Morderstwo 4 osób w warszawskim banku 3 marca 2001 r.

Strona główna

 

Antysocjalistyczne Mazowsze

Witryna Antysocjalistycznego Mazowsza

Aktualizacja 27.12.2007 r.

SN: dożywocie dla zabójców z Kredyt Banku - ostateczne

Kary dożywotniego więzienia dla Grzegorza Szelesta i Marka Rafalika, którzy w 2001 r. zabili w warszawskiej filii Kredyt Banku ochroniarza i trzy kasjerki, są już ostateczne. Dziś Sąd Najwyższy oddalił kasacje obrońców skazanych, którzy chcieli złagodzenia kar.

3 marca 2001 r. w warszawskiej filii Kredyt Banku bandyci zastrzelili trzy kasjerki i strażnika. Skradli ponad 100 tys. zł w różnych walutach. Zbrodnia wstrząsnęła opinią publiczną. Po czterech miesiącach śledztwa zatrzymano podejrzanych, którzy złożyli obszerne zeznania. Ujawniono m.in, że mordercy zabijali swoje ofiary pojedynczo, a pozostałym kazali się temu przyglądać.

Po przeprowadzonym wzorcowo śledztwie na największej z warszawskich sal sądowych rozpoczął się proces zabójców. Prokuratura ustaliła, że brutalnej zbrodni dokonali mieszkańcy podwarszawskiego Łochowa: Grzegorz Szelest, Marek Rafalik i Krzysztof Matusik. Ten ostatni był ochroniarzem w Kredyt Banku i "skok na kasę" był jego pomysłem. Policja szukała ich po napadzie przez kilka tygodni. Śledczy dotarli do bandytów tropem "wątku ochroniarskiego".

W czerwcu 2002 r. Sąd Okręgowy w Warszawie skazał na kary dożywocia - z ograniczeniem możliwości warunkowego zwolnienia - wszystkich trzech oskarżonych. Obrona skazanych wnosiła o zastosowanie nadzwyczajnego złagodzenia kary, twierdząc, że właśnie dzięki ich postawie w śledztwie udało się ustalić okoliczności zbrodni.

Sąd nie miał jednak wątpliwości, że żadnemu z zabójców nie należy się nadzwyczajne złagodzenie kary, która w porównaniu ze "zwykłym" dożywociem została nawet zaostrzona w stosunku do Szelesta i Matusika. Szelest będzie mógł starać się o warunkowe zwolnienie z odbywania kary po 40 latach, Matusik - po 35 latach, a Rafalik według ogólnych zasad - po 25. Pół roku po wyroku I instancji Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał w mocy orzeczenie Sądu Okręgowego.

Obrońcy Szelesta i Rafalika walczyli jednak dalej. Złożyli kasacje do Sądu Najwyższego, domagając się nadzwyczajnego złagodzenia kary wobec swych klientów. Kasację złożył też mecenas Jan Woźniak, obrońca Kamili Manieckiej, skazanej na 7 lat więzienia dziewczyny Rafalika, która zacierała ślady zabójstwa. Dla niej także domagał się nadzwyczajnego złagodzenia kary, bo - jak mówił - dziewczyna "tylko pomagała swojej najbliższej osobie, a była to pomoc niewielka".

Prokurator Józef Piechota, a także prawnik Kredyt Banku Jarosław Gałązka wnieśli o nieuwzględnienie kasacji i utrzymanie orzeczonych już wcześniej wyroków.

Sąd po naradzie oddalił wszystkie kasacje obrony.

SN potwierdził, że Szelest i Rafalik nie zasłużyli na nadzwyczajne złagodzenie kary, ponieważ - wbrew temu co twierdzili ich obrońcy - sprawcy nie ujawnili wszystkich okoliczności tej brutalnej zbrodni. "Sądy niższych instancji należycie uzasadniły swoją decyzję. Obrona jakby nie zauważała tych argumentów, forsując swoje tezy" - powiedział sędzia.

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 05.01.2004 r.

Do góry...>>


Dożywocie dla zabójców z Kredyt Banku utrzymane

Niezmierzalny stopień winy

Mordercy z Kredyt Banku są prawomocnie skazani na dożywocie. Warszawski Sąd Apelacyjny nie znalazł podstaw do złagodzenia im kary, czego domagali się obrońcy. - Stopień ich winy jest niezmierzalny - podkreślił sąd.

Sprawcy zbrodni w Kredyt Banku zaraz po zatrzymaniu opisali jej przebieg. Na pomysł obrabowania banku wpadł zatrudniony w nim jako ochroniarz Krzysztof Matusik. W sobotę 3 marca 2001 r. przed otwarciem filii przy ul. Żelaznej w Warszawie wprowadził do niej swoich wspólników: najpierw Grzegorza Szelesta, a później Marka Rafalika. Pierwszą ofiarą był strażnik Stanisław Wóltański. Szelest strzelił mu w plecy. Sprawcy zaczekali, aż do pracy przyjdą wszystkie trzy kasjerki, po czym sterroryzowali je i kazali położyć się na podłodze. Każdą zabito strzałem w głowę. Strzelał znowu Szelest. Łupem zbrodniarzy padło ok. 104 tys. zł w różnych walutach.

Według obrońców, ujawniając te informacje, oskarżeni spełnili warunki do nadzwyczajnego złagodzenia kary, przewidziane w art. 60 § 3 kodeksu karnego. - Ten przepis powinien zostać zmieniony. To złe prawo, ale prawo, które obowiązuje. Skoro zaś obowiązuje, to trzeba je stosować - przekonywał broniący Rafalika mec. Dariusz Mikołajewski.

Sąd Apelacyjny nie zgodził się z argumentacją adwokatów. Zwrócił uwagę, że aby skorzystać z nadzwyczajnego złagodzenia kary, przestępca musi ujawnić wszystkie znane mu istotne okoliczności. Tymczasem Szelest i Matusik tego nie zrobili. Ten pierwszy przyznał co prawda, że zabił i uderzył każdą z kobiet kolbą pistoletu w głowę. - Na tym jednak poprzestał. Nie powiedział, że ogłuszył strażnika. Nie wspomniał, że jedną z kobiet uderzał w głowę cztery razy, drugą udusił, a trzecią kopał. To są istotne okoliczności, bo decydują o znamionach czynu - wyliczał sędzia Paweł Rysiński. Z kolei Matusik ani w śledztwie, ani przed sądem nie przyznał, że od początku zakładali zastrzelenie wszystkich pracowników banku. Twierdził, że planowali jedynie napad.

Rafalik, zdaniem SA, rzeczywiście podał w śledztwie wszystkie znane mu okoliczności. - Tyle że wiedział już, iż pomawiają go pozostali oskarżeni. Tak więc nie ujawniał, tylko potwierdzał znane już informacje - powiedział sędzia Rysiński.

Obrońcy kwestionowali również wysokość kar. SA uznał, że są słuszne i sprawiedliwe. - Stopień winy oskarżonych jest niezmierzalny. Dla takich właśnie osób ustawodawca przewidział najwyższy wymiar kary. Strażnik zamienił się na służbę ze swym kolegą, wiedząc, że następnego dnia będzie on zastrzelony. Zgodził się też na zastrzelenie swoich koleżanek. Ofiary nie zostały zastrzelone w potocznym tego słowa rozumieniu. To była egzekucja - uzasadnił sąd.

Za słuszne uznał też ograniczenie Szelestowi i Matusikowi prawa do przedterminowego warunkowego zwolnienia (pierwszy będzie się mógł o nie ubiegać po 40, drugi po 35 latach). - Przepis dający sądowi takie prawo istnieje m.in. właśnie po to, by w takich jak ta sytuacjach móc zróżnicować kary - tłumaczył sędzia Rysiński.

Sławomir Wikariak

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 21.02.2003 r.

Do góry...>>


Apelacje skazanych za mord w Kredyt Banku

Obrońcy chcą nadzwyczajnego złagodzenia kar

Warszawski Sąd Apelacyjny zajmie się dziś apelacjami od wyroków w sprawie mordu w Kredyt Banku. Obrońca każdego ze skazanych na dożywocie mężczyzn będzie przekonywał sąd, że jego klient zasłużył na nadzwyczajne złagodzenie kary.

Przypomnijmy: 3 marca 2000 r. w filii Kredyt Banku SA przy ul. Żelaznej 67 w Warszawie odnaleziono zwłoki trzech kasjerek zabitych strzałem w tył głowy. Po dalszych poszukiwaniach w studzience kanalizacyjnej odkryto kolejne ciało - ochroniarza banku. Ze skarbca zginęły pieniądze w różnych walutach na ogólną sumę 104 tys. zł.

Pomysłodawcą zbrodni był pracujący w banku jako ochroniarz Krzysztof Matusik. Pomagało mu dwóch kolegów: ochroniarz z innego banku Marek Rafalik oraz bezrobotny murarz Grzegorz Szelest. Ten ostatni przyjął na siebie rolę egzekutora - po kolei podchodził do leżących na podłodze kasjerek i strzelał każdej w głowę.

Wszystkich skazano na dożywocie. Szelestowi i Matusikowi sąd dodatkowo ograniczył prawo do warunkowego przedterminowego zwolnienia - pierwszy będzie mógł się o nie starać po 40, drugi po 35 latach.

Zmiany tego wyroku domagają się obrońcy wszystkich skazanych. Adwokaci Szelesta chcą ponownego rozpoznania sprawy przed sądem pierwszej instancji, gdyż - ich zdaniem - bezkrytycznie ocenił on opinię biegłych psychiatrów o poczytalności ich klienta. Według obrony lekarze nie byli obiektywni, kontaktowali się nieoficjalnie z prokuratorem, a swą opinię wystawili jeszcze przed formalnym postawieniem zarzutu.

Mec. Piotr Bąk i mec. Czesław Jaworski wnoszą ewentualnie o zmianę wyroku albo poprzez zniesienie ograniczenia prawa do warunkowego zwolnienia, albo przez nadzwyczajne złagodzenie kary. Na to ostatnie Szelest zasłużył, ich zdaniem, współpracując w śledztwie z organami ścigania. Adwokaci przekonują, że wbrew opinii sądu, nie umniejszał on swojego udziału w zbrodni.

Na nadzwyczajne złagodzenie kary mają również zasługiwać Krzysztof Matusik i Marek Rafalik. Reprezentujący ich obrońcy uważają, że przekazali oni w śledztwie wszystkie znane im okoliczności zabójstwa. Przyznają, że podczas procesu oskarżeni nie podtrzymali swych wyjaśnień. - Przepis nie wymaga jednak potwierdzenia przed sądem informacji ujawnionych w postępowaniu przygotowawczym - przekonują w apelacji.

W razie nieuwzględnienia tych racji obrońca Matusika mec. Marek Małecki prosi SA o zniesienie ograniczenia do skorzystania przez oskarżonego z przedterminowego zwolnienia. Jego zdaniem nakładając je, sąd zapomniał o zasadzie humanitaryzmu, którą powinien kierować się przy wymierzaniu kary.

Z kolei reprezentujący Rafalika mec. Dariusz Mikołajewski zwraca uwagę, że rola jego klienta była dużo mniejsza niż pozostałych uczestników. Według niego skazany nie jest tak głęboko zdemoralizowany, by trzeba go było eliminować ze społeczeństwa.

Prokuratura domaga się niewielkiej korekty wyroku wydanego na Szelesta. Usiłował on wysłać z aresztu gryps, w którym prosił kolegę o odbicie z konwoju. Sąd uniewinnił go od zarzutu podżegania do przestępstwa, gdyż list nie dotarł do adresata. Według prokuratury nie jest to okoliczność wystarczająca do uniknięcia odpowiedzialności, dlatego chce, by czyn ten został ponownie osądzony.

Sławomir Wikariak

Za dziennikiem Rzeczpospolita z dn. 20.02.2003 r.

Do góry...>>


Trzy dożywocia dla zabójców w Kredyt Banku - prawomocne

Zabójcom z Kredyt Banku nie należy się nadzwyczajne złagodzenie kary. To była egzekucja; dla takich przypadków istnieje kara dożywocia - uznał Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymując orzeczone w zeszłym roku kary dożywocia. Tym samym uprawomocniły się w czwartek wyroki dożywotniego więzienia dla Grzegorza Szelesta, który zastrzelił bankowego strażnika i trzy kasjerki, oraz jego wspólników - Marka Rafalika i Krzysztofa Matusika, razem z którymi dokonał w kwietniu 2001 r. tego brutalnego napadu. Szelest będzie mógł starać się o warunkowe zwolnienie z odbywania kary po 40 latach, Matusik - po 35 latach, a Rafalik - po 25.

3 czerwca zeszłego roku Sąd Okręgowy w Warszawie skazał na kary dożywocia - z ograniczeniem możliwości warunkowego zwolnienia - wszystkich trzech oskarżonych o tę zbrodnię.

3 marca 2001 r. w warszawskiej filii Kredyt Banku bandyci zastrzelili trzy kasjerki i strażnika. Skradli ponad 100 tys. zł w różnych walutach. Jeszcze podczas śledztwa ujawniono, że mordercy zabijali swoje ofiary pojedynczo, a pozostałym kazali się temu przyglądać. Sędziowie I instancji nie mieli wątpliwości, że żadnemu z zabójców nie należy się nadzwyczajne złagodzenie kary.

Wątpliwości mieli jednak obrońcy skazanych. Wnieśli w czwartek przed sądem apelacyjnym o zastosowanie nadzwyczajnego złagodzenia kary wobec ich klientów.

Adwokaci przekonywali sąd, że Szelest, Rafalik i Matusik współpracowali z organami ścigania, do wszystkiego się przyznali, ujawnili istotne okoliczności zbrodni, dlatego zasługują dziś na nadzwyczajne złagodzenie kary, którego nie otrzymali przed sądem I instancji. "Przepis kodeksu karnego o obligatoryjnym łagodzeniu kary jest bublem prawnym, ale obowiązuje i należy go stosować" - mówili adwokaci. Broniący Matusika mecenas Marek Małecki powoływał się na prawną zasadę humanitaryzmu wymiaru kary.

Nie może być mowy o zastosowaniu nadzwyczajnego złagodzenia kary, bo postawa sprawców nie upoważnia do tego sądu - przekonywała prokurator Danuta Droessler. Przypomniała, że skazani nie byli bowiem konsekwentni w swoich wyjaśnieniach. Jako przykład podała to, że Szelest zataił, że dusił jedną z zabitych w Kredyt Banku kobiet już po strzeleniu jej w tył głowy. Natomiast Matusik i Rafalik wielokrotnie zmieniali treść swoich wyjaśnień, utrudniając tym samym śledztwo.

Proces przed sądem I instancji oraz bardzo sprawne śledztwo może być wizytówką polskiego wymiaru sprawiedliwości - mówił mecenas Jacek Dubois, pełnomocnik rodzin zabitych kasjerek. "Mam bronić wyroku, więc moje zadanie jest łatwe, bo wyrok broni się sam" - mówił o 220-stronicowym uzasadnieniu orzeczenia Sądu Okręgowego w Warszawie. Skazanych porównał do maszyn zaprogramowanych na zabijanie. "W sprawie zbrodni w Kredyt Banku są okoliczności łagodzące, ale sąd już je uwzględnił w wyroku, bo gdyby je odrzucił, wszyscy zabójcy zostaliby skazani na kary dożywocia z ograniczeniem warunkowego zwolnienia na 50 lat" - mówił.

W czwartek Sąd Apelacyjny przyznał rację stronie oskarżycielskiej i oddalił apelacje wszystkich obrońców skazanych Uzasadniając wyrok sędzia Paweł Rysiński tłumaczył, że w wyjaśnieniach wszystkich skazanych są takie uchybienia, które nie pozwalają na zastosowanie nadzwyczajnego złagodzenia kary. Samą zbrodnię nazwał "egzekucją, a nie zwykłym zabójstwem, której szkodliwość społeczna jest niezmierzalna".

I tak sąd wyliczał: Szelest, który najszerzej opowiedział o zbrodni, zataił jednak to, że oprócz strzałów zadał też wiele innych ciosów kasjerkom i strażnikowi bankowemu, jedną z nich nawet dusił. Matusik od początku zaprzeczał, by między sprawcami istniała zmowa, że zastrzelone zostaną wszystkie osoby, które w tym czasie będą w banku. Natomiast Rafalik powiedział wszystko, co wie, prowadzącym śledztwo, ale - zdaniem sądu - zrobił to w sytuacji gdy wiedział, że pozostali oskarżeni już opowiedzieli o tym prokuraturze, więc faktycznie "nie ujawnił" on tych okoliczności, a jedynie potwierdzał to, co było znane.

"Jeden z obrońców prosił o złagodzenie kary, powołując się na zasadę humanitaryzmu. Właśnie z powodu humanitaryzmu zniesiono w Polsce karę śmierci. Kara dożywocia jest natomiast przewidziana właśnie dla takich wypadków jak ten" - mówił sędzia Rysiński. Wyrok sądu I instancji i jego uzasadnienie Sąd Apelacyjny ocenił jako "wyjątkowo staranne, wyczerpujące, precyzyjne i logiczne, tak jak całe postępowanie dowodowe".

Przedstawiciele rodzin zabitych nie chcieli mówić o sprawie. Gdy stawali przed kamerami, łamał im się głos i mieli łzy w oczach.

Nie wiadomo, czy skazani będą chcieli odwoływać się od tego wyroku w kasacji do Sądu Najwyższego. Mają takie prawo, ale tylko w zakresie błędów w formalnym aspekcie orzeczenia - nie mogą odwoływać się od wysokości zasądzonej kary. (aka)

Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualnej Polski z dn. 20.02.2003 r.

Do góry...>>


Mordercy z Kredyt Banku - dożywocie utrzymane

Sad Apelacyjny utrzymał wyroki dożywotniego więzienia dla trzech sprawców zabójstwa pracowników Kredyt Banku w marcu 2001 roku.

Adwokaci przekonywali sąd, iż wszyscy ich klienci: Grzegorz Szelest, Marek Rafalik i Krzysztof Matusik współpracowali z organami ścigania, do wszystkiego się przyznali, ujawnili istotne okoliczności zbrodni, dlatego zasługują dziś na nadzwyczajne złagodzenie kary, którego nie otrzymali przed sądem I instancji.

"Przepis kodeksu karnego o obligatoryjnym łagodzeniu kary jest bublem prawnym, ale obowiązuje i należy go stosować" - mówili adwokaci. Jeden z nich, broniący Matusika (skazanego na dożywocie z ograniczeniem możliwości ubiegania się o warunkowe zwolnienie z reszty kary po 35 latach, a nie 25 - jak przewiduje normalny przepis) powołał się na prawną zasadę humanitaryzmu wymiaru kary.

Prokurator Danuta Droessler wnosiła przed sądem o utrzymanie wyroku, który w jej przekonaniu zapadł po rzetelnym i prawidłowym procesie, i nie może być mowy o stosowaniu wobec zabójców złagodzenia kary, ponieważ na to nie zasłużyli swoją postawą w trakcie śledztwa i procesu - nie byli bowiem konsekwentni w swoich wyjaśnieniach.

Pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych, czyli rodzin zabitych w banku kasjerek, przekonywał sąd, że proces przed sądem I instancji oraz bardzo sprawne śledztwo może być "wizytówką polskiego wymiaru sprawiedliwości", zaś całokształt okoliczności sprawy, społeczna szkodliwość zbrodni oraz postawa skazanych, których porównał do maszyn zaprogramowanych na zabijanie, nakazuje utrzymać dotychczasowy wyrok. Dodał, że jego zdaniem w sprawie zbrodni w Kredyt Banku są okoliczności łagodzące, ale sąd już je uwzględnił w wyroku, bo "gdyby je odrzucił, wszyscy zabójcy zostaliby skazani na kary dożywocia z ograniczeniem warunkowego zwolnienia na 50 lat".

3 marca 2001 r. w warszawskiej filii Kredyt Banku bandyci zastrzelili trzy kasjerki i strażnika. Skradli ok. 104 tys. zł w różnych walutach. Jeszcze podczas śledztwa ujawniono, że mordercy zabijali swoje ofiary pojedynczo, a pozostałym kazali się temu przyglądać. Sędziowie I instancji nie mieli wątpliwości, że żadnemu z zabójców nie należy się nadzwyczajne złagodzenie kary.(an,ck)

Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualnej Polski z dn. 20.02.2003 r.

Do góry...>>


Mord w Kredyt Banku: trzy dożywocia, dwa - z ograniczeniem możliwości warunkowego zwolnienia

Jeśli wyjdą z więzienia, to po sześćdziesiątce

Na dożywotnie więzienia skazał warszawski Sąd Okręgowy trzech głównych oskarżonych o mord w Kredyt Banku. Grzegorz Szelest, bezpośredni wykonawca zbrodni, będzie się mógł starać o warunkowe zwolnienie po 40 latach, Krzysztof Matusik, ochroniarz z banku - po 35 latach. Ostatniemu sąd nie nałożył takiego ograniczenia.

Zbrodnia ta miała swój początek w październiku 2000 r., kiedy to w filii Kredyt Banku SA przy ul. Żelaznej 67 w Warszawie jako ochroniarz zatrudnił się dziś Krzysztof Matusik. Szybko wpadł na pomysł łatwego zdobycia pieniędzy. - To była mała filia. Panowała w niej w niej bardzo dobra atmosfera, pracownicy sobie pomagali - opisywała sytuację w banku sędzia Małgorzata Radomińska, przewodnicząca składu. Koleżeńskie stosunki nie przeszkadzały ochroniarzowi w przygotowywaniu mordu na ludziach, których miał ochraniać. Wraz z kolegami z Łochowa: Grzegorzem Szelestem, bezrobotnym murarzem, i Markiem Rafalikiem, ochraniającym inny bank, już miesiąc przed napadem doszedł do wniosku, że trzeba zlikwidować wszystkich świadków. Na rolę egzekutora przystał Grzegorz Szelest.

Rafalik, ponieważ nie chciał zabijać, dostał za zadanie kupno broni. Na bazarze Różyckiego zdobył pistolet z tłumikiem przerobiony z amunicji gazowej na ostrą. Drugi pistolet miał już wcześniej. Był niesprawny i miał posłużyć jedynie do zrobienia większego wrażenia.

Datę 3 marca wybrali nieprzypadkowo. Tego dnia w Warszawie miał przysięgę kolega z ich miejscowości, co uznali za świetne alibi. Matusik zamienił się na dyżur w banku ze strażnikiem Stanisławem Wóltańskim, późniejszą ofiarą. Rano wsiedli do samochodu i pojechali do Warszawy. Nie spieszyli się, mieli dużo czasu. - Po drodze ze stoickim spokojem zatrzymali się, żeby zjeść coś gorącego. Przed taką zbrodnią! - mówił z niedowierzaniem w wystąpieniu końcowym prokurator Wojciech Groszyk.

Pukając do drzwi banku, Matusik powiedział swojemu koledze strażnikowi, że chce wziąć do prania swój mundur. - Wóltański wpuścił go, bo miał do niego zaufanie. Przecież mieli to samo zadanie - ochraniać bank - mówiła w uzasadnieniu wyroku sędzia Radomińska. Gdy strażnik chciał umyć szklankę, Szelest strzelił mu w plecy. Potem dobił dwoma kolejnymi strzałami. Zwłoki ochroniarza sprawcy wcisnęli do studzienki kanalizacyjnej. Starli ślady krwi, po czym Matusik - już w mundurze strażnika - jak gdyby nigdy nic wpuścił do banku trzy kasjerki.

Kasjerki zaatakowano w skarbcu. Rafalik i Szelest z bronią w ręku wpadli do środka i zażądali wydania pieniędzy. Napadnięte kobiety nie stawiały oporu i przekazały pieniądze. - Wystarczyło, że oskarżeni spojrzeli po sobie i już było wiadomo, że trzeba zlikwidować świadków - relacjonowała zbrodnię przewodnicząca. Szelest podchodził po kolei do każdej z leżących kobiet i strzelał jej w tył głowy. Ostatnia z ofiar, czekając na śmierć, widziała egzekucje swoich dwóch koleżanek. Z tego m.in. powodu prokurator zmienił kwalifikację z zabójstwa na zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Dodatkowo zaważył fakt, że sprawca po oddaniu strzałów uderzał jeszcze pokrzywdzone kolbą pistoletu. - Tak mocno, że kolba prawie się rozpadła - mówiła sędzia Radomińska. Kasjerkę, która dawała oznaki życia, Szelest i Rafalik dodatkowo udusili.

- Sąd musiał ocenić tę sprawę pod względem prawnym, odsuwając wszystkie emocje - zaznaczyła na początku ustnych motywów przewodnicząca. Wypowiadając się o sprawcach tej zbrodni, nie kryła jednak odrazy. - Szelest przeżywał dorastanie bez ojca, ale bez skrupułów pozbawił matki małą dziewczynkę, która będzie musiała teraz iść sama przez życie - mówiła. Patrząc na Matusika, pytała, przez ile dni spotykał się ze znajomymi z pracy, wiedząc, że już wydał na nich wyrok śmierci. O Rafaliku: "Przed sądem przeprosił rodziny, ale czy jest to prawdziwa skrucha? Zdaniem sądu, jego zachowanie podczas procesu świadczy, że nie". W ocenie przewodniczącej żaden z oskarżonych tak naprawdę nie zrozumiał, jak wielkiej zbrodni się dopuścił. - Jeszcze tego samego dnia bawią się w najlepsze na imprezie u kolegi. Potem też mają się dobrze. Kupują złote łańcuchy na szyję, odzież, wydają pieniądze na zabawę. - Łupem zbrodniarzy padło 104 tys. zł. Wydali tylko złotówki: ok. 76 tys.

Sąd musiał rozważyć, czy mimo różnych ról wszyscy oskarżeni zasługują na taką samą karę. Doszedł do wniosku, że wszystkim należy się dożywocie. - Wszyscy szli do banku, żeby zabić ludzi. Nie mieli żadnych skrupułów. Wszyscy byli obecni przy zbrodni - uzasadniała sędzia Radomińska. Mimo to zdecydowała się zróżnicować kary, dodatkowo ograniczając dwóm oskarżonym możliwość ubiegania się o warunkowe, przedterminowe zwolnienie. Szelest będzie się mógł o nie starać po 40, a Matusik po 35 latach. Rafalik, na którego nie nałożono takiego obostrzenia, będzie się mógł starać po 25 latach. Prokurator chciał, żeby każdy z nich miał takie prawo dopiero po 50 latach. Sąd uznał, że to za dużo. - Każdy z oskarżonych musi mieć prawo do warunkowego zwolnienia - uzasadniła sędzia Radomińska. - Przynajmniej teoretycznie - dodała. Szelest ma w tej chwili 24 lata, Matusik - 28, Rafalik - 25.

