz weszli do jej przedziału. - Zapytali dokąd jedzie. Kiedy dowiedzieli się, że chce studiować, na poczekaniu wymyślili historyjkę, iż sami są studentami. Poczekali, aż skończy się kontrola biletów i wtedy zaatakowali - opowiada Witold Kozicki, rzecznik łódzkiej policji.

Przydusili dziewczynę i bili ją po głowie. Zaciągnęli półprzytomną do toalety, gdzie ściągnęli z palców pierścionki, zabrali telefon komórkowy i 80 zł. By nie krzyczała, wepchnęli jej do gardła papierowe ręczniki. - Wyrzucaj ją, otworzyłem już drzwi - krzyknął Artur.

Ciało Ani znaleziono w piątek, 2 lipca, nad ranem przy torach w miejscowości Zduny. Lekarz stwierdził, że żyła, kiedy została wyrzucona z pociągu. Zmarła w wyniku obrażeń, których doznała w chwili upadku.Mordercy dojechali jeszcze do Warszawy Zachodniej, gdzie przesiedli się w powrotny pociąg. W Toruniu podzielili łup i zadowoleni pojechali do domów.

- Nie wierzyli, kiedy tydzień po zbrodni pojawiliśmy się w ich domach. Opowiadali o wszystkim bez cienia żalu czy jakichś wyrzutów sumienia - kończy oficer łódzkiej policji. Zwyrodnialcy zostali zatrzymani w miniony piątek i sobotę. W niedzielę zostali aresztowani na trzy miesiące.

Rafał Pasztelański

Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 12.07.2004 r.

PiS chce kary śmierci

Po brutalnym zabójstwie Ani i ujawnieniu motywów zbrodni, PiS po raz kolejny zaapelował o przywrócenie kary śmierci.

- Jest to kara odpowiednia za pozbawienie życia innego człowieka, ponadto przywraca elementarny porządek moralny w państwie - stwierdził lider partii Jarosław Kaczyński.

Szef PiS uważa, że można wrócić do praktyki stosowanej już w Polsce - do kary śmierci przez powieszenie. Zapowiedział, że wkrótce do marszałka Sejmu trafi odpowiednia nowelizacja kodeksu karnego, przywracająca karę śmierci.

Argumentem przeciwko najwyższej karze nie może być, zdaniem PiS, ewentualna pomyłka sądu. Wedle Kaczyńskiego, wobec kogoś, kto planuje morderstwo, żeby zdobyć jakieś pieniądze, nie można stosować kar wychowawczych.

Choć prawo UE nie przewiduje kary śmierci, to jednak każde państwo może wypowiedzieć stosowne traktaty. - Taki wyrok jest nie tylko sprawiedliwy, ale i w przypadku najokrutniejszych morderstw, jest także skuteczny - stwierdził Zbigniew Ziobro, poseł PiS. - Ta kara odstrasza potencjalnych zabójców od popełniania przestępstw, więc chroni niewinne ludzkie życie, poza tym jest skuteczna, bo eliminuje najbardziej zdemoralizowanych i niebezpiecznych sprawców - dodał.

DARTH, PAP

Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 12.07.2004 r.

Zobaczyć grozę w ich oczach

Z Jerzym i Bogusławą Dybowskimi, rodzicami zamordowanej Ani, rozmawia Rafał Pasztelański

Ania zginęła tylko dlatego, że dwaj bandyci chcieli "uczcić" urodziny...

B.D.: Proszę mi powiedzieć, co to za ludzie? Przecież nawet zwierzęta tak nie postępują. Wie pan coś więcej o nich...

To dwaj pospolici bandyci, którzy prawdopodobnie już wcześniej rabowali na kolei...

B.D.: Dlaczego więc Ani tylko nie okradli. Przeżyliśmy koszmar po raz drugi, gdy usłyszeliśmy, dlaczego ją zabito. Tydzień wcześniej uderzyła w nas jej śmierć. Dwa maluchy, pięcioletnie bliźniaki, pytały cały czas: czy już znaleźli tych panów, co skrzywdzili Anię...

