|
Morderstwo 21-letniej Anny Dybowskiej "z powodu urodzin" - Zduny (Łowickie) - 07.2004 |
|
|
Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza |
Proces morderców Anny Dybowskiej Wsiedli do pociągu, żeby zabić Przed sądem w Skierniewicach (Łódzkie) rozpoczął się proces dwóch zabójców 21-letniej Anny Dybowskiej. W lipcu ubiegłego roku mężczyźni wyrzucili młodą kobietę z pędzącego pociągu. Do makabrycznej zbrodni doszło w nocy na początku lipca ubiegłego roku. Dariusz M. i Artur F. wsiedli w Toruniu do nocnego pociągu. Już wtedy chcieli obrabować kogoś, a potem zabić. Około trzeciej w nocy weszli do przedziału, w którym samotnie podróżowała Anna Dybowska. Jechała z Kołobrzegu do Warszawy na egzamin wstępny na medycynę. Mordercy nawiązali rozmowę, a po chwili zaatakowali dziewczynę. Zasłonili okna w przedziale, skrępowali ją i zakneblowali. Bili, dusili. Artur F. wepchnął jej papier toaletowy do ust i wyrzucił z pociągu. Anna Dybowska zginęła na miejscu. Jej zwłoki znaleziono w pobliżu torów kolejowych w Zdunach pod Łowiczem (Łódzkie). Zbrodnia wstrząsnęła opinią publiczną. Pod koniec października 2004 r. kołobrzeska Prokuratura Rejonowa umorzyła postępowanie wszczęte po zabójstwie Anny Dybowskiej, w sprawie popełnienia przestępstwa przez PKP, polegającego na niedopełnieniu obowiązku zapewnienia ochrony osobom korzystającym z usług kolei. - Nie wiem. Nie pamiętam. Byłem pod wpływem narkotyków - tak najczęściej na pytania sędziego Leszka Stecia odpowiadał wczoraj 23-letni Artur F. z Nieszawy, wioski pod Toruniem, absolwent specjalnej podstawówki. To on wypchnął dziewczynę z pociągu. To on wpadł na pomysł, żeby kogoś obrabować, a nawet zabić. Potrzebował pieniędzy, bo chciał się napić z okazji swoich 22. urodzin. Przed sądem stwierdził, że podczas przesłuchania policjanci go zastraszali. - Mój klient przyznaje, że musiało być tak, jak zeznał drugi oskarżony. Ale nie obejmuje tych wydarzeń swoją świadomością. Nie jest w stanie potwierdzić ani zaprzeczyć - mówi jego adwokat Marek Fraszczyk. Obaj oskarżeni (w przeszłości karani za rozboje i kradzieże) twierdzą, że od dłuższego czasu używali narkotyków. M. powiedział, iż od kilku lat leczy się psychiatrycznie. Biegli psychiatrzy, którzy badali morderców, stwierdzili, że byli oni w pełni poczytalni w chwili popełniania zbrodni. Drugi z zabójców, Dariusz M. z Torunia (24 lata, po zawodówce), zaprzecza swoim wcześniejszym zeznaniom. Z policyjnego przesłuchania wynika, że w lipcu 2004 r. zabicie przypadkowego pasażera uznał za dobry pomysł. Zgodził się na udział w zabójstwie, bo ma tylko 560 zł renty, a potrzebował pieniędzy na dyskotekę w Toruniu. - Nie myślałem, że kogoś wyrzucimy - stwierdził w piątek. Za dwa złote pierścionki ściągnięte z palców Anny Artur F. dostał u jubilera 42 zł. Za dwa telefony komórkowe, które Dariusz M. zastawił w lombardzie (jeden należał do Anny, drugi skradli pijanemu pasażerowi), wypłacono mu 65 zł. Zapytany przez sędziego, czy żałuje swoich czynów, Artur F. schylił głowę i odparł: - Chyba tak. Obu zabójcom grozi od 12 lat więzienia do dożywocia. Błażej Torański Za "Rzeczpospolita" z dn. 05.02.2005 r. Bestie odpowiedzą za śmierć Ani Wczoraj rozpoczął się proces zwyrodnialców. Niech nigdy nie wyjdą zza krat - Oni zabili nie tylko naszą córkę. Oni zabili całą naszą rodzinę - szlocha Bogusława Dybowska (41 l.), matka brutalnie zamordowanej Ani (21 l.), którą w lipcu ubiegłego roku dwóch zwyrodnialców wyrzuciło z pędzącego pociągu. Wczoraj po raz pierwszy spojrzała w oczy zabójcom swojej córki. Przed sądem w Skierniewicach rozpoczął się proces w tej bulwersującej sprawie. Ania wychowywała się w Jarkowie - małej wsi pod Kołobrzegiem. Była oczkiem w głowie całej rodziny, wzorem do naśladowania dla czterech młodszych sióstr. Uczyła się bardzo dobrze. Chciała studiować medycynę w Poznaniu. Egzaminy jej nie poszły. Ale Ania była ambitna. Koniecznie chciała studiować w Akademii Medycznej. Tym razem wybór padł na Warszawę. Morderstwo na urodziny 2 lipca ubiegłego roku Ania Dybowska wsiada do pociągu jadącego z Kołobrzegu do stolicy. Na egzaminy jednak nie dociera. W Toruniu do pociągu, którym jedzie, wsiadają Artur Fołtyn (23 l.) i Dariusz Mioduski (24 l.). Artur ma tego dnia 22. urodziny. Bestie postanawiają zdobyć pieniądze na ich uczczenie. Artur chce też sobie zrobić urodzinowy prezent i... zabić człowieka. - Chcieliśmy kogoś okraść - mówi Artur Foltyn. - W jednym z przedziałów zauważyliśmy samotnie siedzącą dziewczynę. Przysiedliśmy się do niej i zaczęliśmy rozmawiać. - Oskarżam ich o zabójstwo z motywów zasługujących na szczególne potępienie - grzmi prokurator Sławomir Piwowarczyk. Obaj oskarżeni przyznają się do winy. W okolicach Włocławka zabójcy dokonują ataku na Anię. - Łapię ją jedną ręką za tył głowy, drugą zasłaniam jej usta - opowiada Artur Foltyn. - Mówię jej, że jeśli będzie spokojna, to nic się jej nie stanie. Darek w tym czasie wyciąga z jej torby portfel. Dręczą i zabijają Zabójcy nie zamierzają jednak puścić swojej ofiary. Ze sparaliżowaną ze strachu dziewczyną dojeżdżają aż do Warszawy. Zmuszają ją, by razem z nimi wsiadła do pociągu powrotnego. - Dręczą ją. Wkładają jej do ust papierowe ręczniki - mówi prokurator. W okolicy miejscowości Zduny koło Łowicza bestie wyrzucają Anię z pędzącego pociągu. - Nie pamiętam tej sytuacji, bo byłem pod wpływem narkotyków - tłumaczy teraz Foltyn. - Artur wyprowadza ją z przedziału do toalety. Później wyrzuca - wyjaśnia Dariusz Mioduski. Dziewczyna ginie na miejscu. Prokurator zapowiada, że będzie domagał się dla tych zwyrodnialców jednej z najwyższych kar - 25 lat więzienia lub nawet dożywocia. - Nie ma kary dla tych drani - mówi przez łzy Jerzy Dybowski (42 l.), tata Ani. Nasze życie stanęło w miejscu - Ci bandyci nie pozwolili nam cieszyć się sukcesami córki. Nie pozwolili nam przeżywać wspólnie chwil radości. Nasze życie po śmierci Ani stanęło w miejscu. Już nigdy nie otrząśniemy się z tej tragedii - mówi Bogusława Dybowska (41 l.), mama Ani. - Ból cały czas jest wielki. Wiedzieliśmy, że Ania chce pomagać innym, że chce leczyć. Byliśmy tacy z niej dumni. Oni zabili jej i nasze marzenia - mówi Jerzy Dybowski (42 l.), ojciec Ani. Skierniewice, Dariusz Kucharski Za "Super Express" z dn. 05.02.2005 r. Okrutnie poczytalni Rozpoczał się proces oskarżonych o zabójstwo wyrzuconej z pociagu Anny Dybowskiej 23-letni Artur F. i rok starszy Dariusz M., oskarżeni o zabojstwo 21-letniej Anny Dybowskiej, wyrzuconej w lipcu 2004 r. z pociagu, staneli wczoraj przed Sadem Okregowym w Skierniewicach. Grozi im od 12 lat wiezienia do dozywocia. Według prokuratury F. i M. wsiedli do pociagu na dworcu w Toruniu z zamiarem obrabowania pasażera, chcieli zdobyc pieniadze na fetowanie urodzin młodszego z nich. Upatrzyli sobie jadaca samotnie w przedziale 21-letnia dziewczynę i nawiazali z nia rozmowę. Zaatakowali ja za Włocławkiem. Zasłonili okna i zamknęli drzwi przedzialu. Zakneblowali i dusili dziewczyne. Zrabowali jej telefon komórkowy, pierscionki i okolo 90 zl. Dojechali ze sterroryzowana dziewczyna do Warszawy. Tam zmusili ja, by przesiadla sie z nimi do pociagu jadacego do Bydgoszczy. W pociagu wyprowadzili dziewczyne do toalety. Jeden z bandytow zakneblowal jej usta. Pózniej otworzyli drzwi i wypchnęli 21-latke z pędzacego pociagu. Dziewczyna zginęła na miejscu. (PAP) Za "Dziennik Polski" z dn. 05.02.2005 r. Koniec śledztwa ws. wyrzucenia z pociągu Dwóch młodych mężczyzn stanie przed skierniewickim sądem za zabójstwo 21-letniej Anny Dybowskiej, którą wyrzucili w lipcu tego roku z pociągu. Motywem zbrodni była chęć zdobycia przez bandytów pieniędzy na uczczenie urodzin jednego z nich. Grozi im kara od 12 lat więzienia do dożywocia. W prokuraturze w Skierniewicach zakończyło się śledztwo w tej sprawie. Akt oskarżenia ma trafić w przyszłym tygodniu do miejscowego sądu - poinformował PAP w środę prowadzący śledztwo prokurator Sławomir Piwowarczyk. 22-letniemu Arturowi F. i o rok starszemu Dariuszowi M. - mieszkańcom Torunia i okolic - zarzucono zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem i z motywów zasługujących na szczególne potępienie. Podejrzani przyznali się do winy i złożyli wyjaśnienia. Badający ich biegli psychiatrzy stwierdzili, że byli oni w pełni poczytalni w chwili popełniania zbrodni. W trakcie śledztwa przesłuchani zostali świadkowie, którzy rozmawiali z nimi na dworcu kolejowym, w tym osoba, którą namawiali do popełnienia przestępstwa oraz pracownicy kolei. Zwłoki dziewczyny znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w woj. łódzkim. 