Obrońcy w mowach końcowych prosili sąd o rozważenia możliwości nadzwyczajnego złagodzenia kary ze względu na współpracę z organami ścigania. Według sądu najbliżej tego był bezpośredni morderca, który podał najwięcej szczegółów. - Szelest nie spełnił jednak wszystkich warunków. Nie chciał odpowiadać na pytania sądu, ustosunkowywać się do wyjaśnień innych - powiedziała przewodnicząca.

Obok głównych sprawców na ławie oskarżonych zasiadała też Kamila Maniecka, dziewczyna Rafalika. Wiedziała, co zrobili oskarżeni, nie powiadomiła jednak policji o zbrodni. Pomogła też w zniszczeniu części łupów. Sąd skazał ją na karę łączną 6 lat więzienia. Jej ojca, który ukrył waluty obce, skazał na 2 lata, zawieszając wykonanie kary na 5 lat.

Wyrok nie jest prawomocny. Zarówno obrońcy, jak i prokurator nie chcieli jeszcze wypowiadać się na temat ewentualnej apelacji. Nie wykluczyli jednak takiej możliwości.

Sławomir Wikariak

POWIEDZIELI PO WYROKU

Krystyna Wóltańska, zakonnica, siostra zabitego strażnika: - Tylko Bóg wyda w tej sprawie sprawiedliwy wyrok.

Stanisław Młynarski, ojciec zabitej kasjerki Marii: - Patrzyłem im prosto w oczy i nie dostrzegłem na ich twarzach żadnej reakcji.

Barbara Zębaty, teściowa zabitej kasjerki Anny: - Trzeba zmienić prawo, tak by matki, ojcowie, dzieci i wnuczki nie musiały już płakać.

Prokurator Wojciech Groszyk, oskarżający w tej sprawie: - Trudno na gorąco komentować wyrok, ale jest on zasadniczo zgodny z wnioskami prokuratora. Wszyscy zabójcy zostali skazani na dożywocie i sąd wysoko podniósł progi lat, po których będą się mogli starać o warunkowe zwolnienie. Warto podkreślić, że niecały rok po zatrzymaniu sprawców sprawa jest już osądzona. Co prawda nie prawomocnie, ale to powinien być sygnał, że zbrodnia nie popłaca.

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 04.06.2002 r.

Do góry...>>


Dożywocia dla zabójców z Kredyt Banku

Trzy dożywocia za brutalne zabójstwo trzech kasjerek i strażnika w Kredyt Banku wymierzył w poniedziałek Sąd Okręgowy w Warszawie.

Oskarżonym ws. Kredyt Banku nie należy się nadzwyczajne złagodzenie kar, bo ich współpraca z wymiarem sprawiedliwości była niepełna; nie było wobec nich żadnych okoliczności łagodzących, a oni sami nie wykazali skruchy - tak Sąd Okręgowy uzasadniał wyrok.

Prokurator wnosił dla zabójców czterech osób w Kredyt Banku o kary dożywocia, z możliwością przedterminowego zwolnienia po 50 latach. Sąd skazał ich w poniedziałek na dożywocia, z możliwością warunkowego zwolnienia po 40, 35 i 25 latach.

Grzegorz Sz. - który strzelał do czworga zamordowanych pracowników Kredyt Banku - będzie mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie najwcześniej po 40 latach więzienia ; Krzysztof M. może się o to starać po 35 latach, a Marek R. - po 25.

Według byłego prokuratora generalnego Lecha Kaczyńskiego z PiS, wyrok dla sprawców zbrodni w Kredyt Banku jest zdecydowanie za łagodny.

"Ja byłem za zwolnieniem tego, który wykonał egzekucję, po 50 latach, a pozostałych dwóch po czterdziestu" - powiedział PAP szef PiS. "Dokonano zaplanowanej egzekucji czterech Bogu ducha winnych ludzi i tym ludziom odebrano życie na zawsze" - podkreślił Kaczyński.

Zdaniem Krzysztofa Janika, szefa MSWiA, wyrok dożywocia jest sygnałem, że wymiar sprawiedliwości traktuje bandytów tak, jak na to zasługują.

Według Krzysztofa Orszagha, rzecznika ofiar przestępstw po 40 latach więzienia przestępca nie stanowi już zagrożenia dla społeczeństwa.

Pytany, czy nie czuje zawodu, iż sąd nie uwzględnił wniosku prokuratora, by trzej zabójcy mogli się starać o przedterminowe zwolnienie dopiero po 50 latach, Orszagh odparł, że "właściwie nie ma różnicy, czy wychodzi się po 50, czy 40 latach".

Złożenia apelacji nie wykluczają obrońcy trzech skazanych na dożywocie za zabójstwo czworga pracowników Kredyt Banku. Rodziny ofiar unikały odpowiedzi na pytanie dziennikarzy, czy są usatysfakcjonowane wyrokiem.

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 04.06.2002 r.

Do góry...>>


Mord w Kredyt Banku

Obrońcy mówią o nadzwyczajnym złagodzeniu kary

Obrońcy oskarżonych o mord w Kredyt Banku prosili sąd o rozważenie możliwości skorzystania przez ich klientów z nadzwyczajnego złagodzenia kary. - Ten przepis to bubel prawniczy i w ogóle nie powinien znaleźć się w kodeksie. Skoro jednak jest, to trzeba go uwzględnić - przekonywali.

Przypomnijmy: na poprzedniej rozprawie prokurator zażądał dla trzech bezpośrednich sprawców kar dożywotniego więzienia, z możliwością warunkowego zwolnienia po 50 latach. Wczoraj do propozycji tych ustosunkowali się obrońcy. - Oskarżyciel mówi o karze eliminacyjnej. Czy ma to być kara śmierci wymierzana po kawałku przez 50 lat? - pytał mec. Maciej Bąk, obrońca Grzegorza Sz., który oddawał śmiertelne strzały. - Ograniczenie możliwości warunkowego zwolnienia oznacza, że sąd zakłada brak możliwości resocjalizacji i zamyka tym ludziom drogę do pokuty. Wtedy odbywanie kary mija się z celem - kontynuował ten wątek drugi adwokat tego oskarżonego. - Nawet największy zbrodniarz powinien mieć szansę na odkupienie winy - mówił mec. Marek Małecki, obrońca Krzysztofa M., ochroniarza z banku.

Z kolei mec. Dariusz Mikołajewski broniący Marka R. zwracał uwagę na konieczność zróżnicowania kar. - Trzeba dokładnie rozróżnić sytuację każdego z oskarżonych - przekonywał. Podkreślił, że jego klient od samego początku nie zgadzał się na zabijanie - Moim zdaniem, gdyby Grzegorz Sz. się na to nie zgodził, nie doszłoby do zbrodni - domniemywał adwokat.

Obrońcy wszystkich głównych oskarżonych poruszali w swych wystąpieniach problem nadzwyczajnego złagodzenia kary. Art. 60 § 3 kodeksu karnego obliguje sąd do zmniejszenia kary poniżej dolnego zagrożenia, jeśli sprawca ujawnił organom ścigania wszystkie istotne okoliczności zdarzenia. Oskarżeni w śledztwie współpracowali z prokuratorem, w czasie wizji lokalnej ze szczegółami opisywali przebieg zbrodni. Czy to możliwe, by sprawcy tak brutalnego mordu mogli liczyć na premię w postaci łagodniejszego wyroku? Zdaniem obrońców: tak. - Sąd musi stosować prawo, jakiekolwiek by ono było - mówił mec. Mikołajewski. Według prokuratora jego klient nie spełnił wymogów, gdyż dozował ujawniane informacje i zmieniał wyjaśnienia.

Obrońca Grzegorza Sz. przekonywał, że ujawnienie okoliczności zdarzenia było jego sposobem na wyrażenie skruchy. - On nie płacze, bo po prostu tego nie potrafi. Ale chce wyrzucić to z siebie i dlatego od razu podaje wszystkie szczegóły - przemawiał mec. Bąk.

O rozważenie możliwości nadzwyczajnego złagodzenia kary prosił też obrońca Krzysztofa M. Swojego klienta ocenił jako wytwór kultury masowej, w której brak uczuć wyższych i współczucia. - Zachowuje się tak, jak w jego wyobrażeniu powinien zachowywać się twardziel - mówił mec. Małecki.

Sam Krzysztof M. w ostatnim słowie prosił o łagodną karę. - Chcę przeprosić wszystkich. Gdybym nie zgodził się na to, nie byłoby napadu, ale nie planowaliśmy morderstwa. Nigdy nikogo bym nie zabił - przekonywał domniemany organizator przestępstwa. - Proszę o wyrok taki, jaki sąd uzna za stosowny. Chcę przeprosić wszystkie rodziny, ich bliskich. Bardzo żałuję za to, co się stało - mówił z kolei Marek R. Grzegorz Sz., który oddał śmiertelne strzały, poprzestał na stwierdzeniu, że nie ma nic do powiedzenia.

Przemawiający przed warszawskim Sądem Okręgowym pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych powołał się na jeden z reportaży, w którym Grzegorza Sz. opisano jako dobrego wujka, kochającego dzieci i grającego z nimi w piłkę. - Dawniej pisano tak o pewnym Niemcu, który też podobno był miłym człowiekiem. Nazywał się Adolf Eichmann. Może skala jego zbrodni nie jest taka sama, ale mentalność tak - ocenił mec. Jacek Dubois. Przyjmując tę sprawę, pytał klientów, dlaczego jeszcze raz chcą przeżywać ten koszmar. - Odpowiedzieli, że chcą spojrzeć w oczy oprawców i zrozumieć, dlaczego tak się stało. Zobaczyli twarze bez emocji, jak maski. Widać na nich tylko bezmyślność.

Sąd ogłosi wyrok 3 czerwca. WIK

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 28.05.2002 r.

Do góry...>>


Zabójcy z Kredyt Banku proszą o łagodne kary

Grzegorz Sz., Marek R. i Krzysztof M. wygłosili w poniedziałek ostatnie słowo w procesie o zabójstwo w Kredyt Banku. Dwaj ostatni prosili o łagodne kary. Sąd ogłosi wyrok 3 czerwca.

Nic nie chciałem powiedzieć - tyle powiedział Grzegorz Sz., oskarżony o to, że w marcu zeszłego roku z zimną krwią zastrzelił strażnika i cztery kasjerski z warszawskiej filii Kredyt Banku.

Proszę o wyrok taki, jaki sąd uzna za stosowny. Chcę przeprosić wszystkie rodziny, ich bliskich. (...) Brak mi słów. Przykro mi z tego powodu, bardzo żałuję za to, co się stało. Dziękuję - mówił łamiącym się głosem Marek R. Oskarżony został o to, że najpierw stał na czatach przed bankiem, potem zaś zabrał pieniądze i kasetę z kamery wideo z filii, wcześniej zaś kupił broń do napadu.

Oskarżony próbował chronić swą niedoszłą żonę, również oskarżoną Kamilę M., która miała - według prokuratury - ukryć zrabowane pieniądze, a potem zacierać ślady. Przekonywał, że naprawdę planował z nią małżeństwo i już w czasie, gdy doszło do napadu, mieszkali razem, co według prawa znaczyłoby, że nie ponosi ona odpowiedzialności za niepowiadomienie o zbrodni.

Na początku chcę przeprosić wszystkich. Wiem, że ciąży na mnie poważna odpowiedzialność. Gdybym nie zgodził się na to, nie byłoby napadu, ale nie planowaliśmy morderstwa. Nigdy nikogo bym nie zabił. Proszę o łagodny wymiar kary - mówił Krzysztof M., ochroniarz z Kredyt Banku, który - zdaniem oskarżenia - wszystko zaplanował. Na rozprawie M. nagle zmienił wyjaśnienia i próbował przekonać sąd, że wspólnikiem bandytów był zastrzelony przez nich bankowy strażnik.

Wcześniej obrońcy wszystkich oskarżonych prosili sąd o kary łagodniejsze niż dożywocie z ograniczeniem możliwości wyjścia na wolność po 50 latach, czego żądał prokurator.

Pod rozwagę sądu adwokaci wnieśli kwestie, czy oskarżonym, którzy opowiadali o napadzie nie należy się z mocy prawa nadzwyczajne złagodzenie kary.(miz)

Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualna Polska

Do góry...>>


Prokurator chce, aby mordercy z Kredyt Banku w ogóle nie wyszli z więzienia albo opuścili je w podeszłym wieku

Kara bez precedensu, jak zbrodnia

Dożywocia z możliwością warunkowego zwolnienia dopiero po 50 latach zażądał prokurator dla trzech głównych oskarżonych o mord w Kredyt Banku. - Dopuścili się zbrodni nie znanej dotychczas polskiemu wymiarowi sprawiedliwości - uzasadnił swój bezprecedensowy wniosek.

Jak wynika z wyjaśnień oskarżonych, zbrodnię skrupulatnie zaplanowali już dwa miesiące przed jej dokonaniem. W sobotę 3 marca 2001 r. wcześnie rano wyruszyli z rodzinnego Łochowa do Warszawy. - Po drodze ze stoickim spokojem zatrzymali się, żeby zjeść coś gorącego. Przed zbrodnią zatrudniony w Kredyt Banku jako ochroniarz Krzysztof M. - z oburzeniem mówił w wystąpieniu końcowym prokurator Wojciech Groszyk - specjalnie zamienił się na dyżur z innym strażnikiem, 50-letnim Stanisławem W. To on był pierwszą ofiarą. Jego ciało ukryli w studzience kanalizacyjnej.

Kasjerki widząc, że do pomieszczenia specjalnego, tzw. skarbca, wpuszcza je Krzysztof M., nic nie podejrzewały. Wszak od dawna ochraniał ich bank. Były z nim po imieniu. Za kobietami weszli Grzegorz Sz. i Marek R. - Kasjerki nie stawiały oporu, prosiły, by darować im życie. Grzegorz Sz. z cynizmem zapewniał, że nic im się nie stanie - opisywał prokurator. Według niego to Marek R. wydał komendę: strzelaj. Grzegorz Sz. po kolei podchodził do każdej z ofiar i celował w tył głowy. "Strzał katyński" - określił potem ten rodzaj egzekucji biegły. Gdy mordercy skończyły się kule, dla pewności uderzał w głowy kobiet kolbą pistoletu. Z tego m.in. powodu zbrodnię uznano za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Także dlatego, że kasjerki widziały, jak umierają ich koleżanki. - Trudno sobie wyobrazić, co wtedy czuły - powiedział oskarżyciel.

Po zbrodni mężczyźni pojechali na przysięgę kolegi, by zapewnić sobie alibi. Potem, choć kilkakrotnie ich zatrzymywano, nie można było nic udowodnić. - Nie opuszczała ich pewność siebie. Nabrali przeświadczenia, że ujdzie im to płazem - podejrzewa prokurator. Łupem morderców padło w sumie 104 tys. zł w różnych walutach. Wydawali tylko złotówki, i to stopniowo, by nie rzucać się w oczy. Większość - na zabawę i alkohol. Kupili też złote łańcuchy, używany samochód, ubrania. Marek R. opłacił swojej dziewczynie (też zasiada na ławie oskarżonych) czesne w szkole.

Prokurator Groszyk uważa, że zbrodnia, jakiej dopuścili się oskarżeni, nie ma precedensu. Takiej też zażądał kary: dożywocia z możliwością warunkowego zwolnienia dopiero po 50 latach. - Zasłużyli na karę eliminującą ich ze społeczeństwa. Chcę, aby w ogóle nie wyszli z więzienia albo opuścili je w tak podeszłym wieku, że nikomu już nie będą w stanie zrobić krzywdy - przemawiał. Mówiąc o Grzegorzu Sz., ujawnił fragmenty rozmów, jakie prowadzili z nim psychiatrzy w czasie obserwacji. Zapytany, jakby się teraz zachował, oświadczył: "Też bym strzelał". Dodał, że nie ma wyrzutów sumienia. "Po prostu o tym nie myślę". Zawahał się dopiero przy pytaniu, co zrobiłby, gdyby w Polsce obowiązywała kara śmierci. "Wtedy chyba nie zdecydowałbym się" - odpowiedział w końcu.

Oskarżyciel przypomniał też, że nawet w areszcie Sz. nie przestał knuć. W grypsie, który próbował wysłać, kazał się odbić z konwoju i snuł plany kolejnego zbrodniczego napadu. - Jego dalszym sposobem na życie ma być kolejne zabójstwo - ocenił prokurator.

Linię obrony Krzysztofa M. uznał za najbardziej odrażającą, jaką można sobie wyobrazić. Oskarżony przekonywał, jakoby zabity ochroniarz był z nimi w zmowie i dlatego wpuścił ich do banku. Mówił też, że nie planowali zabójstwa, tylko zwykły napad. - Dlaczego w takim razie nie wzięli sznurka do skrępowania kasjerek i kominiarek do zakrycia twarzy - replikował prokurator.

Dla Kamili M. zażądał kary łącznej 7 lat więzienia. Oskarża ją o poplecznictwo, niezawiadomienie o zbrodni i paserstwo. - Mówi, że chciała wyjść za mąż za Marka R., chodzili razem do kościoła na nauki przedmałżeńskie. Czy nie zna dekalogu, nie wie, że nie można budować swojego szczęścia na tragedii innych? - pytał retorycznie. Dla jej ojca, który pomógł w ukryciu dewiz, wniósł o 3,5 roku więzienia.

W poniedziałek warszawski Sąd Okręgowy wysłucha kolejnych wystąpień.

Sławomir Wikariak

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 24.05.2002 r.

Do góry...>>


Zabójstwo w Kredyt Banku: prokurator żąda dożywocia

Trzech kar dożywocia zażądał w czwartek prokurator dla oskarżonych o zabójstwo trzech kasjerek i ochroniarza podczas napadu na Kredyt Bank w Warszawie w 2001 r.

W swym końcowym wystąpieniu przed warszawskim Sądem Okręgowym prokurator Wojciech Groszyk wniósł w czwartek o kary dożywocia dla trzech bandytów oskarżonych o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem - Grzegorza Sz., Marka R. i Krzysztofa M. Chce też, by mogli oni wyjść na wolność najwcześniej po 50 latach.

Jeszcze podczas śledztwa ujawniono, że mordercy wobec swych ofiar celowo stworzyli sytuację, która umożliwiała im obserwowanie śmierci pozostałych osób - kobiety kolejno czekały na swoją egzekucję.

Proces zaczął się marcu tego roku - niemal w rocznicę brutalnego napadu na filię Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie. Zastrzelone zostały wtedy trzy kasjerki i ochroniarz, łupem bandytów padło 104 tys. zł - w złotówkach i innych walutach. Po czterech miesiącach śledztwa zatrzymano Grzegorza Sz., Marka R. i Krzysztofa M. - mieszkańców podwarszawskiego Łochowa. Wszyscy mężczyźni pracowali w branży ochroniarskiej.

O utrudnianie śledztwa oskarżono Kamilę M. - dziewczynę Marka R. oraz jej ojca Andrzeja M. (jask)

Za serwisem informacyjnym portalu Wirtualnej Polski

Do góry...>>


Gra obrony na złagodzenie kary dla zabójcy z Kredyt Banku

Bogdan Wróblewski (19-04-02 01:08)

Wszystko wskazuje, że już w maju sąd wyda wyrok w sprawie o napad i cztery zabójstwa w Kredyt Banku. Czy obrona tego, który strzelał do kasjerek i strażnika, poprosi o nadzwyczajne złagodzenie kary?

3 marca 2001 roku w filii Kredyt Banku przy Żelaznej trzech mężczyzn zrabowało 104 tys. zł. Zginęli - zastrzeleni - strażnik i trzy kasjerki. W piętnastym dniu procesu o najokrutniejszy napad rabunkowy na bank przesłuchanie psychiatrów i psychologa, którzy w śledztwie badali 24-letniego Grzegorza Sz., odbywa się za zamkniętymi drzwiami. Lekarze uznali, że Sz. - przyznaje się, że to on zabijał - był poczytalny. Zza drzwi dochodzi informacja, że obrońcy kwestionują opinię biegłych. Chcą, aby sąd powołał nowych. Sąd się nie zgadza.

W jawnej części rozprawy obrońcy Grzegorza Sz. proszą o przesłuchanie dwóch policjantów. - Co pan chce udowodnić? - pyta adwokata sędzia. - Zamiarem obrony jest wykazanie, że Grzegorz Sz. był pierwszym lub jednym z pierwszych zatrzymanych, którzy podali wszystkie okoliczności zdarzenia. Zostały one potwierdzone w późniejszym postępowaniu - odpowiada mec. Andrzej Bąk.

To znak, że obrona "gra" na nadzwyczajne złagodzenie kary dla czterokrotnego zabójcy. Zgodnie z art. 60 par. 3 kodeksu karnego sąd musi złagodzić karę temu, kto w śledztwie wyda wspólników i wyjawi wszystkie istotne okoliczności popełnienia przestępstwa. Warunki proste, a przepis groźny, bo nie pozostawiający sądowi możliwości wyboru. W praktyce sądowej utarło się, że aby skorzystać z nadzwyczajnego złagodzenia, trzeba taką skruszoną postawę utrzymać podczas procesu.

Grzegorz Sz. przyznał się podczas śledztwa. Opisał, jak zabijał kasjerki i strażnika. Mówił też o roli współoskarżonych, kumpli z Łochowa. Przed sądem potwierdził, co powiedział wcześniej, i zamilkł.

Choć Grzegorz Sz. jawi się obserwatorom procesu jako najbardziej zatwardziały przestępca (wziął na siebie wykonanie "egzekucji" w banku, planował potem ucieczkę z aresztu), właśnie on ma największe szanse na nadzwyczajne złagodzenie. Gdyby tak się stało, sąd mógłby go skazać najwyżej na 11 lat i 11 miesięcy więzienia (dolna granica kary za za zabójstwo z bronią to 12 lat więzienia). - Za wcześnie o tym mówić - unika rozmowy o linii obrony mec. Bąk, adwokat Grzegorza Sz.

- Jestem przerażony, przecież oskarżeni przyznali się i są też inne dowody ich winy - mówi brat zastrzelonej w banku Agnieszki Radulskiej. - Z punktu widzenia wysokości kary to jedyna kwestia prawna do rozstrzygnięcia w tym procesie - przyznaje mec. Jacek Dubois, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych, męża i brata dwóch zamordowanych kasjerek. - Mam argumenty, dlaczego oskarżony na nadzwyczajne złagodzenie kary nie zasłużył - zapewnia jednak prokurator Wojciech Groszyk.

Obaj nie chcą określić, w czym widzą szansę obalenia art. 60. Zapewne będzie to teza o "dozowaniu" informacji przez oskarżonego, nie wyjawieniu wszystkiego, co wiedział o sprawie.

- Ten przepis musi zniknąć z kodeksu. Absurdem jest już to, że przy takiej zbrodni trzeba się nad nim zastanawiać - dodaje pełnomocnik oskarżycieli.

Wniosek obrońcy Grzegorza Sz. o przesłuchanie policjantów sąd wczoraj oddalił. Nieoficjalnie wiemy, że sędziowie studiują literaturę na temat art. 60. Wyrok coraz bliżej.

Dla GAZETY

Wojciech Groszyk prokurator

Oskarżeni Marek R. i Krzysztof M. pogrzebali podczas procesu szansę walki o nadzwyczajne złagodzenie kary. Grzegorz Sz. i jego obrońcy "niczego nie zepsuli". Mam jednak argumenty "na nie". Przedstawię je dopiero w końcowym wystąpieniu, żeby nie dawać broni do ręki obronie.

Andrzej Bąk adwokat

Jestem zobowiązany i podejmuję wszelkie możliwe działania na rzecz mojego klienta. Obliguje mnie do tego prawo i rzetelność zawodowa. Nie jestem jego poplecznikiem, czy "pomagierem". Bronię w granicach prawa, pilnuję, żeby proces był sprawiedliwy. (...)

Za serwisem "Gazety Wyborczej"

Do góry...>>


Mord w Kredyt Banku

Świadek: to nie byli ludzie

Pracownicy banku mieli pełne zaufanie do zatrudnionych w nim ochroniarzy, w tym do Krzysztofa M., który przyznał się do zorganizowania napadu. - Myślałem, że pracuję z ludźmi, ale okazało się inaczej - powiedział wczoraj przed warszawskim Sądem Okręgowym kierownik filii.

Krzysztof M. pracował jako strażnik w Kredyt Banku. Jak sam przyznał przed sądem, to on zorganizował napad, podczas którego zabito trzy kasjerki i ochroniarza. Pracownicy banku zeznający w poniedziałek przed sądem mówili, że nie spodziewali się, iż niebezpieczeństwo może nadejść z tej strony. - Miałam do niego pełne zaufanie, był przecież naszym ochroniarzem. Jego zachowanie nigdy nie wzbudziło podejrzeń - zeznała Agnieszka O.

Wśród świadków był także Piotr K., syn kierownika placówki banku przy ul. Żelaznej, a jednocześnie chłopak jednej z zabitych kasjerek. To on powiadomił ojca, że coś musiało się stać. - Maria M. nie przyszła na umówione spotkanie. Zaniepokoiłem się, bo nigdy wcześniej się to nie zdarzyło - relacjonował świadek przed sądem. Kilkanaście razy dzwonił na telefon komórkowy swojej dziewczyny, ale zgłaszała się poczta głosowa. Poszedł więc do banku. Nikt nie reagował na pukanie, choć wewnątrz powinien być ochroniarz. W tym czasie przyjechał już kierownik placówki. Policjanci wybili szybę i weszli z nim do środka. - Widząc reakcję mojego ojca, zorientowałem się, że stało się coś strasznego. Od tego momentu jakby mi się coś urwało - opowiadał Piotr K. O tym, co naprawdę wydarzyło się w banku, dowiedział się dopiero po dwóch dniach. - Wcześniej byłem w takim szoku, że nic do mnie nie docierało.

Jego ojciec nie chciał mówić o swoich przeżyciach. - Jestem rozbity psychicznie. Będę to pamiętał do końca życia - powiedział jedynie. Dodał: - Myślałem, że pracuję z ludźmi, ale okazało się inaczej.

WIK

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 26.03.2002 r.

Do góry...>>


"Grypsy" oskarżonego - odbijcie mnie, potem zrobimy napad

Propozycję odbicia z więziennego konwoju oraz dokonanie napadu na kasjerkę przewożącą pieniądze do banku proponował swojemu znajomemu w "grypsie" Grzegorz Sz. - jeden z oskarżonych o morderstwo w filii Kredyt Banku. (...)