Wierzy Pani w resocjalizację zabójców córki? Czy jest dla nich sprawiedliwa kara?

B.D.: Jak można zabić dla zabawy? Jeśli ktoś zrobił coś takiego, to nie można chyba mówić, że się kiedyś poprawi. Przepraszam bardzo (głos matki się łamie, oddaje słuchawkę mężowi).

Czy zmieniłoby coś wprowadzenie kary śmierci?

J.D.: Trzeba wprowadzić karę śmierci, chociażby po to, by zobaczyć grozę w oczach tych morderców. Takich ludzi nie zmieni się na lepsze. Posłowie powinni coś zrobić, by mordercy też się bali..

Za dziennikiem "Życie Warszawy z dn. 12.07.2004 r.

Do góry...>>


Zabili ją w prezencie

Dwaj zwyrodnialcy, którzy zabili i wyrzucili z pociągu 21-letnią Anię, siedzą już w areszcie. Mord miał być prezentem na urodziny jednego z nich.

Ania jechała do Warszawy na egzaminy wstępne do Akademii Medycznej. Chciała pomagać ludziom. W brutalny sposób została zamordowana.

Łowicz

2 lipca. Artur F., mieszkaniec jednej ze wsi koło Torunia, kończy właśnie 22 lata. Nie myśli jednak o urodzinowym torcie i prezentach. Chce po prostu z okazji swojego święta zabić człowieka. Wszystko jedno kogo. Byle tylko zobaczyć, jak wygląda umieranie.

Mord zaplanowali

Jedzie na dworzec kolejowy w Toruniu. Tam spotyka 23-letniego Dariusza M. i przedstawia mu swój plan. Ten bez chwili wahania przystaje na propozycję. Obaj chcą jeszcze namówić do współpracy przypadkowego mężczyznę, ale się nie zgadza.

Artur F. i Dariusz M. wsiadają w nocy do pociągu relacji Kołobrzeg-Warszawa. W jednym z przedziałów upatrują sobie jadącą samotnie 21-letnią Annę Dybowską. Ania, mieszkanka małej wioski Jarkowo pod Kołobrzegiem, jedzie na egzaminy wstępne do Akademii Medycznej w Warszawie. Podróżuje nocą, bo egzaminy zaczynają się w piątek rano. I prosto z pociągu może na nie dotrzeć. Jest oczkiem w głowie rodziców i dumą całej wsi. Będzie lekarzem!

Bezlitośnie zabili

Bandyci podają się za studentów i nawiązują rozmowę. W pewnej chwili zasłaniają okna w przedziale, kneblują usta dziewczynie, biją i duszą. Później, w okolicach Łowicza, jej ciało wyrzucają z pociągu. Zabierają należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawiają w lombardach, a następnie spokojnie wracają do domów.

- Mieli jasno postawiony cel, który konsekwentnie realizowali - mówi Joanna Kącka (29 l.) z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.

Policjanci z Łowicza i Łodzi, którzy zajęli się wyjaśnieniem zabójstwa, mieli początkowo ciężki orzech do zgryzienia. - Wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara, chcąc znaleźć punkt zaczepienia - wyjaśnia Joanna Kącka.

Prawdziwe dożywocie?

Rozpytywali pasażerów, rozmawiali z konduktorami. Na ślad zabójców wpadli pod koniec ubiegłego tygodnia. W piątek wieczorem zatrzymali Dariusza M., a w sobotę rano Artura F. Obaj przyznali się do tej odrażającej zbrodni. Obaj też utrzymują, że poznali się w dniu zabójstwa. Wczoraj sąd w Łowiczu aresztował ich na trzy miesiące. Grozi im dożywocie.

W miniony wtorek Anna Dybowska została pochowana w położonym obok Jarkowa Rymaniu w powiecie kołobrzeskim. Miała być lekarzem, pomagać innym...

autor: Dariusz Kucharski

Za dziennikiem "Super Express" z dn. 12.07.2004 r.