21-letnia Anna Dybowska z Jarkowa (Zachodniopomorskie) wyjechała dzień wcześniej z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy na studia. Z ustaleń śledztwa wynika, że Artur F. i Dariusz M. wsiedli do pociągu na dworcu w Toruniu z zamiarem obrabowania pasażera. Planując napad, nie wykluczali możliwości wyrzucenia pasażera z pociągu. Według prokuratury, chcieli w ten sposób zdobyć pieniądze na urządzenie urodzin młodszego z nich. Sprawcy upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę i nawiązali z nią rozmowę. Zaatakowali ją za Włocławkiem. Zasłonili okna i zamknęli drzwi przedziału. Zakneblowali i podduszali swoją ofiarę. Zrabowali należący do dziewczyny telefon komórkowy, pierścionki i około 90 zł. Jak ustalono, bandyci dojechali wraz ze sterroryzowaną dziewczyną do Warszawy. Tam zmusili ją, by przesiadła się z nimi do pociągu jadącego do Bydgoszczy. W pociągu wyprowadzili dziewczynę do toalety. Jeden z bandytów zakneblował jej usta. Później otworzyli drzwi i wypchnęli 21-latkę z pędzącego pociągu. Dziewczyna zginęła na miejscu. Zdaniem biegłych, bezpośrednią przyczyną śmierci były rozległe obrażenia głowy, które powstały w następstwie upadku. Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Zatrzymano ich kilka dni po zabójstwie. W trakcie śledztwa wyszło na jaw, że jeden z nich wręczył 30 zł łapówki konduktorowi pociągu w zamian za odstąpienie od wypisania biletów. Pieniądze te bandyci wcześniej zrabowali swej ofierze. Sprawa ta została wyłączona do odrębnego postępowania. Ze śledztwa wyłączone zostały też materiały dotyczące kradzieży dokonywanych przez jednego z oskarżonych. Zdaniem prokuratora Piwowarczyka, w trakcie śledztwa nie udało się wyjaśnić, dlaczego dziewczyna nie wzywała pomocy, czy w jakiś inny sposób nie próbowała się ratować. Jego zdaniem, takie zachowanie - choć może niektórym wydawać się dziwne, jest propagowane w mediach i - w jego ocenie - było prawidłowe. "Propaguje się, żeby będąc ofiarą napadu, nie drażnić sprawców, spokojnie do tego podchodzić, a może się uda i sprawcy zostawią ofiarę w spokoju. "Prawdopodobnie ona taki rodzaj obrony przyjęła, będąc jednocześnie mocno zastraszoną" - wyjaśnił prokurator. Pod koniec października kołobrzeska prokuratura rejonowa umorzyła postępowanie wszczęte po zabójstwie Anny Dybowskiej, w sprawie popełnienia przestępstwa przez PKP, polegającego na niedopełnieniu obowiązku zapewnienia ochrony osobom korzystającym z usług kolei. Prokuratura uznała, że PKP nie są współwinne śmierci Dybowskiej, a zarówno PKP, jak i żaden z jej pracowników nie dopuścili się niedopełnienia takich obowiązków. Zażalenie na umorzenie postępowanie złożył już pełnomocnik rodziny ofiary. Za Onet.pl, INTERIA.PL z dn. 17.11.2004 r. Bestiom z pociągu grozi dożywocie Zabili Anię, bo chcieli uczcić urodziny Dziś do Sądu Okręgowego w Skierniewicach wpłynie akt oskarżenia przeciw Arturowi F. (22 l.) i Dariuszowi M. (23 l.) - zwyrodnialcom, którzy w lipcu tego roku dla zabawy zabili i wyrzucili z pędzącego pociągu Anię Dybowską (21 l.). - Obu postawiliśmy zarzut morderstwa ze szczególnym okrucieństwem - mówi Sławomir Piwowarczyk z Prokuratury Okręgowej w Skierniewicach, który prowadził śledztwo przeciwko bestiom. - Podejrzani przyznali się do winy. Grozi im dożywocie. Mordercy spotkali się 2 lipca na dworcu kolejowym w Toruniu. Wieczorem wsiedli do pociągu jadącego z Kołobrzegu do Warszawy. Jechała na egzamin W jednym z przedziałów natknęli się na siedzącą samotnie Anię Dybowską. Dziewczyna miała zdawać w Warszawie egzaminy na studia medyczne. W okolicy Włocławka zabójcy zaatakowali Anię. Zakneblowali, dusili, zaciągnęli do toalety. Ze sparaliżowaną ze strachu dziewczyną dojechali aż do Warszawy. Nie pozwolili jej jednak odejść. W stolicy zaciągnęli ją do pociągu, który odjeżdżał w przeciwnym kierunku i od nowa zaczęli się znęcać nad swoją ofiarą. Bili tak długo, aż Ania zmarła. W okolicy miejscowości Zduny koło Łowicza wyrzucili jej ciało z pędzącego pociągu. Śmierć na urodziny - Obchodziłem tego dnia urodziny i chciałem się zabawić. To była doskonała forma zabawy - tłumaczył w śledztwie Artur F. - To był sposób na uczczenie urodzin Artura - potwierdzał jego wspólnik Dariuszowi M. Proces prawdopodobnie zacznie się jeszcze w tym roku. Skierniewice, Dariusz Kucharski Za dziennikiem "Super Express" z dn. 17.11.2004 r. Po morderstwie w pociągu. PKP bez winy Kołobrzeska Prokuratura Rejonowa umorzyła postępowanie wszczęte po zabójstwie Anny Dybowskiej, w którym badała, czy pracownicy PKP dopełnili wszystkich swych obowiązków, aby zapewnić podróżnym bezpieczeństwo. Do zabójstwa dziewczyny doszło w lipcu tego roku - poinformował w piątek prokurator rejonowy Adam Kuc. Anna Dybowska jechała z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać na studia. Zamordowali ją dwaj młodzi mężczyźni, którzy - by uczcić urodziny jednego z nich, postanowili okraść przypadkową osobę w pociągu. Upatrzyli sobie właśnie Dybowską, która siedziała sama w przedziale. Po obrabowaniu swej ofiary wyrzucili ją z pociągu. Zabójców ujęto po kilkunastu dniach. Obaj przyznali się do zbrodni. Przebywają w areszcie. Grozi im dożywocie. Prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie popełnienia przestępstwa przez PKP, polegającego na niedopełnieniu obowiązku zapewnienia ochrony osobom korzystającym z ich usług, na początku sierpnia, po złożeniu zawiadomienia przez Zespół ds. Pomocy Ofiarom Przestępstw urzędu miasta stołecznego Warszawy. W uzasadnieniu tego zawiadomienia napisano, że bandycki napad stał się możliwy, ponieważ w pociągach często nie ma ochrony, co stwarza możliwości działania zorganizowanym grupom przestępczym wyspecjalizowanym w napadach na podróżnych. Kołobrzeska prokuratura uznała jednak, że zarówno PKP jak i żaden z jej pracowników nie dopuścił się niedopełnienia obowiązków, polegających na niezapewnieniu podróżnym odpowiednich warunków bezpieczeństwa. Jak poinformował prok. Kuc, w sprawie przesłuchano kierownika pociągu i konduktorów, a także kierownika stacji w Kołobrzegu oraz naczelnika Służby Ochrony Kolei w Koszalinie. Przeanalizowano też materiały zebrane podczas odrębnego śledztwa dotyczącego zabójstwa dziewczyny, prowadzonego przez prokuraturę w Skierniewicach, a także wewnętrzne przepisy PKP. "Nie ma w sprawie takich faktów ustalonych, które pozwalałyby przyjąć, że postępowanie pracowników kolei naraziło Annę Dybowską na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu" - podkreślił Kuc. Dodał, że nie ustalono, też, by któryś z pracowników PKP nie udzielił dziewczynie pomocy w sytuacji zagrożenia utraty życia lub doznania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Postanowienie o umorzeniu postępowania zostało wysłane do ojca ofiary, któremu przysługuje zażalenie do Prokuratury Okręgowej w Koszalinie. Treść postanowienia otrzyma także Zespół ds. Pomocy Ofiarom Przestępstw. Jednak zespół ten, ponieważ nie jest stroną w sprawie, nie może złożyć zażalenia na postanowienie prokuratury. Za dziennikiem "GW" z dn. 29.10.2004 r. Potworom grozi dożywocie Wyrzucili dziewczynę z pociągu Śledztwo w sprawie zabójstwa 21-letniej Anny Dybowskiej wyrzuconej w lipcu z pociągu wreszcie dobiega końca. Skierniewice Psychiatrzy stwierdzili, że bestialscy bandyci byli poczytalni w chwili popełniania zbrodni. 22-letniemu Arturowi F. i o rok starszemu Dariuszowi M. zarzucono zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem i z motywów zasługujących na szczególne potępienie. Grozi im kara od 12 lat więzienia do dożywocia. W ciągu najbliższych tygodni akt oskarżenia w tej bulwersującej sprawie trafi do sądu. Zwyrodnialcy przyznali się do winy i złożyli wyjaśnienia. Ania jechała z Kołobrzegu do Warszawy, aby zdać egzaminy na studia. PAP, WM Za dziennikiem "Super Excpress" z dn. 12.10.2004 r. Pociąg do śmierci Tygodnik "Wprost", Nr 1130 PKP są współwinne śmierci Ani Dybowskiej Gdy po 22.00 nocny pociąg z Brześcia do Szczecina wyjeżdża z Warszawy, niektórzy pasażerowie wyciągają z toreb łańcuchy bądź stalowe linki i na kłódkę zamykają przedziały od wewnątrz. Zdziwionych współpasażerów informują, że tylko w ten sposób mogą cało dojechać do celu. Łańcucha ani linki nie miała z sobą bestialsko zamordowana Ania Dybowska, gdy w nocy z 1 na 2 lipca wsiadła do pociągu z Kołobrzegu do Warszawy. I nie powinna mieć takich zabezpieczeń. Art. 776 kodeksu cywilnego i art. 14 prawa przewozowego mówią: "Przewoźnik jest obowiązany do zapewnienia podróżnym odpowiednich warunków bezpieczeństwa i higieny oraz wygody i należytej obsługi". Zawierając umowę przewozu, czyli kupując bilet, pasażer nabywa prawo do bezpiecznej podróży. Rodzice Ani Dybowskiej mogą skarżyć PKP o wysokie odszkodowanie, bo spółka nie dotrzymała umowy. Pierwszy w III RP wyrok przyznający odszkodowanie ofierze napadu w pociągu sąd w Poznaniu wydał już w 1993 r. Współwinne PKP Winni zabójstwa Ani Dybowskiej są oczywiście dwaj zwyrodnialcy, ale PKP niejako wystawiły im bezbronną ofiarę. Tłumaczenia, że Straż Ochrony Kolei (SOK) nie jest w stanie kontrolować 4 tys. pociągów na dobę, to kłamstwo. Niebezpiecznych pociągów jeździ około 50 w ciągu doby, w dodatku policji i SOK są one dobrze znane. Zresztą co to obchodzi podróżnych, jak PKP zamierzają się wywiązać z umowy, której przestrzegania dotyczy art. 776 kodeksu cywilnego. Przy okazji proces wytoczony PKP przez rodziców Ani Dybowskiej mógłby zmusić tę spółkę do przestrzegania prawa po prostu. Dotychczas PKP były traktowane jak święta krowa: nagminnie nie przestrzegały umów i zobowiązań i nie ponosiły konsekwencji, bo przecież ktoś musi przewozić