W czwartek przed warszawskim Sądem Okręgowym odczytany został "gryps" więzienny Grzegorza Sz. do swojego znajomego z prośbą o odbicie go z konwoju więziennego. Podaje on w nim, w jakim czasie będzie przewożony z Łodzi do Warszawy, ilu będzie w samochodzie funkcjonariuszy i jak będą oni uzbrojeni. Sz. sugeruje, by osoby, które dokonają odbicia, miały broń, ubrane były w mundury i miały na głowach kominiarki.

Jednocześnie informuje, że "są pieniądze", i że dla każdego biorącego udział w odbiciu będzie po 50 tys. zł., "a jak dobrze pójdzie to i drugie tyle". Dodaje, że "można by stuknąć kobietę przewożącą pieniądze do banku w Mińsku Mazowieckim".

"Nie wiem, czy było to do mnie. Ten list jest dla mnie zaskoczeniem" - stwierdził w czwartek przed sądem świadek, do którego rzekomo kierowany był "gryps". List kierowany był do osoby o pseudonimie "Biały", świadek zaś potwierdził, że istotnie taki jest jego pseudonim.

"Treść tego 'grypsu' wskazuje, że napisała go osoba bezwzględna, bez skrupułów" - powiedział Krzysztof K. - przełożony służby więziennej z Zakładu Karnego w Łodzi. "Funkcjonariusz poinformował mnie, że Sz. chce za jego pośrednictwem - i za korzyścią - wysłać nielegalną pocztę. Podczas spaceru Sz. zrobiliśmy przeszukanie w celi, gdzie przebywał i znaleźliśmy dwa nielegalne listy" - zeznał przed sądem K.

Kolejna rozprawa - 22 marca.

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 21.03.2002 r.

Do góry...>>


Kredyt Bank - ochroniarzem mógł być każdy

Podczas trwających we wtorek przesłuchań świadków ws. ubiegłorocznego morderstwa w Kredyt Banku wynika, że z powodu braku właściwych zabezpieczeń, właściwie każdy mógł się podać za ochroniarza.

Dowódca strażników zeznał, że rozmowy telefoniczne strażników z centralą firmy ochroniarskiej nie były zabezpieczone żadnym hasłem, więc właściwie każdy mógł podać się za ochroniarza banku. Świadek dodał, że dowództwo nie dysponowało grafikiem dyżurów, ani nie miało informacji o ewentualnych zamianach.

W dniu kiedy doszło do zabójstwa służbę pełnił był 50-letni Stanisław W. Ze śledztwa wynika, że jeden ze sprawców - Krzysztof M. - jego kolega pracujący w tej samej agencji ochroniarskiej, celowo poprosił Stanisława W. o zamianę dyżurów tego dnia. Prokuratura ustaliła, że było to częścią planu napadu i Krzysztof M. wystawił kolegę na pewną śmierć.(ck)

Za serwisem portalu Wirtualna Polska

Do góry...>>


Oskarżeni o zabójstwo w Kredyt Banku nie są chorzy psychicznie

Oskarżeni o napad i zabójstwo czterech osób w Kredyt Banku nie są chorzy psychicznie, w chwili zbrodni nie mieli też ograniczonej poczytalności - taką opinię złożyli biegli psychiatrzy i psychologowie. W czwartek przesłuchiwał ich sąd.

Opinia biegłych psychologów i psychiatrów jest konieczna w procesie o zbrodnie. Sąd zawsze przesłuchuje biegłych za zamkniętymi drzwiami - lekarzy obowiązuje tajemnica lekarska.

Z odczytanego na rozprawie aktu oskarżenia wiadomo, że żaden z oskarżonych nie cierpi na chorobę psychiczną; Grzegorz Sz., Marek R. i Krzysztof M. mieli pełną świadomość, że popełniają morderstwo, co oznacza, że w chwili tragicznych wydarzeń mogli powstrzymać się, czy wycofać z zamiaru zabicia ochroniarza bankowego i trzech kasjerek, które tamtej soboty, 3 marca zeszłego roku, przyszły do pracy.

Ze źródeł zbliżonych do procesu dziennikarz PAP dowiedział się, że biegli potwierdzili w czwartek swoją ekspertyzę. (...)

Krzysztof M. nie przyznaje się do zaplanowania zabójstwa trzech kasjerek oraz swego kolegi ochroniarza. Zarówno w czasie śledztwa, jak i przed sądem potwierdził jedynie, że planował napad na filię Kredyt Banku.

Przed sądem Krzysztof M. nieoczekiwanie oświadczył jednak, że w organizacji napadu uczestniczył również zastrzelony strażnik. Pytania oskarżycieli i sądu podważyły tę wersję.

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 14.03.2002 r.

Do góry...>>


Mord w Kredyt Banku: szósty dzień rozprawy

Krzysztof M. chce, by przemówili współoskarżeni

Krzysztof M., który twierdzi, że zaplanował jedynie napad, a nie morderstwo, oraz wskazuje na zastrzelonego strażnika jako współsprawcę, chciał we wtorek, by współoskarżeni ustosunkowali się do jego wersji. Sąd wyjaśnił mu, że podsądni mają prawo do zachowania milczenia.

W piątym (powinno być: szóstym - przyp. KS) dniu procesu warszawski Sąd Okręgowy kontynuował oglądanie zapisów z przesłuchań Krzysztofa M. z okresu śledztwa. Poproszony przez sąd o ustosunkowanie się do podanej wówczas wersji, powiedział: "Połowa z tego, co mówiłem, nie była prawdą. Policjanci powiedzieli mi, że współoskarżeni obarczają mnie całą winą, więc chciałem wszystko zwalić na nich".

Oskarżony wyjaśniał przed sądem, że chciał zrezygnować z napadu, gdy zorientował się, że w banku nie ma tyle pieniędzy, ile się spodziewał. Grzegorz Sz. miał się jednak nie zgodzić na przełożenie terminu skoku. - Wymierzył w moją stronę broń. Doznałem wstrząsu i nie mogłem kierować swoim zachowaniem - oświadczył Krzysztof M. - Obawiałem się o swoje życie - dodał po chwili.

- To dlaczego oskarżony nie uciekł? - pytał sąd.

- Nie wiem.

Obrońca pytał, jak zachowywał się Grzegorz Sz. w czasie oddawania pierwszego i następnych strzałów. - Jak normalny człowiek - odpowiedział zapytany.

- Ale przecież oskarżony mówił, że nie było go przy zabójstwie strażnika ani kasjerek - dociekał sąd. W tym momencie adwokat sprecyzował, iż pytał o przestrzeliwanie broni przed napadem. - Tak też zrozumiałem - wszedł mu w słowo jego klient.

Krzysztof M. przyznaje się do zorganizowania napadu, ale zaprzecza, by liczył się ze śmiercią ofiar. - Czy jako najstarszy z uczestników oskarżony nie czuł się odpowiedzialny? - spytała go sędzia Małgorzata Radomińska.

- Wydawało mi się, że wszystko pójdzie jak najlepiej.

- Czy oskarżony uważa, że ta odpowiedź jest adekwatna do tej sprawy?

- Myślałem, że napad się uda i nikomu nic się stanie.

Na najbliższych dwóch rozprawach sąd będzie odczytywał zeznania mniej istotnych świadków. 21 marca rozpocznie przesłuchiwanie pokrzywdzonych.

WIK

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 13.03.2002 r.

Do góry...>>


Taśmy prawdy

- Co ty k... robisz? - Krzysztof M. krzyknął do Grzegorza Sz., gdy ten zastrzelił strażnika banku. - Nie przejmuj się. W ten sposób uratowałem nam wszystkim tyłek. Nie będzie świadków - uspokajał go kompan. Kilkanaście minut później z zimną krwią zabił trzy kasjerki.

To fragment z wizji lokalnej z udziałem Krzysztofa M. Na filmie mężczyzna ze szczegółami opowiadał o makabrycznej zbrodni w Kredyt Banku. Opowiedział o każdej minucie napadu, o udziale kolegów, o ostatnich minutach życia trzech kasjerek. Sędziowie, obrońcy, prokurator i publiczność patrzyli w ekran telewizora z uwagą. Oskarżony Krzysztof M. nie spojrzał ani razu.

W kolejnym dniu procesu o napad i morderstwo w Kredyt Banku oglądano film z wizji lokalnej. Oskarżony Krzysztof M. potwierdził zeznania. Dziś sąd przesłucha biegłych psychiatrów i psychologów.

ANA

Za wydaniem papierowym dziennika "Super Express" z dn. 12.03.2002 r.

Do góry...>>


Proces oskarżonych o napad i zabójstwo 4 osób w Kredyt Banku

Zabili w obawie przed świadkiem

Podczas kolejnego dnia procesu sprawców napadu na Kredyt Bank w Warszawie sąd obejrzał zapis kasety wideo, zarejestrowany w czasie wizji lokalnej z udziałem oskarżonego Krzysztofa M., który był ochroniarzem w tym banku. Wynika z niej, że zamordowany wówczas ochroniarz - kolega oskarżonego - zginął, gdyż był niewygodnym świadkiem napadu.

Krzysztof M. jest - obok Grzegorza Sz. i Marka R. - oskarżony o zaplanowanie napadu i zabójstwo czterech osób. Teraz zostaną przesłuchani świadkowie oraz biegli. Na poprzedniej rozprawie Krzysztof M. nie tylko nie przyznał się do winy, czyli do zabójstwa kasjerek, ale również - ku oburzeniu obecnych - do współudziału w napadzie. Oskarżył nieżyjącego ochroniarza, który był jego kolegą z pracy. Zarówno w czasie śledztwa, jak i przed sądem potwierdził jedynie, że planował napad na filię Kredyt Banku. Jednak pytania prokuratora i sędziów zdecydowanie podważyły prezentowaną przez niego wersję wydarzeń, tym bardziej że przed napadem Krzysztof M. wraz z Grzegorzem Sz. brali udział w próbnym strzelaniu z broni, której potem użyli w czasie skoku.

Z zapisu kasety VHS wynika, że pracownik ochrony banku został zastrzelony jako pierwszy. Wykonujący egzekucję Grzegorz Sz. tłumaczył Krzysztofowi M., iż jest to potrzebne po to, by nie było żadnych świadków. - Nie przejmuj się, w ten sposób uratujemy tyłek, nie będzie świadków - miał mówić Sz.

Do napadu na warszawski oddział Kredyt Banku doszło na początku marca ubiegłego roku. Zastrzelone zostały w nim wtedy trzy kasjerki i ochroniarz, łupem bandytów padło 104 tys. zł - w złotówkach i innych walutach. Po czterech miesiącach śledztwa zatrzymano Krzysztofa M., Grzegorza Sz., Marka R. - mieszkańców podwarszawskiego Łochowa. Wszyscy mężczyźni pracowali w branży ochroniarskiej. Oskarżona jest też Kamila M. - dziewczyna Marka R. Prokuratura zarzuca jej niepowiadomienie o zbrodni i zacieranie śladów przestępstwa. O ukrycie zrabowanych walut oskarżono również Andrzeja M., ojca Kamili.

MWA

Za dziennikiem "Nasz Dziennik" z dn. 12.03.2002 r.

Do góry...>>


Mord w Kredyt Banku: piąty dzień procesu

Dwie wersje Krzysztofa M.

W piątym dniu procesu w sprawie mordu w Kredyt Banku sąd oglądał nagrania wizji lokalnych z udziałem Krzysztofa M. Oskarżony nie wspominał wówczas o współdziałaniu zastrzelonego strażnika.

Na poprzedniej rozprawie oskarżony przekonywał, że Stanisław W., strażnik zabity w Kredyt Banku, był z nim w zmowie. W nagraniach z wizji, które odtwarzał w poniedziałek warszawski Sąd Okręgowy, nie padło ani jedno słowo sugerujące udział strażnika. Przed sądem Krzysztof M. nie chciał komentować ani tych, ani innych rozbieżności.

- Wychodząc z samochodu, Grzegorz Sz. przeładował broń. Podeszliśmy do banku. Stanisław W. otworzył nam drzwi. Powiedziałem mu, że przyjechałem zabrać ubranie z pracy - mówił w czasie wizji Krzysztof M., który również był ochroniarzem w Kredyt Banku. Z jego piątkowych wyjaśnień wynikało natomiast, że Stanisław W. wpuścił go do banku, zgodnie z wcześniejszym planem.

W obu wersjach podsądny twierdził, że nie widział, jak Grzegorz Sz. zabijał strażnika. - Byłem w innym pomieszczeniu, gdy usłyszałem uderzenie i trzy strzały. Pobiegłem do niego i powiedziałem: "Coś ty, k..., zrobił" - relacjonował w czasie wizji lokalnej. Grzegorz Sz. miał mu odpowiedzieć: "Nie przejmuj się, w ten sposób wszyscy uratujemy d...; nie będzie świadka".

W czasie śledztwa Krzysztof M. twierdził, że to Grzegorz Sz. wpadł na pomysł i był głównym organizatorem napadu. Przed sądem przyznał się do zorganizowania skoku, zaznaczając, że planował jedynie rabunek. - Nikomu nie miało się nic stać - zapewniał. Gdy jeden z pełnomocników spytał go o rzeczy zabrane do banku, powiedział jedynie o broni i telefonie komórkowym. Dopiero zapytany, czym mieli związać pracowników, przypomniał sobie o taśmie samoprzylepnej, którą po napadzie wyrzucił do rzeki. To kolejna nowość w tej sprawie. W wyjaśnieniach ze śledztwa oraz w czasie wizji lokalnej Krzysztof M. nie wspominał o taśmie. Pytany wprost przez prokuratora, co wyrzucił do rzeki, wymieniał jedynie broń, kasetkę z kartami magnetycznymi, klucze od banku i sejfu oraz walkmana i telefony skradzione zamordowanym. Dziś prawdopodobnie sąd otworzy postępowanie dowodowe.

Sławomir Wikariak

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 12.03.2002 r.

Do góry...>>


Ochroniarz z Kredyt Banku współpracował z zabójcami?

Warszawski Sąd Okręgowy wyjaśnia czy jedna z ofiar napadu na Kredyt Bank - ochroniarz Stanisław Wóltański - współpracował przy planowaniu napadu z bandytami, którzy w marcu ubiegłego roku zabili oprócz niego jeszcze trzy kasjerki Kredyt Banku.

Na pytania sądu odpowiadał jeden z trzech oskarżonych o napad, Krzysztof M, były strażnik w Kredyt Banku. Zarzuca mu się zaplanowanie i udział w rabunku.

Podczas jednej z poprzednich rozpraw Krzysztof M. stwierdził, że ochroniarz Stanisław Wóltański współpracował z początku przy organizowaniu napadu. Natomiast zginął dlatego, że w ostatniej chwili chciał wycofać się z udziału w skoku.

Jak wynika z wyjaśnień Krzysztofa M. - Wóltański chciał zrezygnować gdy dowiedział się, że kilka dni wcześniej skarbiec został opróżniony przez konwojentów.

Krzysztof M. twierdził przed sądem, że pomimo tego reszta napastników zdecydowała się na skok za namową Grzegorza Sz., który potrzebował jakichkolwiek pieniędzy na spłatę długów.

Krzysztof M. nie potrafił jednak wyjaśnić dlaczego trzeci napastnik, Marek R. wszedł do banku dopiero, gdy Grzegorz Sz. zastrzelił Stanisława Wóltańskiego - rzekomego wspólnika oskarżonych.

W ocenie prokuratora Tomasza Groszyka, oskarżanie nieżyjącej ofiary zamachu, to linia obrony Krzysztofa M., nie zasługująca na wiarę. W trakcie śledztwa Krzysztof M. nie wspominał bowiem o rzekomym współudziale Wóltańskiego w napadzie. (iza)

Za serwisem portalu Wirtualna Polska z dn. 12.03.2002 r.

Do góry...>>


Sąd ogląda taśmy z wizji lokalnej z Kredyt Banku

Zapis wideo z wizji lokalnej z udziałem Krzysztofa M., ochroniarza z Kredyt Banku oskarżonego o zaplanowanie napadu i zabójstwa czterech osób oraz nagrania z jego przesłuchań, oglądał w poniedziałek warszawski Sąd Okręgowy.

To ostatnia czynność sądu przed otwarciem postępowania dowodowego, czyli przesłuchania świadków i biegłych w tym procesie.

Do brutalnego napadu na filię Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie doszło 3 marca zeszłego roku. Zastrzelone zostały wtedy trzy kasjerki i ochroniarz, łupem bandytów padło 104 tys. zł - w złotówkach i innych walutach. Po czterech miesiącach śledztwa zatrzymano Grzegorza Sz., Marka R. i Krzysztofa M. - mieszkańców podwarszawskiego Łochowa. Wszyscy mężczyźni pracowali w branży ochroniarskiej.

Oskarżona jest też Kamila M. - dziewczyna Marka R., której prokuratura zarzuca niepowiadomienie o zbrodni i zacieranie śladów przestępstwa. O ukrycie zrabowanych walut oskarżony jest też Andrzej M, ojciec Kamili.

Krzysztof M. nie przyznaje się do zaplanowania zabójstwa trzech kasjerek oraz swego kolegi ochroniarza. Zarówno w czasie śledztwa, jak i przed sądem potwierdził jedynie, że planował napad na filię Kredyt Banku.

Przed sądem Krzysztof M. nieoczekiwanie oświadczył jednak, że w organizacji napadu uczestniczył jeszcze zastrzelony strażnik. Pytania oskarżycieli i sądu podważyły tę wersję.

Na odtwarzanych w poniedziałek przed sądem kasetach wideo jest zapis wizji lokalnej z banku. Krzysztof M. opowiadał prokuratorom, kto gdzie stał i co robił. Według niego Grzegorz Sz. nieoczekiwanie zastrzelił najpierw ochroniarza, a potem trzy kasjerki. "Co ty k... robisz" - miał powiedzieć, kiedy jego kompan zastrzelił strażnika. "On mi wtedy odpowiedział: 'nie przejmuj się, w ten sposób uratujemy tyłek, nie będzie świadków'" - relacjonował oskarżony.

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 12.03.2002 r.

Do góry...>>


Mord w Kredyt Banku

Czwarty dzień procesu: ochroniarz przyznał się tylko do napadu

Organizator obciąża ofiarę Krzysztof M., ostatni z oskarżonych w sprawie Kredyt Banku, oświadczył, że współpracował z nim zastrzelony strażnik. Zapewnił też, że plan obejmował tylko napad i nigdy nie było mowy o zabijaniu kogokolwiek. Grzegorz Sz. miał zastrzelić ofiary z własnej inicjatywy.

Krzysztof M. pracował w Kredyt Banku jako ochroniarz. - W tę zbrodnię była zamieszana jeszcze jedna osoba. Mój kolega Stanisław W. - powiedział w piątek przed warszawskim Sądem Okręgowym. Rodzina zamordowanego strażnika przywitała te słowa płaczem i szmerem oburzenia. Podsądny kontynuował: - Po wejściu do banku Staszek pokazał mi książkę, w której zapisywano wywózki pieniędzy, i powiedział, że dzień lub dwa wcześniej zostały wywiezione i nie ma sensu robić tego skoku, bo się nie opłaca. Mieliśmy zamiar zrezygnować, ale Grzegorz Sz. miał do spłacenia jakieś długi w banku i powiedział, że te pieniądze są mu bardzo potrzebne na spłatę.

Podsądny przekonywał, że nie było go przy zastrzeleniu Stanisława W. Z innego pokoju słyszał kłótnię, a później strzały. Wtedy pobiegł do mężczyzn. - Nie wiedziałem, co robić. Powiedziałem, że ukryjemy ciało w studzience - relacjonował. - Z tego, co mówił Grzesiek, zorientowałem się, że chce też zabić kasjerki. Wezwałem Marka R. i ustaliliśmy, że nie zostawimy Grześka, choć mieliśmy świadomość, że zabije - dodał. Twierdzi, że nie uczestniczył w egzekucji kobiet. - Nie widziałem, co się dzieje w skarbcu, bo nie chciałem na to patrzeć. Słyszałem takie odgłosy, jakby jedna z kobiet jeszcze żyła, ale strach nie pozwolił mi tam zajrzeć. Przyznaję, że to ja zorganizowałem ten cały napad i wciągnąłem do niego inne osoby, ale nie kazałem Grzegorzowi Sz. strzelać - zakończył wyjaśnienia.

Odpowiadając na pytania stron, oznajmił, że wybrał do napadu Stanisława W., gdyż ze wszystkich strażników z nim najbardziej się przyjaźnił. - A co pan o nim wie? - spytał sąd. - Praktycznie nic - przyznał. Prokuratora zastanawiało, co zamierzał zrobić z kasjerkami, skoro nie chciał ich śmierci. - Stanisław W. miał się nam dać wystawić. Mieliśmy go związać i zamknąć razem z dziewczynami w skarbcu po wcześniejszym zakneblowaniu - wyjaśniał Krzysztof M. - To po co kupiliście broń ostrą i strzelaliście z niej wcześniej? - Ja strzelałem z ciekawości. Broń kupiliśmy ostrą, bo tak chciał Grzegorz Sz.

Sąd dociekał, dlaczego dopiero wczoraj oskarżony opowiedział o roli Stanisława W. i planach napadu. - Bo chciałem to powiedzieć dopiero przed sądem - odpowiedział oskarżony. Pytany o książkę, którą miał mu pokazać Stanisław W., wyjaśnił, że nie zapisywano w niej kwot wywożonych pieniędzy. - Skąd więc oskarżony wiedział, że zostało tylko 100 tys. zł? - Domyśliłem się, w soboty tyle zazwyczaj było. - Czemu więc zaplanowaliście napad na sobotę, skoro liczyliście na 500 tys. zł? - Nie wiedzieliśmy, że wcześniej będą wywiezione pieniądze - odparł. - Czy nie dostrzega oskarżony sprzeczności w swych słowach? - Nie - odpowiedział Krzysztof M., by po chwili stwierdzić, że wcale nie wiedział, ile pieniędzy zostaje w banku w soboty. - Musiałem źle zrozumieć pytanie - próbował tłumaczyć.

Podobną niekonsekwencją wykazał się, odpowiadając na pytanie, dlaczego Stanisław W., skoro był z nim w zmowie, nie powiadomił wcześniej o wywiezieniu pieniędzy. - Nie miał ze mną kontaktu, bo nie nocowałem w domu - wyjaśniał, zapominając, że chwilę wcześniej potwierdził rozmowę ze strażnikiem w wieczór poprzedzający napad. Proces będzie kontynuowany w poniedziałek.

Sławomir Wikariak

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 09-10.03.2002 r.

Do góry...>>


Oskarżył zabitego

PROCES W SPRAWIE ZABÓJSTWA W KREDYT BANKU

- W napad na bank była zamieszana jeszcze jedna osoba. Mój kolega, Stanisław Wóltański. Kolega z pracy. Ten który zginął - mówił wczoraj Krzysztof M., trzeci z mężczyzn oskarżony o napad i zabójstwa w Kredyt Banku. Przez ponad dwie godziny przekonywał sąd, że Wóltański był z nimi w zmowie. Rodzina zamordowanego zaciskała pięści ze złości. Kobiety ocierały oczy chusteczkami.

To ostatni z trójki oskarżonych o brutalny mord. Krępy, wysoki, pewny siebie. Jako jedyny zgodził się złożyć wyjaśnienia i odpowiadać na pytania wszystkich stron. Mówił długo, głośno, wyraźnie. Z uwagą słuchali go nawet współoskarżeni.

- Przyznaję się tylko do udziału w napadzie na bank. To ja zorganizowałem cały ten napad i wciągnąłem wszystkie osoby. Ale nigdy nie kazałem Grzegorzowi Sz. strzelać - mówił wczoraj Krzysztof M.

Ze Stanisławem Wóltańskim pracowali właśnie w Kredyt Banku. Byli kolegami. 3 marca zamienili się na służbę. Dzięki tej znajomości bandytom udało się wtargnąć do banku. Strażnik, który znał Krzysztofa M., wpuścił ich do środka.

Dostał trzy kulki

Zginął jako pierwszy. Dostał trzy kulki: jedną w plecy, dwie w głowę.

Wyjaśnienia oskarżonego oburzyły i zaszokowały bliskich zamordowanych. Zerwali się z ławki i gdyby mogli, pewnie rzuciliby się oskarżonemu do gardła. Kobiety płakały zdenerwowane takimi oszczerstwami. A Krzysztof M. opowiadał dalej.

Za mało pieniędzy

- Zapytałem go (zamordowanego strażnika - red.), czy nie chce zarobić kilka złotych. Wtajemniczyłem go w plan. Zgodził się. Miał się nam wystawić, czyli miał udawać, że został napadnięty - opowiadał. - My mieliśmy go związać, zakneblować i zamknąć razem z kasjerkami do skarbca.

Twierdzi, że nie było mowy o zabijaniu. Potrzebowali tylko pieniędzy, bo Grzegorz Sz. (ten, który strzelał) miał dług w banku i musiał go szybko spłacić. Pierwsze problemy pojawiły się już na początku tragicznego dnia, zaraz po tym, jak przekroczyli próg drzwi w banku: okazało się, że pieniędzy w banku jest mało, bo dwa dni wcześniej zostały wywiezione.

- Wóltański powiedział, że nie ma sensu robić tego skoku, bo się nie opłaca. Doszło do sprzeczki - relacjonował Krzysztof M.

"Ile będzie, tyle będzie" - miał powiedzieć Grzegorz Sz.

Potem padło kilka strzałów. - Nie wiedziałem co robić. "Ukryjmy gdzieś te zwłoki", powiedziałem, i wepchnęliśmy je do studzienki - opowiadał oskarżony.

Potem zabito kasjerki.

- Po co była wam broń, skoro nie zamierzaliście zabić - dopytywał się prokurator.

- Grzesiek chciał taką broń - oskarżony zdawał się nie dostrzegać absurdu własnych wypowiedzi.

- A czemu nie mieliście kominiarek? Przecież kasjerki by was rozpoznały?

- Mieliśmy czapki zsunięte na czoło i golfy - odpowiadał.

- Czemu zamieniliście się na dyżury z Wóltańskim? Nie mogli pana związać? - takiego pytania Krzysztof M. nie spodziewał się. Zamilkł, pomyślał chwilę i wreszcie wycedził:

- Nie zastanawiałem się nad tym. Chyba chciałem tam być, żeby wszystkim pokierować.

W śledztwie nie zająknął się nawet słowem o rzekomym udziale Wóltańskiego. Twierdzi, że całą prawdę chciał powiedzieć dopiero przed sądem.

- Jestem winny. Mogłem zaoszczędzić cztery życia, a nie zrobiłem tego - powiedział na koniec.

ANNA BIAŁKIEWICZ

Za wydaniem papierowym dziennika "Super Express" z dn. 09-10.03.2002 r.