Do góry...>>


Sprawcy w areszcie

Przerażająca zbrodnia

SĄD Rejonowy w Łowiczu (Łódzkie) aresztował wczoraj na trzy miesiące dwóch bandytów (na zdjęciu), którzy dla "uczczenia" urodzin jednego z nich, zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę - poinformowała nadkomisarz Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.

Obaj podejrzani, w wieku 22 i 23 lat - mieszkańcy Torunia i okolic - przyznali się do dokonania tej makabrycznej zbrodni. Grozi im kara dożywotniego więzienia.

Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w województwie łódzkim.

Policjanci przez ponad tydzień poszukiwali sprawców na terenie całego kraju; wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara, chcąc znaleźć punkt zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca.

W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, w jednej z miejscowości w okolicach Torunia, jego o rok młodszego wspólnika.

Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy, poznali się na dworcu kolejowym. Wsiedli około 3-ej w nocy w Toruniu do pociągu z makabrycznym zamiarem "uczczenia" urodzin młodszego z nich, zabiciem człowieka.

Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Później zasłonili okna. Zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę. Następnie wyrzucili ją z jadącego pociągu. Zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach (policjanci odzyskali te przedmioty), a później spokojnie wrócili do domów.

Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Do zabójstwa namawiali też innego, spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie.

Przywrócić karę śmierci!

Prawo i Sprawiedliwość domaga się przywrócenia kary śmierci dla morderców. Szef PiS Jarosław Kaczyński przekonywał na wczorajszej konferencji w Sejmie, że jest to kara odpowiednia za pozbawienia życia innego człowieka, ponadto przywraca elementarny porządek moralny w państwie.

Kaczyński przywołał popełnioną ostatnią zbrodnię, kiedy to dwóch bandytów, którzy zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę. "To wydarzenie pokazuje, że dotychczasowe zmiany w prawie karnym prowadzą do degradacji wartości życia ofiary a z drugiej strony do wyniesienia wartości życia zbrodniarza. Z tym trzeba skończyć" - podkreślił.

Szef PiS uważa, że można wrócić do praktyki stosowanej już w Polsce - do kary śmierci przez powieszenie. Zapowiedział, że wkrótce do marszałka Sejmu trafi odpowiednia nowelizacja Kodeksy karnego przywracająca karę śmierci.

Zdaniem Kaczyńskiego, przywrócenie najwyższego wymiaru kary kary śmierci obniżyłoby poziom pewności sobie środowisk przestępczych i niejednemu Polakowi uratowałoby życie.

W opinii szefa PiS, wobec kogoś kto planuje morderstwo, żeby zdobyć jakieś pieniądze nie można stosować kar wychowawczych.

Podkreślił, że w prawie UE nie ma przepisów zakazujących karę śmierci. (PAP)

Za "Kurierem Szczecińskim" z dn. 12.07.2004 r.

Do góry...>>


Mordercy z pociągu

Marcin Masłowski, Łódź, Karol Dolecki, Bydgoszcz 12-07-2004

Dwaj młodzi bandyci udusili i wyrzucili z pociągu 21-letnią Anię. Jechała do Warszawy na egzaminy, chciała studiować medycynę. Policjanci są wstrząśnięci: - Zginęła, bo jeden z morderców miał urodziny

Ania mieszkała w Jarkowie, niewielkiej wsi położonej kilkanaście kilometrów od Kołobrzegu. Najstarsza z rodzeństwa, spokojna i inteligentna. Rodzina była z niej dumna, gdy postanowiła zdawać na Akademię Medyczną w Warszawie. Chciała zostać lekarzem. W czwartek 1 lipca o godz. 22 wsiadła w Kołobrzegu do pociągu jadącego do stolicy.

W piątek ok. 4 nad ranem zmasakrowane ciało dziewczyny zauważył konduktor innego pociągu. Leżało przy torach w Zdunach koło Łowicza. Policjanci nie mieli wątpliwości, że dziewczynę zamordowano.

Funkcjonariusze z Łowicza i Łodzi wielokrotnie jeździli trasą, którą podróżowała ofiara. Pokazywali podróżnym jej zdjęcie. Szukali punktu zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Myśleli, że może poznała kogoś na dworcu w Kołobrzegu, że może z kimś się pokłóciła i doszło do zbrodni...