pasażerów, a ci są na PKP skazani. Ten status świętej krowy jest prawdopodobnie głównym powodem tego, że PKP de facto są wciąż tym samym niereformowalnym mamutem, jakim były w czasach PRL. Jerzy Dybowski, ojciec zamordowanej Ani, mówi "Wprost", że wszystkie osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo na kolei wiedziały, iż nocne pociągi z Kołobrzegu są celem bandytów, lecz nie robiły nic. Odpowiednie służby wręcz bały się patrolować te pociągi. Dybowski twierdzi, że prawdopodobnie nigdy nie wsiądzie już do pociągu, a swoje dzieci woli dowozić wynajmowanym samochodem. Opowiada, że wiele osób zaoferowało mu pomoc, że zgłosili się prawnicy gotowi za darmo przygotować pozew przeciwko PKP. Zwyczajna ofiara Ania Dybowska Feralnej nocy Ania Dybowska była wręcz podręcznikową kandydatką na ofiarę. Po pierwsze, usiadła w ostatnim wagonie, co sprawiło, że mało kto przechodził obok jej przedziału (albo zgoła nikt). Miało to kapitalne znaczenie, gdy bezskutecznie wzywała pomocy. Po drugie, była sama w przedziale, więc stała się łatwym celem dla bandytów. Wybrała pusty przedział, żeby w spokoju powtórzyć materiał, bo za kilka godzin miała pisać test dla kandydatów na farmację w warszawskiej Akademii Medycznej. Po trzecie, miała na palcach kilka pierścionków, a jej telefon komórkowy leżał na stoliku w przedziale. Przechodzący obok jej przedziału bandyci widzieli te przedmioty, co sprawiło, że dosiedli się akurat do niej. Po czwarte, jak wynika z przesłuchań morderców, poprosili ją o rozmienienie pieniędzy, więc widzieli, że ma przy sobie gotówkę. Nie wiedzieli, że ma tylko 120 zł, bo - jak mówi ojciec zamordowanej dziewczyny - więcej nie mógł jej wtedy dać. Ania Dybowska została zaatakowana i zamordowana w porze, kiedy zdarza się ponad 80 proc. napadów, czyli między pierwszą a czwartą nad ranem. Mordercy wsiedli do pociągu w Toruniu o 2.30, a zamordowali dziewczynę trzy kwadranse później. Ania Dybowska miała też zwyczajnego pecha. Jak opowiada jej ojciec Jerzy, już wcześniej jeździła nocnym pociągiem do Warszawy, ale wyjeżdżała o 21.05. Feralnej nocy pojechała pociągiem, który wyjeżdżał godzinę później, bo latem ten pierwszy nie kursuje. Miało to znaczenie, bo wcześniejszym jeździło znacznie więcej osób, więc praktycznie nie było w nim pustych przedziałów. Poza tym wcześniej nie siadała w pustym przedziale, lecz tym razem nad strachem przeważyła presja, by w spokoju powtórzyć materiał przed egzaminem. Jak wspomina matka Ani, córka zabrała do pociągu kilka książek i notatki. Mordercy - jak zeznają - podali się za studentów i nawiązali rozmowę, lecz Ania Dybowska po ich sposobie mówienia zorientowała się, że nie są studentami. Chciała wyjść z przedziału, lecz siłą ją zatrzymali. Gdy zaczęła krzyczeć, zatkali jej usta. Potem zamknęli drzwi przedziału tzw. kwadratem (uniwersalnym kluczem), zasłonili okna, skrępowali ofiarę i zakneblowali. Gdy ją obrabowali, zaciągnęli do ubikacji na końcu wagonu (i końcu pociągu). Tam bili ofiarę i dusili, a następnie półprzytomną wyrzucili z pociągu. Bandyci wysiedli na stacji w Kutnie kilka minut po czwartej. Za 80 minut wsiedli do pociągu jadącego do Torunia. Poczekali na dworcu w Toruniu do otwarcia lombardów o dziesiątej i wtedy zastawili tam telefon i pierścionki. Skazani na grabież Napady, kradzieże, wymuszenia i pobicia to codzienność w polskich pociągach. Na przestępstwa te zwraca się uwagę dopiero wtedy, gdy któraś z ofiar straci życie. W kursujących po Polsce pociągach pasażerskich popełniono w ubiegłym roku około 6 tys. przestępstw, co oznacza 16 czynów karalnych dziennie. Tyle że tylko co dziesiąte przestępstwo jest zgłaszane policji bądź Straży Ochrony Kolei (oficjalne statystyki SOK mówią, że w ubiegłym roku okradziono w pociągach i na dworcach kolejowych 425 osób, a 154 pobito). Powód jest prosty. Pasażerowie albo boją się zeznawać przeciwko bandytom, albo nie wierzą, że zostaną oni ujęci. Jeżeli pasażer wsiada do nocnego pociągu, może trafić do przedziału, w którym siedzą sami złodzieje. Jeśli będzie dość przezorny, by nie dać się namówić na wspólne picie alkoholu, może zostać uśpiony gazem lub po prostu obezwładniony. Gdy znajdzie pusty przedział, przestępcy tym bardziej się do niego dosiądą. Najczęściej wiedzą, kto może mieć coś cennego, bo ich pomocnicy (czasem są to konduktorzy) lustrują bagaż i jego oznakowanie (na przykład metki linii lotniczych), a często też wypytują podróżnych, skąd wracają. Jeżeli nawet złodzieje nie wsiądą na stacji, pasażerowie nie mają zagwarantowanego bezpieczeństwa. Jeśli załoga pociągu współpracuje z przestępcami, zatrzymuje skład w umówionym miejscu, a bandyci wskakują do wagonów. Po kilkunastu, kilkudziesięciu minutach pociąg staje ponownie i złodzieje wysiadają z łupem. Wielu bandytów nie udaje się ująć właśnie dlatego, że pomagają im pracownicy PKP. Obecnie toczy się kilka śledztw przeciwko załogom pociągów współdziałającym z bandytami. Jedno z takich postępowań - przeciwko konduktorowi - prowadzi prokuratura w Gdańsku. Konduktor wpadł, gdy dwóch ubranych po cywilnemu funkcjonariuszy wziął za członków złodziejskiej szajki i zaczął im opowiadać o tym, co wiozą pasażerowie. (...) Wylęgarnie bandytów Zastanawia to, że bandyci mają swoje stałe miejsca zbiórek na dworcach, lecz nie są niepokojeni przez policję czy służby ochrony kolei. Na dworcu w Toruniu praktycznie rezydowali Artur F. i Dariusz M., którzy zamordowali Anię Dybowską. Tam umawiali się z innymi przestępcami na bandyckie wyprawy pociągami. Prokuratura przypuszcza, że Ania Dybowska może nie być ich pierwszą śmiertelną ofiarą. Inspektor Piotr Murawski, dyrektor Biura Taktyki Zwalczania Przestępczości Komendy Głównej Policji, twierdzi, że w demokratycznym państwie policja nie ma prawa zabronić nikomu wejścia na dworzec. (...) Tomasz Krzyżak Paweł Rusak Za tygodnikiem "WPROST" z dn. 25 lipca 2004 r. Zabójstwo 21-latki: Doniesienie na PKP Prokuratura, do której trafiło zawiadomienie o przestępstwie przeciwko PKP w związku z bestialskim zabójstwem 21-letniej Anny Dybowskiej, zbada, czy zachodzą podstawy do wszczęcia takiego śledztwa. Zawiadomienie do prokuratury skierował zespół ds. pomocy ofiarom przestępstw przy Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy. Na początku lipca dwaj młodzi mężczyźni (23 i 24 lata) pobili i udusili pasażerkę pociągu Anię Dybowską z Jarkowa (Zachodniopomorskie). Niedaleko Łowicza w województwie łódzkim wyrzucili ją z pociągu. Dziewczyna jechała z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać na studia. Mordercy powiedzieli po zatrzymaniu, że wyrzucili dziewczynę dla zabawy, by uczcić urodziny jednego z nich. Szef Prokuratury Rejonowej w Kołobrzegu Adam Kuc powiedział, że zasadniczo śledztwo prowadzi prokuratura z miejscowości, gdzie popełniono przestępstwo. Jeśli nie można precyzyjnie ustalić, gdzie doszło do przestępstwa, bierze się pod uwagę miejsce ujawnienia czynu (zwłoki dziewczyny znaleziono w woj. łódzkim). Prokurator dodał, że jeśli sprawą zajmie się jego prokuratura, konieczna będzie ocena, czy zachodzą podstawy do wszczęcia dochodzenia. "Nie znam podobnej sprawy, w której odpowiedzialność karną przewidzianą przepisami karnymi ponosiłaby instytucja bądź osoba prawna, a nie konkretny człowiek. To skomplikowane prawne zagadnienie, czy można w tym przypadku mówić o odpowiedzialności karnej jakiejkolwiek osoby zatrudnionej w PKP" - zaznaczył Kuc. Podkreślił, że "na pierwszy rzut oka" można w tym przypadku mówić o odpowiedzialności cywilnej kolei. Dodał, że w kwestii właściwości prokuratury decyzja zapadnie w ciągu najbliższych dni. Zgodnie z kodeksem postępowania karnego prokuratura ma 30 dni na decyzję o ewentualnej odmowie wszczęcia postępowania. W zawiadomieniu o przestępstwie zarzucono PKP m.in. "niedopełnienie obowiązków, polegające na niezapewnieniu jakiejkolwiek ochrony osobom korzystającym z ich usług", oraz naruszenie ustawy Prawo przewozowe przez "niezachowanie jednego z podstawowych obowiązków przewoźnika, polegającego na zapewnieniu podróżnym odpowiednich warunków bezpieczeństwa". W uzasadnieniu zawiadomienia napisano, że bandycki napad stał się możliwy, ponieważ w pociągach często nie ma ochrony, co stwarza możliwości działania zorganizowanym grupom przestępczym, wyspecjalizowanym w napadach na podróżnych. Ustawa z 1984 r. Prawo przewozowe nakłada na przewoźnika obowiązek zapewnienia odpowiedniego bezpieczeństwa pasażerom, zabrania wnoszenia niebezpiecznych przedmiotów do środków transportu. Ustawa z 2003 r. o transporcie kolejowym określa zadania Straży Ochrony Kolei. Funkcjonariusze tej straży mają obecnie uprawnienia zbliżone do policji. Ojciec zamordowanej, Jerzy Dybowski mówił, że jego zdaniem PKP ponosi częściową odpowiedzialność za śmierć jego córki. "Kupując bilet zawarłem umowę z kolejami na bezpieczne dowiezienie mego dziecka. PKP nie wywiązały się z tej umowy" - powiedział. Za serwisem Onet.pl z dn. 20.07.2004 r. PKP zapłaci za śmierć pasażerki? Prokuratura Rejonowa w Kołobrzegu, do której trafiło zawiadomienie o przestępstwie przeciwko PKP w związku z bestialskim zabójstwem 