Do góry...>>


Oskarżony oskarża ofiarę

W piątek sąd już po raz czwarty zajmował się sprawą napadu w Kredyt Banku przy ul. Żelaznej. Zginęły wtedy trzy kasjerki i strażnik. Gdy podczas rozprawy Krzysztof M. rzucił oskarżenie na zastrzelonego strażnika Stanisława Wóltańskiego, w ławach, które zajmowali członkowie rodzin ofiar napadu, rozległ się pomruk niezadowolenia. - Przyniósł mi książkę, w której były zapisywane wywózki pieniędzy - opowiadał Krzysztof M. - Powiedział, że w czwartek czy w piątek były wywiezione pieniądze z banku i nie ma sensu robić skoku.

Krzysztof M. i jego kompani zdecydowali się jednak na napad, bo nalegał na to Grzegorz Sz., który miał długi w banku i dostał pismo ponaglające do spłaty. - Przy zabójstwie Wóltańskiego mnie nie było - opowiadał dalej Krzysztof M. pewnym głosem. - Wyszedłem wtedy do szatni, stamtąd usłyszałem, jak padło kilka strzałów.

Powodem zabójstwa było zdaniem M. to, że Stanisław chciał się wycofać ze współpracy z napastnikami. Ciało zastrzelonego obaj oskarżeni wcisnęli nogami w dół do studzienki ściekowej w piwnicy banku. Kiedyś Krzysztof chował tam sobie piwo. Oskarżony podkreślał, że zastrzelony Stanisław był jego najlepszym kolegą z pracy. To właśnie z nim najłatwiej było mu się dogadać, mimo że strażnik był starszy od niego o ok. 30 lat. - Chodziliśmy czasem razem na piwo - zapewniał sąd Krzysztof M. - Chłopie - nie wytrzymała konkubina Stanisława. - Wóltański piwa nie pił. Adwokat rodziny Wóltańskich chciał przyjrzeć się tej znajomości bliżej. - Czy Wóltański znał pana rodzinę? - pytał. - Nie - odpowiadał Krzysztof M. - A pana kolegów, z którymi miał pan robić skok? - dociekał. - Też nie - oskarżony był już nieco zbity z tropu.

Krzysztof M. podawał wczoraj jeszcze inne nieznane dotąd fakty, które, jak mówi, specjalnie zostawił na mowę przed sądem. Mówił np. o brązowej taśmie samoprzylepnej, którą oprawcy rzekomo mieli przy sobie. Potem z innymi dowodami wrzucili ją do wody. Taśma ma być dowodem, że bandyci nie mieli zamiaru zamordować pracowników banku, ale tylko ich związać i zakneblować. Do tej pory jednak nikt nie słyszał o taśmie, nie wyłowiono jej też - w przeciwieństwie do użytej do napadu broni - z Bugu.

- A kiedy się pan zorientował, że kasjerki też mają być zastrzelone? - pytał prokurator. - Jak je wpuszczałem do banku, bo Grzesiek powiedział mi, że trzeba się ich pozbyć - mówił oskarżony. - A czy była możliwość zapobieżenia tej zbrodni? - padło kolejne pytanie. - Tak - odpowiedział Krzysztof. - Gdy doszedłem do drzwi, mogłem im powiedzieć, żeby uciekały i mogłem też sam dać nogi za pas, ale tego nie zrobiłem...

Ciąg dalszy procesu - w poniedziałek. Sąd obejrzy wtedy materiały wideo z wizji lokalnej z Krzysztofem M. i wysłucha opinii psychologów i psychiatrów na temat oskarżonych.

KAT

Za wydaniem papierowym dziennika "Życie Warszawy" z dn. 09-10.03.2002 r.

Do góry...>>


Proces oskarżonych o napad na Kredyt Bank

Oskarżył ofiarę

W toczącym się procesie w sprawie napadu na warszawski oddział Kredyt Banku, podczas którego zginęły trzy kasjerki oraz ochroniarz, wyjaśnienia składał wczoraj autor planu napadu Krzysztof M. Pracował on jako ochroniarz w tym banku i dobrze znał system zabezpieczeń oraz osoby tam zatrudnione. Wczoraj oświadczył nieoczekiwanie, że Stanisław Wóltański - strażnik bankowy, który zginął jako pierwszy, a jego ciało ukryto w studzience ściekowej - był z nimi w zmowie.

To właśnie Krzysztof M. miał feralnego dnia pełnić dyżur w banku, ale zamienił się z nim zamordowany później przez bandytów Stanisław Wóltański. W czasie składania wyjaśnień nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego podczas napadu nie byli zamaskowani, tym bardziej, że możliwość ich rozpoznania była powodem zamordowania kasjerek i ochroniarza. Nie potrafił również odpowiedzieć, dlaczego zaplanowali napad właśnie na sobotę i spodziewali się łupu nawet w wysokości 500 tys. zł, choć wiedzieli, że w soboty jest znacznie mniej pieniędzy. Podobnie jak Marek R., Krzysztof M. nie przyznał się do udziału w zabójstwie, a jedynie w napadzie rabunkowym. Wcześniej, co zapewne jest taktyką obrońców oskarżonych, do zabójstwa przyznał się jedynie Grzegorz Sz. który strzelał do ofiar. Krzysztof M. stwierdził, że zaplanował napad, w którym nikt nie miał zginąć. Wczoraj oświadczył nieoczekiwanie, że Stanisław Wóltański - strażnik bankowy, który zginął jako pierwszy, a jego ciało ukryto w studzience ściekowej - był z nimi w zmowie. Oskarżony zeznał przed sądem, że namówił Wóltańskiego do współudziału w napadzie. Jego zdaniem, to właśnie jego rolą miało być wpuszczenie do środka bandytów i umożliwienie im ukrycia się w toalecie do momentu, aż kasjerki otworzą sejfy. Te zaś, według jego zeznań, miały być tylko skrępowane i zakneblowane, a następnie zamknięte w skarbcu. Jednak wydarzenia potoczyły się inaczej. -

Niespodziewanie Grzegorz Sz. zastrzelił Wóltańskiego, z którym się pokłócił - powiedział Krzysztof M.

Maciej Walaszczyk

Za dziennikiem "Nasz Dziennik" z dn. 09-10.03.2002 r.

Do góry...>>


Mord w Kredyt Banku

W trzecim dniu procesu wyjaśnienia składała Kamila M., jedyna kobieta wśród podsądnych

Sąd chciał zobaczyć twarz oskarżonej

Kamila M., dziewczyna jednego z oskarżonych o zabójstwo w Kredyt Banku, przyznała się do wszystkich stawianych jej zarzutów. Prokurator oskarża ją o utrudnianie śledztwa, niepowiadomienie o planowanym przestępstwie i ukrycie łupu.

Patrząc na 24-letnią brunetkę, trudno uwierzyć, że może mieć coś wspólnego ze sprawą tak bezwzględnego mordu. Ona sama chyba wstydzi się swej roli, gdyż na każdej rozprawie stara się ukrywać twarz za długimi włosami. Nawet wstając do składania wyjaśnień, nie odgarnęła ich. - Proszę odsłonić twarz, gdyż sąd chciałby ją widzieć - musiała jej zwrócić uwagę sędzia Małgorzata Radomińska.

Kamila M. nie chciała składać wyjaśnień, gdyż "nie była do tego przygotowana". Powiedziała jedynie, że przyznaje się do wszystkich zarzucanych jej czynów. W śledztwie mówiła, iż stopniowo kojarząc fakty, dowiedziała się o roli Marka R., jej konkubenta, oraz jego kolegów w napadzie na Kredyt Bank. Wcześniej ponoć nie znała ich planów. Przeczą temu wyjaśnienia Grzegorza Sz., który twierdzi, że podczas przygotowań do zbrodni była z nimi i odrabiała lekcje.

Marek R. ukrył łup z Kredyt Banku w jej łóżku. Gdy zaczął liczyć pieniądze, Kamila M. spytała, skąd pochodzą. - Z banku - miała usłyszeć. Zaraz po tym wraz z mężczyznami pojechała nad Bug i widziała, jak wrzucają do wody kasetkę bankową i broń. - Domyśliłam się, że posłużyli się nią w czasie napadu - mówiła w śledztwie. Wieczorem w barze słyszała, jak któryś z oskarżonych powiedział: "Ależ dziś było okropnie".

Przed zatrzymaniem kobieta była dwukrotnie przesłuchiwana jako świadek. - Kłamałam świadomie. Czasem aż się wyrywałam, by wszystko wykrzyczeć, ale bałam się zemsty - tłumaczyła później. Dodała, że ulżyło jej, gdy wyrzuciła to z siebie. - Nie wiem, co teraz będzie. Boję się, jak ludzie potraktują moją rodzinę.

Przed zbrodnią Kamila M. planowała małżeństwo z Markiem R. "Jest bardzo uprzejmy. Kocham go" - powiedziała po zatrzymaniu w lipcu 2001 r. - Chcę to sprostować - mówiła teraz. - Kochałam go, bo po 4 marca (wtedy miała zorientować się o jego udziale w zbrodni) stopniowo uczucie minęło. Świadomość, że zabili, odpychała mnie od niego - dodała.

Część łupu (waluty obce) oskarżona przekazała ojcu, prosząc o ukrycie. Z tego powodu Andrzej M. również odpowiada przed warszawskim SO (z wolnej stopy).

- Przyznaję się, chociaż nie w całości - oświadczył w czwartek. Potwierdził, iż schował pieniądze na strychu, gdyż chciał chronić córkę. - Nie wiedziałem, skąd pochodzą. Przypuszczałem, że Marek R. popełnił jakiś szwindel - wyjaśniał podsądny.

Dziś sąd prawdopodobnie przesłucha Krzysztofa M., domniemanego organizatora napadu.

Sławomir Wikariak

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 08.03.2002 r.

Do góry...>>


Zabójstwo w Kredyt Banku - czwarty dzień procesu

Krzysztof M., ochroniarz z Kredyt Banku, oskarżony o zaplanowanie zabójstwa i napadu, próbował przekonać w piątek sąd, że zabity strażnik bankowy był z nimi w zmowie. Pytania oskarżycieli i sądu podważyły wiarygodność tej linii obrony.

M. był ochroniarzem w filii Kredyt Banku przy ul. Żelaznej. Wszystkich tam znał, dlatego też - wg prokuratury i twierdzeń samych oskarżonych ze śledztwa - planując napad postanowił, że wszyscy obecni w banku muszą zginąć, by żaden ze sprawców nie został rozpoznany. Takie wyjaśnienia w pierwszym dniu procesu składał główny oskarżony Grzegorz Sz., który zastrzelił ochroniarza i trzy kasjerki. Dzień później Marek R. przyznał się tylko do udziału w napadzie i twierdził, że Sz. samowolnie zaczął strzelać.

Rodziny zabitych mają Krzysztofowi M. za złe szczególnie to, że 3 marca 2001 roku, gdy doszło do tego napadu, to właśnie on miał mieć dyżur w banku. Zamienił się jednak z innym ochroniarzem - Stanisławem Wóltańskim. "Wiedział, że ma zginąć, wystawił go na śmierć" - mówiła wdowa po ochroniarzu.

W piątek M. rozpoczął wyjaśnienia od tego, że przyznał się do udziału w napadzie i zaprzeczył, by planowano zabijanie pracowników banku. A potem dodał: "Była jeszcze czwarta zamieszana w to osoba - to był mój kolega z pracy, Stanisław Wóltański. Wiedział o wszystkim, w przeddzień nawet dzwoniłem do niego żeby wszystko potwierdzić".

Twierdzenia oskarżonego, że Wóltański - strażnik bankowy, który zginął jako pierwszy, a jego ciało ukryto w studzience ściekowej - był z nimi w zmowie, oburzyły na sali członków rodziny zabitego. Sędzia Małgorzata Radomińska uciszała złowrogie pomruki napływające z ław pokrzywdzonych.

Oskarżony twierdził, że namówił Wóltańskiego na udział w napadzie i jego rolą miało być wpuszczenie do środka bandytów, pozwolenie im na ukrycie się w toalecie, a następnie wpuszczenie do pracy kasjerek, które miały otworzyć sejf. "Ochroniarz i kasjerki miały zostać związane i zakneblowane, a następnie zamknięte w skarbcu. Nikomu nic się nie miało stać" - mówił Krzysztof M.

Później jednak niespodziewanie okazało się, że Grzegorz Sz. zastrzelił Wóltańskiego, z którym się pokłócił - opowiadał Krzysztof M. Do konfliktu doszło - jego zdaniem - dlatego że strażnik mówił, iż w kasie jest mało pieniędzy, a Grzegorz Sz. twierdził, że potrzebuje pieniędzy na spłatę kredytu.

Sąd ogłosił przerwę w procesie do poniedziałku. Tego dnia sąd ma obejrzeć zapis wideo z wizji lokalnej, w której Krzysztof M., ochroniarz z Kredyt Banku, oprowadzał prokuratorów po lokalu i opowiadał, jak przebiegał napad. Następnie sąd przesłucha biegłych psychologów i psychiatrów, a potem będzie już będzie mógł otworzyć postępowanie dowodowe i przesłuchać świadków.

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 08.03.200 r.

Do góry...>>


Kolejny dzień procesu ws. zabójstwa w Kredyt Banku

Przed warszawskim Sądem Okręgowym w piątek składał zeznanie Krzysztof M., ochroniarz z Kredyt Banku, oskarżony o poczwórne zabójstwo i napad na warszawską filię banku w marcu ubiegłego roku. Sąd przesłuchał go w obecności biegłych psychiatrów i psychologów.

Krzysztof M. przyznał się tylko do zorganizowania napadu. Niespodziewanie oskarżył jedną z ofiar, strażnika Stanisława Wóltańskiego, o to, że początkowo był w zmowie z napastnikami.

W ocenie prokuratora oskarżenie nieżyjącej ofiary zamachu, to linia obrony Krzysztofa M., nie zasługująca na wiarę. W śledztwie oskarżony nie wspominał o rzekomym współudziale w napadzie Wóltańskiego.

Oskarżony przyznał, że to on zorganizował napad na filię banku, w którym pracował i że wciągnął w to współoskarżonych. Jednak - jak to określił - nie kazał współoskarżonemu Grzegorzowi Sz. strzelać. Stwierdził wręcz, że planowny był napad rabunkowy bez użycia broni i bez ofiar, ale doszło do komplikacji.

Według Krzysztofa M., wstepny plan zakładał związanie jego kolegi, ochroniarza Stanisława Wóltańskiego i trzech kasjerek. Oskarżony twierdzi, że Wóltański miał udawać ofiarę napadu. Jednak w dniu napadu Wóltański miał się jakoby wycofać z udziału. Został zastrzelony przez Grzegorza Sz, gdyż inaczej mógłby ich wydać.

Oskarżony ochroniarz twierdzi, że był zaskoczony, iż Grzegorz Sz. zastrzelił jego kolegę. Nie umiał jednak wytłumaczyć, dlaczego on i współoskarżeni zabrali ze sobą broń, ani też dlaczego nie mieli kominiarek, skoro nie zamierzali nikogo zabić.

Odpowiadając na pytania prokuratura, przyznał, że mógł uprzedzić wchodzące do banku kasjerki, aby uciekły i sam uciec, ale tego nie zrobił. Mimo iż wiedział, że kobiety - jego koleżanki z pracy - zginą, gdyż przyszły do banku po zabójstwie Wóltańskiego.

W poniedziałek, w kolejnym dniu procesu, sąd obejrzy taśmy z wizji lokalnej Krzysztofa M.

3 marca 2001 roku w warszawskiej filii Kredyt Banku zastrzelono trzy kasjerki i strażnika banku. Skradziono około 100 tys. zł. Główny oskarżony - Grzegorz Sz. - przyznał się, że to on zastrzelił wszystkie ofiary. Drugi oskarżony - Marek R., który według oskarżenia miał przyczynić się do zabicia kasjerek, przyznał się do udziału w napadzie, ale zaprzeczył, że były plany użycia w nim broni.

W czwartek Kamila M., dziewczyna jednego z oskarżonych o udział w zabójstwie zeznała, że o zbrodni wiedziała już dzień po niej. Przyznała się do niepowiadomienia o zbrodni, paserstwa i zacierania śladów.

Sąd przesłuchał też ojca Kamili M., oskarżonego o paserstwo - miał przechowywać skradzione dewizy, z pełną świadomością skąd pochodzą. Andrzej M. przyznał się do przechowywania pieniędzy, ale stwierdził, że nie wiedział o tym, iż pochodzą one z napadu na Kredyt Bank. Bank odzyskał wszystkie dewizy, Andrzej M. wydał je policji. Przed sądem odpowiada z wolnej stopy.

Na poprzednich rozprawach główny oskarżony Grzegorz Sz. przyznał się do tego, że zastrzelił strażnika i trzy kasjerki w banku.

Grzegorzowi Sz., Markowi R., Krzysztofowi M. grozi dożywocie. (mk)

Za serwisem portalu Wirtualna Polska z dn. 08.03.2002 r.

Do góry...>>


"Wiedziałem, że wystawiam je na śmierć"

Wpuszczając kasjerki z Kredyt Banku do środka wiedziałem, że wystawiam je na śmierć - mówił w piątek przed sądem Krzysztof M., oskarżony o zorganizowanie napadu, w którym zginęły cztery osoby.

Sąd ogłosił przerwę w procesie do poniedziałku. Tego dnia sąd ma obejrzeć zapis wideo z wizji lokalnej, w której Krzysztof M., ochroniarz z Kredyt Banku, oprowadzał prokuratorów po lokalu i opowiadał, jak przebiegał napad.

Przez całą piątkową rozprawę oskarżony próbował przekonać sąd, że w zmowie z nimi był Stanisław Wóltański, inny ochroniarz, którego Grzegorz Sz. zabił jako pierwszego. Wcześniej zamienił się on z Wóltańskim na dyżury, co szczególnie bulwersuje rodziny ofiar.

W wyjaśnieniach złożonych w czasie śledztwa Krzysztof M. twierdził, że w napadzie nikt nie miał zginąć, zaś broń z ostrą amunicją została przez nich wzięta "dla lepszego efektu", a w ostateczności Grzegorz Sz. miał nią postrzelić ochroniarza, "gdyby inaczej nie mógł sobie z nim poradzić".

W tych wyjaśnieniach oskarżony nie wspominał nic o rzekomym udziale Wóltańskiego w napadzie. "Gdy ukryliśmy w studzience ciało Wóltańskiego, zacieraliśmy ślady krwi. Wtedy do banku zaczęły się już dobijać trzy kasjerki, które przyszły do pracy. Grzesiek powiedział, żebym im otworzył. Ja mu na to, że nie, bo jak mnie zobaczą, to będą wiedziały, że biorę w tym udział, ale on odpowiedział, żebym się nie martwił, bo to załatwi. Wtedy zdałem sobie sprawę, że wpuszczając je do banku wystawiam na śmierć" - mówił oskarżony.

Za serwisem portalu Onet.pl

Do góry...>>


W trzecim dniu procesu oskarżonych o dokonanie napadu na filię Kredyt Banku i brutalne zamordowanie trzech kasjerek oraz ochroniarza zeznawała narzeczona jednego z bandytów Kamila M. Wyznała, że o napadzie wiedziała dzień po jego dokonaniu. Zeznania złożył również jej ojciec, oskarżony o paserstwo. Dzisiaj dalszy ciąg procesu.

Sąd Okręgowy w Warszawie kontyn uował wczoraj proces w sprawie napadu na warszawski oddział Kredyt Banku. Wczoraj przesłuchiwał Kamilę M., byłą narzeczoną Marka R., jednego z oskarżonych.

Za zrabowane pieniądze Marek R. kupił jej m.in. skórzaną kurtkę, buty, zapłacił czesne w liceum, w którym się uczyła, jak też opłacał imprezy, drogie wyjazdy itp. W czasie rozprawy oskarżona ukrywała twarz i odmówiła składania wyjaśnień. W związku z tym odczytano protokoły z jej przesłuchań ze śledztwa. Wynika z nich, że o zbrodni dowiedziała się dzień po napadzie, a informacje o jego przebiegu docierały do niej stopniowo. Potwierdziła m.in., że Marek R. drugiego dnia po napadzie potwierdził, że to on i jego koledzy są odpowiedzialni za jego dokonanie. Jak jednak powiedziała - nie była w stanie "poradzić sobie" z tym, co się stało. - Bardzo żałuję, że ukrywałam to, co wiem - tłumaczyła.

- Gdybym wiedziała wcześniej, że mój narzeczony ma w czymś takim uczestniczyć, zapobiegłabym temu - oświadczyła w czasie śledztwa.

Odpowiadała jedynie na pytania obrońcy, który chciał przedstawić sądowi tylko te informacje, które wskazywałyby, że kobieta nie była szczególnie blisko związana z Markiem R. Postawą obrońców oburzony był prokurator Wojciech Groszyk. W jego ocenie, linia obrony chciała udowodnić, że Kamila M. nie była konkubiną R., co wyłączałoby ją z odpowiedzialności karnej.

Sąd przesłuchał również ojca Kamili M., oskarżonego o paserstwo - miał przechowywać skradzione dewizy, z pełną świadomością, skąd pochodzą. Przed sądem odpowiadał z wolnej stopy. Andrzej M. przyznał się do przechowywania pieniędzy, ale stwierdził, że nie wiedział, iż pochodzą one z napadu. Po uzyskaniu gwarancji dochowania dyskrecji Kamila M. oddała mu pieniądze, które schował na strychu.

- Nie pytałem, skąd on pochodzą, ale domyślałem się, że na pewno Marek dokonał jakiejś kradzieży albo przekrętu - powiedział, dodając, że zrobił to, by chronić córkę.

Była to trzecia rozprawa w tej sprawie. Główny oskarżony Grzegorz Sz. przyznał się do dokonania egzekucji strażnika i trzech kasjerek.

Natomiast Marek R. przyznał się do udziału w napadzie, ale zaprzeczył, by w jego czasie miał kogoś zabić. Ostatniego z oskarżonych Krzysztofa M. sąd przesłucha dzisiaj. To właśnie on miał zaplanować skok. Wcześniej był ochroniarzem banku.

Na początku marca 2001 r. w warszawskiej filii Kredyt Banku zastrzelono trzy kasjerki i strażnika banku. Bandyci zrabowali wówczas ponad 100 tys. zł. Ujęto ich po trwającym cztery miesiące śledztwie. Wszyscy pochodzą z podwarszawskiego Łochowa.

Maciej Walaszczyk

Za dziennikiem "Nasz Dziennik" z dn. 08.03.2002 r.

Do góry...>>


Oskarżony: ochroniarz z Kredyt Banku był z nami w zmowie

Krzysztof M., ochroniarz z Kredyt Banku oskarżony o zaplanowanie zabójstwa i napadu, twierdzi, że zabity przez nich strażnik bankowy był z nimi w zmowie. Krzysztof M. nie przyznał się dzisiaj do udziału w zabójstwie. Stwierdził jedynie, że zaplanował napad, w którym nikt nie miał zginąć.

Twierdzenia oskarżonego, że Stanisław Wóltański - strażnik bankowy, który zginął jako pierwszy, a jego ciało ukryto w studzience ściekowej - był z nimi w zmowie, oburzyły na sali członków rodziny zabitego. Sędzia Małgorzata Radomińska uciszała złowrogie pomruki napływające z ław pokrzywdzonych.

Oskarżony twierdził, że namówił Wóltańskiego na udział w napadzie i jego rolą miało być wpuszczenie do środka bandytów, pozwolenie im na ukrycie się w toalecie, a następnie wpuszczenie do pracy kasjerek, które miały otworzyć sejf. - Ochroniarz i kasjerki miały zostać związane i zakneblowane, a następnie zamknięte w skarbcu. Nikomu nic się nie miało stać - mówił Krzysztof M.

Później jednak niespodziewanie okazało się, że Grzegorz Sz. zastrzelił Wóltańskiego, z którym się pokłócił - opowiadał Krzysztof M. Do konfliktu doszło - jego zdaniem - dlatego, że strażnik mówił, iż w kasie jest mało pieniędzy, a Grzegorz Sz. twierdził, że potrzebuje pieniędzy na spłatę kredytu.

- Wpuszczając kasjerki z Kredyt Banku do środka wiedziałem, że wystawiam je na śmierć - mówił później Krzysztof M. Sąd ogłosił przerwę w procesie do poniedziałku. Tego dnia sąd ma obejrzeć zapis wideo z wizji lokalnej, w której Krzysztof M., ochroniarz z Kredyt Banku, oprowadzał prokuratorów po lokalu i opowiadał, jak przebiegał napad.

Łupem bandytów padło w czasie tego napadu 104 tys. zł - w złotówkach i różnych walutach. (PAP)

Za serwisem portalu INTERIA.PL

Do góry...>>


Kamila M. przyznaje się do ukrywania zbrodni w Kredyt Banku

Kamila M., była narzeczona jednego z oskarżonych o napad na filię Kredyt Banku i zamordowanie trzech kasjerek i strażnika, przyznaje się, że wiedziała o zbrodni. Pomagała w zacieraniu jej śladów i ukryciu pieniędzy. Z miłości czy z wyrachowania? Sąd nieoczekiwanie zmienił wczoraj kolejność przesłuchań oskarżonych w sprawie napadu na filię Kredyt Banku 3 marca 2001 r. (podczas napadu zastrzelone zostały trzy kasjerki i strażnik, sprawcy zrabowali 104 tys. zł w różnych walutach). Po dwóch współoskarżonych o zabójstwo - Grzegorzu Sz. i Marku R. - wyjaśnienia złożyli Kamila i Andrzej M, córka i jej ojciec. Oboje oskarżeni są o paserstwo - przechowanie zrabowanych w banku pieniędzy, Kamila także o niepowiadomienie o zbrodni oraz zacieranie jej śladów. Grozi im do pięciu lat więzienia.

Byli szczęśliwi

Jak zostali wplątali się w tę historię? Kamila, 23-letnia drobna szatynka o długich włosach (kryje w nich twarz od początku procesu, dopiero wczoraj na wyraźne polecenie sądu je odgarnęła), w 1999 r. związała się z o rok starszym Markiem R. Mieszkali najpierw u niego, później u niej. On pracował jako ochroniarz i dorabiał sobie graniem na weselach (na organach), ona była kasjerką w Globi. Od stycznia 2001 r. podjęła naukę w policealnym studium zawodowym w Tłuszczu. "Byłam dla Marka żoną bez ślubu. Kochałam go" - mówiła w śledztwie. - Byli szczęśliwi - ocenił niedoszły teść Andrzej M.

Data ślubu była wyznaczona na 6 października 2001 r.

Pieniądze z jakiegoś złodziejstwa

Jednak wcześniej był 3 marca 2001. Marek R. dał się namówić na napad na Kredyt Bank, uczestniczył w zabójstwie trzech kasjerek i strażnika.