- Okazało się, że dziewczyna zginęła, bo jeden z morderców miał urodziny - opowiada zaszokowany podinspektor Krzysztof Protekta z łowickiej policji. - Postanowili z tej okazji okraść kogoś w pociągu, a żeby rozbój nie wyszedł na jaw, zabić ofiarę. Wszystko mieli precyzyjnie zaplanowane.

W przedziale była sama

W Toruniu do pociągu, którym jechała Ania, wsiadło dwóch mężczyzn: pochodzący z Torunia 23-letni Dariusz M. i rok młodszy Artur F. z Nieszawy. To F. obchodził 2 lipca urodziny.

Jeszcze na toruńskim dworcu próbowali namówić na napad jeszcze jednego znajomego. 24-latek odmówił, więc pojechali we dwóch. Kupili bilety u konduktora i wyruszyli na poszukiwania ofiary. Upatrzyli sobie Anię. Była sama w przedziale.

Nadkom. Joanna Kącka z łódzkiej policji: - Weszli do przedziału, podali się za studentów, zaczęli z dziewczyną rozmawiać. Po chwili specjalnym kluczem zamknęli przedział, zasłonili okna i pobili dziewczynę. Zabrali jej pierścionki i telefon komórkowy. Potem wyprowadzili Anię do toalety. By nie krzyczała, usta wypchali jej papierowymi ręcznikami i zaczęli dusić. Dziewczyna prawdopodobnie żyła, gdy wyrzucili ją z pędzącego pociągu pod Łowiczem. Telefon i pierścionki zastawili w toruńskich lombardach i wrócili do domów.

Nie pierwsze zabójstwo?

Policjanci nie chcą zdradzić, jak trafili na ślad zabójców. - To nie był przypadek, na szczęście popełnili błąd - opowiada jeden z oficerów. - Jaki? Nie powiemy. Gazety czytają nie tylko uczciwi ludzie.

Dariusza M. zatrzymano w piątek wieczorem w dworcowej poczekalni w Toruniu. W sobotę rano w Nieszawie wpadł Artur F. Łowicka prokuratura postawiła im zarzut zabójstwa. Obaj przyznali się do zbrodni. Wczoraj sąd w Łowiczu aresztował podejrzanych. Grozi im dożywotnie więzienie.

Zabójcy byli wcześniej karani.

Dariusz M. to znany toruńskim policjantom kieszonkowiec. Całymi dniami przesiadywał na dworcu PKP Toruń Główny. Łatwo nawiązywał kontakt z podobnymi sobie drobnymi przestępcami. Już po zabójstwie policjanci kilka razy spisywali go na dworcu za nocowanie w poczekalni.

Artur F. był w rodzinnej Nieszawie notowany za kradzieże i bijatyki, ma opinię oprycha i chuligana. Przed laty kręcił się wśród handlarzy narkotyków. Pochodzi z rozbitej rodziny, wychowywany był przez schorowaną matkę i babcię.

Choć obaj twierdzą, że poznali się na dworcu tuż przed zabójstwem, policjanci przypuszczają, że znają się od dawna, a na koncie mają więcej rozbojów dokonanych na pasażerach pociągów. I nie tylko rozbojów. Jak dowiedziała się "Gazeta", jeden z zatrzymanych jest podejrzewany o zabójstwo jeszcze jednego pasażera i usiłowanie kolejnego.

Za dziennikiem "GW" z dn. 11.07.2004 r.

Do góry...>>


Areszt za mord w pociągu

Sąd w Łowiczu (Łódzkie) aresztował na trzy miesiące 2 bandytów, którzy dla "uczczenia" urodzin jednego z nich, zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę. Obaj przyznali się do makabrycznej zbrodni. Grozi im dożywocie.

Obaj podejrzani, w wieku 22 i 23 lat - mieszkańcy Torunia i okolic - przyznali się do dokonania tej makabrycznej zbrodni. Grozi im kara dożywotniego więzienia - poinformowała nadkomisarz Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.

Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w województwie łódzkim. Policjanci przez ponad tydzień poszukiwali sprawców na terenie całego kraju; wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara, chcąc znaleźć punkt zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca.

W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, w jednej z miejscowości w okolicach Torunia, jego o rok młodszego wspólnika.

Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy, poznali się na dworcu kolejowym. Wsiedli około 3-ej w nocy w Toruniu do pociągu z makabrycznym zamiarem "uczczenia" urodzin młodszego z nich, zabiciem człowieka.

Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Później zasłonili okna. Zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę. Następnie wyrzucili ją z jadącego pociągu. Zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach (policjanci odzyskali te przedmioty), a później spokojnie wrócili do domów.

Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Do zabójstwa namawiali też innego, spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie.

Za serwisami INTERIA.PL, Onet.pl, WP, Dziennikiem Internetowym PAP z dn. 11.07.2004 r.

Do góry...>>


Wyrzucona z pociągu

Łódzcy policjanci zatrzymali dwóch bandytów, którzy dla uczczenia urodzin jednego z nich, zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę. Obaj - mieszkańcy Torunia i okolic - przyznali się do makabrycznej zbrodni.

Dwóm mężczyznom w wieku 23 i 24 lat grozi dożywocie. Prokuratura już skierowała do sądu wnioski o ich aresztowanie.

Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w województwie łódzkim.

Według Kąckiej, policjanci poszukiwali sprawców na terenie całego kraju; wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara chcąc znaleźć punkt zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca.

Wczoraj późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 24-letniego mężczyznę, a dziś nad ranem, przed miejscem zamieszkania, jego o rok młodszego wspólnika.

Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy, którzy poznali się na dworcu kolejowym, wsiedli około trzeciej w nocy w Toruniu do pociągu, którym jechała 21-latka. - Jak się później okazało, rozpoczęli tę podróż w dniu urodzin jednego z nich z makabrycznym zamiarem "uczczenia" tego dnia zabiciem człowieka - dodała Kącka.

Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Później zasłonili okna. Zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę. Następnie wyrzucili ją z jadącego pociągu. Zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach (policjanci odzyskali te przedmioty), a później spokojnie wrócili do domów.

Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Obaj przyznali się do tej makabrycznej zbrodni. Utrzymują, że poznali się na dworcu i tam zaplanowali zabójstwo, do którego namawiali też innego spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie.

Zebrane przez policjantów materiały zostaną przekazane prokuraturze w Łowiczu, która prawdopodobnie jeszcze dziś wystąpi do sądu z wnioskiem o aresztowanie podejrzanych. Obaj odpowiadać będą za zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Grozi im kara dożywotniego więzienia.

(INTERIA.PL/RMF/PAP)

Za serwisem INTERIA.PL z dn. 10.07.2004 r.

Do góry...>>


Ujęto sprawców makabrycznej zbrodni w pociągu

Prokuratura Rejonowa w Łowiczu skierowała do sądu wnioski o aresztowanie dwóch bandytów, którzy dla "uczczenia" urodzin jednego z nich, zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę.

Sąd podejmie decyzję w niedzielę - poinformowała nadkom. Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.

Obaj podejrzani, w wieku 22 i 23 lat, a nie jak wcześniej informowała policja 23 i 24 lat - mieszkańcy Torunia i okolic - przyznali się do dokonania tej makabrycznej zbrodni. Grozi im dożywocie.

Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w województwie łódzkim.

Według Kąckiej, policjanci poszukiwali sprawców na terenie całego kraju; wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara chcąc znaleźć punkt zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca.

W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, w jednej z miejscowości w okolicach Torunia, jego o rok młodszego wspólnika.

Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy, którzy poznali się na dworcu kolejowym, wsiedli około 3 w nocy w Toruniu do pociągu, którym jechała 21-latka. Jak się później okazało, rozpoczęli tę podróż w dniu urodzin jednego z nich - 22 latka - z makabrycznym zamiarem "uczczenia" tego dnia zabiciem człowieka.

Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Później zasłonili okna. Zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę. Następnie wyrzucili ją z jadącego pociągu. Zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach (policjanci odzyskali te przedmioty), a później spokojnie wrócili do domów.

Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Obaj przyznali się do tej makabrycznej zbrodni. Utrzymują, że poznali się na dworcu i tam zaplanowali zabójstwo, do którego namawiali też innego spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie.

Sprawcy odpowiadać będą za zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Grozi im kara dożywotniego więzienia.

Za serwisem Onet.pl z dn. 10.07.2004 r.

Do góry...>>


Zabili kobietę, by uczcić urodziny

Prokuratura Rejonowa w Łowiczu skierowała w sobotę do sądu wnioski o aresztowanie dwóch bandytów, którzy dla "uczczenia" urodzin jednego z nich, zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę. Sąd podejmie decyzję w niedzielę - poinformowała nadkom. Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.

Do zabójstwa doszło na początku lipca. Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny w województwie łódzkim.

Według Kąckiej, policjanci poszukiwali sprawców na terenie całego kraju; wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara chcąc znaleźć punkt zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca.

W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, przed miejscem zamieszkania, jego o rok młodszego wspólnika.

Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy, którzy poznali się na dworcu kolejowym, wsiedli około 3 w nocy w Toruniu do pociągu, którym jechała 21-latka. Jak się później okazało, rozpoczęli tę podróż w dniu urodzin jednego z nich z makabrycznym zamiarem "uczczenia" tego dnia zabiciem człowieka - dodała Kącka.

Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Później zasłonili okna. Zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę. Następnie wyrzucili ją z jadącego pociągu. Zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach (policjanci odzyskali te przedmioty), a później spokojnie wrócili do domów.

Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Obaj przyznali się do tej makabrycznej zbrodni. Utrzymują, że poznali się na dworcu i tam zaplanowali zabójstwo, do którego namawiali też innego spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie.

Zebrane przez policjantów materiały zostaną przekazane prokuraturze w Łowiczu, która jeszcze w sobotę prawdopodobnie wystąpi do sądu z wnioskiem o aresztowanie podejrzanych. Obaj odpowiadać będą za zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Grozi im kara dożywotniego więzienia.

Za serwisem WP z dn. 10.07.2004 r.

Do góry...>>


Ujęto sprawców makabrycznej zbrodni

Prokuratura Rejonowa w Łowiczu skierowała do sądu wnioski o aresztowanie dwóch bandytów, którzy dla "uczczenia" urodzin jednego z nich, zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę.

Sąd podejmie decyzję w niedzielę - poinformowała PAP nadkom. Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.

Obaj podejrzani, w wieku 22 i 23 lat, a nie jak wcześniej informowała policja 23 i 24 lat - mieszkańcy Torunia i okolic - przyznali się do dokonania tej makabrycznej zbrodni. Grozi im dożywocie.

Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w województwie łódzkim.

Według Kąckiej, policjanci poszukiwali sprawców na terenie całego kraju; wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara chcąc znaleźć punkt zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca.

W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, w jednej z miejscowości w okolicach Torunia, jego o rok młodszego wspólnika.

Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy, którzy poznali się na dworcu kolejowym, wsiedli około 3-ej w nocy w Toruniu do pociągu, którym jechała 21-latka. Jak się później okazało, rozpoczęli tę podróż w dniu urodzin jednego z nich - 22 latka - z makabrycznym zamiarem "uczczenia" tego dnia zabiciem człowieka.

Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Później zasłonili okna. Zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę. Następnie wyrzucili ją z jadącego pociągu. Zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach (policjanci odzyskali te przedmioty), a później spokojnie wrócili do domów.

Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Obaj przyznali się do tej makabrycznej zbrodni. Utrzymują, że poznali się na dworcu i tam zaplanowali zabójstwo, do którego namawiali też innego spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie.

Sprawcy odpowiadać będą za zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Grozi im kara dożywotniego więzieni

Za Dziennikiem Internetowym PAP z dn. 10.07.2004 r.

Do góry...>>

 

Proszę wybrać przejście:

strona utworzona 12.07.2004 r.