21-letniej Anny Dybowskiej, zbada, czy jest ona właściwa do rozpatrywania sprawy oraz czy w ogóle zachodzą podstawy do wszczęcia takiego śledztwa. Zawiadomienie do prokuratury skierował zespół ds. pomocy ofiarom przestępstw przy Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy. Ojciec zamordowanej, Jerzy Dybowski, mówił, że jego zdaniem PKP ponosi częściową odpowiedzialność za śmierć jego córki. Kupując bilet zawarłem umowę z kolejami na bezpieczne dowiezienie mego dziecka. PKP nie wywiązały się z tej umowy - powiedział Jerzy Dybowski. Zabójstwo dla zabawy Na początku lipca dwaj młodzi mężczyźni (23 i 24 lata) pobili i udusili pasażerkę pociągu Anię Dybowską z Jarkowa (Zachodniopomorskie). Niedaleko Łowicza w województwie łódzkim wyrzucili ją z pociągu. Dziewczyna jechała z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać na studia. Mordercy powiedzieli po zatrzymaniu, że wyrzucili dziewczynę dla zabawy, by uczcić urodziny jednego z nich. Szef Prokuratury Rejonowej w Kołobrzegu Adam Kuc powiedział, że zasadniczo śledztwo prowadzi prokuratura z miejscowości, gdzie popełniono przestępstwo. Jeśli nie można precyzyjnie ustalić, gdzie doszło do przestępstwa, bierze się pod uwagę miejsce ujawnienia czynu (zwłoki dziewczyny znaleziono w woj. łódzkim). Prokurator dodał, że jeśli sprawą zajmie się jego prokuratura, konieczna będzie ocena, czy zachodzą podstawy do wszczęcia dochodzenia. Nie znam podobnej sprawy, w której odpowiedzialność karną przewidzianą przepisami karnymi ponosiłaby instytucja bądź osoba prawna, a nie konkretny człowiek. To skomplikowane prawne zagadnienie, czy można w tym przypadku mówić o odpowiedzialności karnej jakiejkolwiek osoby zatrudnionej w PKP - zaznaczył Kuc. Podkreślił, że "na pierwszy rzut oka" można w tym przypadku mówić o odpowiedzialności cywilnej kolei. Dodał, że w kwestii właściwości prokuratury decyzja zapadnie w ciągu najbliższych dni. Zgodnie z kodeksem postępowania karnego prokuratura ma 30 dni na decyzję o ewentualnej odmowie wszczęcia postępowania. "PKP nie dopełniło obowiązków" W zawiadomieniu o przestępstwie zarzucono PKP m.in. "niedopełnienie obowiązków, polegające na niezapewnieniu jakiejkolwiek ochrony osobom korzystającym z ich usług", oraz naruszenie ustawy Prawo przewozowe przez "niezachowanie jednego z podstawowych obowiązków przewoźnika, polegającego na zapewnieniu podróżnym odpowiednich warunków bezpieczeństwa". W uzasadnieniu zawiadomienia napisano, że bandycki napad stał się możliwy, ponieważ w pociągach często nie ma ochrony, co stwarza możliwości działania zorganizowanym grupom przestępczym, wyspecjalizowanym w napadach na podróżnych. Ustawa z 1984 r. Prawo przewozowe nakłada na przewoźnika obowiązek zapewnienia odpowiedniego bezpieczeństwa pasażerom, zabrania wnoszenia niebezpiecznych przedmiotów do środków transportu. Ustawa z 2003 r. o transporcie kolejowym określa zadania Straży Ochrony Kolei. Funkcjonariusze tej straży mają obecnie uprawnienia zbliżone do policji. Za serwisem WP z dn. 20.07.2004 r. Ojciec ofiary: zawiniły PKP Jerzy Dybowski, ojciec Ani spod Rymania, która została bestialsko zamordowana w pociągu, obwinia za tragedię PKP. "Głos Pomorza" napisał, że zdaniem Dybowskiego, płacąc za bilet Ania powierzyła swoje bezpieczeństwo przewoźnikowi. I ten powinien zrobić wszystko, aby nic złego się jej nie stało. PKP nie zrobiły nic, choć połączenie Kołobrzeg-Warszawa należy do jednych z najniebezpieczniejszych w kraju, tymczasem pociąg, którym jechała Ania, nie był w ogóle pilnowany. - Moje dziecko żyłoby nadal, gdyby PKP traktowały poważnie swoich pasażerów - mówi Dybowski. - Po sprawiedliwość pójdę do sądu. Jesteśmy biednymi ludźmi i liczymy na to, że może jakaś kancelaria prawnicza zechciałaby nam bezpłatnie pomóc - dodaje Jerzy Dybowski. Według gazety Dybowski ma rację twierdząc, że PKP są zobowiązane do zapewnienia podróżnym bezpieczeństwa. Mówi o tym zarówno Kodeks cywilny jak i prawo przewozowe. Polski wymiar sprawiedliwości potwierdził to już wyrokiem z 1993 r. Uznał wówczas, że zawierając umowę przewozu przez wykup biletu, pasażerowie mają podstawy oczekiwać ze strony przewoźnika dołożenia najwyższego stopnia staranności dla zapewnienia im bezpieczeństwa podróży. Władze PKP zapewniają, że wszystko jest pod kontrolą, a w podległych im pociągach jest bezpieczniej niż na ulicach, a nawet w prywatnych mieszkaniach. - Śmierć Ani Dybowskiej to wielka tragedia i bardzo współczujemy jej rodzinie. Trzeba jednak przyjrzeć się faktom. Dotąd w naszej spółce nie było takiej tragedii - stwierdziła Anna Hyrlik, rzecznik prasowy PKP Przewozy Regionalne. Za dziennikiem "Życie" z dn. 15.07.2004 r. Zwyrodnialcy wydawali się spokojni - Miły, spokojny, zawsze mówił dzień dobry - to nieprawdopodobne, ale tak najczęściej o zbrodniarzach mówią sąsiedzi zwyrodnialców, którzy zamordowali Anię Dybowską. Łowicz, Toruń Artur F. (22 l.) i Dariusz M. (23 l.), którzy dla uczczenia urodzin tego pierwszego zabili i wyrzucili z pociągu jadącą na egzamin do Warszawy Anię, często spotykali się na toruńskim dworcu i wspólnie podróżowali po całym kraju w poszukiwaniu mocnych wrażeń. Policjanci są niemal pewni, że okradali pasażerów. Sprawdzają jednak, czy nie popełniali znacznie poważniejszych przestępstw. Obaj mieszkają ze swoimi rodzinami. Obaj w blokowiskach. Byli wcześniej karani. Artur F. za kradzieże, Dariusz M. za rozboje. Byli jacyś inni W niespełna 3-tysięcznej miejscowości każdy kojarzy Artura F. Ale opinie na jego temat są podzielone. - To spokojny chłopak, któremu nikt nie pomógł, gdy miał kłopoty - tłumaczy dziennikarzom sąsiadka z klatki obok. - To dlatego, że jak był w więzieniu, to nikt mu nie pokazał, jak ma żyć uczciwie. Nie wszyscy mieszkańcy Nieszawy są tak wyrozumiali. Miał nawet dziewczynę - Dziwny był. Niby spokojny, a jednak jakiś inny - mówią młodzieńcy siedzący pod blokiem, w którym mieszkał Artur F. - Jak miał pracę, to po pierwszej wypłacie z niej rezygnował. Na dyskoteki chodził i nawet miał kiedyś dziewczynę. Starsi mieszkańcy też kojarzą chłopaka. - Chodził po mieście bez celu. Ale był spokojny i grzeczny - tłumaczy Władysław Zieliński (51 l.). Mniej wiadomo o Dariuszu M. mieszkającym w Toruniu w osiedlu blokowisk. Mało kto go kojarzy. Jego rodzice nie chcą rozmawiać z dziennikarzami. - Tu nie ma co już gadać, nic się nie zmieni - stwierdził tylko ojciec. Po naszych artykułach do redakcji "Super Expressu" zadzwonili przedstawiciele Zespołu do spraw Pomocy Ofiarom Przestępstw przy Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy i zaoferowali rodzicom Ani bezpłatną pomoc prawną. - Nasz zespół wszystko wytłumaczy rodzicom Ani, pomoże napisać pisma procesowe - powiedziała nam Małgorzata Karczewska. autor: Dariusz Kucharski, Patryk Tryzubiak Za "Super Expressem" z dn. 14.07.2004 r. Widziałem przerażenie w jej martwych oczach Dramatyczne wyznanie ojca zamordowanej Ani - Cała była we krwi. I te jej oczy otwarte... Widziałem w nich przerażenie. Co oni zrobili mojemu dziecku?! - płacze Jerzy Dybowski (41 l.), ojciec Ani. Jej życie stało się prezentem na 22. urodziny zwyrodnialca - Artura F. Jarkowo Jarkowo - mała wieś wśród pól pod Kołobrzegiem. W zadbanym domu z czerwonej cegły, w którym niegdyś mieściła się szkoła, mieszka rodzina Dybowskich. Wciąż są w szoku. Ania była ich pierworodną. Siostry, Ola (19 l.) i Asia (17 l.), nadal nie mogą zrozumieć, dlaczego bestie w ludzkiej skórze odebrały im Anię. Młodsze bliźniaczki, Iza i Natalka (5 l.), wiedzą tylko, że stało się coś strasznego. - Za trzy miesiące, 5 października, obchodzilibyśmy jej 21. urodziny - szlocha Bogusława Dybowska (41 l.), matka zamordowanej. - Mówiła, że zaraz po egzaminach zadzwoni. Ojciec miał po nią wyjechać... A tylko pojechał do kostnicy: rozpoznać ciało. Chciała kimś być Ania była ambitna. Skończyła szkołę w Rymaniu, chociaż od jej domu była oddalona o 15 km. Potem Zespół Szkół im. Henryka Sienkiewicza w Kołobrzegu. - Uczyła się bardzo dobrze. Ciężko, bardzo ciężko pracowała - wspomina Bogusława. - Po ogólniaku starała się o przyjęcie do Akademii Medycznej w Poznaniu. Nie wyszło: za dużo kandydatów. Nie chciała tracić roku. Dlatego wybrała Studium Medyczne w Łomży. - Była na kierunku farmaceutycznym. Tak jej się to spodobało, że jak do domu wracała, to tylko o ziółkach, o leczeniu ludzi i medycynie naturalnej mówiła - wspomina matka Ani. - Miała plany: chciała skończyć farmację - wspomina. - Tyle jej obiecywaliśmy, że jak skończy uczelnię, to pomożemy jej otworzyć aptekę. 