"Dowiadywałam się o tym stopniowo, 4 marca już wiedziałam na pewno" - opowiadała Kamila prokuratorowi. Przyznała się do wszystkiego. Płakała: "Gdybym wiedziała, że w napadzie ma wziąć udział mój chłopak, powstrzymałabym go". To w jej tapczanie mordercy ukryli plecak ze splamionymi krwią pieniędzmi. Kamila zapytała: "Skąd one są?". Usłyszała, że "z banku". O nic więcej nie pytała. Pojechała z narzeczonym i jego kumplami nad Bug. Widziała, jak wrzucają do rzeki pistolet, telefony komórkowe, bilon i metalową kasetkę (w środku były karty kredytowe). Wieczorem pojechali na imprezę.

4 marca rano z radiowych wiadomości dowiedziała się o zbrodni.

Zapytała Marka R., czy to on. Przytaknął. "Ogarnęło mnie uczucie niedowierzania, potem strachu. Z wolna przestawałam go kochać" - opowiadała w prokuraturze. "Dwa razy przesłuchiwała mnie policja, kłamałam świadomie. Aż rwało mnie, żeby wszystko wykrzyczeć. Jednak bałam się zemsty" - dodała.

Była przy dzieleniu pieniędzy. Namówiła ojca (sołtysa z Jadowa), żeby schował u siebie zabrane z banku dolary, marki, funty i inną walutę. Schował je do słoika i zagrzebał w trocinach na strychu u swojej matki. "Domyślałem się, że są z jakiegoś złodziejstwa" - przyznał.

Kurtka, czesne i hulanki

Z odpowiedzi na serię pytań obrońcy Kamili M. mec. Jana Woźniaka wynikało, że jej związek z Markiem R. po 3 marca trwał w najlepsze, żyli jak w konkubinacie. Prokurator Wojciech Groszyk złożył oświadczenie, żeby sąd potraktował to z "ostrożnością". - O konkubinacie nie może być mowy, dzisiejsze wyjaśnienia oskarżonej są nieprawdziwe. To przejrzysta linia obrony, chodzi o uwolnienie z dwóch zarzutów - niepowiadomienia o zbrodni i zacierania jej śladów. Jako osoba najbliższa sprawcy mogłaby liczyć, że sąd odstąpi od wymierzenia kary lub ją nadzwyczajnie złagodzi - wyjaśnił po rozprawie dziennikarzom.

Pieniądze z napadu Marek R. przeznaczył m.in. na kurtkę dla Kamili, opłacenie jej czesnego w szkole. Resztę przehulał. - Nigdy te pieniądze nie miały nam pomóc w urządzeniu wesela - zapewniła wczoraj była narzeczona. A jej ojciec dodał, że dwa tysiące złotych, które wydał już na weselną wódkę, też nie pochodziły z Kredyt Banku. Ślubu nie będzie. - Po aresztowaniu córki alkohol rozprzedałem po znajomych i rodzinie - wyznał Andrzej M.

Dziś przesłuchanie ostatniego z oskarżonych o cztery morderstwa Krzysztofa M., strażnika z Kredyt Banku, który poddał pomysł napadu.

Bogdan Wróblewski

Za dziennikiem "Gazeta Wyborcza" z dn. 08.03.2002 r.

Do góry...>>


Proces ws. zabójstwa w Kredyt Banku odroczony

Sąd Okręgowy w Warszawie odroczył do piątku proces w sprawie zabójstwa czwórki pracowników warszawskiego Kredyt Banku. Wcześniej 23-letnia Kamila M., oskarżona o niepowiadomienie o zbrodni, zacieranie śladów i paserstwo, przyznała się przed sądem do zarzucanych jej czynów. Odmówiła jednak składania wyjaśnień. Grozi jej kara do 5 lat więzienia.

Ze składanych w lipcu wyjaśnień, odczytanych w czwartek przez sędzię Małgorzatę Radomińską, wynika, że Kamila M. nie wiedziała o planowanym napadzie, ale domyśliła się już po fakcie, iż dokonali go jej chłopak oraz jego koledzy.

Oskarżona przyznała też, że pomagała w zacieraniu śladów i korzystała z pieniędzy pochodzących z rabunku. Nie powiadomiła o przestępstwie. Kamila M. zeznała, że kłamała świadomie, chociaż często chciała wyznać prawdę, ale bała się zemsty.

W czwartek Kamila M. nie chciała odpowiadać na pytania prokuratora. Twierdziła, że jest nieprzygotowana. Ograniczyła się jedynie do odpowiedzi na pytania obrońcy, który starał się wykazać, że pieniądze z rabunku, które Marek M. wydawał na Kamilę M., były wydatkami wynikającymi ze wspólnego pożycia w nieformalnym związku.

Do zarzutu paserstwa przyznał się także przed sądem ojciec Kamili, Andrzej M. Powiedział jednak przed sądem, że nie wiedział, skąd pochodziły pieniądze, które ukrywał na strychu. Nie pamięta też, który z oskarżonych mu je przekazał.

Za serwisem portalu Wirtualna Polska z dn. 07.03.2002 r.

Do góry...>>


Zabójstwo w Kredyt Banku - trzeci dzień procesu

O zbrodni wiedziałam już dzień po niej - mówiła Kamila M., dziewczyna jednego z oskarżonych o udział w zabójstwie w Kredyt Banku. Przyznała się do niepowiadomienia o zbrodni, paserstwa i zacierania śladów.

Czwartek jest kolejnym dniem procesu w sprawie głośnego poczwórnego zabójstwa sprzed roku. 3 marca 2001 r. w warszawskiej filii Kredyt Banku zastrzelono trzy kasjerki i strażnika banku. Skradziono około 104 tys. zł - w złotówkach i różnych walutach.

Kamila M. byłą narzeczoną Marka R., oskarżonego o udział w zabójstwie trzech kasjerek. Na październik zeszłego roku planowali ślub. W początkowych wyjaśnieniach Kamila M. mówiła, że Marek R. "pomieszkiwał u niej", potem twierdziła już, że była jego "żoną bez ślubu, czyli konkubiną". W przeciwieństwie do pozostałych oskarżonych, zasłania swoją twarz. Gdy wstała z ławki, by odpowiedzieć na pytanie, czy przyznaje się, sąd upomniał ją, by odgarnęła włosy z twarzy.

W czwartek oskarżona odmówiła składania wyjaśnień przed sądem, więc odczytano protokoły jej przesłuchań ze śledztwa. "O wszystkim dowiadywałam się stopniowo. Dzień po zbrodni wiedziałam już na pewno" - mówiła przesłuchiwana w prokuraturze. "Kochaliśmy się, Marek to miła, uprzejma osoba. Ale po tym wszystkim z wolna przestawałam go kochać. Do ślubu już by nie doszło" - mówiła.

Oskarżona potwierdziła, że Marek R. dzień po zbrodni przytaknął, gdy ona spytała, czy to oni dokonali napadu na bank, o którym mówią media. "Nie mogłam uwierzyć, że to oni zrobili. Gdybym wiedziała wcześniej, że mój narzeczony ma w czymś takim uczestniczyć, zapobiegłabym" - mówiła w śledztwie.

Za kilkanaście tysięcy złotych, które przypadły po napadzie Markowi R., kupił on swej dziewczynie skórzaną kurtkę, buty, opłacił czesne w liceum zawodowym, fundował imprezy i wyjazdy. Ona mówiła, że nie mogła sobie poradzić z tym, co wie. "Dwa razy byłam przesłuchiwana przez policję. Kłamałam świadomie. Raz aż mnie rwało, by wszystko wykrzyczeć, ale bałam się zemsty. Ciągle myślałam o tych zabitych. Nie mogłam spać bez proszków. Bardzo żałuję, że ukrywałam to, co wiem" - czytała z protokołu sędzia Małgorzata Radomińska.

Kamila M. zgodziła się odpowiadać tylko na pytania swojego obrońcy. Mecenas Jan Woźniak dociekał, czy prowadziła ona z Markiem R. wspólne gospodarstwo domowe. "Postawa obrońców jest oburzająca. To łatwa do odczytania linia obrony, by wykazać, że Kamila M. była konkubiną R., co wyłącza jej odpowiedzialność karną - jako osoby najbliższej - za niepowiadomienie o zbrodni i zacieranie śladów" - komentował to po zakończeniu rozprawy prokurator Wojciech Groszyk.

Sąd przesłuchał też ojca Kamili M., oskarżonego o paserstwo - miał przechowywać skradzione dewizy, z pełną świadomością skąd pochodzą. Andrzej M. przyznał się do przechowywania pieniędzy, ale stwierdził, że nie wiedział o tym, iż pochodzą one z napadu na Kredyt Bank. Bank odzyskał wszystkie dewizy, Andrzej M. wydał je policji. Przed sądem odpowiada z wolnej stopy.

"Córka spytała mnie, czy dochowam tajemnicy. Kiedy jej to obiecałem, dała mi pieniądze, które schowałem w słoiku na strychu. Nie pytałem, skąd te pieniądze, choć domyślałem się, że od Marka R., z jakiejś kradzieży albo przekrętu. Chciałem tylko ochronić córkę" - mówił.

Na poprzednich rozprawach główny oskarżony Grzegorz Sz. przyznał się do tego, że zastrzelił strażnika i trzy kasjerki w banku. Kolejny oskarżony, Marek R. (Kamila M. była jego dziewczyną), przyznał się do udziału w napadzie, ale zaprzeczył, by były plany użycia w nim broni. Trzecim z głównych oskarżonych jest Krzysztof M., oskarżony o zaplanowanie napadu. On był ochroniarzem w tej filii banku. Sąd chce go przesłuchać w piątek, w obecności biegłych psychiatrów i psychologów.

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 07.03.2002 r.

Do góry...>>


Mord w Kredyt Banku

Drugi z oskarżonych przyznaje się tylko do napadu

Przyznaję się do udziału w napadzie na Kredyt Bank, ale ja nikogo nie zabiłem - oświadczył Marek R., drugi z oskarżonych o ten brutalny mord. Zapewniał przed warszawskim Sądem Okręgowym, że nic nie wiedział o planach pozbycia się świadków.

Marek R. w przeciwieństwie do swojego poprzednika zgodził się składać wyjaśnienia. Jego obrońca prosił, by uczestniczył przy tym biegły psychiatra i psycholog. - Coś niedobrego dzieje się z mym klientem. Mam trudności w nawiązaniu z nim kontaktu - uzasadniał mec. Dariusz Mikołajewski. Sąd spytał o samopoczucie samego oskarżonego. - Jestem zdenerwowany. Uważam, że nie jestem w stanie składać wyjaśnień, ale chciałbym je złożyć - oświadczył Marek R. Sąd uznał, że można go przesłuchać bez obecności biegłych.

Marek R. rzeczywiście wyglądał na zdenerwowanego. Przestępując z nogi na nogę, chaotycznie przedstawiał swoją wersję zdarzenia. - Byłem w Kredyt Banku, ale nikogo nie zabiłem, bo nie było mowy o żadnym zabijaniu - mówił. Początkowo stał przed bankiem. Potem Krzysztof M. wpuścił go do środka. - Powiedział mi, że Grzegorz Sz. zabił ochroniarza i cały plan szlag trafił. Byliśmy w pomieszczeniu z bankomatem i zastanawialiśmy się, czy nie zrezygnować. Wtedy już spodziewaliśmy się, że Sz. zastrzeli też inne osoby, które wejdą do banku - przekonywał podsądny. Kategorycznie zaprzeczył, by to on kazał zastrzelić kasjerki.

Co innego mówił w wyjaśnieniach ze śledztwa, które odczytał sąd. Wówczas przyznawał, że już planując napad, uzgodnili zabicie pracowników banku. - Krzysiek M. (strażnik z Kredyt Banku) powiedział, że nie ma wyjścia, bo go tam znają - zapisano w protokołach. - To nieprawda. Zmusili mnie do tego policjanci biciem. Mówili, że jak tego nie zrobię, to zdepczą mnie jak robaka, wyssą krew jak pijawki - gwałtownie zareagował Marek R., podkreślając swe słowa tupaniem. O biciu, ale podczas zatrzymania, mówił też dzień wcześniej Grzegorz Sz. We wtorek prokurator poinformował, że jest prowadzone postępowanie w sprawie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy.

Podsądny przyznał się do kupienia broni na Bazarze Różyckiego (za pistolet z tłumikiem zapłacił 1600 zł). Zaprzeczył jednak, by robił to z myślą o zabijaniu. - Nie było mowy o jej użyciu - zapewnił. - Grzesiek mówił, że jak wejdziemy na dwie bronie, to będzie lepszy efekt - dodał.

Wczoraj sąd obejrzał też nagrania z wizji lokalnych z udziałem Grzegorza Sz., który przyznał się do zastrzelenia czterech osób. Porażał brak emocji i precyzja, z jaką mężczyzna relacjonował przebieg zbrodni. - Pan ochroniarz stał tyłem. Oddałem strzał w plecy. On oparł się o szafkę. Głowa była skierowana w tę stronę - demonstrował na pozorancie. - Potem ciągnęliśmy go. Krzysiek otworzył studzienkę, ja go wciskałem. O tak, rękoma mu głowę wciskałem - kontynuował. Po wejściu do skarbca sterroryzował kasjerki i kazał im położyć się na podłodze. - Marek R. schował do plecaka pieniądze (104 tys. zł w różnych walutach) i kasetę z magnetowidu. Kazał, żebym strzelał. Pach, pach i pach - tak strzelałem - mówił w czasie wizji Grzegorz Sz.

Proces będzie kontynuowany w czwartek.

Sławomir Wikariak

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 06.03.2002 r.

Do góry...>>


Zabójstwo w Kredyt Banku - Marek R. przyznaje się tylko do napadu

Wtorek był drugim dniem procesu w sprawie głośnego, poczwórnego zabójstwa sprzed roku, gdy w warszawskiej filii Kredyt Banku zastrzelono trzy kasjerki i strażnika banku. Skradziono ok. 100 tys. zł. - w złotówkach i różnych walutach.

Po czterech miesiącach śledztwa zatrzymano trzech mężczyzn i kobietę - mieszkańców podwarszawskiego Łochowa. Wszyscy mężczyźni pracowali w branży ochroniarskiej - jeden ochraniał Kredyt Bank.

Jeden z oskarżonych, Marek R., przyznał się do udziału w napadzie, ale zaprzeczył, by były plany użycia w nim broni. "Nic o tym nie wiedziałem" - oświadczył. Dodał, że jego zadaniem w napadzie było zabrać pieniądze i kasetę wideo z nagraniem z kamer monitorujących bank. Odmówił odpowiedzi na jakiekolwiek pytania.

Jego obrońca mec. Dariusz Mikołajewski prosił sąd, by odroczyć jego przesłuchanie w związku ze złym stanem zdrowia. "Z moim klientem dzieje się coś niedobrego, trudno się z nim skontaktować. Proszę, by przesłuchiwać go w obecności biegłych psychiatrów" - mówił. "Jestem trochę zdenerwowany" - dodawał oskarżony. Sąd podjął jednak przesłuchanie.

O swoich wyjaśnieniach ze śledztwa, które sąd odczytywał Markowi R., oskarżony powiedział, że zostały na nim wymuszone przez policję. "Mówili do mnie, że jak nie będę przed prokuratorem zeznawał tak jak oni chcą, to zdepczą mnie jak robala, wyssą całą krew jak pijawki."

Oskarżony stwierdził przed sądem, że brał udział jedynie w napadzie na bank, w którym cała trójka zamierzała zdobyć więcej niż zrabowane 100 tys. zł - "Krzysztof M., który był tam ochroniarzem, mówił o ogromnej forsie - 3-7 starych miliardach i 300 tys. dolarów" - mówił w śledztwie Marek R.

Kilkakrotnie przerywał sądowi odczytywanie swych wyjaśnień, by skomentować, że fragmenty o planowaniu zabicia kasjerek i ochroniarza oraz o tym, że jego dziewczyna Kamila M. (oskarżona o zacieranie śladów i niepowiadomienie o zbrodni) proponowała spalić zrabowane waluty, są nieprawdziwe i wymuszone przez policję.

"Prokuratura Okręgowa w Warszawie prowadzi postępowanie w sprawie domniemanego przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy policji, którzy zatrzymywali oskarżonych" - oświadczył prokurator Wojciech Groszyk.

Tymczasem w wyjaśnieniach Marka R. pojawiają się opisy zastrzelenia kasjerek przez Grzegorza Sz. "Gdy byłem już gotowy do wyjścia ze skarbca z pieniędzmi, Grzesiek podszedł do leżących na ziemi kobiet, stanął w odległości metra od nich i każdej z nich strzelił w tył głowy. Oddał trzy strzały, spod ich głów popłynęła krew. Gdy jedna się podniosła, on nadepnął jej na ramię. Wtedy ona podniosła głowę, a Grzesiek kolbą pistoletu uderzył ją w głowę. Potem jeszcze tamte dwie tak uderzył. Ja nikogo nie uderzyłem, ale potem pomogłem Grześkowi dusić jedną z kobiet plastikowym paskiem" - czytał sąd protokół wyjaśnień.

"W polskim prawie karnym dla uznania współsprawstwa zabójstwa wystarczy ustalenie zamiaru i podziału ról. Jeśli jeden strzela, drugi bierze pieniądze, a trzeci stoi na czatach, to i tak wszyscy odpowiadają za udział w zabójstwie. Oczywiście wymiar kary dla każdego może być inny" - mówił dziennikarzom po procesie prok. Groszyk.

Kolejny dzień rozprawy - w czwartek.

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 05.03.2002 r. http://dziennik.pap.com.pl/przestepczosc/20020305172249.html

Do góry...>>


Plik filmowy z rozprawy - DivX 10,2 MB

 

Do góry...>>


Zabójstwo w Kredyt Banku: drugi dzień procesu

Przed Sądem Okręgowym w Warszawie rozpoczęła się we wtorek druga rozprawa w procesie o zabójstwo pracowników warszawskiego Kredyt Banku. Sąd zapoznał się we wtorek z nagraniami z wizji lokalnej przeprowadzonej w banku i z miejsca, gdzie sprawcy porzucili broń. Współoskarżony o zabójstwo pracowników Kredyt Banku, 24-letni Marek R. powiedział we wtorek przed sądem, że w planach napadu na bank nie było mowy o zabijaniu ludzi. Oskarżony o zabójstwo strażnika i trzech kasjerek w Kredyt Banku, Marek R. złożył wyjaśnienia przed sądem, ale odmówił odpowiedzi na pytania. Oskarżony przedstawił własną wersję napadu na bank. Przyznał, że plan napadu na bank był zorganizowany miesiąc wcześniej. Pomysłodawcą napadu był Krzysztof M., który był ochroniarzem w tej placówce. Marek R. zaznaczył jednak, że nic nie wiedział o planach zabijania pracowników banku. Ja miałem za zadanie zabrać pieniądze ze skarbca i kasetę video z nagraniem napadu - powiedział przed sądem oskarżony. Wyjaśnił, że kiedy wszedł do środka banku, ochroniarz już nie żył. Wtedy wiedziałem, że nasz plan zawiódł - powiedział oskarżony. Marek R. podkreślił też, że to nie on - jak mówił podczas śledztwa Grzegorz Sz. - kazał strzelać do ludzi. Ponadto wyjaśnił, że policja wywierała na niego nacisk podczas śledztwa w celu złożenia obciążających go zeznań. Na taśmach utrwalony jest zapis zeznań Grzegorza Sz., który przyznał się do zastrzelenia trzech kasjerek i ochroniarza. Cztery miesiące po zbrodni specjalna policyjno-prokuratorska grupa zatrzymała Sz. Na terenie banku opowiadał on prowadzącym śledztwo, jaki był przebieg zaplanowanej wcześniej akcji, w wyniku której zginęły 4 osoby. Sąd obejrzał też zapis wideo z wizji lokalnej nad rzeką, gdzie oskarżeni mieli wyrzucić broń użytą do napadu oraz telefony komórkowe i inne zrabowane w banku przedmioty. (...)

Za serwisem portalu Wirtualna Polska

Do góry...>>


Mord w Kredyt Banku: Ja tylko napadłem

Marek R., drugi z oskarżonych o udział w zabójstwie czterech osób w warszawskim Kredyt Banku, przyznał się we wtorek przed sądem tylko do udziału w napadzie. Zaprzecza zarzutom udziału w zabójstwie. Marek R. twierdzi, że brał udział jedynie w napadzie na bank, w którym oskarżeni zamierzali zdobyć więcej niż zrabowane 100 tys. zł. Jednocześnie zaprzeczył zarzutowi udziału w zabójstwie trzech kasjerek. Po wznowieniu rozprawy o godz. 13 oskarżony ma składać wyjaśnienia. Wcześniej główny oskarżony Grzegorz Sz., który przyznał się do tego, że zastrzelił strażnika i trzy kasjerki w banku, powiedział w czasie wizji lokalnej (odtworzonej przed sądem z kasety wideo), że to właśnie Marek R. był z nim w banku i dał hasło do zastrzelenia kasjerek.

Za serwisem portalu Onet.pl

Do góry...>>


Proces ws. zabójstwa w Kredyt Banku rozpoczęty

Przed Sądem Okręgowym w Warszawie rozpoczął się proces w sprawie zabójstwa pracowników warszawskiego Kredyt Banku. Prokurator przystąpił do odczytywania aktu oskarżenia. 
Wcześniej sąd odrzucił wniosek obrońcy oskarżonej Kamili M. który domagał się zmiany składu sędziowskiego po tym, jak sąd zgodził się na publikację w mediach wizerunków oskarżonych. 

To rzecz bez precedensu, aby przed uznaniem winy sąd zezwalał mediom na publikowanie wizerunków oskarżonych - mówił mec. Woźniak. 

Taki wniosek może - według prawa - rozpatrzyć trzyosobowy skład sędziowski inny niż ten, który orzeka w sprawie. Dlatego sąd ogłosił przerwę w rozprawie do południa. 

Przez godzinę sąd próbował opanować emocje na sali rozpraw. Sprawy proceduralne przerywał bowiem krzyk członków rodzin zastrzelonych kasjerek i strażnika. Śmierć, dożywocie, mordercy - to najczęstsze określenia, które padają pod adresem pięciu oskarżonych. 

Napadu na filię Kredyt Banku w Warszawie przy ulicy Żelaznej dokonano 3 marca ubiegłego roku. Bandyci zastrzelili 3 kasjerki i pracownika ochrony. 

Jak wynika z ustaleń policji, napadu bank dokonali trzej mieszkańcy Łochowa. 24-letni Grzegorz Sz., 23-letni Marek R. i 27-letni Krzysztof M. Akt oskarżenia dotyczy także dwóch innych osób, które pomogły sprawcom. 

23-letnia Kamila M., przyjaciółka jednego z oskarżonych, odpowie za niepowiadomienie o zbrodni, zacieranie śladów i paserstwo. Jej ojciec, 43-letni Andrzej M. będzie sądzony za paserstwo, ponieważ pomagał w ukryciu zrabowanej waluty. 

Oskarżonym o napad i zabójstwo grozi od 12 lat więzienia do dożywocia, natomiast osobom, które im pomagały - do 5 lat więzienia. (PAP/IAR, mk, aka)

Za serwisem portalu Wirtualna Polska

Do góry...>>



Zabójstwo w Kredyt Banku: Proces rozpoczęty

Przed Sądem Okręgowym w Warszawie rozpoczął się proces w sprawie zabójstwa pracowników warszawskiego Kredyt Banku. Prokurator przystąpił do odczytywania aktu oskarżenia.
Wcześniej sąd odrzucił wniosek obrońcy oskarżonej Kamili M., który domagał się zmiany składu sędziowskiego po tym, jak sąd zgodził się na publikację w mediach wizerunków oskarżonych.

Napadu na filię Kredyt Banku w Warszawie przy ulicy Żelaznej dokonano 3 marca ubiegłego roku. Bandyci zastrzelili 3 kasjerki i pracownika ochrony.

Według prokuratury, sprawcami napadu są trzej mieszkańcy Łochowa: 24-letni Grzegorz Sz., 23-letni Marek R i 27-letni Krzysztof M.

Akt oskarżenia dotyczy także dwóch innych osób, które miały pomagać sprawcom. Oprócz 23-letniej Kamili M. za paserstwo będzie sądzony jej ojciec, 43-letni Andrzej M.

Oskarżonym o napad i zabójstwo grozi od 12 lat więzienia do dożywocia, natomiast osobom, które im pomagały - do 5 lat więzienia.

Za serwisem portalu Onet.pl

Do góry...>>



Rozpoczął się proces w sprawie zabójstwa w Kredyt Banku

Dzisiaj przed warszawskim Sądem Okręgowym rozpoczął się proces w sprawie zabójstwa w warszawskiej filii Kredyt Banku. Prokurator Wojciech Groszyk rozpoczął odczytywanie aktu oskarżenia. Do tego brutalnego  zabójstwa doszło na początku marca zeszłego roku. Trzej mężczyźni są oskarżeni o zabójstwo ochroniarza i trzech kasjerek; dwóm osobom prokuratura zarzuca utrudnianie śledztwa. Oskarżonym o poczwórne zabójstwo grożą kary więzienia od 12 lat do dożywocia. Wcześniej wniosek o zmianę składu sędziowskiego złożył obrońca oskarżonej o zacieranie śladów. Jednak zmiany nie będzie - tak zadecydował niezależny trzyosobowy skład sędziowski. 
Obrońca Kamili M. mec. Jan Woźniak zgłosił w imieniu swej klientki taki wniosek po tym, jak warszawski Sąd Okręgowy dał prasie zgodę na publikację wizerunku oskarżonych, zakazując jedynie podawania ich pełnych danych osobowych.

- To rzecz bez precedensu, aby przed uznaniem winy sąd zezwalał mediom na publikowanie wizerunków oskarżonych - mówił mec. Woźniak. Taki wniosek - według prawa - rozpatrzył trzyosobowy skład sędziowski inny niż ten, który orzeka w sprawie. 

Największa sala warszawskiego sądu jest dzisiaj wypełniona po brzegi. Stawiło się kilkunastu oskarżycieli posiłkowych - członków rodzin zabitych pracowników Kredyt Banku. Głośno demonstrują oni swoje opinie o oskarżonych. Sąd wielokrotnie już ich uciszał. W krótkiej przerwie wykrzykiwali w stronę ławy oskarżonych, że "oni powinni teraz zgodzić się na taką śmierć jaką zadali pracownikom Kredyt Banku".

Oskarżeni to mężczyźni, którzy pracowali jako ochroniarze w różnych bankach. Według prokuratury napad zaplanował Krzysztof M., który był ochroniarzem oddziału Kredyt Banku. Mężczyzna zamienił się dyżurem ze swoim kolegą, którego później zabił. Oskarżeni wcześniej kupili broń, sprawdzili ją w podwarszawskich lasach. Próbowali zapewnić sobie alibi. Miała nim być wizyta na przysiędze wojskowej kolegi. Zarzuty postawiono także narzeczonej jednego z bandytów i jej ojcu, którzy mieli ukryć zrabowane w banku pieniądze - w sumie 104 tysiące złotych.

Po napadzie policja powołała specjalną grupę, która miała wyjaśnić tę sprawę. Wszczęto intensywne śledztwo. Nagrody za pomoc w ujęciu sprawców wyznaczyły policja i bank. Po czterech miesiącach zatrzymano podejrzanych o zabójstwo - mieszkańców podwarszawskiego Łochowa.

Początkowo prokuratura zarzuciła zatrzymanym mężczyznom zabójstwo, później zarzut ten rozszerzono o "szczególne okrucieństwo". - Owo okrucieństwo polegało nie tylko na biciu, kopaniu ofiar, ale też na czymś, co było nam nieznane w dotychczasowej praktyce prokuratorskiej. Wobec ofiar sprawcy stworzyli specjalnie taką sytuację, która umożliwiała im obserwowanie śmierci pozostałych osób. Kobiety czekały na swoją egzekucję - mówił jeszcze podczas śledztwa Artur Kassyk, prokurator biura ds. przestępczości zorganizowanej Prokuratury Krajowej, wcześniej szef pionu przestępczości zorganizowanej warszawskiej prokuratury. Zachowanie bandytów miało zmusić kasjerki do wydania bankowych pieniędzy. Już po zatrzymaniu i aresztowaniu - jak wynika z ustaleń prokuratury - jeden z podejrzanych o zabójstwo mężczyzn chciał przekupić strażnika więziennego, by ten pomógł mu przekazać "gryps". Za ten czyn został on dodatkowo oskarżony o próbę przekupstwa funkcjonariusza publicznego.

Kaczyński: dożywocie dla morderców dla z Kredyt Banku

Na dożywocie powinien skazać sąd morderców trzech kasjerek i ochroniarza z Kredyt Banku - uważa gość dzisiejszych Faktów RMF FM, były minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. - Moim zdaniem tutaj nie ma innego wyroku niż dożywotnie więzienie, ale sprawa się jeszcze nie odbyła i boję się fali krytyki za to, że jeszcze przed wyrokiem usiłuję coś sugerować. Oczywiście wypowiadam się nie jako były minister sprawiedliwości - zresztą dziś już nim nie jestem i punkt widzenia, o którym mówimy nie ma już żadnego znaczenia - mówię jako prosty obywatel - uważa Kaczyński. Ma on wątpliwości, czy sąd zdecyduje się na wymierzenie dożywocia.

Za serwisem INTERIA.PL

Do góry...>>



Lech Kaczyński gościem Faktów RMF FM. 

Bogdan Rymanowski: Zabójcy z Kredyt Banku przyznali się do winy. Czy sąd powinien to wziąć pod uwagę? Czy z tego powodu, jeśli wina zostanie udowodniona, powinien łagodniej potraktować morderców?

Lech Kaczyński: Muszę powiedzieć, że po ostatnim wyroku w Warszawie mam wątpliwości, jaki tutaj zapadnie wyrok, oczywiście rzecz zależy wyłącznie od sądu. Natomiast, jak słusznie kilka minut temu powiedziano, doszło do najregularniejszej egzekucji, w której zginęły 4 osoby kompletnie niewinne. To zabójstwo oczywiście było z premedytacją. Główny sprawca to człowiek, który pracował w Kredyt Banku jako ochroniarz, więc gdyby nie usunął swoich ofiar, nie miałby żadnych szans, żeby pozostać na wolności. Sprawcy byli i tak stosunkowo łatwi do wykrycia, dlatego też moim zdaniem nie ma innego wyroku niż dożywotnie więzienie, ale sprawa się jeszcze nie odbyła i boję się fali krytyki za to, że jeszcze przed wyrokiem usiłuje coś sugerować. Oczywiście wypowiadam się nie jako były minister sprawiedliwości, zresztą to, że nim byłem z dzisiejszego punktu widzenia nie ma żadnego znaczenia, tylko jako obywatel.

Bogdan Rymanowski: Czyli według pana powinna być zastosowana kara dożywocia. Ale mówi pan, że są pewne wątpliwości. Na podstawie czego ma pan te wątpliwości? Zna pan skład orzekający, czy mówi pan o dotychczasowej praktyce sędziowskiej?

Lech Kaczyński:Nie znam składu orzekającego i dobrze, że go nie znam, bo to już jest sprawa przewodniczącego odpowiedniego wydziału Sądu Okręgowego w Warszawie i tylko on powinien o tym decydować. Mnie idzie o praktykę ostatnich lat, może z krótką przerwą na lata 2000-2001, praktyką, która polegała na tym, żeby albo wyroku najwyższego nie wydawać, albo jeżeli nawet sąd pierwszej instancji taki wyrok wydał, to następnie go zmieniać - taki przypadek był w Łodzi. On wzbudził nawet wątpliwości nawet tak liberalnego prawnika jak obecny marszałek Sejmu, pan Janusz Wojciechowski, a przez wiele lat sędzia karny. Była taka sprawa w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie w sposób wyjątkowo okrutny, przemyślany zamordowano zupełnie przypadkowego chłopaka - zapadły wyroki dożywotniego więzienia w Sądzie Okręgowym, ale już Sąd Apelacyjny już te wyroki zmniejszył. Wraca pewna tendencja, której podstawowym wyznacznikiem jest interes skazanego, nawet najbardziej brutalnego zabójcy i unikanie tego wyroku, który przecież nie jest wyrokiem śmierci, a poza tym dożywotnie więzienie nie jest w Polsce prawdziwym dożywotnim więzieniem.

Bogdan Rymanowski: No właśnie, czy coś by się zmieniło jeśli chodzi o kary dla morderców z Kredyt Banku, gdyby przeszły proponowane przez pana zmiany w prawie karnym?

Lech Kaczyński:Jeśli one by przeszły, to sędziowie mieliby zupełnie inne wytyczne w części ogólnej prawa karnego. Jeśli do tych wytycznych by się stosowali, to jasne, że by były zmiany. Już nie mówiąc o tym, że
 była tam forma zabójstwa kwalifikowanego, oczywiście ona nie wykluczała kary 25 lat więzienia. Taka

 forma w tej chwili też jest, ale zagrożona karą od 12 lat pozbawienia wolności. Zabójstwo kwalifikowane, czyli więcej niż jednej osoby, ze szczególnym okrucieństwem, rabunkowe itd.

Bogdan Rymanowski: Tydzień temu po wyroku w sprawie zamordowania 4-letniego Michałka powiedział pan, że sędziowie złamali elementarne zasady etyczne. Czy o niskich wyrokach decyduje poziom sędziów, czy też łagodne prawo?

Lech Kaczyński:To nie jest sprawa poziomu sędziów, tylko ich przekonań. Ta pani sędzia, która przewodniczyła składowi orzekającemu w sprawie Michałka ma opinię bardzo dobrego prawnika i dobrego sędziego. Tutaj chodzi o pewną ideologię prawniczą, która wśród sędziów jest w tej chwili bardzo rozpowszechniona, a ta ideologia świetnie koresponduje z obecnym kodeksem karnym, który właśnie jest jej przejawem.

Bogdan Rymanowski: Można zmienić kodeks prawa karnego, ale jak zmienić przekonania sędziów?

Lech Kaczyński:Sposobu innego jak zmiana wytycznych, które mają dla nich charakter wiążący, nie ma. Sędzia podlega prawu, a konkretnie ustawie. W obecnym kodeksie sędziowie mają pełne podstawy do tego, by działać tak  łagodnie jak działają. (RMF) 

Za serwisem portalu INTERIA.PL

Do góry...>>


Poczwórne zabójstwo w Kredyt Banku

Proces w pierwszą rocznicę zbrodni

Dziś, w dzień po pierwszej rocznicy bestialskiego napadu na filię Kredyt Banku, przed warszawskim Sądem Okręgowym rozpoczyna się proces w tej sprawie. Trzech z pięciu oskarżonych odpowie za zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem.

W sobotę 3 marca 2001 r. do kierownika filii Kredyt Banku SA przy ul. Żelaznej 67 w Warszawie zadzwonił jego syn. Przyjaźnił się z Marią M., jedną z kasjerek tego banku. Był zaniepokojony, że nie przyszła na umówione spotkanie. Ponieważ w banku nikt nie odbierał telefonu, kierownik wraz z synem pojechali do filii i powiadomili policję. Funkcjonariusze wybili szybę w drzwiach i weszli do środka. W specjalnym pomieszczeniu, tzw. skarbcu, znaleźli ciała trzech kasjerek: 29-letniej Marii M., 29-letniej Agnieszki R. i 33-letniej Anny Z. Wszystkie zabito strzałem w tył głowy. Po dokładniejszym przeszukaniu w studzience kanalizacyjnej odkryto czwarte zwłoki: 50-letniego Stanisława W., ochroniarza banku. Ze skarbca zniknęły pieniądze w różnych walutach o wartości ok. 104 tys. zł.

Przez 4 miesiące śledztwo tkwiło w martwym punkcie. Przesłuchano 550 świadków, zbadano 1000 śladów daktyloskopijnych, traseologicznych i DNA. W końcu wśród podejrzanych znalazł się Krzysztof M., ochroniarz z Kredyt Banku, który zamienił się na dyżur z zastrzelonym Stanisławem W. Inwigilacją objęto jego znajomych. Mieli jednak alibi - byli na przysiędze wojskowej. Wykorzystany wariograf (wykrywacz kłamstw) wykazał jednak, że mogą mieć coś wspólnego ze sprawą. Urządzenie wychwyciło bowiem ich reakcję na zdjęcia zrobione w banku.

Badania wariografem nie mogą być jednak dowodem w sądzie, dlatego policja i prokuratura kontynuowali poszukiwania. Wrócili do przesłuchanych świadków. I wtedy nastąpił przełom. Przesłuchiwany po raz drugi brat jednego z podejrzanych "przypomniał sobie", że w dniu zabójstwa przyjechał do niego Grzegorz Sz. z dwoma kolegami. Zdjął ubranie i kazał je spalić.

6 lipca policja zatrzymała trzech podejrzanych: Grzegorza Sz., Krzysztofa M. i Marka R. Następnego dnia wszyscy przyznali się do zbrodni. Podczas wizji lokalnych opisali przebieg zdarzenia. Pokazali miejsce w lesie pod Klembowem, gdzie przerobili broń gazową na ostrą oraz miejsce u ujścia Liwca do Bugu, gdzie wyrzucili broń (wyłowili ją policyjni płetwonurkowie). Prokuratorzy byli zszokowani całkowitym brakiem emocji u podejrzanych. - Mówili o zbrodni jak o filmie kryminalnym - powiedziała Małgorzata Dukiewicz, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Na pomysł napadu miał wpaść ochroniarz z Kredyt Banku. Codzienny kontakt z pracownikami filii nie przeszkadzał Krzysztofowi M. w planowaniu ich zabójstwa. Na rolę egzekutora przystał Grzegorz Sz. Miesiąc przed napadem cała trójka ustaliła, że trzeba będzie pozbyć się świadków. Grzegorz Sz. najpierw zabił ochroniarza. Potem sprawcy czekali na kasjerki, które zmuszono do otwarcia skarbca. Kobietom kazali położyć się na podłodze. Sz. strzelał im w tył głowy. Ostatnia z ofiar, czekając na śmierć, widziała egzekucję koleżanek. Z tego właśnie powodu prokurator zmienił kwalifikację z zabójstwa na zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.

Sprawcy schowali łup w mieszkaniu Kamili M., dziewczyny Marka R. (zarzuca się jej utrudnianie śledztwa). Na ławie oskarżonych zasiądzie też jej ojciec Andrzej M. (również ochroniarz), któremu zarzucono ukrycie części łupu.

Sławomir Wikariak

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 04.03.2002 r.

Do góry...>>


Wpłynął akt oskarżenia w sprawie poczwórnego zabójstwa w Kredyt Banku 

Mówili o zbrodni jak o filmie 

W piątek rano do warszawskiego Sądu Okręgowego wpłynął akt oskarżenia w sprawie bestialskiego napadu na filię Kredyt Banku, w czasie którego zamordowano cztery osoby. Trzem z pięciu oskarżonych postawiono zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. 

Grozi im dożywocie. 

W sobotę 3 marca 2001 r. Polską wstrząsnęła wiadomość o bezprecedensowej zbrodni. W filii Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie odnaleziono zwłoki trzech kobiet, zabitych strzałem w tył głowy. Po dalszych poszukiwaniach w studzience kanalizacyjnej odkryto czwarte ciało - ochroniarza banku. Z kasetek zniknęły pieniądze w różnych walutach na ogólną sumę 104 tys. zł. 

Śledztwo przez cztery miesiące tkwiło w martwym punkcie. Przesłuchano ponad 500 świadków, zbadano ponad 1000 śladów daktyloskopijnych, traseologicznych (odciski obuwia) i DNA. Wszystko na nic. Przełom nastąpił po ponownym przesłuchaniu świadka, który okazał się bratem jednego z podejrzanych. Przypomniał on sobie, że w dniu zbrodni brat przyszedł do niego z dwoma kolegami, zdjął ubranie i kazał je spalić. Wskazane przez niego osoby już wcześniej znajdowały się w zainteresowaniu organów ścigania, jednak dopiero dzięki zeznaniom tego świadka pojawiła się poszlaka świadcząca o ich winie. 

Po zatrzymaniu wszyscy trzej przyznali się do winy. Podczas wizji lokalnych ze szczegółami opisali przebieg zdarzenia. Prokuratorzy byli zszokowani ich całkowitym brakiem emocji. - Opowiadali o tej zbrodni jak o ciekawym filmie kryminalnym - opisywała ich postawę prokurator Małgorzata Dukiewicz. 

Według aktu oskarżenia na pomysł napadu wpadł ochroniarz zatrudniony w Kredyt Banku. Codzienny kontakt z pracownikami filii nie przeszkadzał 27-letniemu Krzysztofowi M. w planowaniu ich zabójstwa. Zgodzili się mu pomóc 24-letni Marek R., również ochroniarz, ale z innego banku, oraz 23-letni Grzegorz Sz., murarz utrzymujący się z dorywczych prac. Ten ostatni przystał na rolę egzekutora. W śledztwie wyjaśnił, że już miesiąc przed zdarzeniem wspólnie ustalili, iż pozbędą się niewygodnych świadków. 

Do banku przyjechali rano, przed jego otwarciem. Marek R. został na zewnątrz na czatach, a Krzysztof M. wprowadził Grzegorza Sz. do środka. Ten strzelił w plecy ochroniarza pilnującego banku. Ciało ukryli w studzience. Sz. schował się w łazience, a Krzysztof M. założył służbowy mundur i jakby nigdy nic wpuścił do banku pracownice. Kobiety sterroryzowano, zmuszono do otwarcia kasetek i kazano położyć się na podłodze. Grzegorz Sz. podchodził do każdej i po kolei oddawał strzał w tył głowy. Ostatnia z ofiar, czekając na śmierć, widziała egzekucję swoich koleżanek. Z tego właśnie powodu prokurator zmienił kwalifikację z zabójstwa na zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Najniższa kara za ten czyn to 12 lat więzienia. 

Sprawcy ukryli łup w mieszkaniu Kamili M., dziewczyny Marka R. 23-letnia, pochodząca z szanowanej rodziny, kobieta stanie przed sądem pod zarzutem utrudniania śledztwa. Miała m.in. pozbyć się broni. Na ławie oskarżonych zasiądzie też jej ojciec Andrzej M. (również ochroniarz), któremu zarzucono ukrycie części łupu. 

Na razie nie wiadomo, kiedy proces trafi na wokandę. Jednak sprawy tzw. aresztanckie są rozpatrywane w pierwszej kolejności, np. proces o zabójstwo 4-letniego Michałka rozpoczął się po trzech miesiącach od daty wpłynięcia aktu oskarżenia. 

Sławomir Wikariak 

Za dziennikiem "Rzeczpospolita" z dn. 15.12.2001 r.

Do góry...>>


Prokuratura oskarża o zabójstwo w Kredyt Banku 

Warszawska prokuratura poinformowała, że w piątek wyśle gotowy już wczoraj akt oskarżenia wobec trzech mężczyzn oskarżonych o okrutne zabójstwo czterech osób podczas napadu na filię Kredyt Banku w Warszawie. 

Oskarżonym grożą kary dożywocia. 

W marcu tego roku w warszawskiej filii Kredyt Banku zastrzelono trzy kasjerki i ochroniarza. Sprawcy ukradli ponad 100 tys. zł w różnych walutach. Po kilkumiesięcznym śledztwie zatrzymano cztery osoby: trzech mężczyzn (związanych z branżą ochroniarską), podejrzanych o zabójstwo, oraz dziewczynę jednego z nich, podejrzaną o niepowiadomienie o przestępstwie, paserstwo i pomocnictwo w zacieraniu śladów. 

"Akt oskarżenia obejmuje pięć osób, w tym trzech podejrzanych o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem" - powiedziała wczoraj PAP Marzena Kowalska, wiceszef Prokuratury Okręgowej w Warszawie. 

Początkowo prokuratura zarzuciła zatrzymanym mężczyznom zabójstwo, później zarzut ten rozszerzono o "szczególne okrucieństwo". "Owo okrucieństwo polegało nie tylko na biciu, kopaniu ofiar, ale też na czymś, co było nam nieznane w dotychczasowej praktyce prokuratorskiej. Wobec ofiar sprawcy stworzyli specjalnie taką sytuację, która umożliwiała im obserwowanie śmierci pozostałych osób. Kobiety czekały na swoją egzekucję" - mówił jeszcze podczas śledztwa Artur Kassyk, prokurator biura ds. przestępczości zorganizowanej Prokuratury Krajowej, wcześniej szef pionu przestępczości zorganizowanej warszawskiej prokuratury. Zachowanie bandytów miało zmusić kasjerki do wydania bankowych pieniędzy. Prokuratura oskarżyła ponadto w tej sprawie ojca jednego z zatrzymanych. On również jest podejrzany o paserstwo - według prokuratury miał przechowywać skradzione dewizy, z pełną świadomością skąd pochodzą. 

Już po zatrzymaniu i aresztowaniu - jak wynika z ustaleń prokuratury - jeden z podejrzanych o zabójstwo mężczyzn chciał przekupić strażnika więziennego, by ten pomógł mu przekazać "gryps". Za ten czyn został on dodatkowo oskarżony o próbę przekupstwa funkcjonariusza publicznego. 

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 14.12.2001 r. 

Do góry...>>


Podejrzani o napad na warszawski Kredyt Bank przyznają się do winy

2001-07-08 
Policja zatrzymała w niedzielę trzy osoby podejrzane o napad na Kredyt Bank, podczas którego zastrzelono czterech pracowników banku. Zatrzymani przyznają się do winy. Grozi im dożywocie. 

Tak jak przypuszczaliśmy, sprawcy wywodzą się z branży ochroniarskiej. Zatrzymani trzej mężczyźni oraz kobieta - wszyscy pracowali jako ochroniarze w różnych firmach - powiedział Dariusz Janas, rzecznik prasowy komendanta stołecznego policji. Jeden z zatrzymanych był w chwili napadu pracownikiem ochrony obrabowanego banku. 
W niedzielę rano w warszawskiej filii Kredyt Banku odbyła się wizja lokalna, podczas której policjanci i prokuratorzy odtwarzali przebieg tragedii z 3 marca. Przestępcy pod silną ochroną pokazywali co robili. Ochrona była konieczna, bo wzburzeni gapie mogliby sami wymierzyć sprawiedliwość.

Napad i morderstwa prawdopodobniej zaplanował 24-letni ochroniarz zatrudniony w tym banku na drugiej zmianie. Feralnej soboty, 3 marca, choć nie pracował, przyszedł do placówki przed otwarciem. Towarzyszyło mu dwóch mężczyzn. Będącemu na służbie koledze powiedział, że chce wziąć mundur. Ochroniarz wpuścił przestępców do banku. Po wejściu bandyci go obezwładnili. Według ustaleń policji, podejrzani dokładnie wiedzieli, że idą zabić. Wcześniej kupili broń, sprawdzili ją w podwarszawskich lasach oraz próbowali zapewnić sobie alibi (miała nim być wizyta na przysiędze wojskowej kolegi). 

Do banku przyszli krótko przed jego otwarciem w sobotę 3 marca. Ochroniarz, który miał służbę w placówce, wpuścił mężczyzn, bo znał jednego z nich, gdyż pracował jako jego zmiennik. Mężczyźni weszli i zastrzelili pracownika ochrony, który ich wpuścił - stwierdził Janas. 

Zastrzelonego ochroniarza ukryto w studzience, a przy drzwiach stanął zmiennik. Sprawcy czekali na kasjerki. Gdy przyszły do pracy, weszły do skarbca, aby zabrać niezbędną im gotówkę. Zostały z zimną krwią zastrzelone strzałem w głowę - stwierdził rzecznik. 

Podkreślił, że przed zabójstwem mężczyźni torturowali kobiety (m.in. bili je po głowie nieustalonym metalowym przedmiotem), bo byli zdenerwowani małą ilością gotówki w skarbcu. Spodziewali się 700 tys. zł, a było ok. 100. 

Ok. godz. 9. mężczyźni opuścili bank. Przed wyjściem zabrali ze sobą kasetę wideo z systemu monitorującego pomieszczenia bankowe. Wsiedli do czerwonego fiata 125p. Prosimy wszystkie osoby, które widziały to zdarzenie, o kontakt z policją - dodał Janas. 

Mężczyźni pojechali do podwarszawskiego Łochowa, gdzie podzielili pieniądze oraz spalili swoje ubrania. Później pojechali na przysięgę, która miała im zapewnić alibi. Jesteśmy zszokowani. Podczas wizji lokalnej i przesłuchań podejrzani opowiadali o zdarzeniu, jakby relacjonowali film kryminalny - powiedziała Małgorzata Dukiewicz, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Zrabowane pieniądze, ponad 75 tys. w złotówkach i 30 tys. w walucie obcej, sprawcy - jak sami zeznali - przetracili. 

Prokuratura trzem mężczyznom postawiła zarzut zabójstwa, a kobiecie paserstwa, utrudniania postępowania i niepoinformowanie o przestępstwie. 

Wszyscy zatrzymani są młodzi, mają od 24 do 27 lat. Przyznali się do stawianych im zarzutów - mężczyznom grozi dożywocie, a kobiecie do 10 lat więzienia. Nagroda, którą bank wyznaczył za wskazanie i pomoc w ujęciu sprawców zostanie przekazana Komendzie Stołecznej Policji. 

Do napadu na oddział Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie doszło 3 marca 2001 roku. Bandyci zastrzelili wszystkie osoby, które tego dnia pracowały w banku: trzy kasjerki i ochroniarza. Za pomoc w wykryciu sprawców wyznaczono 230 tys. zł nagrody.

Za serwisem portalu Wirtualna Polska

Do góry...>>


Po napadzie na warszawski Kredyt Bank

Zabójcy kasjerek i ochroniarza zatrzymani

Trzej bandyci, którzy w kwietniowym napadzie na warszawską filię Kredyt Banku zamordowali cztery osoby, zostali zatrzymani. Dziś ma w stołecznym sądzie zapaść decyzja o ich tymczasowym aresztowaniu.

W piątek policjanci zatrzymali trzech mieszkańców Łochowa (Mazowieckie). Policja ma niezbite dowody, że trzej zatrzymani mężczyźni zamordowali 3 marca ochroniarza i trzy kasjerki w warszawskiej filii Kredyt Banku przy ulicy Żelaznej. Wszyscy zatrzymani przyznali się do popełnienia zbrodni. Śledczy przeprowadzili drobiazgowe przesłuchania i ekspertyzy, które objęły około pięciuset osób.
Trzej mężczyźni są ochroniarzami warszawskich firm. Jeden z nich był wcześniej karany za nielegalne posiadanie amunicji i dostał wyrok więzienia w zawieszeniu. Dwudziestosiedmioletni Krzysztof M. pracował jako strażnik w filii banku przy ulicy Żelaznej. To on zaplanował napad do najdrobniejszego szczegółu. W feralną sobotę miał mieć dyżur, ale zamienił się z kolegą. Zjawił się przed drzwiami banku przed dziewiątą rano z dwudziestoczteroletnim Grzegorzem Sz. i dwudziestotrzyletnim Markiem R. Cała trójka weszła do banku. Pełniący dyżur ochroniarz został od razu zabity przez Grzegorza Sz. Bandyci znieśli ciało strażnika do piwnicy, gdzie upchnęli je w studzience kanalizacyjnej. Potem Krzysztof M. stanął przy drzwiach banku. Wpuścił trzy kasjerki, które nie dostrzegły niebezpieczeństwa. Znały Krzysztofa M. i były z nim po imieniu. Przestępcy zaskoczyli kobiety, gdy te zeszły do skarbca po gotówkę.

Bandyci zabrali z banku ponad sto tysięcy złotych, ale spodziewali się, że w skarbcu będzie siedemset tysięcy.

- Znaleźli za mało pieniędzy. To ich zdenerwowało. Zaczęli bić kobiety. Potem po kolei Grzegorz Sz zamordował je. Każdą jednym strzałem w głowę - mówi komisarz Dariusz Janas, rzecznik Komendy Stołecznej Policji.

Sprawcy od razu zaczęli zacierać ślady zbrodni. Prosto z banku pojechali czerwonym fiatem 125p do domu jednego z mężczyzn. Tam spalili wszystkie ubrania. Stamtąd pojechali na przysięgę wojskową, gdzie zjawili się około jedenastej. Widziało ich wiele osób. Miało to być żelazne alibi.

Razem z bandytami została zatrzymana dziewczyna Marka R. - Kamila M., pracownica ochrony sklepu. Wiedziała o zbrodni. Pozbyła się broni i części przedmiotów zabranych z banku. Pistolety i inne rzeczy wyrzucono do Bugu w okolicach Kamieńczyka. Dziewczyna już po napadzie planowała ślub z Marka R. na wrzesień.

Wczoraj policja przeprowadziła z udziałem zatrzymanych wizję lokalną w filii Kredyt Banku.

- Opowiadali o zbrodni bez najmniejszych emocji - podkreśla komisarz Janas.

Sprawcom postawiono zarzut zabójstwa i rozboju z bronią. Grozi im kara dwudziestu pięciu lat więzienia lub dożywocia. Kamili M. zarzuca się, że zacierała ślady, ukrywała zbrodnię, utrudniała śledztwo i przyjęła pieniądze z rozboju. Grozi jej pięć lat więzienia.

Harald Kittel

Za dziennikiem „Rzeczpospolita” z dn. 09.07.2001 r. 