1 lipca ojciec zawiózł Anię traktorem do pobliskiego Gorawina, skąd busem dojechała do Kołobrzegu. Stamtąd wyruszyła w swoją ostatnią podróż... Co te bestie jej zrobiły - Ze snu wyrwali mnie policjanci - wspomina Jerzy. - Rozpytywali o Anię. W końcu usłyszałem od nich najgorsze: "Anię wyrzucono z pociągu". Tysiące myśli, jeden mętlik... szok. Tej samej nocy Jerzy z bratem pojechali do Łowicza, gdzie na torach znaleziono ciało Ani. - Rano było przesłuchanie. Ale ja już na sto procent wiedziałem, że Ania nie żyje. Potem najgorsze: zawieźli do kostnicy na rozpoznanie - rozpacz nie pozwala Jerzemu mówić. - Cała była we krwi... moja córunia kochana... Jej oczy otwarte... Widziałem w nich jej przerażenie. Co te bestie jej zrobiły?! Jak mogli?! Ania wróciła do rodzinnej wsi w trumnie. - Ostatnio poznała w Łomży chłopaka. Rozmawialiśmy o nim. Śmiałem się, że na zmówiny do mnie pewnie wkrótce przyjedzie - rozpacza Jerzy. - A tak... na grób córki trzeba nam jeździć. Czy to jedyna ofiara? Łowicz, Toruń Zwyrodnialcy, którzy "dla zabawy" zamordowali 21-letnią Anię Dybowską, mogą mieć na koncie wiele innych poważnych przestępstw. Policjanci, z którymi rozmawialiśmy, uważają, że mężczyźni znali się dużo wcześniej, choć bandyci twierdzą, że poznali się kilka godzin przed morderstwem. Artur F. (22 l.) i Dariusz M. (23 l.), którzy dla uczczenia urodzin tego pierwszego zabili i wyrzucili z pociągu jadącą na egzamin do Warszawy Anię, byli już wcześniej karani. Artur F. za kradzieże, Dariusz M. za rozboje. autor: Wojciech Tołyż DK, PT Za "Super Expressem" z dn. 13.07.2004 r. Zabili naszą Anię dla zabawy Zamordowana dziewczyna pochodziła z naszego regionu. Z okolic Rymania. - Ktoś naszą córeczkę brutalnie zamordował i wyrzucił jak psa z pociągu. Czy coś takiego można kiedykolwiek wybaczyć? Nie można! Nigdy! - rozpacza Jerzy Dybowski, ojciec bestialsko zamordowanej 21-letniej Ani. W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych, 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, w jednej z miejscowości w okolicach Torunia, jego o rok młodszego wspólnika. Dożywocie to żadna kara Mordercy poznali się na dworcu kolejowym. Podróż rozpoczęli - w dniu urodzin jednego z nich, 22-latka - z makabrycznym zamiarem "uczczenia" tego dnia zabiciem człowieka. 1 lipca Ania Dybowska pojechała zdawać egzaminy na wyższą uczelnię do Warszawy. O 3 rano w Toruniu dosiedli się do niej dwaj mężczyźni w wieku 22 i 23 lat. Przedstawili się jako studenci i nawiązali rozmowę. Kiedy zorientowali się, że podróżuje sama, zasłonili okna, a potem zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę.W końcu wyrzucili ją z jadącego pociągu. - Niech to państwo wreszcie coś z zrobi z tymi zwierzętami w ludzkiej skórze! Dożywocie to dla nich żadna kara. Powinno się im odebrać życie w taki sam sposób, w jaki oni odebrali życie mojej córce - domaga się Jerzy Dybowski. - Wiem, że kara śmierci dziecka mi nie przywróci, ale tu chodzi też o sprawiedliwość i ochronę każdego życia, a nie tylko życia tych, którzy mordują. Moja Ania nie żyje, a oni teraz będą oglądać sobie telewizję w więzieniu - mówi ocierając łzy. - To było zdolne, dobre dziecko. Nigdy nie brakowało jej ambicji i wiary we własne siły. Stroniła od dyskotek i zabawy, zawsze tylko ta nauka i nauka - ze łzami w oczach wspomina Bogusława Dybowska, matka dziewczyny. Do końca życia będzie pamiętać chwilę, gdy Ania wsiadała do samochodu wraz z ojcem, który miał ją odwieźć do Rymania. Stamtąd busem miała dojechać do Kołobrzegu. - Nagle odwróciła się, krzyknęła: "Cześć, mamuś!" i cała roześmiana pomachała mi ręką na pożegnanie. I pomyśleć, że jeszcze tej nocy ktoś ją pobił, zakneblował i udusił. I za co? No proszę powiedzieć: za co?! - pyta. Za "Głosem Szczecińskim" z dn. 13.07.2004 r. Życzenie śmierci Zabili, bo chcieli pieniędzy na prezent urodzinowy Pojawiły się nowe informacje w sprawie makabrycznego morderstwa, do którego doszło 2 lipca br. 21-letnia dziewczyna została skatowana przez 22 i 23 - latka, a potem wyrzucona z pędzącego pociągu. W weekend policja zatrzymała morderców. Po wstępnym przesłuchaniu okazało się, że oskarżeni szukali pieniędzy na uczczenie urodzin jednego z nich. Media podały wcześniej, iż sama śmierć kobiety miała być formą urodzinowego prezentu. - Grozi im dożywocie w związku z przestępstwem, mówiącym o zabójstwie i rozboju w celach rabunkowych - mówi Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi. Jeśli okazałoby się, że prawdziwe są początkowe doniesienia, dotyczące motywów zbrodni, jej sprawców najprawdopodobniej skazano by na tzw. bezwzględne dożywocie, czyli bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. Motyw rabunkowy może sprawić, że skład orzekający będzie "bardziej łaskawy". Bandyci poznali się tuż przed dokonaniem przestępstwa i dokładnie zaplanowali zbrodnię. Wsiedli do pociągu na dworcu kolejowym w Toruniu, poszukując ofiary. Znaleźli ją w ostatnim wagonie składu. 21-letnia dziewczyna jechała do Warszawy, aby zdawać egzaminy wstępne na Akademię Medyczną. Podejrzani najpierw nawiązali z nią rozmowę, a potem zasłonili okna i zaczęli wdrażać w życie swój makabryczny plan. Bili, a potem dusili bezbronną ofiarę. Sterroryzowana kobieta wysiadła z nimi na dworcu w Warszawie, a potem została siłą doprowadzona do następnego pociągu relacji Warszawa - Bydgoszcz. - Nikt nie zauważył niczego niepokojącego, gdy się przesiadali. Dziewczyna była tak przerażona, że robiła wszystko, co jej kazali - dodaje Kopania. Oprawcy zabrali jej kolczyki, telefon komórkowy oraz kilkadziesiąt złotych. Na koniec wyrzucili ją z pędzącego pociągu, gdy jeszcze żyła. Jej zwłoki znalazł w pobliżu torów koło Łowicza jeden z konduktorów. Kobieta zmarła na skutek urazu kręgosłupa. Oskarżeni złożyli szczegółowe wyjaśnienia w tej sprawie, ale nie można jeszcze potwierdzić ich przyznania się do winy. Prokuratura przesłuchała w charakterze świadków także chłopaka i dziewczynę, znajomych jednego z podejrzanych. MARCIN T. NOWAK Za dziennikiem "Życie" z dn. 13.07.2004 r. Makabryczne zabójstwo w pociągu pod Łowiczem Morderstwo na urodziny Wsiedli do pociągu, żeby zabić. Dwudziestotrzyletni Dariusz M. i jego młodszy o rok kolega Artur F. dla zabawy zamordowali i wyrzucili z pociągu młodą kobietę. "Uczcili" w ten sposób urodziny Artura F. Dziewczyna jechała do Warszawy, miała zdawać na medycynę. Do tej makabrycznej zbrodni doszło w nocy z 1 na 2 lipca. Dariusz M. i Artur F. wsiedli w Toruniu do pociągu z zamiarem zabicia człowieka. Na taki pomysł wpadli z okazji 22. urodzin Artura. Około trzeciej w nocy zajęli miejsca w przedziale, w którym była tylko 21-letnia dziewczyna. Mieszkała na wsi pod Kołobrzegiem, jechała do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na medycynę. Mordercy podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Kiedy zaatakowali, dziewczyna nie miała szans. Zasłonili okna, skrępowali ją i zakneblowali usta. Bili ofiarę i dusili, wreszcie wyrzucili przez okno. Zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny pod Łowiczem (Łódzkie). Ciało zauważył konduktor z przejeżdżającego tamtędy pociągu. - Przed wyrzuceniem z pociągu dziewczyna jeszcze żyła. Bezpośrednią przyczyną śmierci był uraz kręgosłupa - opowiada "Rz" nadkomisarz Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Mordercy zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach, a później spokojnie wrócili do domów. Dwudziestotrzylatka ujęto w piątek na dworcu w Toruniu, a jego kolegę następnego dnia w domu, w podtoruńskiej wsi. Policjanci odzyskali skradzione dziewczynie przedmioty. Obaj mordercy byli wcześniej karani za rozbój i kradzieże. Po zatrzymaniu przyznali się do brutalnego morderstwa w pociągu. Sąd Rejonowy w Łowiczu wydał wczoraj nakaz aresztowania Dariusza M. i Artura F. na trzy miesiące. Odpowiadać będą za zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Grozi im dożywocie. Policjanci nie chcą mówić o tym, jak wpadli na trop bandytów. Wiadomo jedynie, że sprawdzali znajomych ofiary, wiele razy przemierzali jej ostatnią w życiu trasę, aby znaleźć punkt zaczepienia. Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy poznali się na dworcu kolejowym. Utrzymują, że tam zaplanowali zabójstwo, do którego namawiali też innego spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie. TOR Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 12.07.2004 r. Śmierć na urodziny Ofiara zabójstwa jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy Sąd Rejonowy w Łowiczu aresztował wczoraj na trzy miesiące dwóch mężczyzn, którzy dla "uczczenia" urodzin jednego z nich zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę - poinformowała nadkomisarz Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Obaj podejrzani, w wieku 22 i 23 lata - mieszkańcy Torunia i okolic - przyznali się do dokonania tej makabrycznej zbrodni. Grozi im kara dożywotniego więzienia. Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w woj. łódzkim. Policjanci przez ponad tydzień poszukiwali sprawców na terenie całego kraju. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca. W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, w jednej z miejscowości w okolicach Torunia, jego o rok młodszego wspólnika. Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy poznali się na dworcu kolejowym. Wsiedli około godz. 3 w nocy w Toruniu do pociągu z makabrycznym zamiarem "uczczenia" urodzin młodszego z nich, zabiciem człowieka. Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Ofiarę wyrzucili z jadącego pociągu. (PAP) PiS: PRZYWRÓCIĆ KARĘ ŚMIERCI Prawo i Sprawiedliwość domaga się przywrócenia kary śmierci dla morderców. Szef PiS Jarosław Kaczyński przekonywał na niedzielnej konferencji w Sejmie, że jest to kara odpowiednia za pozbawienie życia innego człowieka, ponadto przywraca elementarny porządek moralny w państwie. Kaczyński przywołał popełnioną w sobotę zbrodnię młodej kobiety. - To wydarzenie pokazuje, że dotychczasowe zmiany w prawie karnym prowadzą do degradacji wartości życia ofiary, a z drugiej strony do wyniesienia wartości życia zbrodniarza. Z tym trzeba skończyć - podkreślił. Szef PiS uważa, że można wrócić do praktyki stosowanej już w Polsce - do kary śmierci przez powieszenie. Zapowiedział, że wkrótce do marszałka Sejmu trafi odpowiednia nowelizacja kodeksu karnego przywracająca karę śmierci. (PAP) Za "Dziennikiem Polskim" z dn.12.07.2004 r. Zabili ją, bo były urodziny Dziewczyna wyrzucona z pociągu do Warszawy Ania jechała na egzaminy. Wyrzucił ją z wagonu człowiek, który chwilę wcześniej powiedział: "Mam urodziny, zabijmy kogoś". I zabił. Anię Dybowską wyrzucili z pociągu chłopcy niewiele starsi od niej. - Zawsze jeździła do Warszawy pociągiem o godz. 21 z minutami. Tym razem po raz pierwszy pojechała godzinę później. Nie potrafię sobie wybaczyć tego, że wsiadła akurat do tego pociągu - głos Jerzego Dybowskiego, ojca 21-letniej dziewczyny, załamuje się. - A to ja ją zawiozłem na bus do Kołobrzegu. Powiedziała tylko: "Cześć, tato". Ania, ładna i zawsze roześmiana dziewczyna z Jarkowa, pojechała 1 lipca na egzaminy na wydział farmacji warszawskiej Akademii Medycznej. Wcześniej wraz z przyjaciółką Magdą skończyły studium farmaceutyczne w Łomży. Nawet na dyskoteki nie chodziła, bo chciała się uczyć. Na zabawę miał przyjść czas później. - Interesowały ją zioła i ziołolecznictwo. Może nie była superpilną uczennicą, ale za to bardzo pracowitą. Chciała coś w życiu osiągnąć - dodaje matka Ani. W podróż zabrała jeszcze kilka książek. Przed wyjazdem pożegnała się z rodzeństwem. Pięcioletnie bliźniaki zawsze się o nią dopytywały. Tak samo było 2 lipca, gdy policjanci przyjechali z wiadomością o śmierci Ani. - Jak usłyszeliśmy, że już jej nie zobaczymy, tylko płakaliśmy - mówią rodzice. Kiedy Dybowski rozmawia z ŻW, chce wiedzieć, kim są mordercy jego córki. Zabójcy dziewczyny, 22-letni Artur i 23-letni Dariusz, zostali wczoraj aresztowani. O zbrodni opowiadali bez cienia żalu. Jakby to było dla nich coś normalnego. Rafał Pasztelański Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 12.07.2004 r. Śmierć na urodziny Policja ujęła sprawców bestialskiej zbrodni Ania jechała do Warszawy, by zostać lekarzem. Nie wiedziała, że dwaj młodzi mężczyźni postanowili "uczcić" zabójstwem urodziny jednego z nich. Pobitą dziewczynę wyrzucili z pędzącego pociągu, by skonała na poboczu torowiska. Naczelnik wydziału kryminalnego z Łowicza widział wiele zbrodni. Kiedy w miniony piątek pojechał do rodziny zamordowanej Ani, by powiedzieć, dlaczego zginęła ich najstarsza córka, płakał. - Nie potrafił się powstrzymać, bo nie wierzył w tak przerażający motyw - mówi oficer łódzkiej policji. Ania miała 21 lat. Przez wiele miesięcy przygotowywała się do trudnych egzaminów na stołeczną Akademię Medyczną. W piątek wieczorem (1 lipca) wsiadła w Kołobrzegu do pociągu jadącego do Warszawy. Rodzice nie mieli wiele pieniędzy, więc dali jej na drogę tyle, ile mogli - 120 zł. W tym czasie na dworcu kolejowym w Toruniu spotkało się dwóch młodych mężczyzn. - Mam dzisiaj urodziny. Chciałbym zajebać jakąś laskę, żeby zobaczyć, jak to jest - powiedział 22-letni Artur do 23-letniego Dariusza. Nakręceni pomysłem na urodziny zaproponowali udział w zabójstwie jeszcze jednemu znajomemu z dworca. Ten ze strachem odmówił, ale nie powiedział nikomu, co szykuje dwójka zwyrodnialców. Mordercy wsiedli do pociągu, którym jechała Ania. Kupili bilety u konduktora i ruszyli w poszukiwaniu ofiary. W przedziale siedziała samotnie Ania, czytająca książkę. W Kutnie odczepiano wagony. Ten, w którym siedziała dziewczyna, był ostatni w składzie. Artur i Dariusz weszli do jej przedziału. - Zapytali dokąd jedzie. Kiedy dowiedzieli się, że chce studiować, na poczekaniu wymyślili historyjkę, iż sami są studentami. Poczekali, aż skończy się kontrola biletów i wtedy zaatakowali - opowiada Witold Kozicki, rzecznik łódzkiej policji. Przydusili dziewczynę i bili ją po głowie. Zaciągnęli półprzytomną do toalety, gdzie ściągnęli z palców pierścionki, zabrali telefon komórkowy i 80 zł. By nie krzyczała, wepchnęli jej do gardła papierowe ręczniki. - Wyrzucaj ją, otworzyłem już drzwi - krzyknął Artur. Ciało Ani znaleziono w piątek, 2 lipca, nad ranem przy torach w miejscowości Zduny. Lekarz stwierdził, że żyła, kiedy została wyrzucona z pociągu. Zmarła w wyniku obrażeń, których doznała w chwili upadku.Mordercy dojechali jeszcze do Warszawy Zachodniej, gdzie przesiedli się w powrotny pociąg. W Toruniu podzielili łup i zadowoleni pojechali do domów. - Nie wierzyli, kiedy tydzień po zbrodni pojawiliśmy się w ich domach. Opowiadali o wszystkim bez cienia żalu czy jakichś wyrzutów sumienia - kończy oficer łódzkiej policji. Zwyrodnialcy zostali zatrzymani w miniony piątek i sobotę. W niedzielę zostali aresztowani na trzy miesiące. Rafał Pasztelański Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 12.07.2004 r. PiS chce kary śmierci Po brutalnym zabójstwie Ani i ujawnieniu motywów zbrodni, PiS po raz kolejny zaapelował o przywrócenie kary śmierci. - Jest to kara odpowiednia za pozbawienie życia innego człowieka, ponadto przywraca elementarny porządek moralny w państwie - stwierdził lider partii Jarosław Kaczyński. Szef PiS uważa, że można wrócić do praktyki stosowanej już w Polsce - do kary śmierci przez powieszenie. Zapowiedział, że wkrótce do marszałka Sejmu trafi odpowiednia nowelizacja kodeksu karnego, przywracająca karę śmierci. Argumentem przeciwko najwyższej karze nie może być, zdaniem PiS, ewentualna pomyłka sądu. Wedle Kaczyńskiego, wobec kogoś, kto planuje morderstwo, żeby zdobyć jakieś pieniądze, nie można stosować kar wychowawczych. Choć prawo UE nie przewiduje kary śmierci, to jednak każde państwo może wypowiedzieć stosowne traktaty. - Taki wyrok jest nie tylko sprawiedliwy, ale i w przypadku najokrutniejszych morderstw, jest także skuteczny - stwierdził Zbigniew Ziobro, poseł PiS. - Ta kara odstrasza potencjalnych zabójców od popełniania przestępstw, więc chroni niewinne ludzkie życie, poza tym jest skuteczna, bo eliminuje najbardziej zdemoralizowanych i niebezpiecznych sprawców - dodał. DARTH, PAP Za dziennikiem "Życie Warszawy" z dn. 12.07.2004 r. Zobaczyć grozę w ich oczach Z Jerzym i Bogusławą Dybowskimi, rodzicami zamordowanej Ani, rozmawia Rafał Pasztelański Ania zginęła tylko dlatego, że dwaj bandyci chcieli "uczcić" urodziny... B.D.: Proszę mi powiedzieć, co to za ludzie? Przecież nawet zwierzęta tak nie postępują. Wie pan coś więcej o nich... To dwaj pospolici bandyci, którzy prawdopodobnie już wcześniej rabowali na kolei... B.D.: Dlaczego więc Ani tylko nie okradli. Przeżyliśmy koszmar po raz drugi, gdy usłyszeliśmy, dlaczego ją zabito. Tydzień wcześniej uderzyła w nas jej śmierć. Dwa maluchy, pięcioletnie bliźniaki, pytały cały czas: czy już znaleźli tych panów, co skrzywdzili Anię... Wierzy Pani w resocjalizację zabójców córki? Czy jest dla nich sprawiedliwa kara? B.D.: Jak można zabić dla zabawy? Jeśli ktoś zrobił coś takiego, to nie można chyba mówić, że się kiedyś poprawi. Przepraszam bardzo (głos matki się łamie, oddaje słuchawkę mężowi). Czy zmieniłoby coś wprowadzenie kary śmierci? J.D.: Trzeba wprowadzić karę śmierci, chociażby po to, by zobaczyć grozę w oczach tych morderców. Takich ludzi nie zmieni się na lepsze. Posłowie powinni coś zrobić, by mordercy też się bali.. Za dziennikiem "Życie Warszawy z dn. 12.07.2004 r. Zabili ją w prezencie Dwaj zwyrodnialcy, którzy zabili i wyrzucili z pociągu 21-letnią Anię, siedzą już w areszcie. Mord miał być prezentem na urodziny jednego z nich. Ania jechała do Warszawy na egzaminy wstępne do Akademii Medycznej. Chciała pomagać ludziom. W brutalny sposób została zamordowana. Łowicz 2 lipca. Artur F., mieszkaniec jednej ze wsi koło Torunia, kończy właśnie 22 lata. Nie myśli jednak o urodzinowym torcie i prezentach. Chce po prostu z okazji swojego święta zabić człowieka. Wszystko jedno kogo. Byle tylko zobaczyć, jak wygląda umieranie. Mord zaplanowali Jedzie na dworzec kolejowy w Toruniu. Tam spotyka 23-letniego Dariusza M. i przedstawia mu swój plan. Ten bez chwili wahania przystaje na propozycję. Obaj chcą jeszcze namówić do współpracy przypadkowego mężczyznę, ale się nie zgadza. Artur F. i Dariusz M. wsiadają w nocy do pociągu relacji Kołobrzeg-Warszawa. W jednym z przedziałów upatrują sobie jadącą samotnie 21-letnią Annę Dybowską. Ania, mieszkanka małej wioski Jarkowo pod Kołobrzegiem, jedzie na egzaminy wstępne do Akademii Medycznej w Warszawie. Podróżuje nocą, bo egzaminy zaczynają się w piątek rano. I prosto z pociągu może na nie dotrzeć. Jest oczkiem w głowie rodziców i dumą całej wsi. Będzie lekarzem! Bezlitośnie zabili Bandyci podają się za studentów i nawiązują rozmowę. W pewnej chwili zasłaniają okna w przedziale, kneblują usta