Do góry...>>


Napad na Kredyt Bank: zdradził ich krwawy ślad

Do makabrycznego zabójstwa czworga pracowników warszawskiego Kredyt Banku przyznał się zatrudniony w nim ochroniarz i jego dwaj koledzy 

Brutalny napad na filię Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie wstrząsnął opinią publiczną. 3 marca w podziemiach banku znaleziono zastrzelone trzy młode kasjerki i ochroniarza. Kobiety dostały po jednej kuli w głowę, 50-letni ochroniarz - trzy. Bandyci zrabowali ok. 100 tys. zł.
Policja przesłuchała ponad 500 osób, zrobiła skomplikowane ekspertyzy - wszystko na nic. Przełom nastąpił kilkanaście dni temu. Udało nam się dowiedzieć, jak doszło do rozwikłania jednej z największych zbrodni ostatniej dekady.

Policjanci od początku zakładali, że w napadzie brali udział ochroniarze z banku. Ponieważ jeden z nich pochodził z Łochowa pod Wyszkowem, przesłuchano kilkudziesięciu mieszkańców tej miejscowości. Niektórych wiele razy. 

- Dwa tygodnie temu jeden z ponownie przesłuchiwanych przypomniał sobie, że w dniu zbrodni jego kolega Grzegorz Sz. przyniósł mu do domu poplamione krwią ubranie. - Zadarłem z jednym gangsterem, strasznie mnie pobił. Spal to, bo nie chcę, żeby mnie odnalazł - miał powiedzieć Grzegorz Sz. Świadek zeznał też, że w samochodzie, którym przyjechał Grzegorz Sz., siedzieli dwaj inni mieszkańcy Łochowa. Jednym z nich był Krzysztof M. - ochroniarz zatrudniony w firmie strzegącej oddziały Kredyt Banku - opowiada oficer policji.

To było brakujące ogniwo w śledztwie. Policja już wcześniej kilka razy przesłuchiwała całą trójkę z Łochowa. Jednak mężczyźni twierdzili, że w dniu napadu byli na przysiędze wojskowej w Wesołej. Rzeczywiście, widziało ich tam wiele osób. Tyle że - jak się później okazało - na przysiędze znaleźli się dopiero w południe, a bank napadnięto rano. Dzięki nowemu zeznaniu policja uzyskała zgodę prokuratury na ich inwigilację i założenie podsłuchu.

Do ostatecznego sukcesu przyczynili się psychologowie. Policja przekazała im nagrane na wideo zeznania trzech mężczyzn. Psychologowie po analizach wytypowali tego, którego - ich zdaniem - można najłatwiej "złamać" w śledztwie. Wskazali też kolejność, w jakiej należy przesłuchiwać podejrzanych i wyciągać z nich informacje o wspólnikach.

Typowali bezbłędnie. Zatrzymany w czwartek 23-letni Marek R., a w piątek 24-letni Grzegorz Sz. i 27-letni Krzysztof M. kolejno przyznawali się do udziału w zbrodni i sypali kompanów. Razem z nimi zatrzymano 23-letnią Kamilę M., też z Łochowa, podejrzewaną o to, że pomagała w zacieraniu śladów. Wszyscy pracowali jako ochroniarze w różnych firmach.

- To wielki sukces stołecznej policji. Potwierdziła się zakładana przez nas wersja - mówi rzecznik stołecznej policji Dariusz Janas.

Teraz już wiadomo, jak bandyci dostali się do banku przy Żelaznej. 3 marca ok. 8 rano Krzysztof M. przyjechał z kompanami na miejsce czerwonym fiatem 125p. Nie byli zamaskowani. Wpuścił ich do banku ochroniarz Stanisław W. - niczego nie podejrzewał, bo Krzysztof M. był jego zmiennikiem. O tym , że ze zbrodnią na ul. Żelaznej łączy się wątek związany z ochroną, "Gazeta" pisała na początku czerwca. 

- Jesteśmy zszokowani - mówiła w niedzielę po przeprowadzeniu wizji lokalnych Małgorzata Dukiewicz, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie. - Zatrzymani o szczegółach tej zbrodni mówią, jakby opowiadali o ciekawym, kryminalnym filmie. Zwłaszcza człowiek, który zabijał, wymyślił, zaplanował i wykonał egzekucję. Potworne jest też to, że ochroniarz Krzysztof M. codziennie widział się z przyszłymi ofiarami, o których wiedział, że zginą.

Jak zeznali sami zatrzymani, zrabowane pieniądze - ok. 100 tysięcy złotych - "przetracili." 

Prokuratura oskarża Grzegorza Sz., Krzysztofa M. i Marka R. o napad, znęcanie się nad ofiarami i morderstwo - grozi im nie mniej niż 12 lat. Prokuratura może żądać 25 lat lub dożywocia. Kamila M. będzie odpowiadać za niepowiadomienie policji o przestępstwie, utrudnianie śledztwa i paserstwo - grozi jej kilkanaście lat więzienia.

- To była mrówcza praca - opowiada rzecznik Janas. - Mnóstwo ekspertyz, przesłuchań, mozolnego układania elementów śledztwa. Udało nam się znaleźć fragmenty spalonej odzieży bandytów i uzyskać wiarygodne zeznania. O bezwzględności bandytów świadczy choćby taki fakt: Krzysztof M. wiedział wcześniej, że jego kolega z pracy zginie. On zdecydował, że ofiarą będzie Stanisław W. Wybrał go, bo był najstarszym ochroniarzem, i uznał, że najłatwiej będzie go obezwładnić.

W niedzielę do dymisji podał się dyrektor warszawskiego oddziału firmy ochraniającej Kredyt Bank. Jak zapewnia Stanisław Pacuk, rzecznik banku, w podziękowaniu za ujęcie przestępców jego firma przekaże 100 tys. zł Komendzie Stołecznej Policji. Nie wiadomo na razie, co zdecydują inne firmy, które ofiarowały w sumie jeszcze 130 tysięcy złotych za pomoc w ustaleniu przestępców.

Jerzy Jachowicz, Wojciech Cieśla
09-07-2001 01:25

Za dziennikiem "Gazeta Wyborcza" z dn. 09.07.2001 r.

Do góry...>>



Prawdziwe konta na fałszywe dowody

Śledztwo w Kredyt Banku

Przy okazji rozpracowania sprawy poczwórnego morderstwa w filii Kredyt Banku przy ul. Żelaznej policja wpadła na trop szajki, która wyłudzała pieniądze z kont otwieranych na fałszywe dowody osobiste. W trakcie sprawdzania operacji bankowych wyszło na jaw, że w filii przy Żelaznej jeden człowiek pobierał wielokrotnie pieniądze z tego samego konta, ale na różne, świeżo rejestrowane firmy. Sprawę przekazano do dalszego prowadzenia przez wydział przestępstw gospodarczych.
Według informacji „Życia Warszawy” na miejscu zbrodni przestępcy pozostawili sporo różnego rodzaju śladów. Dzięki temu policji udało się dosyć dokładnie zrekonstruować przebieg wypadków.

W toku odtwarzania bestialskiego mordu ustalono, że zastępczyni kierownika placówki Agnieszka R. była torturowana. Bandyci dusili ją i bili po głowie jakimś narzędziem. Zapewne, by zmusić ją do ujawnienia hasła dostępu do skarbca i wydania kompletu kluczy. Policja podejrzewa, że wtedy właśnie ochroniarz usiłował uciec i dostał strzał w plecy. Potem gangsterzy dobili go, strzelając mu dwukrotnie w głowę. Wszystko to rozegrało się w podziemiach filii banku.

Zbrodniarze potem rozstrzelali pozostałe osoby. Kasjerki klęczały, zwrócone twarzami do ściany, a zabójca po kolei strzelał im w tył głowy z przerobionego pistoletu gazowego typu Walther kaliber 6.35. Po ukryciu zwłok ochroniarza i usunięciu (nieudolnym) śladów wyszli z banku, zamykając drzwi wejściowe na klucz. Co najdziwniejsze, system alarmowy - ponoć włączony i sprawny - nie zadziałał! Alarm był także głuchy wieczorem, gdy policjanci wybijali szybę w drzwiach wejściowych, by dostać się do środka. Sprowadzony kilka dni później ekspert autorytatywnie stwierdził, że... system alarmowy był i jest sprawny! Ale nikt nie wie, dlaczego nie zadziałał.

- Z tym bankiem to w ogóle jest, mówiąc delikatnie, trochę dziwnie - uważa jeden z policjantów pracujących przy tej sprawie. – Ochroniarze mieli tyle wspólnego z agentami ochrony, co ja z baletem. Wszyscy zatrudnieni na umowy zlecenie, pracujący w cyklu 24-godzinnych dyżurów! A kto może czegokolwiek pilnować przez tyle godzin? Współpracownik naszego rozmówcy tak scharakteryzował prace firmy BDH Service: bank udawał, że płaci za ochronę, a firma udawała, że coś chroni. I interes się kręcił. Do czasu.

Teraz kierownictwo Kredyt Banku, jak twierdzą nasi informatorzy, ma problem z zapewnieniem obsady w obrabowanej filii. Kasjerzy nie chcą tam pracować, bo się boją.

Tymczasem policja bada pozostawione przez napastników ślady. - Zebraliśmy mnóstwo śladów - twierdzi jeden z policjantów. - Obrobienie tego jest niezwykle praco- i czasochłonne. Każdy ślad linii papilarnych jest sprawdzany i poddawany eliminacji. A przez podziemia banku, wbrew pozorom, przewinęło się mnóstwo ludzi. Tym bardziej, że wcześniej (przed uruchomieniem filii banku) było tam biuro turystyczne. Są też zabezpieczone ślady zapachowe.

Mimo olbrzymich nakładów pracy i zaangażowania prowadzącym nie udało się jednak ustalić, ilu było napastników, jak weszli do banku i jak długo w nim przebywali. Mimo że kierownictwo Kredyt Banku cały czas zaprzecza, jakoby ktokolwiek mógł się dostać do systemu komputerowego banku, policja nie wyklucza takiej możliwości. Badania eksperta w dziedzinie komputeryzacji z Komendy Głównej Policji nie dają stuprocentowej odpowiedzi na to, czy ktoś włamał się do systemu Kredyt Banku, czy też nie.

Andrzej Rurański

Za wydaniem papierowym dziennika "Życie Warszawy" z dn. 26.03.2001 r.

Do góry...>>



Nie przyszli po pieniądze?

Celem bandytów, którzy dokonali napadu na filie Kredyt Banku i z zimna krwią rozstrzelali trzy kasjerki i ochroniarza, wcale nie była gotówka. Kradzież 30 tys. zł to przykrywka, która miała skierować śledztwo na fałszywe tory. Zbrodniarze chcieli dostać się do bankowych komputerów. Czy tak mogło być?
Rzecznik prasowy warszawskiej policji Dariusz Janas w wypowiedziach dla mediów autorytatywnie twierdził, że masakry w banku dokonali... amatorzy. - Zawodowcy nie mordują dla tak małych pieniędzy - mówił Janas. Jednak w świetle dotychczasowych wyników policyjnego śledztwa hipoteza ta nie potwierdza się. Amatorzy w takiej sytuacji na pewno wpadliby w panikę. Przestraszyliby się i uciekli... Czy w tym przypadku mamy do czynienia z wyrachowaniem bandytów, z zaplanowanym działaniem?

Napad był dokładnie przemyślany. Bandyci systematycznie, krok po kroku, realizowali wcześniej ustalony plan. Przez dłuższy czas zacierali ślady, celowo ukryli ciało zastrzelonego ochroniarza w studzience, jednocześnie zostawiając jego identyfikator i paralizator na ladzie w głównej sali banku. To wszystko musiało zająć im sporo czasu, a mimo to zachowali zimna krew. Wyszli dopiero wówczas, gdy uznali, ze wszystkie ślady zostały zatarte.

Tak dokładnie przemyślanego przestępstwa nie planują amatorzy. Z kolei zawodowcy nie ryzykowaliby dla 30 tys. zł. Musiało wiec zatem chodzić o coś innego niż niewielka gotówka schowana w sejfie.

Jedna z hipotez zakłada, ze bandyci mogli dostać się do bankowego komputera i dokonać przelewów z kont. Policja jednak zaprzecza, twierdząc, ze tego dnia nie zanotowano żadnej operacji, bo automatyczny zapis w systemie bankowym nic takiego nie zarejestrował. Jednak nie trzeba być hakerem, by zapisy takich operacji wykasować.

Wczoraj wieczorem zatrzymano kolejnych sześć osób. Dwie z nich mogły wiedzieć o planowanym napadzie.

Jeden z zatrzymanych to pracownik biura ochrony, drugi jest byłym pracownikiem Kredyt Banku.

Relacjonując tragiczne wydarzenia, do których doszło w sobotę w filii Kredyt Banku przy ulicy Żelaznej,

napisaliśmy m.in., ze obiekt był nieprofesjonalnie chroniony.

Za dziennikiem " Życie Warszawy"

Do góry...>>



Poszukiwany
Możliwy jest przełom w śledztwie w sprawie poczwórnego morderstwa w Kredyt Banku

Poszukiwany ma ok. 170 cm wzrostu, wiek ok. 25-30 lat, twarz bez zarostu, sylwetka średniej budowy.
Ubrany był w brązowo-żółtą kurtkę z kołnierzem tzw. stójką. Pod kurtką nosił golf lub koszulę zapiętą pod szyję w kolorze jasnym (błękit, popielaty lub jasnoszary). Ubrany był w spodnie ciemnogranatowe lub z czarnego jeansu, buty ciemne, do kostki, na podeszwie grubości ok. 1 cm. Na głowie miał czapkę kominiarkę (zwiniętą, dobrze przylegającą do głowy). Niósł mały plecak na dwóch szelkach.

Policja stworzyła portret pamięciowy mężczyzny, który był widziany w pobliżu Kredyt Banku w ubiegłą sobotę, gdy doszło tam do brutalnego napadu i zabójstwa czworga pracowników. Poszukiwany może być jednym ze sprawców lub świadkiem zdarzenia.

Portret powstał w oparciu o zeznania świadka, który zgłosił się na apel policji. Funkcjonariusze nie chcą podawać szczegółów: o której godzinie i dokładnie w jakiej sytuacji widziano mężczyznę.
- Zgłasza się wiele osób, które twierdzą, że były świadkami napadu. Ale opierają swoje opowieści na relacjach prasowych i telewizyjnych. Robią to również ze względu na wysoką nagrodę, jaka została wyznaczona za pomoc w schwytaniu sprawców - mówi jeden z oficerów.

Na razie przyjmowane są dwie wersje: albo poszukiwany był świadkiem, albo jednym z bandytów.

Podejrzeń o tym, że był jednym z zabójców, policjanci nabrali po wysłuchaniu zeznań świadka. Wcześniej bowiem nie wykluczali, że za napadem stała jedna z warszawskich grup przestępczych.

Czy poszukiwany jest członkiem tej grupy i czy to ona dokonała napadu? Tego na razie nie udało się potwierdzić.

Wczoraj wieczorem cała Komenda Stołeczna postawiona została w stan najwyższego pogotowia. Zatrzymywano do wyjaśnienia i przesłuchiwano wszystkich znanych policji członków grup przestępczych i osoby związane z półświatkiem.

Specjalny zespół śledczy przyjmuje, że napadu dokonała kilkuosobowa grupa młodych przestępców albo recydywistów, którzy związali się na czas skoku.

Napad na oddział Kredyt Baku przy ul. Żelaznej miał miejsce w sobotę przed południem. Przestępcy ukradli 30 tys. złotych i zastrzelili trzy kasjerki oraz ochroniarza banku. Jaki dokładnie był przebieg napadu, tego nie wiadomo. Na razie nie ustalono jednoznacznie, o której godzinie przestępcy weszli do placówki.

Czy motywem brutalnego napadu i morderstw mogło być coś innego niż rabunek? Policjanci biorą pod uwagę wszystkie możliwości, ale na razie nic na to nie wskazuje. W banku nie było np. śladów manipulowania przy komputerach.

W tej chwili badaniom w laboratoriach poddawane są wszystkie zebrane ślady. Technikom udało się ich zebrać bardzo wiele, również odciski palców. Teraz muszą porównać zebrane ślady ze śladami osób, które pracowały w banku i oddzielić je od pozostałych. Te porównywane będą z liniami papilarnymi wszystkich przestępców, również tych zatrzymywanych przez policje z innych krajów.

Funkcjonariusze będą też analizować taśmy pochodzące z kamer zamontowanych w banku - nawet te nagrane kilka dni wcześniej.

Marek Biernacki, minister spraw wewnętrznych i administracji, stwierdził wczoraj, że zabezpieczenia w banku nie do końca się sprawdziły.

- Systemy alarmowe nie spełniły zadania, gdyż nie wzbudziły reakcji ochrony banku - tłumaczy Marcin Trzciński, rzecznik MSWiA. O kiepskim zabezpieczeniu policja mówiła tuż po napadzie. Pojawiły się zarzuty, że w banku zabrakło monitoringu i nadzoru pracy kasjerek. Funkcjonariusze podkreślali, że przez wiele godzin przed bank nie podjeżdżała ekipa ochroniarska, by sprawdzić, co się tam dzieje. Nie uruchomił się alarm, gdy bandyci otworzyli sejfy. Policjanci muszą też odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że o napadzie wiadomo było dopiero wtedy, gdy zaniepokoili się bliscy ofiar.

Przedstawiciele Kredyt Banku uważają, że wszystko było zgodne z przepisami.

Magdalena Rubaj

Za dziennikiem "Życie" z dnia 08.03.2001 r.

Do góry...>>



Napad na Kredyt Bank

Policja rozesłała portret pamięciowy


Komenda Stołeczna policji poszukuje mężczyzny który w sobotę 3 marca był widziany w pobliżu filii Kredyt Banku przy ulicy Żelaznej w Warszawie.

Rysopis mężczyzny: wzrost ok. 170 cm, wiek ok. 25-30 lat, twarz bez zarostu, sylwetka średniej budowy. Ubiór: zwinięta kominiarka koloru czarnego, dobrze przylegająca do głowy. Kurtka: brązowo-żółta, zapinana na zamek błyskawiczny. Golf lub koszula - zapięta pod szyję, w kolorze jasnym (błękit, popielaty lub jasnoszary). Spodnie - ciemnogranatowe lub czarne z jeansu.
W sobotę w filii Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie bandyci zabili czworo pracowników. Zastrzelili trzy kasjerki i ochroniarza i zabrali z sejfu około 30 tys. zł. HK

Za dziennikiem "Rzeczpospolita"


Policja: obejrzymy taśmy z kilku dni przed napadem na bank

Policja dokładnie przeanalizuje taśmy magnetowidowe, nagrane w warszawskiej filii Kredyt Banku nawet na kilka- czy kilkanaście dni przed sobotnim napadem, w którym zastrzelono cztery osoby.
"Być może okażą się one pomocne w złapaniu sprawców zabójstw" - powiedział we wtorek PAP wysoki oficer policji.

Według informacji uzyskanych przez PAP w źródłach policyjnych, na telefony Komendy Stołecznej - pod anonimowy bezpłatny numer (0 800 120 148) i numery oficerów dyżurnych (wydziału zabójstw - 603 64 35 i KSP - 603 65 55) - dzwonią codziennie setki osób. Wiele informacji przekazywanych jest również pocztą elektroniczną na adres kgpolicji@wp.pl. "Niektóre sygnały są bardzo cenne" - podkreśla informator PAP.

Policyjne Centralne Laboratorium Kryminalistyczne analizuje zabezpieczony na miejscu zdarzenia materiał dowodowy.

Policja nie chce w żaden sposób skomentować informacji wtorkowych "Wiadomości" TVP, które powołując się na anonimowe źródła podały, że w sprawie zatrzymano już sześć osób. "W sprawie sobotniego napadu i zabójstwa nie udzielamy żadnych informacji" - powiedziała PAP Dorota Tietz z zespołu prasowego Komendy Stołecznej Policji.

W sobotę w filii Kredyt Banku w Warszawie zastrzelono trzy kasjerki i ochroniarza. Sprawcy zrabowali 30 tys. zł. Nagroda za informację o bandytach wynosi 230 tys. zł. Można ją również odebrać anonimowo (np. z konta zabezpieczonego hasłem).

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP

Do góry...>>



Bandyci zabili cztery osoby dla 30 tysięcy złotych

Z zimną krwią

Dla 30 tysięcy złotych bandyci zabili trzy kasjerki i ochroniarza z oddziału Kredyt Banku przy ulicy Żelaznej w Warszawie. Do napadu doszło w sobotę. Komendant główny policji oraz bank wyznaczyli nagrody dla osób, które pomogą w ujęciu przestępców.
Szósta filia pierwszego oddziału Kredyt Banku mieści się na parterze budynku przy ulicy Żelaznej 67, róg Krochmalnej. Pracuje tu tylko kilka osób. W sobotę bank był czynny od dziewiątej do trzynastej, a ochraniał go jeden człowiek, nie mający broni, lecz tylko paralizator.

- Między czternastą a piętnastą bliski jednej z kasjerek zaniepokojony tym, że nie pojawiła się na spotkaniu, powiadomił zastępcę dyrektora oddziału regionalnego banku. Ten przyjechał o szesnastej na miejsce i zauważył, że pomieszczenia są zamknięte, ale wewnątrz pali się światło, a komputery są włączone. Zaczął się dobijać. Ponieważ nikt nie otwierał, mężczyzna postanowił zatelefonować na policję - relacjonuje Dariusz Janas, rzecznik warszawskiej policji. Funkcjonariusze zdecydowali się, za zgodą dyrektora, wybić szyby w drzwiach wejściowych.

Przeszukali pomieszczenia. W piwnicy, w której ulokowany jest sejf i skrytki bankowe, znaleźli ciała trzech zastrzelonych kasjerek. Anna Z. miała 32 lata, Agnieszka R. 28 lat, Maria M. również 28 lat. Wszystkie pracowały w tej filii od kilku miesięcy.

Bankowy sejf był opróżniony. Na podstawie wydruków kasowych stwierdzono, że zniknęło 30 tysięcy złotych. W pomieszczeniach na parterze policjanci znaleźli identyfikator i paralizator pięćdziesięcioletniego ochroniarza Stanisława W. Była to, zdaniem funkcjonariuszy, nieudolna próba skierowania śledztwa na fałszywy trop i zasugerowania związku ochroniarza z przestępstwem.

Dopiero w nocy podczas oględzin pomieszczeń policjanci natrafili w piwnicy na zwłoki ochroniarza. Jego ciało bandyci wepchnęli do studzienki kanalizacyjnej i przykryli kratką ściekową. Przestępcy mieli dużo czasu, zabrali taśmy wideo, na których zostały zarejestrowane wydarzenia, próbowali również zacierać inne ślady napadu.

- W związku z makabryczną zbrodnią powołano specjalną grupę. W jej skład weszli najlepsi specjaliści kryminalistyki. Ich zadaniem jest dokładne zabezpieczenie wszystkich śladów, które przestępcy zostawili w banku - powiedział Dariusz Janas.

Według policji napadu dokonali amatorzy, którzy zastrzelili kasjerki i ochroniarza w obawie przed rozpoznaniem. Wskazuje na to również to, iż napadu dokonano w sobotę, kiedy w małych oddziałach bankowych nie ma dużej ilości gotówki.

Komendant główny policji wyznaczył 30 tysięcy złotych nagrody dla osób, które przekażą informację pomocną w ustaleniu sprawców przestępstwa. Sto tysięcy złotych nagrody wyznaczył Kredyt Bank. Policja prosi wszystkich świadków, którzy przebywali w sobotę w okolicy Krochmalnej i Żelaznej, o telefon pod bezpłatny numer 08-00-12-01-48. Od początku lat dziewięćdziesiątych policja odnotowuje stały wzrost liczby napadów na banki. Jest on proporcjonalny do wzrostu liczby placówek, szczególnie małych ekspozytur chronionych przez jednego czy dwóch ochroniarzy. Takich napadów było w zeszłym roku 91.

Po zbrodni Kredyt Bank stwierdził w oświadczeniu dla prasy, że "jednostka, w której rozegrała się tragedia, była zabezpieczona właściwie". - Nie ma przepisów, które by regulowały ochronę banków prywatnych - mówi tymczasem Paweł Biedziak, rzecznik komendanta głównego policji.

Straty banków w ubiegłym roku poniesione w wyniku napadów to ponad 2 mln 260 tys. złotych. Jednak nikt w ubiegłym roku nie został zabity ani poważnie ranny. W grudniu zeszłego roku trzech zamaskowanych bandytów napadło na filię banku PKO BP przy ulicy Krasonobrodzkiej. Sprawcy mieli przy sobie krótką broń i pistolet maszynowy. Nie było ofiar. Prawdziwą plagą są napady z bronią na kantory oraz konwojentów. Przed trzema miesiącami bandyci napadli na kantor przy ulicy Radzymińskiej. Przypadkowy klient został postrzelony w plecy. Najgłośniejszy tego rodzaju napad miał miejsce w listopadzie 1999 roku w centrum Warszawy, przy ulicy Puławskiej, tuż obok siedziby UOP i MSWiA. W biały dzień bandyci wtargnęli do kantoru i zastrzelili dwie osoby. Nie zostali schwytani. Panuje opinia, że w Polsce istnieją gangi wyspecjalizowane w takich napadach. Przestępcy używają broni, działają niezwykle brutalnie.

a.m., m.m., pap

Za dziennikiem "Rzeczpospolita"

Do góry...>>



Cztery ofiary bandziorów

Tylko 30 tysięcy złotych warte było życie czterech osób. Przestępcy zastrzelili w sobotę trzy kasjerki i ochroniarza - wszystkich, którzy tego dnia pracowali w filii Kredyt Banku PBI SA przy ul. Żelaznej 67.

Za pomoc w ujęciu zabójców komendant główny policji Jan Michna wyznaczył nagrodę - 30 tysięcy złotych. Bank dodał 100 tysięcy.
"Czy bank pracuje dzisiaj dłużej, bo mojej żony nie ma jeszcze w domu" - z takim pytaniem w sobotę ok. godz. 15 zadzwonił do szefa placówki zaniepokojony mąż jednej z kasjerek. Filia w soboty czynna jest do 13.

Chwilę później dyrektor odebrał drugi telefon. Tym razem dzwonił narzeczony drugiej z kasjerek. Ta również nie wróciła do domu.

Mężczyźni pojechali na miejsce. Bank był zamknięty, nie było ochroniarza. Na podłodze leżał jego paralizator. O godz. 18 dyrektor wezwał policję.

Otwórzcie drzwi

- O 18.45 przyjechała nasza załoga. Policjanci wybili szybę w drzwiach. Zastali włączone komputery - mówi kom. Dariusz Janas, rzecznik komendanta stołecznego policji.
Zakrwawione ciała kasjerek policjanci znaleźli w piwnicy w pomieszczeniach sejfowych. Trzy kobiety, z których najstarsza miała 32 lata, zginęły od strzałów w głowę.

Dopiero w niedzielę nad ranem, w piwnicy, w czasie oględzin szatni, funkcjonariusze znaleźli zwłoki 50-letniego ochroniarza. - Jeden z policjantów zauważył wybrzuszoną wykładzinę na podłodze. Pod nią była kratka do studzienki odpływowej. Tam wepchnięte były zwłoki ochroniarza - tłumaczy kom. Janas. - Bandytom chyba zależało, by na niego skierować podejrzenia - dodaje.

Ktoś im pomógł?

Kim są sprawcy - na razie nie wiadomo. Policja przesłuchała już pierwszych świadków. Ma nagranie z kamery, która jest umieszczona nad wejściem i monitoruje ulicę.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że w sobotę już w południe bank był zamknięty. Wewnętrzne kamery nie zarejestrowały przebiegu zbrodni, bo ktoś je wcześniej wyłączył. - Niewykluczone, że w napadzie brał udział ktoś związany z bankiem, a kasjerki zginęły, bo go rozpoznały - mówi nasz informator.

Specgrupa tropi bandytów

Policjanci zachowali szczególne środki ostrożności. Do banku wchodzili pojedynczo, zakładali specjalne plastikowe osłony na buty, by nie zadeptać śladów. Nie ujawniają nawet ile razy strzelano do ofiar.
Policjanci podejrzewają, że sprawców było kilku. Wiadomo, że strzelali z broni krótkiej. - Powołaliśmy specgrupę, która zrobi wszystko, by znaleźć sprawców - mówi nadkom. Paweł Biedziak, rzecznik komendanta głównego policji.

Nadzór nad śledztwem przejęła warszawska Prokuratura Okręgowa. - Czworo pracowników zostało brutalnie zamordowanych. Jestem tym głęboko wstrząśnięty, tym bardziej że jednostka była właściwie zabezpieczona - powiedział Stanisław Pacuk, prezes zarządu Kredyt Banku PBI SA, na specjalnie zwołanej w niedzielę konferencji prasowej.

Zarząd banku wyznaczył 100 tys. zł nagrody za pomoc w ujęciu bandytów. Obiecał także pomoc finansową rodzinom ofiar.

Dotąd bez ofiar w bankach

- Co roku w Polsce rośnie liczba napadów na banki. W 1998 r. policja odnotowała ich 40, w 1999 r. - 46, w ubiegłym roku aż 91. Najwięcej napadów, bo aż 34, było w 2000 r. w woj. wielkopolskim - wyjaśnia nadkom. Paweł Biedziak. - Do soboty nie zamordowano żadnego pracownika banku.

Świadkowie poszukiwani

Policja prosi o kontakt wszystkie osoby, które w sobotę dokonywały transakcji w banku przy ul. Żelaznej 57 lub przechodziły tamtędy. Informacje można kierować na bezpłatny, anonimowy telefon zaufania KSP 0-800-120-148 lub do oficera dyżurnego - 603-62-62.

Za dziennikiem "Super Express" z dn. 05.04.2001 r.

Do góry...>>



Masakra w Kredyt Banku

Cztery osoby zginęły w sobotę podczas napadu na filię Kredyt Banku na warszawskiej Woli. Bandyci zastrzelili trzy kasjerki i ochroniarza. Zrabowali 50 tys. zł.
Przed bankiem na ulicy Żytniej byliśmy 20 minut po tym, jak policja dokonała makabrycznego odkrycia. We wnętrzu paliły się światła, z ulicy widać było wyłamane drzwi. Na chodniku za rozciągniętą przez policję taśmą zebrał się spory tłum. Pod bank zajeżdżały kolejne radiowozy.

Wtargnęli tuż po otwarciu

Policyjni śledczy odtworzyli przebieg napadu. Wstępnie przyjęto, że dokonano go rano, tuż po otwarciu placówki. Właśnie wtedy do niewielkiej filii Kredyt Banku przy ul. Żytniej musieli wkroczyć napastnicy. Policja zakłada, że było ich trzech lub czterech. W środku była tylko obsługa - wszyscy zostali zamordowani. Przestępcy splądrowali kasy i cztery sejfy, zabierając gotówkę. Uciekli, zamykając za sobą na klucz wewnętrzne drzwi prowadzące do sali kasowej. Bank był więc zamknięty przez cały dzień, choć w soboty jest czynny do godziny 13. Nie wzbudziło to niczyich podejrzeń.
Po południu mąż jednej z kasjerek zaniepokoił się o los żony, która nie wracała do domu. Skontaktował się z agencją chroniąca bank. Jej pracownicy pojechali na miejsce. Zobaczyli, że wewnętrzne drzwi prowadzące do sali kasowej są zamknięte, a w środku palą się światła i włączone są komputery. Wezwali policję i dyrektora banku.

Około godziny 18 pod bank przyjechał dyrektor. Poprosił policję o wyłamanie drzwi. W sali kasowej panowała cisza, nikogo nie było. Wszędzie panował porządek, żadnych śladów walki. Policjanci zaczęli przeszukiwać zaplecze banku. W pomieszczeniu socjalnym w podziemiach funkcjonariusze odkryli zakrwawione ciała kasjerek. Dwie kobiety miały po 28 lat, trzecia 32.

Każda zginęła od jednego strzału w głowę. Prawdopodobnie zostały sterroryzowane i same zeszły do pokoju socjalnego.

Policjanci znaleźli rzeczy osobiste ochroniarza, który tego dnia pełnił dyżur. Jego samego nigdzie nie było. Około 22 mundurowi zajrzeli do studzienki technicznej znajdującej się w innej części bankowych podziemi. Tam odkryli zwłoki 50-letniego ochroniarza. Zabójcy oddali do niego trzy strzały. Jedyną bronią, jaką dysponował ochroniarz, był paralizator elektryczny.

- To niedopuszczalna sytuacja. Jeden strażnik z paralizatorem to zbyt słabe zabezpieczanie - mówi Paweł Biedziak, rzecznik Komendy Głównej Policji. - Jednak sposób ochrony banku nie jest regulowany żadnymi przepisami. Zależy to od uznania banku.

Policja stara się ustalić, dlaczego ciało ochroniarza zostało ukryte. Przestępcy zadali sobie dużo trudu, by wepchnąć zwłoki do studzienki. Najprawdopodobniej skakali po ciele ofiary, by zmieściło się w wąskim otworze. Potem studzienkę nakryli klapą i wykładziną podłogową. Przyjęto hipotezę, że przestępcy chcieli zmylić policyjne śledztwo, tak by strażnik był podejrzewany o współudział w napadzie.

Policyjni technicy zebrali ślady, które mogą pomóc w ujęciu przestępców. Zabezpieczyli odciski palców, zapachy, włosy.

Bandyci w panice?

Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, dlaczego napastnicy zamordowali wszystkich świadków. Policja zakłada, że któraś z ofiar rozpoznała przestępcę lub przestępców. Ci wpadli w panikę i wtedy doszło do tragedii. - Z tego wniosek, że przestępcy nie mieli doświadczenia. Sytuacja wymknęła się im spod kontroli. Nie widzę innego wytłumaczenia dla tak okrutnej zbrodni - mówi kom. Dariusz Janas, rzecznik stołecznej policji.
Nad sprawą pracuje specjalna grupa dochodzeniowa składająca się z ekspertów z Komendy Głównej Policji i funkcjonariuszy wydziału zabójstw Komendy Stołecznej. Nadzór nad śledztwem przejął wydział do walki z przestępczością zorganizowaną prokuratury okręgowej. Policja wyznaczyła 30 tys. nagrody dla osoby, która wskaże bandytów, a Kredyt Bank 100 tysięcy.

Policja prosi o kontakt pod numerem tel. 997 wszystkich, którzy w sobotnie przedpołudnie przechodzili lub przejeżdżali ul. Żytnią. Śledczy zakładają bowiem, że przed napadem bank był obserwowany z zewnątrz. Informacje można też zgłaszać anonimowo pod numerem 0 800 120 148.

W niedzielę po południu policja zatrzymała cztery osoby, które mogły mieć związek ze sprawą. Wśród nich są pracownicy agencji, która chroni Kredyt Bank. Do zamknięcia "Gazety" nie postawiono im żadnych zarzutów.

Napadów na bank coraz więcej

W 1990 roku policja odnotowała trzy napady na bank. Przez następne lata liczba takich napadów rosła lawinowo. W 1998 było ich już 40, rok później 46. Rekord padł w roku 2000, kiedy obrabowano 91 banków.
Z policyjnych statystyk wynika, że najczęściej banki są obrabowywane w Wielkopolsce, Dolnym Śląsku i na Mazowszu. Bandyci prawie wyłącznie rabują banki spółdzielcze na prowincji i niewielkie filie w miastach.

Janina Blikowska, Igor Ryciak
04-03-2001 19:14

Za dziennikiem "Gazeta Wyborcza" z dn. 05.03.2001 r.

Do góry...>>



Egzekucja w banku

Bandyci z zimną krwią zamordowali trzy bezbronne kasjerki i ochroniarza, by ukraść 30 tysięcy złotych

Najpierw mordercy splądrowali bankowe skrytki. Potem z zimną krwią rozstrzelali trzy kasjerki i ochroniarza. Jego ciało ukryli, by na niego zrzucić odpowiedzialność.
Na razie morderstwo w Kredyt Banku na Żelaznej w Warszawie jest osnute głęboką tajemnicą. Wiadomo tylko, kto zginął oraz że łupem padła stosunkowo niewielka suma pieniędzy. Wersja, którą przedstawiamy poniżej jest - we fragmentach dotyczących samego mordu - próbą zrekonstruowania wypadków.

Do napadu doszło w sobotę najprawdopodobniej rano. W banku mieszczącym się na parterze mieszkalnego bloku było czterech pracowników. O godzinie trzynastej mieli pójść do domu. Dla jednej z pań był to pierwszy dzień pracy w nowej firmie.

Nagle do sali wtargnęło kilku bandytów. Ilu? Nie wiadomo. Musiało być ich jednak co najmniej dwóch. Grożąc bronią, zmusili kobiety i mężczyznę do otwarcia bankowych skrytek. Ochroniarz nie miał szans na skuteczną obronę przed bandziorami - był uzbrojony tylko w paralizator.

Wtedy przestępcy splądrowali sejfy. Zabrali niedużo - około 30 tysięcy złotych. To jednak tylko szacunki. Ile bandyci ukradli naprawdę, dowiemy się po zakończeniu inwentaryzacji.

Kiedy mordercy napchali już torby banknotami, otworzyli ogień do kobiet. Bez żadnego powodu, bez najmniejszego usprawiedliwienia zastrzelili na miejscu cztery osoby. Żaden z pracowników banku nie stawiał oporu. Wczoraj policjanci wysnuli hipotezę, że być może ofiary rozpoznały kogoś z napastników.

Po masakrze oprawcy przenieśli ciało ochroniarza do studzienki kanalizacyjnej w piwnicy. Próbowali je dokładnie ukryć. Możliwe, że chcieli, by policja nie odnalazła jego zwłok, co miałoby oznaczać, że to właśnie on stoi za napadem.

Morderstwo wyszło na jaw po kilku godzinach. Mąż jednej z kasjerek zaniepokojony, że żona nie wraca z pracy, zadzwonił do jej dyrektora. Ten z kolei zawiadomił policję. Funkcjonariusze zastali zamknięte drzwi do banku. Wewnątrz paliło się światło. Szybko wyłamali drzwi i odkryli ciała zamordowanych.

Na początku policjanci podejrzewali, że faktycznie mordu dokonał ochroniarz. Ta wersja była bardzo prawdopodobna przez kilka godzin, aż w niedzielę funkcjonariusze znaleźli również i jego ciało.

Nad sprawą pracuje teraz grupa najlepszych policjantów. Co na razie udało im się ustalić? Nie wiadomo. Zdaniem komisarza Dariusza Janasa ze stołecznej policji sprawcy byli zwykłymi bandyckimi amatorami. Ma o tym świadczyć choćby fakt, że zabili bezbronne, dwudziestoparoletnie kobiety. Poza tym nawet nie wiedzieli, że w soboty w bankach jest z reguły znikoma ilość pieniędzy.

130 000 zł nagrody za informację o bandytach; jeżeli wiesz cokolwiek o mordercach - dzwoń 0 800 120 148

Michał Duszczyk

Za dziennikiem "Życie" z dn.05.03.2001 r.

Do góry...>>


13.00 04-03-01
Cztery osoby - trzy kasjerki i ochroniarz - zostały zastrzelone w sobotę w oddziale Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie. W niedzielę po całonocnych oględzinach pomieszczeń banku ustalono, że bandyci zrabowali ok. 30 tys. zł.

Za "Dziennikiem Internetowym" PAP z dn. 04.03.2001 r.

Do góry...>>


Cztery osoby zastrzelone w Kredyt Banku dla 30 tys. zł

Ok. 30 tys. zł zrabowali przestępcy, którzy w sobotę napadli na oddział Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie. Bandyci zastrzelili wszystkie osoby, które tego dnia pracowały w banku: trzy kasjerki i ochroniarza.
W niedzielę po całonocnych oględzinach pomieszczeń banku ustalono, że bandyci zrabowali ok. 30 tys. zł. W sobotę po południu policjanci zaalarmowani przez dyrektora oddziału banku dokonali w budynku makabrycznego odkrycia. W piwnicach leżały ciała trzech zastrzelonych młodych kobiet. Bankowe skrytki były splądrowane. Tego dnia oddziału pilnował jeden ochroniarz uzbrojony jedynie w paralizator.

Kiedy policjanci przybyli na miejsce znaleźli tylko jego ubrania. W nocy podczas oględzin pomieszczeń natrafili w studzience ściekowej w piwnicy na zwłoki mężczyzny. "Ochroniarz został zabity prawdopodobnie jeszcze przed tymi kobietami, a do przestępstwa doszło w godzinach rannych. Zwłoki mężczyzny schowano bardzo dokładnie, być może, po to, by zasugerować jego związek z przestępstwem" - powiedział Dariusz Janas, rzecznik warszawskiej policji.

Zdaniem Janasa, wszystko wskazuje na to, że bandytom chodziło tylko o pieniądze. Otwarte były bowiem sejfy i kasy pancerne. Napad nie był - zdaniem policji - dziełem profesjonalistów. Świadczy o tym, że w soboty w małych oddziałach bankowych nie przechowuje się większych ilości pieniędzy oraz rozmiar zbrodni. "Cztery osoby zginęły za 30 tys. zł" - powiedział Janas. Dla jednej z kasjerek sobota była pierwszym dniem w nowej pracy. "Policjanci są wstrząśnięci tą zbrodnią" - powiedział Dariusz Janas.

Do wyjaśnienia sprawy powołany został zespół najlepszych specjalistów, w tym ekspertów Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego. Komendant główny policji wyznaczył nagrodę w takiej kwocie, jaką skradziono z banku - czyli 30 tys. zł - dla osób, które przyczynią się do ujęcia sprawców napadu i zabójstw. Uruchomiona jest specjalna infolinia - 0800120148 - czynna całą dobę. "Nawet mało znaczące szczegóły mogą się okazać dla nas cenne" - apeluje policja.

Kredyt Bank wyznaczył dzisiaj 100 tys. zł nagrody za pomoc w ujęciu sprawców napadu - poinformowało biuro prasowe banku w niedzielę.

Za serwisem portalem Onet.pl

Zobacz nagłówki komentarzy internautów z tego portalu!

Do góry...>>


Trzy kasjerki i ochroniarz zastrzeleni w warszawskim banku

Trzy kasjerki i ochroniarz zostali w sobotę zastrzeleni w oddziale Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie - podała stołeczna policja. W niedzielę po całonocnych oględzinach pomieszczeń banku ustalono, że bandyci zrabowali ok. 30 tys. zł.
Bank był w sobotę czynny do godz. 13. Kiedy pracownicy banku nie wracali do domów zaniepokoiły się ich rodziny - powiedział Dariusz Janas, rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji.

Zawiadomiony o wydarzeniu dyrektor placówki, po przybyciu na miejsce stwierdził, że bank jest zamknięty od środka. Światło było zapalone, ale nikt nie dawał znaku życia. Po godzinie 18 dyrektor i wezwani policjanci zdecydowali się na wyłamanie szyb pancernych. Po wejściu w pomieszczeniach socjalnych w piwnicy banku policja odnalazła zwłoki trzech młodych kobiet, zastrzelonych z broni palnej.

Na poczatku policja próbowała ustalić co się stało z pracownikiem ochrony banku, który pełnił służbę. Dopiero po jakimś czasie i przeszukaniu pomieszczeń banku odnaleziono zwłoki ochroniarza. Zwłoki znaleźliśmy po dokładnym przeszukaniu wszystkich pomieszczeń podziemnych banku - podała stołeczna policja.

Ochroniarz został zabity prawdopodobnie jeszcze przed tymi kobietami, a do przestępstwa doszło w godzinach rannych. Zwłoki mężczyzny schowano bardzo dokładnie, być może, po to, by zasugerować jego związek z przestępstwem - powiedział Janas.

Po zamordowaniu kasjerek i ochroniarza napastnicy splądrowali pomieszczenie, pozostawiając po sobie porozrzucane przedmioty. Według zapewnień dyrekcji banku skradziono niewielką sumę pieniędzy.

Napad nie był - zdaniem policji - dziełem profesjonalistów. Świadczy o tym, że w soboty w małych oddziałach bankowych nie przechowuje się większych ilości pieniędzy oraz rozmiar zbrodni. Cztery osoby zginęły za 30 tys. zł - powiedział Janas. Dla jednej z kasjerek sobota była pierwszym dniem w nowej pracy.

Prokuratura i policja, prowadzą intensywne śledztwo. Policja zwraca się o pomoc do wszystkich osób, które przechodziły w sobotę koło Banku Kredytowego bądź dokonywały w nim transakcji. Nawet z pozoru błahe informacje mogą przyczynić się do ustalenia sprawcy. Policja prosi o kontakt z numerem 997 lub 603 62 62.

Kredyt Bank wyznaczył 100 tys. zł nagrody za pomoc w ujęciu sprawców napadu. (ej, mk, and)

Za serwisem portalu Wirtualna Polska

Zobacz nagłówki komentarzy internautów z tego portalu!

Do góry...>>


Warszawa: bandycki napad na bank

Napadu na oddział Kredyt Banku dokonano w sobotę w Warszawie przy ul. Żelaznej. Zastrzelono trzy młode kasjerki i ochroniarza banku. Skradziono 30 tys. zł. Kredyt Bank wyznaczył nagrodę w wysokości 100 tys. zł za pomoc w ujęciu sprawców, komendant główny policji zaś - 30 tys.
Do napadu doszło najprawdopodobniej tuż przed zamknięciem oddziału, czyli około godziny 13. Jednak dopiero wieczorem zaniepokojony mąż jednej z kasejerek zaczął szukać swojej żony. Mężczyzna pojechał na miejsce i przez okno zauważył leżący na ziemi paralizator, którego używał ochraniający bank 50-letni strażnik. Mężczyzna powiadomił dyrekcję banku. Szef ochrony banku, który przyjechał na miejsce zauważył przez szybę, że pracują wszystkie urządzenia. Na miejsce wezwano policję. Policjanci z pracownikiem banku zdecydowali się na wyłamanie pancernych szyb zamkniętego od wewnątrz banku. Zeszli na dół, do pomieszczenia socjalnego, gdzie dokonali makabrycznego odkrycia: w piwnicy skarbca na podłodze leżały ciała trzech młodych kobiet. Wszystkie ofiary zostały zastrzelone.

W banku brakowało strażnika. Policja zaczęła go szukać, podejrzewano, że mógł on mieć związek z tym zabójstwem. Jednak po kiku godzinach oględzin miejsca zdarzenia, jeden z policjantów zauważył nienaturalnie przylegającą terakotę. Kiedy policjanci z wydziału zabójstw odkryli płytki, okazało się że w niewielkiej studzience kanalizacyjnej zabójcy ukryli zwłoki Stanisława W. Sprawcy skakali po zwłokach, aby je tam ukryć. Najprawdopodobniej sprawcy znali swoje ofiary - dlatego wszyscy zginęli.

Po zamordowaniu kasjerek i ochroniarza napastnicy splądrowali pomieszczenie, pozostawiając po sobie porozrzucane przedmioty.

Cały czas w pomieszczeniach banku pracują policyjni specjaliści. Prokuratura i policja prowadzą intensywne śledztwo.

Policja prosi o kontakt wszystkich, którzy odwiedzili wczoraj bank przy Żelaznej bądź byli w tej okolicy pod bezpłatnymi numerami telefonów 0-800 120 148 lub 997.

Za witryną "Wiadomości" TVP 1

Do góry...>>


Warszawa: Cztery ofiary napadu w banku w centrum miasta
04.03.2001 07:17 (aktualizacja 18:45)

Trzy kasjerki i ochroniarza zastrzelono wczoraj po południu w oddziale Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie. Ciała kobiet znaleziono bezpośrednio po napadzie. Na zwłoki mężczyzny policja natrafiła dzisiaj, po dokładnym przeszukaniu pomieszczeń w podziemiach banku. Przestępcy ukradli 30 tys. zł. Policja szuka sprawców. Kredyt Bank wyznaczył 100 tys. zł nagrody za pomoc w ich ujęciu.
Oddział Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie zamyka się w soboty o godz. 13. Wczoraj ok. godz. 14 rodziny pracownic - zaniepokojone, że nie wróciły one jeszcze do domów - zaalarmowały dyrektora oddziału. Ten po przyjeździe do oddziału zobaczył, że drzwi zewnętrzne są otwarte, ale wewnętrzne zamknięte, natomiast w środku pali się światło. Wezwano policję, która wyważyła drzwi. Okazało się, że wnętrze jest całkowicie splądrowane. Po wejściu do podziemi dokonano makabrycznego odkrycia:

Wszystkie zastrzelone kasjerki miały po ok. 20 lat. Tego dnia oddziału banku pilnował jeden ochroniarz. Wczoraj policja odnalazła w banku tylko jego ubrania. Dzisiaj, podczas przeszukiwań pomieszczeń w podziemiach banku natrafiono na jego zwłoki, które bandyci schowali w studzience ściekowej. Mężczyzna został zastrzelony podobnie jak trzy kasjerki, których ciała odnaleziono wczoraj bezpośrednio po napadzie. - Został on najprawdopodobniej zabity jeszcze przed kobietami, a jego ciało schowano tak dokładnie być może po to, by zasugerować jego związek z przestępstwem - powiedział rzecznik stołecznej policji, komisarz Dariusz Janas. Jak się okazało, ochroniarz prawie w ogóle nie był uzbrojony, miał przy sobie jedynie paralizator. Kasjerki i ochroniarz to jedyne osoby, które pracowały wczoraj w banku. Zdaniem Janasa, wszystko wskazuje na to, że bandytom chodziło tylko o pieniądze. Otwarte były bowiem sejfy i kasy pancerne. Napad nie był - zdaniem policji - dziełem profesjonalistów. Świadczy o tym rozmiar zbrodni oraz fakt, że napadu dokonano w sobotę, kiedy to w małych oddziałach bankowych nie przechowuje się większych ilości pieniędzy. - Cztery osoby zginęły za 30 tys. zł - powiedział Janas. Dla jednej z kasjerek sobota była pierwszym dniem w nowej pracy.

Policja apeluje do wszystkich, którzy wczoraj byli w pobliżu oddziału Kredyt Banku przy ul. Żelaznej o kontakt. Uruchomiona jest specjalna infolinia - 0800120148 - czynna całą dobę. - Nawet mało znaczące szczegóły, które ktoś zapamiętał, mogą dla nas okazać się cenne - mówią policjanci, którzy podkreślają, że sprawa jest bardzo skomplikowana. - Policjanci są wstrząśnięci tą zbrodnią. Powołany został zespół najlepszych specjalistów do wyjaśnienia tej sprawy - poinformował dzisiaj Dariusz Janas. Komendant główny policji wyznaczył nagrodę w takiej kwocie, jaką skradziono z banku - czyli 30 tys. zł - dla osób, które przyczynią się do ujęcia sprawców napadu i zabójstw. Do sprawy skierowano również ekspertów Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego. Kredyt Bank wyznaczył 100 tys. zł nagrody za pomoc w ujęciu sprawców.

Od początku lat 90. policja odnotowuje w naszym kraju stały wzrost liczby napadów na banki. W 1990 doszło w Polsce do trzech takich napadów, w roku 2000 aż do 91.

Straty banków w ubiegłym roku, poniesione w wyniku napadów, to ponad 2 mln 260 tys. zł. W roku 2000 nikt nie został zabity ani poważnie ranny, a napadano najczęściej w Wielkopolsce - 34 razy, na Dolnym Śląsku - 16 i na Mazowszu - 13. (RMF/PAP)

Za serwisem portalu INTERIA.PL

Do góry...>>


Cztery ofiary dla 30 tys. złotych

Trzy kasjerki i ochroniarza zastrzelono podczas napadu na bank w Warszawie.
Oddział Kredy Banku przy Żelaznej, był otwarty wczoraj do 13.00.

Zaniepokojony mąż jednej z pracownic banku zawiadomił dyrektora. Ten przybył na miejsce z policją. Drzwi do budynku były zamknięte, w środku paliło się światło. Policja wyważyła drzwi.

W podziemiach banku, gdzie są pomieszczenia socjalne, policja znalazła zwłoki trzech kasjerek. Dla jednej z kobiet był to pierwszy dzień w pracy .

Banku pilnował jeden ochroniarz. Początkowo nie wiadomo było, co się z nim stało. W pracy zostały jego rzeczy. Policja znalazła dziś jego zwłoki w jednym z pomieszczeń banku. Mężczyzna, podobnie jak kasjerki, został zastrzelony. Uzbrojony był jedynie w paralizator.

Przestępcy zrabowali 30 tys. złotych.

"Policjanci są wstrząśnięci tą zbrodnią. Powołany został zespół najlepszych specjalistów do wyjaśnienia tej sprawy" - powiedział Dariusz Janas, rzecznik warszawskiej policji.

Dla osób, które przyczynią się do ujęcia sprawców napadu i zabójstw, komendant główny policji wyznaczył nagrodę w takiej kwocie, jaką skradziono z banku - czyli 30 tys. zł. Kredyt Bank dodaje 100 tysięcy złotych.

Do sprawy skierowano również ekspertów Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego.

Za witryną Radia Zet

Do góry...>>

Proszę wybrać przejście:

strona utworzona 04.03.2001 r.