dziewczynie, biją i duszą. Później, w okolicach Łowicza, jej ciało wyrzucają z pociągu. Zabierają należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawiają w lombardach, a następnie spokojnie wracają do domów. - Mieli jasno postawiony cel, który konsekwentnie realizowali - mówi Joanna Kącka (29 l.) z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Policjanci z Łowicza i Łodzi, którzy zajęli się wyjaśnieniem zabójstwa, mieli początkowo ciężki orzech do zgryzienia. - Wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara, chcąc znaleźć punkt zaczepienia - wyjaśnia Joanna Kącka. Prawdziwe dożywocie? Rozpytywali pasażerów, rozmawiali z konduktorami. Na ślad zabójców wpadli pod koniec ubiegłego tygodnia. W piątek wieczorem zatrzymali Dariusza M., a w sobotę rano Artura F. Obaj przyznali się do tej odrażającej zbrodni. Obaj też utrzymują, że poznali się w dniu zabójstwa. Wczoraj sąd w Łowiczu aresztował ich na trzy miesiące. Grozi im dożywocie. W miniony wtorek Anna Dybowska została pochowana w położonym obok Jarkowa Rymaniu w powiecie kołobrzeskim. Miała być lekarzem, pomagać innym... autor: Dariusz Kucharski Za dziennikiem "Super Express" z dn. 12.07.2004 r. Sprawcy w areszcie Przerażająca zbrodnia SĄD Rejonowy w Łowiczu (Łódzkie) aresztował wczoraj na trzy miesiące dwóch bandytów (na zdjęciu), którzy dla "uczczenia" urodzin jednego z nich, zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę - poinformowała nadkomisarz Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Obaj podejrzani, w wieku 22 i 23 lat - mieszkańcy Torunia i okolic - przyznali się do dokonania tej makabrycznej zbrodni. Grozi im kara dożywotniego więzienia. Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w województwie łódzkim. Policjanci przez ponad tydzień poszukiwali sprawców na terenie całego kraju; wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara, chcąc znaleźć punkt zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca. W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, w jednej z miejscowości w okolicach Torunia, jego o rok młodszego wspólnika. Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy, poznali się na dworcu kolejowym. Wsiedli około 3-ej w nocy w Toruniu do pociągu z makabrycznym zamiarem "uczczenia" urodzin młodszego z nich, zabiciem człowieka. Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Później zasłonili okna. Zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę. Następnie wyrzucili ją z jadącego pociągu. Zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach (policjanci odzyskali te przedmioty), a później spokojnie wrócili do domów. Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Do zabójstwa namawiali też innego, spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie. Przywrócić karę śmierci! Prawo i Sprawiedliwość domaga się przywrócenia kary śmierci dla morderców. Szef PiS Jarosław Kaczyński przekonywał na wczorajszej konferencji w Sejmie, że jest to kara odpowiednia za pozbawienia życia innego człowieka, ponadto przywraca elementarny porządek moralny w państwie. Kaczyński przywołał popełnioną ostatnią zbrodnię, kiedy to dwóch bandytów, którzy zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę. "To wydarzenie pokazuje, że dotychczasowe zmiany w prawie karnym prowadzą do degradacji wartości życia ofiary a z drugiej strony do wyniesienia wartości życia zbrodniarza. Z tym trzeba skończyć" - podkreślił. Szef PiS uważa, że można wrócić do praktyki stosowanej już w Polsce - do kary śmierci przez powieszenie. Zapowiedział, że wkrótce do marszałka Sejmu trafi odpowiednia nowelizacja Kodeksy karnego przywracająca karę śmierci. Zdaniem Kaczyńskiego, przywrócenie najwyższego wymiaru kary kary śmierci obniżyłoby poziom pewności sobie środowisk przestępczych i niejednemu Polakowi uratowałoby życie. W opinii szefa PiS, wobec kogoś kto planuje morderstwo, żeby zdobyć jakieś pieniądze nie można stosować kar wychowawczych. Podkreślił, że w prawie UE nie ma przepisów zakazujących karę śmierci. (PAP) Za "Kurierem Szczecińskim" z dn. 12.07.2004 r. Mordercy z pociągu Marcin Masłowski, Łódź, Karol Dolecki, Bydgoszcz 12-07-2004 Dwaj młodzi bandyci udusili i wyrzucili z pociągu 21-letnią Anię. Jechała do Warszawy na egzaminy, chciała studiować medycynę. Policjanci są wstrząśnięci: - Zginęła, bo jeden z morderców miał urodziny Ania mieszkała w Jarkowie, niewielkiej wsi położonej kilkanaście kilometrów od Kołobrzegu. Najstarsza z rodzeństwa, spokojna i inteligentna. Rodzina była z niej dumna, gdy postanowiła zdawać na Akademię Medyczną w Warszawie. Chciała zostać lekarzem. W czwartek 1 lipca o godz. 22 wsiadła w Kołobrzegu do pociągu jadącego do stolicy. W piątek ok. 4 nad ranem zmasakrowane ciało dziewczyny zauważył konduktor innego pociągu. Leżało przy torach w Zdunach koło Łowicza. Policjanci nie mieli wątpliwości, że dziewczynę zamordowano. Funkcjonariusze z Łowicza i Łodzi wielokrotnie jeździli trasą, którą podróżowała ofiara. Pokazywali podróżnym jej zdjęcie. Szukali punktu zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Myśleli, że może poznała kogoś na dworcu w Kołobrzegu, że może z kimś się pokłóciła i doszło do zbrodni... - Okazało się, że dziewczyna zginęła, bo jeden z morderców miał urodziny - opowiada zaszokowany podinspektor Krzysztof Protekta z łowickiej policji. - Postanowili z tej okazji okraść kogoś w pociągu, a żeby rozbój nie wyszedł na jaw, zabić ofiarę. Wszystko mieli precyzyjnie zaplanowane. W przedziale była sama W Toruniu do pociągu, którym jechała Ania, wsiadło dwóch mężczyzn: pochodzący z Torunia 23-letni Dariusz M. i rok młodszy Artur F. z Nieszawy. To F. obchodził 2 lipca urodziny. Jeszcze na toruńskim dworcu próbowali namówić na napad jeszcze jednego znajomego. 24-latek odmówił, więc pojechali we dwóch. Kupili bilety u konduktora i wyruszyli na poszukiwania ofiary. Upatrzyli sobie Anię. Była sama w przedziale. Nadkom. Joanna Kącka z łódzkiej policji: - Weszli do przedziału, podali się za studentów, zaczęli z dziewczyną rozmawiać. Po chwili specjalnym kluczem zamknęli przedział, zasłonili okna i pobili dziewczynę. Zabrali jej pierścionki i telefon komórkowy. Potem wyprowadzili Anię do toalety. By nie krzyczała, usta wypchali jej papierowymi ręcznikami i zaczęli dusić. Dziewczyna prawdopodobnie żyła, gdy wyrzucili ją z pędzącego pociągu pod Łowiczem. Telefon i pierścionki zastawili w toruńskich lombardach i wrócili do domów. Nie pierwsze zabójstwo? Policjanci nie chcą zdradzić, jak trafili na ślad zabójców. - To nie był przypadek, na szczęście popełnili błąd - opowiada jeden z oficerów. - Jaki? Nie powiemy. Gazety czytają nie tylko uczciwi ludzie. Dariusza M. zatrzymano w piątek wieczorem w dworcowej poczekalni w Toruniu. W sobotę rano w Nieszawie wpadł Artur F. Łowicka prokuratura postawiła im zarzut zabójstwa. Obaj przyznali się do zbrodni. Wczoraj sąd w Łowiczu aresztował podejrzanych. Grozi im dożywotnie więzienie. Zabójcy byli wcześniej karani. Dariusz M. to znany toruńskim policjantom kieszonkowiec. Całymi dniami przesiadywał na dworcu PKP Toruń Główny. Łatwo nawiązywał kontakt z podobnymi sobie drobnymi przestępcami. Już po zabójstwie policjanci kilka razy spisywali go na dworcu za nocowanie w poczekalni. Artur F. był w rodzinnej Nieszawie notowany za kradzieże i bijatyki, ma opinię oprycha i chuligana. Przed laty kręcił się wśród handlarzy narkotyków. Pochodzi z rozbitej rodziny, wychowywany był przez schorowaną matkę i babcię. Choć obaj twierdzą, że poznali się na dworcu tuż przed zabójstwem, policjanci przypuszczają, że znają się od dawna, a na koncie mają więcej rozbojów dokonanych na pasażerach pociągów. I nie tylko rozbojów. Jak dowiedziała się "Gazeta", jeden z zatrzymanych jest podejrzewany o zabójstwo jeszcze jednego pasażera i usiłowanie kolejnego. Za dziennikiem "GW" z dn. 11.07.2004 r. Areszt za mord w pociągu Sąd w Łowiczu (Łódzkie) aresztował na trzy miesiące 2 bandytów, którzy dla "uczczenia" urodzin jednego z nich, zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę. Obaj przyznali się do makabrycznej zbrodni. Grozi im dożywocie. Obaj podejrzani, w wieku 22 i 23 lat - mieszkańcy Torunia i okolic - przyznali się do dokonania tej makabrycznej zbrodni. Grozi im kara dożywotniego więzienia - poinformowała nadkomisarz Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w województwie łódzkim. Policjanci przez ponad tydzień poszukiwali sprawców na terenie całego kraju; wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara, chcąc znaleźć punkt zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca. W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, w jednej z miejscowości w okolicach Torunia, jego o rok młodszego wspólnika. Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy, poznali się na dworcu kolejowym. Wsiedli około 3-ej w nocy w Toruniu do pociągu z makabrycznym zamiarem "uczczenia" urodzin młodszego z nich, zabiciem człowieka. Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Później zasłonili okna. Zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę. Następnie wyrzucili ją z jadącego pociągu. Zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach (policjanci odzyskali te przedmioty), a później spokojnie wrócili do domów. Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Do zabójstwa namawiali też innego, spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie. Za serwisami INTERIA.PL, Onet.pl, WP, Dziennikiem Internetowym PAP z dn. 11.07.2004 r. Wyrzucona z pociągu Łódzcy policjanci zatrzymali dwóch bandytów, którzy dla uczczenia urodzin jednego z nich, zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę. Obaj - mieszkańcy Torunia i okolic - przyznali się do makabrycznej zbrodni. Dwóm mężczyznom w wieku 23 i 24 lat grozi dożywocie. Prokuratura już skierowała do sądu wnioski o ich aresztowanie. Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w województwie łódzkim. Według Kąckiej, policjanci poszukiwali sprawców na terenie całego kraju; wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara chcąc znaleźć punkt zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca. Wczoraj późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 24-letniego mężczyznę, a dziś nad ranem, przed miejscem zamieszkania, jego o rok młodszego wspólnika. Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy, którzy poznali się na dworcu kolejowym, wsiedli około trzeciej w nocy w Toruniu do pociągu, którym jechała 21-latka. - Jak się później okazało, rozpoczęli tę podróż w dniu urodzin jednego z nich z makabrycznym zamiarem "uczczenia" tego dnia zabiciem człowieka - dodała Kącka. Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Później zasłonili okna. Zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę. Następnie wyrzucili ją z jadącego pociągu. Zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach (policjanci odzyskali te przedmioty), a później spokojnie wrócili do domów. Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Obaj przyznali się do tej makabrycznej zbrodni. Utrzymują, że poznali się na dworcu i tam zaplanowali zabójstwo, do którego namawiali też innego spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie. Zebrane przez policjantów materiały zostaną przekazane prokuraturze w Łowiczu, która prawdopodobnie jeszcze dziś wystąpi do sądu z wnioskiem o aresztowanie podejrzanych. Obaj odpowiadać będą za zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Grozi im kara dożywotniego więzienia. (INTERIA.PL/RMF/PAP) Za serwisem INTERIA.PL z dn. 10.07.2004 r. Ujęto sprawców makabrycznej zbrodni w pociągu Prokuratura Rejonowa w Łowiczu skierowała do sądu wnioski o aresztowanie dwóch bandytów, którzy dla "uczczenia" urodzin jednego z nich, zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę. Sąd podejmie decyzję w niedzielę - poinformowała nadkom. Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Obaj podejrzani, w wieku 22 i 23 lat, a nie jak wcześniej informowała policja 23 i 24 lat - mieszkańcy Torunia i okolic - przyznali się do dokonania tej makabrycznej zbrodni. Grozi im dożywocie. Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w województwie łódzkim. Według Kąckiej, policjanci poszukiwali sprawców na terenie całego kraju; wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara chcąc znaleźć punkt zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca. W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, w jednej z miejscowości w okolicach Torunia, jego o rok młodszego wspólnika. Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy, którzy poznali się na dworcu kolejowym, wsiedli około 3 w nocy w Toruniu do pociągu, którym jechała 21-latka. Jak się później okazało, rozpoczęli tę podróż w dniu urodzin jednego z nich - 22 latka - z makabrycznym zamiarem "uczczenia" tego dnia zabiciem człowieka. Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Później zasłonili okna. Zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę. Następnie wyrzucili ją z jadącego pociągu. Zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach (policjanci odzyskali te przedmioty), a później spokojnie wrócili do domów. Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Obaj przyznali się do tej makabrycznej zbrodni. Utrzymują, że poznali się na dworcu i tam zaplanowali zabójstwo, do którego namawiali też innego spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie. Sprawcy odpowiadać będą za zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Grozi im kara dożywotniego więzienia. Za serwisem Onet.pl z dn. 10.07.2004 r. Zabili kobietę, by uczcić urodziny Prokuratura Rejonowa w Łowiczu skierowała w sobotę do sądu wnioski o aresztowanie dwóch bandytów, którzy dla "uczczenia" urodzin jednego z nich, zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę. Sąd podejmie decyzję w niedzielę - poinformowała nadkom. Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Do zabójstwa doszło na początku lipca. Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny w województwie łódzkim. Według Kąckiej, policjanci poszukiwali sprawców na terenie całego kraju; wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara chcąc znaleźć punkt zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca. W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, przed miejscem zamieszkania, jego o rok młodszego wspólnika. Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy, którzy poznali się na dworcu kolejowym, wsiedli około 3 w nocy w Toruniu do pociągu, którym jechała 21-latka. Jak się później okazało, rozpoczęli tę podróż w dniu urodzin jednego z nich z makabrycznym zamiarem "uczczenia" tego dnia zabiciem człowieka - dodała Kącka. Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Później zasłonili okna. Zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę. Następnie wyrzucili ją z jadącego pociągu. Zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach (policjanci odzyskali te przedmioty), a później spokojnie wrócili do domów. Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Obaj przyznali się do tej makabrycznej zbrodni. Utrzymują, że poznali się na dworcu i tam zaplanowali zabójstwo, do którego namawiali też innego spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie. Zebrane przez policjantów materiały zostaną przekazane prokuraturze w Łowiczu, która jeszcze w sobotę prawdopodobnie wystąpi do sądu z wnioskiem o aresztowanie podejrzanych. Obaj odpowiadać będą za zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Grozi im kara dożywotniego więzienia. Za serwisem WP z dn. 10.07.2004 r. Ujęto sprawców makabrycznej zbrodni Prokuratura Rejonowa w Łowiczu skierowała do sądu wnioski o aresztowanie dwóch bandytów, którzy dla "uczczenia" urodzin jednego z nich, zabili i wyrzucili z pociągu młodą kobietę. Sąd podejmie decyzję w niedzielę - poinformowała PAP nadkom. Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Obaj podejrzani, w wieku 22 i 23 lat, a nie jak wcześniej informowała policja 23 i 24 lat - mieszkańcy Torunia i okolic - przyznali się do dokonania tej makabrycznej zbrodni. Grozi im dożywocie. Ofiarą zabójców była 21-letnia mieszkanka województwa zachodniopomorskiego, która jechała pociągiem z Kołobrzegu do Warszawy, gdzie miała zdawać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię. Jej zwłoki znaleziono 2 lipca w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny koło Łowicza w województwie łódzkim. Według Kąckiej, policjanci poszukiwali sprawców na terenie całego kraju; wielokrotnie przemierzali trasę, którą podróżowała ofiara chcąc znaleźć punkt zaczepienia, dzięki któremu śledztwo mogłoby ruszyć z miejsca. Przyjęto kilka wersji śledczych. Rzeczywistość okazała się przerażająca. W piątek późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Toruniu policjanci zatrzymali jednego z podejrzanych - 23-letniego mężczyznę, a w sobotę nad ranem, w jednej z miejscowości w okolicach Torunia, jego o rok młodszego wspólnika. Z zebranego materiału dowodowego wynika, że mordercy, którzy poznali się na dworcu kolejowym, wsiedli około 3-ej w nocy w Toruniu do pociągu, którym jechała 21-latka. Jak się później okazało, rozpoczęli tę podróż w dniu urodzin jednego z nich - 22 latka - z makabrycznym zamiarem "uczczenia" tego dnia zabiciem człowieka. Upatrzyli sobie jadącą samotnie w przedziale 21-letnią dziewczynę. Podali się za studentów i nawiązali rozmowę. Później zasłonili okna. Zakneblowali, pobili i dusili swoją ofiarę. Następnie wyrzucili ją z jadącego pociągu. Zabrali należący do dziewczyny telefon komórkowy i pierścionki, które zastawili w lombardach (policjanci odzyskali te przedmioty), a później spokojnie wrócili do domów. Obaj mężczyźni byli już wcześniej karani - jeden za rozbój, drugi za kradzieże. Obaj przyznali się do tej makabrycznej zbrodni. Utrzymują, że poznali się na dworcu i tam zaplanowali zabójstwo, do którego namawiali też innego spotkanego przypadkowo mężczyznę. Został on już przesłuchany przez policję i będzie świadkiem w tej sprawie. Sprawcy odpowiadać będą za zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Grozi im kara dożywotniego więzieni |
|
Proszę
wybrać przejście:
strona utworzona 12.07.2004 r. |
|